Gość: hans Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.enovation.oper / *.enovation.nl 15.12.04, 13:13 dokładnie z tego samego powodu, dla którego pies je własną kupe Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Gruby Re: Dlaczego katolicy dzielą się opłatkiem? IP: *.elartnet.pl / 62.233.196.* 15.12.04, 15:41 Gość portalu: hans napisał(a): > dokładnie z tego samego powodu, dla którego pies je własną kupe Dlaczego uważasz że katolicy dzielą się opłatkiem dokładnie z tego samego powodu, dla którego pies je własną kupe? Chyab trochę przesadziłeś. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: hans [...] IP: *.enovation.oper / *.enovation.nl 15.12.04, 16:06 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
zuzankak że nawet niewierzący 15.12.04, 23:49 przeżywają radość w święta BN (pewnie z innych powodów niż chrześcijanie) to "wierzący" (niektórzy, bo część albo milczy, albo ma inne zdanie) pomstują. Ludzie - którzy nazywacie się wierzącymi, a jednocześnie pogardzacie drugim człowiekiem ("Kochaj bliźniego swego..." - znacie?) - znajdźcie trochę czasu żeby się wyciszyć i znaleźć spokój ducha, by te świeta BN były czsem pokoju i pojednania, albo chociaż zrozumienia, że "inni" to też nasi bliźni. Pozdrawiam. Zuzanna Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: toffi@netvisao.pt Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.netvisao.pt 16.12.04, 00:21 Nie będę pisać o ateistach i katolikach. Nigdy nikomu nie przyszło na myśl, że noc 24/25 grudnia to noc narodzin "mesjasza-zbawiciela" (niekoniecznie chrześcijańskiego). To święto żydowskie i nazywa się chanukah i żydzi obdarowywują się prezentami (słodycze np.). Moim zdaniem prawdziwym świętem katolickim jest Wielkanoc ("Chrystus zmarchywstał"). Tak, że ani katolicy, ani ateości, ani nikt inny nie może w żadnym wypadku rościć sobie praw do 24 grudnia/wigilii Bożego(Mesjasza) Narodzenia. Tradycja staropolska nic nie mówi o choince (adoptowana z zaboru Austr. w XIX w.), św. Mikołaj tudzież i tylko 6 grudnia kiedy to podobno wyruszał na "dostawę" prezentów. Nasza tradycja mówi o opłatku (namiastki komunii-duże odległości i problemy z dotarciem), o sianku (żłobek), a nasze tradycyjne potrawy wigilijne to nic innego jak bardzo "praktyczne" podejście do tematu postu etc. Np. Karp-co innego chodowały dworskie stawy? Pierogi z kapustą i grzybami - kapusty w bród i grzybów też. Makowiec? Przecież "keksu" nikt by nie sfabrykował. Tak, że drodzy forumowicze- skłaniam się raczej do tradycji, a nie do podziału pomiędzy katolikami i ateistami. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: alt. Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.ynet.pl / 213.241.34.* 16.12.04, 14:13 Tak, najłatwiej jest wytknąć katolikom "brak miłości bliźniego" i "nietolerancję". Ja po prostu staram się Wam uświadomić, że katolicy i ludzie wierzący są WYBRAŃCAMI (kto o tym nie wie niech zajrzy do Biblii), taka niestety jest historyczna prawda. Nie twierdzę, że niewierzący są gorsi, jeśli postępują zgodnie ze swoim sumieniem też mogą osiągnąć Zbawienie, a fałszywi katolicy - nie. Nie rozumiem tylko, dlaczego ateiści ubierają się w cudze piórka? Po co Wam te całe "święta"? Ja nie obchodzę Nocy Kupały ani Hannukah, ani Nowego Roku wg chińskiego kalendarza, i nie zamierzam tego robić. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: tess Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.devs.futuro.pl 16.12.04, 16:02 Jak to dobrze, że jeszcze można samemu decydować o tym, jakie święta chce się świętować, w jaki sposób i z jakich powodów. I myślę sobie, że Bóg chyba nie zmartwiłby się, gdyby jakiś ateista w święto poświęcone jego narodzinom, poszedł sobie nawet na pasterkę. Za to katolik się tym niestety martwi okropnie... Ale wolno mu, jest WYBRAŃCEM przecież. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kali Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.net 17.12.04, 12:31 U mnie mąż i jedno dziecko są wierzący.Chyba nie zostawię ich bez kolacji wigilijnej.Oni idą na pasterkę,a my zostajemy w domu i wcale nie myslimy o żadnych bogach,nie ma tu żadnej hipokryzji. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mira Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.aster.pl / *.aster.pl 16.12.04, 15:38 Z tego samego powodu dla ktorego obchodzi je większość katolikow - vhoinki, praezentow i tradycji.Nie oszukujmy się, aspekt religijny tych świąt dawno zginąl w hałasie z supermarketow. Gdyby tego święta nie wymyślili chrześcijanie to napewno wymyślili by je handlowcy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: zienć Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: 216.127.68.* 17.12.04, 12:49 Obchodze je, bo babcia obchodziła, rodzice obchodzili, zona obchodzi, teściowa obchodzi, no to i jak obchodzę. Odpowiedz Link Zgłoś
fnoll a dlaczego chrześcijanie je obchodzą? 16.12.04, 19:26 skoro jezus bynajmniej nie urodził się w tym okresie, a apostołowie nie mieli w zwyczaju świętować jego urodzin? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mag Re: a dlaczego chrześcijanie je obchodzą? IP: *.96.udn.pl 17.12.04, 10:07 Fnoll, trzeba być właśnie naiwnym jak chrześcijanie aby wierzyć ,że to ich i tylko ich Święto. Jak piszą ludzie powyżej, jest to tradycja z czasów pogańskich, przesilenia dnia i nocy.Urodził się dłuższy dzięń, należy się z tego cieszyć. Ciemna noc zawsze jest symbolem strachu i obawy, dzień - blasku, wyzwolenia i większego bezpieczeństwa. Dla wierzacych to bezpieczeństwo to Bóg. Więc nie kłóćmy się. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: szimi Re: a dlaczego chrześcijanie je obchodzą? IP: *.icpnet.pl 17.12.04, 11:05 co za prostacka argumentacja :((((((((((((((( aż strach Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mag Re: do szimi IP: *.96.udn.pl 17.12.04, 12:24 No i jak tu sie nie kłócić jak ktoś Ci przywala od prostaków? Fanatyk nigdy nie uzna racji drugiej strony. PS. Rozumiem Katolików jak mało kto i nie tobie to oceniać, ale oczekuję też zrozumienia moich racji... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: szimi Re: do Mag IP: *.icpnet.pl 17.12.04, 12:45 wybacz ale porównanie narodzin Boga-Zbawiciela świata z narodzinami dłuższego dnia jest chorym prostactwem i bluźnierstwem Odpowiedz Link Zgłoś
blinski Re: do Mag 20.12.04, 15:17 dla kogos kto w tego zbawiciela-boga wierzy, pewnie czasem tak. choc nawet, co wynika z moich obserwacji, nawet ich stac czasem na odrobine dystansu:) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Tadeusz Dla mnie wszystkie wasze święta to folklor IP: *.kg.net.pl / *.kg.net.pl 17.12.04, 00:03 Ja niczego nie świetuję ale rzecz jasna nie idę tłuc młotkiem ani nie wierce dziur bo rozumie ,że dla innych są to wielkie dni . Jesli sie zdarzy spotkanie to piję wódkę jak przy każdej innej okazji. Mam problemy to z wierzącą częścią mojej rodziny /żona , teściowa i reszta ciotek/która nachodzi mnie z jakimiś wymamlanymi opłatkami i za wszelką cenę chce mnie zmusić do łamania się nimi albo upiera się nauczyc mnie mamrotania modlitw. W ogóle to nagminnie mylą mnie z Żydem ,chociaż Żyd wierzy dokładnie w tego samego Boga co chrześcianie a ja w ogóle nie wierzę . Dla mnie po śmierci nie ma nic i tyle . Żyd zwraca się do Boga bezpośredno ,Chrześcianie zwracają się do Boga za pośrednictwem Chrystusa a Polacy wycwanili się i wykorzystują Matkę Boską żeby dorwać się ze swoimi problemami do uszu Chrystusa poza kolejką. Katolicy za bardzo chcą wszystkich dociąć do swojej miary a mnie guzik obchodzi w co kto wierzy. Jedynym dobrym produktem kościoła jest Jan Paweł II który jest chyba najmądrzejszym człowiekiem świata tyle ,że jak zauważyłem prawie nikt go nie słucha. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ateistka Re: Dla mnie wszystkie wasze święta to folklor IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.12.04, 12:34 Ci wszyscy, co odmawiają ateistom świętowania tych dwóch cudownych dni, tak szczerze i naprawdę wierzą? A czy wszystkie pary, które biorą ślub kościelny, są wierzące? Ile razy jest tak, że ani jedno, ani drugie wierzące nie jest, no ale przecież welon (co z tego, że mieszkali wcześniej razem), organy, półmrok katedry, biała suknia... No i słowa, że cię nie opuszczę aż do śmierci... To chyba tylko te słowa sprawiają, że śluby kościelne są tak popularne. No i miejsce: nie o to chodzi, że dom boży, tylko że pięknie i wutraż jest. Dla mnie święta to czas dzielenia się sobą z innymi osobami i cieszenia się bliskością innych, drogich mi osób. Niestety, żyjemy od 1000 lat w chrześcijaństwie, więc jest to w dużej mierze TRADYCJA, a nie obrządek religijny. Dzielenie się opłatkiem to życzenie drugiej osobie wszystkiego, co dobre - ateiści nie mają prawa? Nie świętują dlatego, że co sobie pomyślą sąsiedzi, tylko dlatego, że od maleńkości słyszymy, że jest taki dzień, w którym gasną wszelkie spory... I że krok po kroczku najpiękniejsze idą święta... Nie chodzi o prezenty. O bliskość. I w mojej rodzinie święta są o wiele bardziej ciepłe, ludzkie, i świąteczne, niż w rodzinie mojego męża, którego matka zarzyna się przed świętami, potem obowiązkowe odśpiewanie kolęd, a potem każdy zaszywa się w swoim pokoju i g... go wszystko inne obchodzi. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: szimi Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcijan IP: *.icpnet.pl 17.12.04, 12:58 to jest chora paranoja żeby świętować Święta BOŻEGO NARODZENIA - gdy neguje się ISTNIENIE BOGA (zrozumcie nie można iść na impreze do kogoś kogo istnienie się poddaje w wątpliwość a ateiści nie wierzą w istnienie Boga) - tylko dlatego że taka jest tradycja - to jest zwyczajne zawłaszczanie tej tradycji dla swoich chorych(??) potrzeb; osoby które tu się określają jako ateiści powołują się na tradycję, na obrzędowość, na uniwersalne wartości takie jak dobro, miłość, rodzinność - niech WSZYSCY - ateiści, katolicy, żydzi, muzułmanie i innowiercy będą TACY DOBRZY CUDOWNI I WSPANIALI na codzień to wtedy KAŻDY DZIEŃ BĘDZIE ŚWIETEM; dobry człowiek nie świętuje tylko 2 dni w roku - jest dobry codziennie, codziennie żyje uniwersalnymi wartościami Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: teess Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.devs.futuro.pl 17.12.04, 13:10 Jakie to straszne, nie wierzą w Boga a takie fajne święta obchodzą! Co za niesprawiedliwość! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: rus Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.04, 14:10 Zajmij się Wielkanocą i uspokuj sie:) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Swiadek koronny Jezus nie jest Zydem IP: *.nt.net 17.12.04, 14:51 Aby ostatecznie zamknac te kwestie, wyjasniam wszystkim: Doszukiwanie sie Zyda w Synu Bozym to najwieksza z mozliwych herezja ! Mam kolezke, ktory tez lubi moczyc "kija". Jozek sam nie wie dlaczego trafil do Kanady? Moze dlatego ze sierota, ze nikt na niego w Polsce nie czekal. A moze dlatego ze chcial poprobowac szczescia? Sam sobie pokazac co potrafi. W Polsce mozliwosci wielkich nie mial. Chociaz i tu na poczatku takze jakos niesporo mu szlo. Nigdzie miejsca na dluzej nie mogl zagrzac. Wszystko takie inne, takie obce. No i ta dokuczliwa samotnosc. Tyle tylko ze swiecie wierzyl, ze kiedys musza nastac lepsze dni dla niego. Przeciez slobce i jemu musi kiedys zaswiecic - rozumowal. Wiodl zywot raczej koczowniczy - czasami, mialo to i dobre strony. Dzieki temu poznal kawal Kanady. A ze w Polsce w technikum przygotowali go dobrze do zawodu, na kazdej budowie zaraz na nim sie poznali. Jest ciesla-stolarzem. Zawsze o nim mowili ze ma zlote rece, wiec na brak roboty nie narzekal. Calkiem niezle zarabial i odlozyl sporo gotowizny. Nawet uzywanego vena sobie sprawil, a jakze! Ale, do szczescia mu daleko bylo. W przeciwienstwie do kumpli z budowy - jemu najbardziej brakowalo wsi. Oni z niej uciekli a on do niej tesknil. Do zapachu ziemi wiosna, do smaku jagod, do widoku pol i ukochanych gor, do swojskich odglosow chudoby. Do tego powolnego, nieskomplikowanego zycia, nawet jesli pelnego plotek i zabobonow. Miasto, owszem jest oki, ale nie dla niego. W swoich wedrowkach po kanadyjskich budowach zdazyl zjesc z pol tony pizzy, hamburgerow i kurczakow z rozna. Opil sie colami i innymi swinstwami az mu sie uszami przelewalo. A tymczasem, wolalby pajde razowego chleba ze smalcem, kawal kielbasy pachnacej jalowcem, grochowke czy chocby golonke z klakami. Nie mial bliskich kolegow bo nie interesowaly go knajpy, dyskoteki ani podrywanie dziewczyn. On ma czas - on poczeka na cos lepszego. Doczekal sie. Poszedl na polski piknik. Przy stoisku z pierogami poznal Marysie. Sympatyczna, mila w obejsciu ale powazna dziewczyne. Zaraz sie zgadali ze sa z Podkarpacia. Przegadali reszte dnia. Marysia pracowala na farmie u starych Ukraincow. Powiedziala ze smiechem, ze tylko z nimi moze sie tutaj dogadac bo jezyk angielski wymyslil ktos tylko po to azeby ludziskom zycie skomplikowac. Jozek nagle poczul sie strasznie wazny on juz calkiem niezle dawal sobie z tym rade. Budowa to najlepsza szkola jezykow obcych. Wieczorem odwiozl Marysie na farme. Jej chlebodawcy panstwo Melnykowie przyjeli go jak starego znajomego. Zaprosili do stolu na wspolna wieczerze. A on odrazu wiedzial ze ta farma to jest wlasnie to! To, czego od lat daremnie poszukiwal. No i mial fart. Bo Melnykowie mieli duza hodowle kwiatow inspektowych, sady, duza uprawe badyli i stale poszukiwali pracownikow. Ich wlasne dzieciaki uciekly do miasta. Zamienily kombajn na komputer. Melnykowie placili wprawdzie nie duzo, ale za to dawali mieszkanie, robocze ubranie i jedzenia wbrod. Zgodzil sie bez chwili wahania. Maryska byla dla niego serdeczna, bezposrednia i uczynna. Prala i naprawiala jego rzeczy. Nawet cerowala skarpety, czego dzisiaj nikt juz nie robi. Po pracy chodzili na dlugie spacery. W niedziele jezdzili razem do kosciola. Jozek szybko sie zorientowal, ze Maryska chociaz sie smieje, przekomarza i zartuje, to jednak wyraznie utrzymuje dystans. Co nie przeszkadzalo, ze przywiazal sie do niej jak do rodzonej siostry. Byl na kazde jej zawolanie, i choc to dziwne - ale podrywa jakos dziwnie nigdy nie przeszla mu przez glowe. Po kilku tygodniach, mimo, ze nikt tu nie bywal, nikt sie kolo niej nie krecil, bylo juz widoczne, ze Maryska jest w ciazy. Chociaz skrecalo go z ciekawosci, nigdy nie zdobyl sie na odwage azeby ja zapytac kto jest ojcem dziecka. A Maryska kwitla. I, nie tylko nie wstydzila sie swego stanu, lecz wprost przeciwnie - glowe nosila podniesiona wysoko, godnie, z dziwna i niezrozumiala, majestatyczna duma. Jozek cieszyl sie kiedy zachwycala sie cacuszkami, ktore dla jej dziecka wystrugiwal z drewna. Grzechotki, wiatraczki i rozne zwierzaczki jak zywe wyrastaly z pod jego zwinnych palcow. W "Toys-R-Us" czy w Walmart?cie takich sie nie kupi. Zrobil tez sliczna kolyske na biegunach. Cala malowana w malwy, sloneczniki, maki i blawatki. Tego tez dzisiaj nikt juz nie robi i pewnie zrobic by nie potrafil. Pozna jesienia odeszli sezonowi pracownicy. Panstwo Melnykowie zatrzymali tylko Jozka i Maryske. Maryska pomimo zaawansowanej ciazy uwijala sie jak w ukropie a Jozek od pierwszej chwili zostal prawa reka starego farmera. Bylo mu milo uslyszec od sasiada, ze stary Melnyk wszedzie opowiada, ze takich pracownikow jeszcze w zyciu nie mial. Ze gdyby w Kanadzie bylo wiecej takich, jak ci jego Polacy to kraj oplywalby mlekiem i miodem a w miastach nie byloby bezdomnych. Maryska spodziewala sie rodzic gdzies pod koniec grudnia, ale uparla sie rodzic na farmie. Za nic nie chciala rodzic w szpitalu. Liczyla na pomoc starej Melnykowej i przerazila sie nie na zarty, kiedy ta oswiadczyla, ze oni w polowie miesiaca wybieraja sie na dwa tygodnie do corki w Manitobie. Dodala jeszcze ze bez obaw i z calym zaufaniem zostawiaja ich na swoim gospodarstwie. Tak wiec zostali sami, nie liczac dwoch psow i kota Mruczka. Maryska zrobila sniadanie, ktorego juz nie zjadla. Miala bole. Jozka oblecial strach. Tyle nasluchal sie o komplikacjach porodowych, a oni mieszkali przeciez na kompletnym zadupiu. Widzial wprawdzie jak sie rodza zwierzeta, ale to przeciez nie jest to samo. Poczal namawiac Maryske azeby, mimo niezumialych uprzedzen, pozwolila zawiezc sie do szpitala. Przekonal, albo Maryska nie byla juz tak pewna siebie. Dosc, ze sie zgodzila. Kiedy ona poszla spakowac potrzebne jej rzeczy, Jozkowi zaczelo wszystko z rak leciec. Zdolal jednak zrobic stos kanapek na droge, napelnic termosy, nie zapomnial o kilku butelkach wody. Przygotowal zarcie dla zwierzat. Spakowal swoja sfatygowana torbe, wzial radio na baterie, nawrzucal mnostwo kocy i poduszek do vana. I liczac na to ze pogoda sie utrzyma, ruszyli w droge. Maryska pojekiwala, psy szczekaly, kot szalal w wiklinowym koszu na bielizne a radio ryczalo jakims okropnym rockiem. Ta kakofonia nie dzialala kojaco na jego i tak juz rozdygotane nerwy. Po pol godzinie jazdy zerwala sie sniezna burza. Wycieraczki nie braly. W mgnieniu oka biel pokryla droge. Musial zwolnic do zolwiej szybkosci. Nie widac bylo gdzie konczy sie droga, gdzie row a gdzie zaczynaja pola. Dobrze, ze znal te droge na pamiec i mogl jechac na nosa. Dojechal do bialego domu, w ktorym miescil sie tez i urzad pocztowy. Jozek nie mial komorki, chcial stamtad zadzwonic do szpitala po instrukcje. Maryska, nie wiadomo po co, gramolila sie wlasnie z vana, kiedy on dzwonil do drzwi. Kobieta, ktora mu drzwi otworzyla, spojrzala tylko na wykrzywiona bolem twarz Maryski i bez slowa zatrzasnela je Jozkowi przed nosem. Niezrazony, przeskoczyl plotek i zapukal do drzwi sasiedniego domu. Pospiesznie zaciagnieta kotara w oknie byla niema odpowiedzia na jego kolatanie. Pojechali dalej. Po nastepnej pol godzinie dobili do wioski. Teraz chcial zapytac o lekarza bo czul ze do szpitala nie dojedzie. Chodzil od domu do domu ale, jak poprzednio, nikt mu drzwi nie otwieral. Domyslil sie ze tutaj tez byl obserwowany zza firanek. I nawet sie nie dziwil. Obcy, brodaty chlop jak dab, w kozuchu, jakiego tutaj nie znaja, sunacy w zadymce w strone ich domu - mogl wzbudzac postrach. Stary, obity van tez nie napawal zaufaniem. Wiec ruszyli w dalsza droge. Maryska jeczala coraz glosniej. Dojechali do motelu, ktory w zimie powinien byl byc pusty. Ale nie dzisiaj. Teraz nie tylko nie bylo w nim miejsca ale nawet telefon nie dzialal. Po nastepnym kwadransie, ktory wydawal sie wiecznoscia, dojechali do przydroznej restauracji. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Swiadek koronny Jezus nie jest Zydem cdn. IP: *.nt.net 17.12.04, 15:24 Pojechali dalej. Po nastepnej pol godzinie dobili do wioski. Teraz chcial zapytac o lekarza bo czul ze do szpitala nie dojedzie. Chodzil od domu do domu ale, jak poprzednio, nikt mu drzwi nie otwieral. Domyslil sie ze tutaj tez byl obserwowany zza firanek. I nawet sie nie dziwil. Obcy, brodaty chlop jak dab, w kozuchu, jakiego tutaj nie znaja, sunacy w zadymce w strone ich domu - mogl wzbudzac postrach. Stary, obity van tez nie napawal zaufaniem. Wiec ruszyli w dalsza droge. Maryska jeczala coraz glosniej. Dojechali do motelu, ktory w zimie powinien byl byc pusty. Ale nie dzisiaj. Teraz nie tylko nie bylo w nim miejsca ale nawet telefon nie dzialal. Po nastepnym kwadransie, ktory wydawal sie wiecznoscia, dojechali do przydroznej restauracji. Tam telefon tez nie dzialal. Sniezna burza przerwala komunikacje. Posadzil Maryske przy stole, zamowil hamburgery i polecial nakarmic zwierzeta. Skonczylo sie tym, ze zjadl obie porcje, bo Maryska nie mogla. Podziwial ja. Siedziala przeciez w takich bolach a usmiechala sie jednak promiennie. Podeszla kelnerka azeby powiedziec ze ze wzgledu na pogode zamykaja lokal wczesniej i ze oni musza go opuscic. Maryska poszla do toalety. Dlugo jej nie bylo a kiedy wrocila powiedziala z niepokojem ze odeszly wody. Nie bardzo wiedzial co to znaczy; wstydzil sie zapytac. Ale podswiadomie czul ze jest to cos bardzo waznego i ze teraz trzeba bedzie jeszcze bardziej sie spieszyc. Nie umial sie modlic. Jakos nikt go tego nie nauczyl. W kosciele zawsze powtarzal i robil to samo co inni. I jakos lecialo. Ale teraz sie modlil! Modlil sie zarliwie! W duszy, wlasnymi slowami prosil kogos, tego Kogos tam na wysokosciach, azeby nie pozwolil tej kobiecie i jej dziecku zczeznac marnie w zimnym vanie. Na tej obcej drodze, na tej obcej ziemi. O sobie nawet nie pomyslal. Patrzyl na nia z niepokojem. Maryska gryzla chustke aby nie krzyczec glosno, a lzy wielkie jak groch, splywaly po jej twarzy. Tymczasem van, na wytartych oponach, tanczyl na szosie niczym oszalaly derwisz. Jozek powoli tracil nadzieje. I wtedy stal sie cud! Przed nim, po lewej stronie drogi, na wysokosci kilkunastu metrow, nagle zablysla gigantycznej wielkosci zlota gwiazda. Reklama jakiegos produktu. Tak sie przerazil ze machinalnie nacisnal na hamulec. Vanem zarzucilo. Wykonal pare obrotow wokol wlasnej osi. Za czwartym moze obrotem, van stanal maska do prawej strony drogi i... silnik zgasl. Jozek odetchnal z ulga. Wyszedl z wozu. W swiatlach reflektorow, poprzez biala firanke sniegu, zobaczyl budowe. Niewykonczone osiedle. Kikuty domow w roznych fazach budowy. Przy jednym z nich stal prawie juz wykonczony garaz. Tylko drzwi brakowalo. Maryska krzyczala teraz bardzo glosno. Nie zastanawial sie dluzej. Odnalazl wjazd uklepany przez ciezarowki. Wjechal tylem vana przez nieistniejacy prog garazu i w ten sposob prawie zatarasowal wejscie. Szybko wyciagnal siedzenia z wozu. Biegiem wyciagnal koce, poduszki i prowiant. Sciagnal z siebie kozuch i bardzo ostroznie, boczkiem, wprowadzil Maryske do srodka. Bylo jasno. Gwiazda z naprzeciwka gorzala tysiacem watow! Maryska natychmiast kazala mu wyjsc. Zdazyl jeszcze tylko wniesc koszyk z kotem i na jej prosbe nastawil radio. Pewnie po to azeby nie slyszal jej krzykow. Spojrzal na Maryske z troska i niepokojem graniczacym z panika. Usmiechnal sie niepewnie. Narzucil na siebie jakis koc i poszedl z psami. Nie odchodzil daleko. Tylko dlugo przemierzal tam i z powrotem osiedle-widmo. Byl akurat po raz niewiadomo ktory na krancu osiedla, kiedy gwiazda na ulamek sekundy zgasla po czym trysnal z niej jeszcze wiekszy blask. Dziwna jasnosc zawisla nad osiedlem. Wiatr nagle ustal. Zrobilo sie straszliwie cicho. Myslal ze ogluchl. Przerazil sie. Wypuscil z rak smycze a psy z miejca pognaly do garazu. Pelen zlych przeczuc, biegiem puscil sie w slad za nimi. Tuz przed samym garazem zatrzymal sie gwaltownie. Bal sie. Kiedy po dlugim wahaniu zdecydowal sie wreszcie wejsc, jego przerazonym oczom ukazal sie dziwny widok! Kot siedzial pod sciana a w jego koszyku lezalo teraz nowonarodzone dziecko. Maciupki chlopczyk, ktorego Maria jakas szmatka obmywala woda z butelki. W garazu niewiadomo jakim cudem bylo cieplo, pachnialo mlekiem i zwiedlymi liscmi. Psy przysiadly tuz przy kocie, a kolo kota, o dziwo! przycupnely polne myszki. Z pod vana ciagnal sznur zwierzakow. Szopy, wiewiorki, zajace, lisy, nawet skunks. I sarenka wslizgnela sie do srodka. Zwierzeta jakby wiedzialy ze w ta noc nawet odwieczny wrog bedzie im przyjacielem. W nieoszklonym okienku gile, wroble, rudziki i rzesza innych ptakow swiergotala jak najeta. Spiewala jakas nieznana nikomu piesn, jakby pochwalna. Jozef podszedl blizej. Zatroskany spojrzal na dziecko, Marie poglaskal po spoconych wlosach i zapytal jak sie czuje. Jestem bardzo szczesliwa - odpowiedziala cicho. Podal jej kanapki, nalal herbate. Teraz jadla z apetytem. Usiadl przy niej i zaczal tlumaczyc ze zadymke musza tutaj przeczekac, ze on nie moze ryzykowac powrotnej jazdy w takich warunkach atmosferycznych. Nie oponowala. Sniezyca dopiero po kilku godzinach nieco zelzala. A gwiazda z naprzeciwka nieprzerwanie lsnila zlotym, poteznym blaskiem. Jozef uslyszal nagle szum silnikow samochodowych. Cos sie dzialo na drodze. Ale, ku jego zdziwieniu, wszystkie odglosy milkly przed "ich" garazem. Przestraszyl sie ze ktos sie bedzie czepial o to ze nieprawnie sie tutaj zainstalowali. To sie chyba "trespass" nazywa, przypomnial sobie. Niespokojny ale i zaintrygowany wyszedl na zewnatrz. Znowu jego oczom ukazal sie niecodzienny widok. Trzy najdluzsze - jakie w zyciu widzial, rozciagane limuzyny staly przed garazem. W licznej, nadskakujacej im asyscie, z kazdej wysiadal jakis egzotyczny dostojnik. Jeden w burnusie. Drugi mial turban na glowie. A trzeci mycke. Podeszli do niego i wszczeli rozmowe. Rozmawiali jak rowni z rownym. Powiedzieli mu ze zdolali awaryjnie wyladowac na lotnisku w Collingwood jeszcze przed sniezyca i tam byli zmuszeni ja odczekac. Powiedzieli, ze jada na wazna konferencje "na szczycie" do Toronto i pomimo rozmaitych instrumentow elektronicznych ich kierowcy bali sie jechac dalej w tej potwornej zamieci. Dopiero blask gwiazdy skierowal ich w te strone. Zyczliwie wypytywali co on tutaj robi w tym garazu na odludziu, a on im powiedzial, ze Maria wlasnie powila w nim syna. Bo nigdzie nie chciano ich przyjac. Nigdzie miejsca dla nich nie bylo. Zapytali czy mozna tam wejsc. Poszedl zapytac. Maria milczaco skinela glowa. W miedzyczasie zdazyla sie juz ogarnac. Teraz siedziala wyprostowana, sliczna i promienna, wpatrzona w swego syna. Wcale nie wydawala sie byc zdziwiona ze ci mozni panowie, przyzwyczajeni do sluzby i przepychu, nie wstydzili sie ukleknac na betonie garazu azeby z pokora oddac hold dziecku lezacemu w wiklinowym koszyku na bielizne. Na zewnatrz, kierowcy i asysta tych notabli palili papierosy, przytupywali dla rozgrzewki i rozmawiali dziwnym gardlowym jezykiem. W garazu poczal unosic sie nieznany zapach podobny do kadzidla. To pewnie perfumy tych panow. Z malego radia plynela teraz cicha muzyka. Dostojnicy klaniajac sie nisko, wycofywali sie tylem, brudzac swoje drogie szaty o karoserie brudnego vana. Po chwili zawolali Józefa. Ociagajac sie poszedl za nimi. Czego oni moga ode mnie chciec, rozmyslal goraczkowo? Trzeci raz dzisiaj zaniemowil. Pan w burnusie kazal kierowcy przyniesc walizeczke. Wyjal z niej plik banknotow tysiacdolarowych (amerykanskich, oczywiscie), wcisnal je oszolomionemu Jozefowi do reki - mowiac, ze sa to pieniadze na wyksztalcenie malego. Ten w turbanie zdjal z szyi liczne grube zlote lancuchy, zdjal wszystkie branzolety i pierscienie wysadzane drogimi kamieniami i powiedzial ze to powinno matce i dziecku zabezpieczyc wlasny i wygodny dach nad glowa. Ten w my Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Swiadek koronny Jezus nie jest Zydem cdn. IP: *.nt.net 17.12.04, 15:30 Trzeci raz dzisiaj zaniemowil. Pan w burnusie kazal kierowcy przyniesc walizeczke. Wyjal z niej plik banknotow tysiacdolarowych (amerykanskich, oczywiscie), wcisnal je oszolomionemu Jozefowi do reki - mowiac, ze sa to pieniadze na wyksztalcenie malego.Ten w turbanie zdjal z szyi liczne grube zlote lancuchy, zdjal wszystkie branzolety i pierscienie wysadzane drogimi kamieniami i powiedzial ze to powinno matce i dziecku zabezpieczyc wlasny i wygodny dach nad glowa. Ten w mycce, ewidentnie mocno zazenowany, powiedzial ze nie jest niestety tak zamozny jak jego towarzysze. "Ropa, pan rozumie" - szepnal konfidencjalnie. Ale, on tez chce cos podarowac. Wiec azeby dziecie nie przeziebilo sie w tym starym vanie-klamocie, daruje im swoja limuzyne. Cos tam poszwargotal z innymi po czym kazal kierowcy przeniesc bagaze do limuzyny tego w burnusie a przyniesc dokumenty wozu i kluczyki. Po czym wcisnal to wszystko Jozefowi do reki, uklonil sie nisko, pozyczyl bezpiecznego powrotu do domu i odszedl w slad za tamtymi. Jozef dopiero po ich odjezdzie uprzytomnil sobie ze stal jak ciolek, ze nawet tym dobrym ludziom za nic nie podziekowal. Ciagle, niedowierzajac wlasnym oczom, patrzyl na rece pelne pieniedzy i kosztownosci. Uradowany polecial do Marii przekazac jej te skarby. Nie robila wrazenia przesadnie zdziwionej. Nie szalala z radosci jak on. Jego euforie skwitowala wyrozumialym usmiechem. Stal z tym majatkiem w reku, patrzyl to na nia to na dziecko i nie rozumial tego wszystkiego. Tylko podswiadomie czul, ze choc stalo sie cos cudnego, niesamowitego to ich dotychczasowe zycie uleglo nieodwracalnej zmianie. Juz nigdy nie bedzie takie beztroskie, takie bezposrednie, takie samo. Szkoda! Juz bez poprzedniego entuzjazmu wlozyl kosztownosci do platykowego pojemnika na kanapki i osowialy, wyszedl przed garaz. Spojrzal na gwiazde. Jarzyla sie tak wielkim blaskiem ze nawet nie sposob bylo odczytac co reklamuje. Z ciekawosci poszedl ogladnac ta wystrzalowa limuzyne. Czegos takiego nawet na filmie nie widzial. Co za komfort! Jaki luksus! Ile miejsca! Ucieszyl sie ze dziecko bedzie mialo tu wygodnie. Wsiadl za kierownice. Wlozyl klucz do stacyjki i przekrecil. Z wrazenia az podskoczyl. Tablica rozdzielcza wygladala jak tablica w kabinie nielichego odrzutowca. Nawet John Travolta, ktory nie tylko w filmie jest pilotem, nie powstydzil by sie takiej. Poskrabal sie w glowe. Wodzac palcem po tablicy, zaczal powatpiewac czy kiedykolwiek zdola opanowac, rozszyfrowac do czego sluza te wszystkie ekraniki, wykresy, liczniki, guziki i klawisze. Bo dla niego tylko trzy funkcje byly zrozumiale. Na ekranie, na mapce drogi z Collingwood do Toronto, strzalka stanela na miejscowosci Bethlehem, okolo 20km od Barrie. Zegar wskazywal godzine 08.00 PM. A pulsujaca zlotym kwarcem data glosila: 24-ty grudzien. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Zawiedziony Sw. Mikolaj IP: *.nt.net 18.12.04, 00:59 Wczoraj odwiedził mnie Święty Mikołaj. Nie taki zwykły, z długą brodą i w czerwonym płaszczu, ale nowoczesny, idący z duchem czasu. Nie musiał nosić ze sobą worka z prezentami, ponieważ potrafił je wyczarować. Tylko, że z moimi coś nie wyszło... Ale opowiem wszystko od początku. Przyjrzałem mu się uważnie: był młody, ubrany w czarną suknię i białą koronkową halkę. Nie wiadomo dlaczego założył je w odwrotnej kolejności. Cóż, kwestia gustu. Wkroczył do mieszkania, rozejrzał się po nim krytycznie i bezzwłocznie zajął się sprawą prezentów. W skupieniu szeptał magiczne zaklęcia — czasami słowo, lub dwa wtrącali terminatorzy, którzy przybyli wraz z nim. W pewnym momencie zaczął chlapać wodą za pomocą wielkiego pędzla. Śmigus-dyngus? W zimie? Ale nie chcąc pozostać mu dłużnym pobiegłem po wiadro. Spóźniłem się! Kiedy wróciłem z łazienki już nie chlapał. Usłyszałem chóralne „amen” i na chwilę zapadła cisza. Terminatorzy wyszli, Mikołaj rozsiadł się na fotelu. Przycupnąłem niepewnie na brzegu kanapy. — Nooo — powiedział tubalnym głosem. Spuściłem głowę i z zainteresowaniem zacząłem oglądać kolorowe kwiatki na dywanie. — Czy uczęszczasz na katechizację? Po dłuższym czasie zorientowałem się, że pytanie było skierowane do mnie. — Właściwie to... — A gdzie twój zeszyt? — najwyraźniej zadowolony z odpowiedzi pytał dalej. Zabrałem się do gorączkowego przetrząsania szafki. Po upływie dobrego kwadransa doznałem olśnienia. Podniosłem głowę znad sterty książek i rzuciłem niewinnie: — A który? Machnął ręką, jakby chciał mnie pozdrowić. Ja również do niego pomachałem. — Taak — szybko grzebał w swojej aktówce. — Nazwisko takie a takie, numer mieszkania taki to a taki. No, to byłoby wszystko. Podrapałem się po głowie. — A prezent? Jego twarz rozpromieniła się w oka mgnieniu. Zaczął oglądać stół pod różnymi kątami. Nagle zmarszczył czoło. Zmieszany pochyliłem się nad obrusem. Był nieskazitelnie czysty, ani jednej plamki. Odetchnąłem z ulgą. — Przepraszam, ale nigdzie nie widzę — powiedział i uśmiechnął się życzliwie. — Nic dziwnego, niedawno wyprany — odparłem dumnie, nie bardzo rozumiejąc, czemu zwykły obrus stał się nagle przedmiotem ogólnego zaciekawienia. — Ja mówię o... — nakreślił w powietrzu prostokąt. — Aa — stęknąłem. Wiedziałem o co mu chodzi. Za chwilę na stole pojawi się prezent. Czekałem z uroczystą, radosną miną. Staliśmy tak w milczeniu. Zniecierpliwiony przestępowałem z nogi na nogę. — To ja już pójdę — powiedział oschle. Zdziwiłem się — stół nadal był pusty. — Ale... — próbowałem protestować. — Szczęść Boże! — warknął i wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Coś we mnie drgnęło. Święty Mikołaj nie mówi „szczęść Boże”, zazwyczaj wita się i żegna wołając „ho, ho — ho, ho”! Usiadłem zrezygnowany. Ktoś okropnie ze mnie zadrwił. Żeby podszywać się pod Mikołaja? Perfidia! Otarłem łzę rąbkiem chusteczki. Może za rok... przyjdzie prawdziwy?... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: uszczypnij_muzo Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.toya.net.pl 17.12.04, 14:58 >chora paranoja A czy istnieje zdrowa paranoja? Wracając do wątku.. Nie jestem osobą wierzącą, a mimo to BN świętuję - lubię te święta, ich atmosferę i żaden fanatyczny katolik nie odbierze mi radości spotkania się z rodziną przy jednym stole przy choince. > to jest zwyczajne zawłaszczanie tej tradycji dla swoich chorych(??) potrzeb Ah, tak. Siętowanie Gwiazdki przez ateistów jest chore.. powinno być tępione przez odnowione Sacrum Officium, co? >niech WSZYSCY - ateiści, katolicy, żydzi, muzułmanie i innowiercy > będą TACY DOBRZY CUDOWNI I WSPANIALI na codzień Puste frazesy.. a czy ty jesteś dobra na co dzień? Rozumiem, że w twoim prostym, czarno-białym każdy, kto mówi, że jest Katolikiem musi być dobry, ale, wybacz, świat realny jest nieco inny. >wtedy KAŻDY DZIEŃ BĘDZIE ŚWIETEM święta mają to do siebie, ze nie odbywają się codziennie. >dobry człowiek nie świętuje tylko 2 dni w roku Dobry człowiek nie znajduje sobie wrogów na kazdym kroku, jest tolerancyjny w stosunku do ludzi zarówno innych wyznań, jak i ateistów. Zapomniałaś dodać, że to wszystko spisek Żydów, Masonów i cyklistów. Przy całej tolerancji dla ludzi wierzących.. Potwierdza się moje przekonanie, iż religia w wielu wypadkach łączy się z ciemnotą, zacofaniem i nietolerancją.. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: frytka Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 17.12.04, 23:42 :))) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Czytelnik Przygladam sie Wam i... IP: *.nt.net 18.12.04, 02:37 Idiotyzm z pustka, scigaja sie w POLSKIM umysle, wypozazonym w komputer. Czy Wam nie wstyd, puszczac w swiat to, co wytworzyl wasz nazwijmy to : "Umysl". Zal dupe sciska, ze komputery trafily pod strzechy. Czy naprawde M U S I S Z pisac? nie majac co? Czlowieku! - jesli nim jestes? - zastanow sie! - nie, nie nad soba - jedynie nad tym kto zobaczy co "tfuj umys" zdolal wytworzyc... Rzenada! Rad zadnych udzielac nikomu nie zamierzam. Co prawda nie dotyczy to wszystkich psstowiczow/iczek, ale niektorych szczegolnie. Pomysl. Warto! Piszac jakis tekst zastanow sie (zanim stukniesz w klawisz "send") CO CHCESZ NIM PRZEKAZAC. Co chcesz nim osiagnac - wzruszyc, rozsmieszyc, wku..c, zaciekawic?. Tekst bez tego rdzenia to jak flacha bez wodki. Niby budzi jakies pozytywne skojarzenia - ale... to nie to. Nie pisz tekstow tylko po to by cos pisac. Pomysl czy NAPRAWDE musisz o tym czyms napisac. Nie poruszaj tematow w ktorych sie czujesz niezbyt pewnie. Zastanow sie kto to bedzie czytal; tzn. adresuj swoj tekst do jakiegos konkretnego odbiorcy (i nie chodzi tu o konkretna osobe, ale konkretny krag odbiorcow). Nie nudz, ale tez nie staraj sie byc zabawnym za wszelka cene. Nic na sile. Pisz tak jakbys do kogos mowil, nie wysilaj sie na "gorny styl" jesli to nie jest TWOJ styl (naturalnie uwazaj tez, bys nie przegial paly). Nie pisz "pod publiczke" - pisz pod siebie. Jesli jestes dobry publiczka to zaakceptuje (i przy okazji bedziesz mial wlasny styl) - jesli jestes denny... to i tak takie wdzieczenie sie do ludzi niewiele ci pomoze. Nie patrz czy jestes na chartsach; patrz czy jestes dobry. Twoim celem nie powinnny byc chartsy a osiagniecie mistrzostwa w tym co robisz. A jesli zaowocuje to wysoka pozycja na chartsach - to tym lepiej. Niech kazdy tekst bedzie wywolany CZYMS - jakas zapladniajaca lektura, zdarzeniem, opinia. Tekst napisany na zasadzie "nudzi mi sie... moze bym strzelil jakis tekst... tylko o czym.... moze o tym, ze mucha lazi po szybie i bzyczy wku..ajaco... " W 99 szansach na 100 bedzie denny. Czytaj ile wlezie - zawsze cos na tym skorzystasz. Zalapiesz nowe slowka, jakies oryginalne spojrzenie na ograny pozornie temat. Czytajac analizuj - "jak on to robi". To nie wstyd uczyc sie od lepszego. Patrz, obserwuj, chlon, potem to przetwarzaj w swoim nie bardzo skapilikowanym umysle. Naprawde warto! Dobrze jest poczytac sobie "Alchemie slowa" Parandowskiego albo "Karafke La Fontaine'a" Wankowicza. Wprawdzie nie bedzie tam nic o scenie i komputerach - ale mnostwo o warsztacie pisarskim. Kiedy uznasz, ze jestes juz dobry - chciej byc lepszy. Gdy uznasz, ze jestes lepszy - miej ambicje bycia najlepszym. Gdy i to osiagniesz - wtedy chciej byc JESZCZE lepszym. Bo kto nie idzie naprzod - ten sie cofa. Moment, w ktorym uznasz, ze przestales sie rozwijac bedzie sygnalem, ze nalezy konczyc swa kariere. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Przygladam sie Wam i... cdn. IP: *.nt.net 18.12.04, 02:59 Aczkolwiek jestes niewatpliwie wybitna i fascynujaca osobowoscia, to nie zanudzaj zbytnio swoimi: - przygodami erotycznymi - opisami balang - perypetiami szkolno/zawodowo/rodzinnymi. Czytelnik to taki squrwensyn ze chce abys go bawil, zaciekawial i ma zasadniczo w dupie twoje sprawy. Wiem ze to smutne ale prawdziwe. Zyskanie slawy przez zbluzganie kogos jest nawet skuteczne ale na bardzo krotka mete. Opieranie sie tylko na tym patencie konczy sie raczej niemilo. Wprawdzie nic tak nie ozywia dyskusji, jak dobra ostra polemika - ale z tym to jak z chili czy pieprzem - z umiarem prosze z umiarem, nie za duzo. Czyli - nie pieprzcie bez sensu! (Czy ktos pamieta swietny rysunek Mleczki? Nosorozec jebie zyrafe, a na dole napis "Obywatelu, nie pieprz bez sensu! " Rysunek ten winien byc obowiazkowo na scianie kazdego ambitnego pisarza na to forum. Pamietaj, ze kazdy moze pisac, ale nie kazdy powinien sie drukowac. Przypomnij sobie taki program "Szansa na sukces". Czy nie bylo ci nieraz wstyd za rozne beztalencia, ktorych popisy wokalne wywoluja bol zebow? Pomysl o tym piszac tekst. Czy chcesz by ktos wstydzil sie za ciebie? Lepiej napisac 1 tekst na 5 dni niz 5 tekstow w jeden dzien. Nie ulegaj fetyszowi ilosci. Przeciez i tak liczy sie TYLKO jakosc. Mozesz byc znakomitym uczestnikiem piszac 20-50 Kb kwartalnie, zas sam fakt napisania 300 kb tekstu NIC nie znaczy, procz tego ze miales duzo wolnego czasu. Tworzac duzo chlamu wyrobisz sobie opinie "chlamoroba" i nikt nie bedzie zauwazal twoich dobrych tekstow, poniewaz zgina w natloku badziewia. Co wrazliwsi beda starali sie omijac teksty sygnowane twoja ksywa, i chocbys poniewczasie stawal na uszach - to watpie by udalo ci sie pozbyc tej etykietki. Naturalnie najlepiej byloby pisac teksty dobre i duzo - ale nie jest to proste. Wiec? - mniej a dobrze! Slownik ortograficzny to naprawde niezla rzecz. W ostatecznosci jak nie wiesz lub nie jestes pewny jak pisze sie "pszenica" to pisz zboze, zyto, albo owies. Ortografia to przeciez nic innego jak wyraz lekcewazenia odbiorcy i przy okazji naszego lamerstwa (moze nie duzego, ale jednak). Nie licz na korekte. Nie majac szacunku dla ortografii nigdy nie nabierzesz szacunku dla slow. Tym samym one nigdy nie nabiora szacunku dla ciebie i nigdy nie beda ukladac sie tak, jak powinny i jakbys ty chcial. Przeciwnie, beda ci robily na zlosc i zgrzytaly w zebach jak piasek. Nie tworz wlasnych zasad ortografii i skladni; nie tworz wlasnego jezyka jesli jeszcze nie opanowales polskiego! Piszac tekst stosuj sie do nastepujacej zasady: - czas POPRAWIANIA napisanego tekstu = czasowi jego pisania, ale ze zmiana jednostki czasu o rzad wyzej. Czyli - jesli pisales tekst przez dwie godziny to "optymalizuj" go przez dwa dni. Nie wierzcie nikomu, kto twierdzi, ze pisze (dobre) teksty ot tak, realtime. Albo lze albo jest jakims absolutnym wyjatkiem od reguly. Nigdy nie wysylaj swiezo napisanego tekstu, zawsze bedziesz zalowal! Napisany i zoptymalizowany tekst odloz. Nastepnie czytaj go tak, jakbys byl nie autorem a czytelnikiem jakiegos autora. Zobaczysz ile poprawek i zmian przyjdzie ci w tym czasie do glowy. Dosc czesto napiszesz go jeszcze raz od poczatku i to duzo lepiej. Jesli po zabiegu opisanym jw. stwierdzisz, ze wczesniej napisany tekst jest w calosci OK i nie ma w nim NIC do poprawki, to oznacza, ze masz za duze mniemanie o wlasnej osobie i raczej (tym samym) nie bedziesz dobrym pisarzem. Zapytaj sie kogo chcesz - kazdy PORZADNY tworca praktycznie NIGDY nie jest zadowolony do konca ze swego dziela (nawet jesli ciebie powalilo ono na kolana). Zawsze taki gosc stwierdzi, ze teraz to on widzi co trzeba bylo zrobic lepiej, inaczej. Czytaj swoje teksty na glos - posluchaj jak brzmia. Naprawde - czytac a slyszec to nie to samo. Glosne czytanie umozliwia uzyskanie "melodyki" tekstu. Badz pisarskim muzykiem. Niech twoj tekst plynie jak rzeka a nie przypomina tarcia mokrym styropianem po szkle. Sam badz dla swoich tekstow najsurowszym sedzia i selekcjonerem. Latwiej samemu wyjebac na smieci swoj tekst niz widziec jak pastwia sie nad nim inni. Dbaj o swoja marke. Wiem, ze to marzenia scietej bani - ale, juz samo to ze ktos to co wyzej przeczyta i zastanowi sie nad tym, w/g mnie spelnilo swoje zadanie. Powodzenia zycze. Ps.Tu, jak i gdzie indziej - grupy bywa nalogotworcza - i tu zadna Vibromecyna nie pomoze. Mozna pusccl baka, a nastepnie narzekajac na zepsute powietrze wyjsc z przyjecia. Kiedys tez przezywalem swoj pierwszy grupokryzys polaczony z pozegnaniem. Obserwujac od jakiegos czasu dyskusje toczone obojrtnir gdzie nasuwaja sie nieodmiennie skojarzenia z tenisem ziemnym lub siatkowka. Ot, rozne style polemiki, rozne umiejetnosci dyskutantow. Oto wiec na glownym korcie trwa mecz kogos przeciwko mixtowi. Wlasnie ktos dostala cross-volley'a i zasapany biegnie w przeciwlegly naroznik kortu aby odbic pilke. Pewno odbije, w koncu nie takie zagrywki juz odbieral, ale moze walnac w siatke, albo - co gorsza - poza linie. Anyway, ten mecz oglada sie przyjemnie - wymiany pilek sa dlugie, zawodnicy graja oburacz i dobrze technicznie, duzo sie poruszaja, odwaznie ida do siatki, a dzieki temu, ze poziom jest jako-taki jest przynajmniej gwarancja, ze chlopcy od podawania pilek nie wbiegna na kort i nie zaczna sami machac rakietami. Nie zawsze jednak jest tak pastelowo. Spora frakcja zawodnikow to typowi gracze silowi. Stanie jeden z drugim nieruchomo w srodku kortu i mechanicznym ruchem przebija pilke na druga strone. Bez polotu, bez finezji - zle sie to oglada. Fatalnie bywa, gdy zejdzie sie dwoch takich - takie dyskusje tez tu juz widzielismy - jedyna nadzieja wtedy, ze sie ktoremus znudzi, albo naciag w rakiecie pie..ie. Pewna szkola gry polega na upartym serwowaniu w siatke i wmawianiu wszystkim wokol, ze przeciez przeszlo na druga strone (co z tego, ze dolem). Inni z kolei zawodnicy sie lepiej czuja w squashu - sami sobie pilke o sciane odbijaja, przeciwnik im nie potrzebny. Niektorzy zawodnicy sa wasko wyspecjalizowani, inni sa mniej lub bardziej uniwersalni. Motywacje tez bywaja rozmaite: jedni graja po to, zeby sobie pograc, ewentualnie backhand'y pocwiczyc, drugim zalezy na zwyciestwie raczej, innym znowoz na osmieszeniu przeciwnika jedynie. Ciekawym zawodnikiem jest pewiem pan (zawsze gdy go czytam mam ochote zapytac czemu znowu pil wczoraj bez salcesonu, jako ulubionej zagrychy) - nikt go nigdy nie widzial odbijajacego jakakolwiek pilke, co mu zupelnie nie przeszkadza samemu uwazac sie za wytrawnego tenisiste. Nastepne pokolenie moze uwierzy? Rzadko, bo rzadko, ale czasami widuje sie na tu asy serwisowe - takich zagran nie sposob odebrac, mozna tylko owacja nagrodzic i sie zafrasowac, ze samemu sie tak nie umie (najczestsze przyklady... ). Znowoz inni zle sie czuja grajac samodzielnie - preferuja sporty druzynowe. Zwykle zaczyna to sie tak ze dwoch zaczyna sobie pilke przerzucac z jednej polowy na druga, ale zaraz dolaczaja nastepni i sie robi mecz pelna geba. Ciekawy jest mechanizm doboru druzyn - niektorzy lubia grac z kims, niektorzy lubia grac przeciwko komus, a niektorzy sobie najpierw z boku popatrza kto wygrywa a potem dopiero potem wbiegaja na boisko. Niektore druzyny maja staly sklad, inne tworza sie doraznie. Jedni przed gra odspiewuja "Boj to jego ostatni" i znaczki sobie w klapy wpinaja, inni conajwyzej pare taktow "Jak dobrze byc we dwoje" (sex is a non-prophet organisation). Gorzej, gdy np. ktos zorganizuje towarzystwo do siatkowki plazowej, pelno jest smiechow, przyjaznych przekomarzan i poklepywan sie po plecach (ostatnio... no wlasnie), a inny ktos zaczyna nagle liczyc punkty i grac scinkami. Czasami reprezentacja gra mecze miedzypanstwowe - ostatnio z Kanada (przy czym okazalo sie poniewczasie, ze to sa raczej 'dwa ognie' a nie siatkowka). A w Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Przygladam sie Wam i... cdn. IP: *.nt.net 18.12.04, 03:05 "Boj to jego ostatni" i znaczki sobie w klapy wpinaja, inni conajwyzej pare taktow "Jak dobrze byc we dwoje" (sex is a non-prophet organisation). Gorzej, gdy np. ktos zorganizuje towarzystwo do siatkowki plazowej, pelno jest smiechow, przyjaznych przekomarzan i poklepywan sie po plecach (ostatnio...), a inny ktos zaczyna nagle liczyc punkty i grac scinkami. Czasami reprezentacja psst gra mecze miedzypanstwowe - ostatnio z ... (przy czym okazalo sie poniewczasie, ze to sa raczej 'dwa ognie' a nie siatkowka). A widownia patrzy, czasem ktos z trybun wpadnie na boisko i odbije pare pilek, czasem - przeciwnie - ktorys ze starych mistrzow na chwilke siadzie z boku na lawce aby pot z lysiny otrzec, oddech uspokoic i przekrzywione okulary na nosie poprawic. A na bocznym boisku juniorzy graja w pilke nozna, fascynujac sie informacjami o tym kiedy i komu i kto strzelil - czasami ktos ze starszych sie tam zaplata przez przypadek. I tak mija tydzien za tygodniem, tygodnie rosna w miesiace, a miesiace w lata... Z zawodnikami i widownia tego forum sie na czas dluzszy zegnal... czytelnik Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: uszczypnij_muzo Re: Przygladam sie Wam i... IP: *.toya.net.pl 18.12.04, 13:30 Pozwól, że zacytuję wyraz z twojej wypowiedzi: "Rzenada!". Tak, to tłumaczy wszystko... Resztę przemyśleń proponuję opublikować w książce "Korzystanie z forów dyskusyjnych w weekend", choć z niektórymi, pojedynczymi zdaniami się zgodzę. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Dodo Ateiści NIE obchodzą Świat Bożego Narodzenia! IP: 210.50.143.* 18.12.04, 11:21 Ile razy mam powtarzac, ze ateiści NIE obchodzą Świat Bożego Narodzenia, ale swietuja zimowe zrownanie dnia z noca, a tradycja tego swietowania jest starsza niz to cale chrzescijanstwo (religia zydowska, wiec azjatycka), bo ma ponad 2 tysiace lat, i wywodzi sie z czasow Krola Popiela, Piasta i jego praslowianskich, a wiec aryjskich, europejskich poprzednikow sprzed naszej ery! Odpowiedz Link Zgłoś
blinski Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze 20.12.04, 14:50 dlatego, ze boze narodzenie - podobnie jak wielkanoc (oraz w mniejszym stopniu swieto zmarlych) - ma wymiar nie tylko religijny, ale i swiecki, i to juz od bardzo dawna. choinka, koledy, oplatek, wigilijny stol z wigilijnymi potrawami to polskie symbole swiat wyprane juz dzisiaj z religijnosci (mimo ze teksty wiekszosci koled raczej na to nie wskazuja), i wiekszosc ateistow traktuje bardziej jako tradycje wlasnie swiecka, nie religijna. ci, ktorzy mowia ze ateisci obchodza swieta bo tak trzeba i w ogole co powiedza sasiedzi, zapominaja o tym ze przeciez w krajach o postepujacej i zaszlej juz daleko laicyzacji (kraje skandynawskie, francja, czechy) swieta obchodzone sa z rownie wielkim namaszczeniem jak i u nas. Odpowiedz Link Zgłoś
pia.ed Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze 27.12.04, 11:19 Masz racje, blinski. Mieszkam w Skandynawii, gdzie coraz mniej ludzi zawiera malzenstwa w kosciele, ale Swieta sa bardzo uroczyscie obchodzone. Nawet muzulmani majacy dzieci kupuja im na Swieta mase prezentow, aby nie czuly sie inne niz ich koledzy. Wielu muzulmanow stawia w oknach tradycyjne swieczniki adwentowe, bo rozswietlaja mrok, ale takze aby nie wyrozniac sie wsrod sasiadow, choc ci akceptuja inne religie i nie dyskutuja co ktos robi lub nie robi. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: sw.mikolaj Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.proxy.aol.com 27.12.04, 23:49 Dlaczego "wierzacy" sa tak agresywni w stosunku do ateistow? Ja mysle, ze po prostu boja sie , sa przerazeni na mysl, ze moze jednak ten bog nie istnieje i co wtedy, traca caly ich sens zycia, traca nadzieje na lepsze? zycie po smierci? No i najlepsza obrona "wiary " to atak! Chrzescijanstwo jest tworem czlowieka z krwi i kosci, tak jak i inne religie... A jak ktos chce wierzyc w bajki, ma calkowite do tego prawo; co do mnie , jednak wole wierzyc w Sw. mikolaja, on przynajmniej przynosi prezenty! Odpowiedz Link Zgłoś
dziewojka to kultywowanie pięknej tradycji 26.12.04, 22:49 jeszcze z czasów pogańskich, tyle, że pod inną nazwą ;) Odpowiedz Link Zgłoś
juna_bis Re: to kultywowanie pięknej tradycji 28.12.04, 21:59 No i już po. Było miło, ale się skończyło. Odpowiedz Link Zgłoś
lodium Re: to kultywowanie pięknej tradycji 29.12.04, 14:11 a u nas nawet sasiedzi muzulmanie obdarowuja sie prezentami na gwiazdke! Chyba to was, katolikow musi bardziej zabolec niz ateisci? Kto dla was jest wiekszym wrogiem? Muzulmanie czy ateisci? Odpowiedz Link Zgłoś