Dodaj do ulubionych

Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodzenia ?

    • Gość: hans Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.enovation.oper / *.enovation.nl 15.12.04, 13:13
      dokładnie z tego samego powodu, dla którego pies je własną kupe
      • Gość: Gruby Re: Dlaczego katolicy dzielą się opłatkiem? IP: *.elartnet.pl / 62.233.196.* 15.12.04, 15:41
        Gość portalu: hans napisał(a):

        > dokładnie z tego samego powodu, dla którego pies je własną kupe

        Dlaczego uważasz że katolicy dzielą się opłatkiem dokładnie z tego samego
        powodu, dla którego pies je własną kupe? Chyab trochę przesadziłeś.
        • Gość: hans [...] IP: *.enovation.oper / *.enovation.nl 15.12.04, 16:06
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
          • zuzankak Zamiast się cieszyć... 15.12.04, 23:42
            • zuzankak że nawet niewierzący 15.12.04, 23:49
              przeżywają radość w święta BN (pewnie z innych powodów niż chrześcijanie)
              to "wierzący" (niektórzy, bo część albo milczy, albo ma inne zdanie) pomstują.
              Ludzie - którzy nazywacie się wierzącymi, a jednocześnie pogardzacie drugim
              człowiekiem ("Kochaj bliźniego swego..." - znacie?) - znajdźcie trochę czasu
              żeby się wyciszyć i znaleźć spokój ducha, by te świeta BN były czsem pokoju i
              pojednania, albo chociaż zrozumienia, że "inni" to też nasi bliźni. Pozdrawiam.
              Zuzanna
    • Gość: toffi@netvisao.pt Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.netvisao.pt 16.12.04, 00:21
      Nie będę pisać o ateistach i katolikach. Nigdy nikomu nie przyszło na myśl, że
      noc 24/25 grudnia to noc narodzin "mesjasza-zbawiciela" (niekoniecznie
      chrześcijańskiego). To święto żydowskie i nazywa się chanukah i żydzi
      obdarowywują się prezentami (słodycze np.). Moim zdaniem prawdziwym świętem
      katolickim jest Wielkanoc ("Chrystus zmarchywstał"). Tak, że ani katolicy, ani
      ateości, ani nikt inny nie może w żadnym wypadku rościć sobie praw do 24
      grudnia/wigilii Bożego(Mesjasza) Narodzenia. Tradycja staropolska nic nie mówi
      o choince (adoptowana z zaboru Austr. w XIX w.), św. Mikołaj tudzież i tylko 6
      grudnia kiedy to podobno wyruszał na "dostawę" prezentów. Nasza tradycja mówi o
      opłatku (namiastki komunii-duże odległości i problemy z dotarciem), o sianku
      (żłobek), a nasze tradycyjne potrawy wigilijne to nic innego jak
      bardzo "praktyczne" podejście do tematu postu etc. Np. Karp-co innego chodowały
      dworskie stawy? Pierogi z kapustą i grzybami - kapusty w bród i grzybów też.
      Makowiec? Przecież "keksu" nikt by nie sfabrykował. Tak, że drodzy forumowicze-
      skłaniam się raczej do tradycji, a nie do podziału pomiędzy katolikami i
      ateistami.
      • Gość: alt. Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.ynet.pl / 213.241.34.* 16.12.04, 14:13
        Tak, najłatwiej jest wytknąć katolikom "brak miłości bliźniego"
        i "nietolerancję".
        Ja po prostu staram się Wam uświadomić, że katolicy i ludzie wierzący są
        WYBRAŃCAMI (kto o tym nie wie niech zajrzy do Biblii), taka niestety jest
        historyczna prawda. Nie twierdzę, że niewierzący są gorsi, jeśli postępują
        zgodnie ze swoim sumieniem też mogą osiągnąć Zbawienie, a fałszywi katolicy -
        nie.
        Nie rozumiem tylko, dlaczego ateiści ubierają się w cudze piórka? Po co Wam te
        całe "święta"? Ja nie obchodzę Nocy Kupały ani Hannukah, ani Nowego Roku wg
        chińskiego kalendarza, i nie zamierzam tego robić.
        • Gość: tess Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.devs.futuro.pl 16.12.04, 16:02
          Jak to dobrze, że jeszcze można samemu decydować o tym, jakie święta chce się
          świętować, w jaki sposób i z jakich powodów.

          I myślę sobie, że Bóg chyba nie zmartwiłby się, gdyby jakiś ateista w święto
          poświęcone jego narodzinom, poszedł sobie nawet na pasterkę. Za to katolik się
          tym niestety martwi okropnie... Ale wolno mu, jest WYBRAŃCEM przecież.
        • Gość: kali Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.net 17.12.04, 12:31
          U mnie mąż i jedno dziecko są wierzący.Chyba nie zostawię ich bez kolacji
          wigilijnej.Oni idą na pasterkę,a my zostajemy w domu i wcale nie myslimy o
          żadnych bogach,nie ma tu żadnej hipokryzji.
    • Gość: mira Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.aster.pl / *.aster.pl 16.12.04, 15:38
      Z tego samego powodu dla ktorego obchodzi je większość katolikow - vhoinki,
      praezentow i tradycji.Nie oszukujmy się, aspekt religijny tych świąt dawno
      zginąl w hałasie z supermarketow. Gdyby tego święta nie wymyślili chrześcijanie
      to napewno wymyślili by je handlowcy.
      • Gość: zienć Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: 216.127.68.* 17.12.04, 12:49
        Obchodze je, bo babcia obchodziła, rodzice obchodzili, zona obchodzi, teściowa
        obchodzi, no to i jak obchodzę.

    • fnoll a dlaczego chrześcijanie je obchodzą? 16.12.04, 19:26
      skoro jezus bynajmniej nie urodził się w tym okresie, a apostołowie nie mieli w
      zwyczaju świętować jego urodzin?
      • Gość: Mag Re: a dlaczego chrześcijanie je obchodzą? IP: *.96.udn.pl 17.12.04, 10:07
        Fnoll, trzeba być właśnie naiwnym jak chrześcijanie aby wierzyć ,że to ich i
        tylko ich Święto. Jak piszą ludzie powyżej, jest to tradycja z czasów
        pogańskich, przesilenia dnia i nocy.Urodził się dłuższy dzięń, należy się z
        tego cieszyć. Ciemna noc zawsze jest symbolem strachu i obawy, dzień - blasku,
        wyzwolenia i większego bezpieczeństwa. Dla wierzacych to bezpieczeństwo to Bóg.
        Więc nie kłóćmy się.
        • Gość: szimi Re: a dlaczego chrześcijanie je obchodzą? IP: *.icpnet.pl 17.12.04, 11:05
          co za prostacka argumentacja :((((((((((((((( aż strach
        • Gość: Mag Re: do szimi IP: *.96.udn.pl 17.12.04, 12:24
          No i jak tu sie nie kłócić jak ktoś Ci przywala od prostaków? Fanatyk nigdy nie
          uzna racji drugiej strony.
          PS. Rozumiem Katolików jak mało kto i nie tobie to oceniać, ale oczekuję też
          zrozumienia moich racji...
          • Gość: szimi Re: do Mag IP: *.icpnet.pl 17.12.04, 12:45
            wybacz ale porównanie narodzin Boga-Zbawiciela świata z narodzinami dłuższego
            dnia jest chorym prostactwem i bluźnierstwem
            • blinski Re: do Mag 20.12.04, 15:17
              dla kogos kto w tego zbawiciela-boga wierzy, pewnie czasem tak. choc nawet, co
              wynika z moich obserwacji, nawet ich stac czasem na odrobine dystansu:)
    • Gość: Tadeusz Dla mnie wszystkie wasze święta to folklor IP: *.kg.net.pl / *.kg.net.pl 17.12.04, 00:03
      Ja niczego nie świetuję ale rzecz jasna nie idę tłuc młotkiem ani nie wierce
      dziur bo rozumie ,że dla innych są to wielkie dni .
      Jesli sie zdarzy spotkanie to piję wódkę jak przy każdej innej okazji.
      Mam problemy to z wierzącą częścią mojej rodziny /żona , teściowa i reszta
      ciotek/która nachodzi mnie z jakimiś wymamlanymi opłatkami i za wszelką cenę
      chce mnie zmusić do łamania się nimi albo upiera się nauczyc mnie mamrotania
      modlitw.
      W ogóle to nagminnie mylą mnie z Żydem ,chociaż Żyd wierzy dokładnie w tego
      samego Boga co chrześcianie a ja w ogóle nie wierzę .
      Dla mnie po śmierci nie ma nic i tyle .
      Żyd zwraca się do Boga bezpośredno ,Chrześcianie zwracają się do Boga za
      pośrednictwem Chrystusa a Polacy wycwanili się i wykorzystują Matkę Boską żeby
      dorwać się ze swoimi problemami do uszu Chrystusa poza kolejką.
      Katolicy za bardzo chcą wszystkich dociąć do swojej miary a mnie guzik obchodzi
      w co kto wierzy.
      Jedynym dobrym produktem kościoła jest Jan Paweł II który jest chyba
      najmądrzejszym człowiekiem świata tyle ,że jak zauważyłem prawie nikt go nie
      słucha.
      • Gość: ateistka Re: Dla mnie wszystkie wasze święta to folklor IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.12.04, 12:34
        Ci wszyscy, co odmawiają ateistom świętowania tych dwóch cudownych dni, tak
        szczerze i naprawdę wierzą? A czy wszystkie pary, które biorą ślub kościelny,
        są wierzące? Ile razy jest tak, że ani jedno, ani drugie wierzące nie jest, no
        ale przecież welon (co z tego, że mieszkali wcześniej razem), organy, półmrok
        katedry, biała suknia... No i słowa, że cię nie opuszczę aż do śmierci... To
        chyba tylko te słowa sprawiają, że śluby kościelne są tak popularne. No i
        miejsce: nie o to chodzi, że dom boży, tylko że pięknie i wutraż jest.
        Dla mnie święta to czas dzielenia się sobą z innymi osobami i cieszenia się
        bliskością innych, drogich mi osób. Niestety, żyjemy od 1000 lat w
        chrześcijaństwie, więc jest to w dużej mierze TRADYCJA, a nie obrządek
        religijny. Dzielenie się opłatkiem to życzenie drugiej osobie wszystkiego, co
        dobre - ateiści nie mają prawa? Nie świętują dlatego, że co sobie pomyślą
        sąsiedzi, tylko dlatego, że od maleńkości słyszymy, że jest taki dzień, w
        którym gasną wszelkie spory... I że krok po kroczku najpiękniejsze idą
        święta... Nie chodzi o prezenty. O bliskość. I w mojej rodzinie święta są o
        wiele bardziej ciepłe, ludzkie, i świąteczne, niż w rodzinie mojego męża,
        którego matka zarzyna się przed świętami, potem obowiązkowe odśpiewanie kolęd,
        a potem każdy zaszywa się w swoim pokoju i g... go wszystko inne obchodzi.
        • Gość: szimi Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcijan IP: *.icpnet.pl 17.12.04, 12:58
          to jest chora paranoja żeby świętować Święta BOŻEGO NARODZENIA - gdy neguje się
          ISTNIENIE BOGA (zrozumcie nie można iść na impreze do kogoś kogo istnienie się
          poddaje w wątpliwość a ateiści nie wierzą w istnienie Boga) - tylko dlatego że
          taka jest tradycja - to jest zwyczajne zawłaszczanie tej tradycji dla swoich
          chorych(??) potrzeb; osoby które tu się określają jako ateiści powołują się na
          tradycję, na obrzędowość, na uniwersalne wartości takie jak dobro, miłość,
          rodzinność - niech WSZYSCY - ateiści, katolicy, żydzi, muzułmanie i innowiercy
          będą TACY DOBRZY CUDOWNI I WSPANIALI na codzień to wtedy KAŻDY DZIEŃ BĘDZIE
          ŚWIETEM; dobry człowiek nie świętuje tylko 2 dni w roku - jest dobry
          codziennie, codziennie żyje uniwersalnymi wartościami
          • Gość: teess Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.devs.futuro.pl 17.12.04, 13:10
            Jakie to straszne, nie wierzą w Boga a takie fajne święta obchodzą! Co za
            niesprawiedliwość!
          • Gość: rus Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.04, 14:10
            Zajmij się Wielkanocą i uspokuj sie:)
            • Gość: Swiadek koronny Jezus nie jest Zydem IP: *.nt.net 17.12.04, 14:51

              Aby ostatecznie zamknac te kwestie, wyjasniam wszystkim: Doszukiwanie sie Zyda
              w Synu Bozym to najwieksza z mozliwych herezja !
              Mam kolezke, ktory tez lubi moczyc "kija". Jozek sam nie wie dlaczego trafil do
              Kanady? Moze dlatego ze sierota, ze nikt na niego w Polsce nie czekal. A moze
              dlatego ze chcial poprobowac szczescia? Sam sobie pokazac co potrafi.
              W Polsce mozliwosci wielkich nie mial. Chociaz i tu na poczatku takze jakos
              niesporo mu szlo. Nigdzie miejsca na dluzej nie mogl zagrzac. Wszystko takie
              inne, takie obce. No i ta dokuczliwa samotnosc. Tyle tylko ze swiecie wierzyl,
              ze kiedys musza nastac lepsze dni dla niego. Przeciez slobce i jemu musi kiedys
              zaswiecic - rozumowal. Wiodl zywot raczej koczowniczy - czasami, mialo to i
              dobre strony. Dzieki temu poznal kawal Kanady. A ze w Polsce w technikum
              przygotowali go dobrze do zawodu, na kazdej budowie zaraz na nim sie poznali.
              Jest ciesla-stolarzem. Zawsze o nim mowili ze ma zlote rece, wiec na brak
              roboty nie narzekal.

              Calkiem niezle zarabial i odlozyl sporo gotowizny. Nawet uzywanego vena sobie
              sprawil, a jakze! Ale, do szczescia mu daleko bylo. W przeciwienstwie do kumpli
              z budowy - jemu najbardziej brakowalo wsi. Oni z niej uciekli a on do niej
              tesknil. Do zapachu ziemi wiosna, do smaku jagod, do widoku pol i ukochanych
              gor, do swojskich odglosow chudoby. Do tego powolnego, nieskomplikowanego
              zycia, nawet jesli pelnego plotek i zabobonow. Miasto, owszem jest oki, ale nie
              dla niego. W swoich wedrowkach po kanadyjskich budowach zdazyl zjesc z pol tony
              pizzy, hamburgerow i kurczakow z rozna. Opil sie colami i innymi swinstwami az
              mu sie uszami przelewalo. A tymczasem, wolalby pajde razowego chleba ze
              smalcem, kawal kielbasy pachnacej jalowcem, grochowke czy chocby golonke z
              klakami.
              Nie mial bliskich kolegow bo nie interesowaly go knajpy, dyskoteki ani
              podrywanie dziewczyn. On ma czas - on poczeka na cos lepszego.

              Doczekal sie. Poszedl na polski piknik. Przy stoisku z pierogami poznal
              Marysie. Sympatyczna, mila w obejsciu ale powazna dziewczyne. Zaraz sie zgadali
              ze sa z Podkarpacia. Przegadali reszte dnia. Marysia pracowala na farmie u
              starych Ukraincow.
              Powiedziala ze smiechem, ze tylko z nimi moze sie tutaj dogadac bo jezyk
              angielski wymyslil ktos tylko po to azeby ludziskom zycie skomplikowac. Jozek
              nagle poczul sie strasznie wazny on juz calkiem niezle dawal sobie z tym rade.
              Budowa to najlepsza szkola jezykow obcych.
              Wieczorem odwiozl Marysie na farme. Jej chlebodawcy panstwo Melnykowie przyjeli
              go jak starego znajomego. Zaprosili do stolu na wspolna wieczerze. A on odrazu
              wiedzial ze ta farma to jest wlasnie to! To, czego od lat daremnie poszukiwal.
              No i mial fart.
              Bo Melnykowie mieli duza hodowle kwiatow inspektowych, sady, duza uprawe badyli
              i stale poszukiwali pracownikow.
              Ich wlasne dzieciaki uciekly do miasta. Zamienily kombajn na komputer.
              Melnykowie placili wprawdzie nie duzo, ale za to dawali mieszkanie, robocze
              ubranie i jedzenia wbrod. Zgodzil sie bez chwili wahania.

              Maryska byla dla niego serdeczna, bezposrednia i uczynna. Prala i naprawiala
              jego rzeczy. Nawet cerowala skarpety, czego dzisiaj nikt juz nie robi. Po pracy
              chodzili na dlugie spacery. W niedziele jezdzili razem do kosciola. Jozek
              szybko sie zorientowal, ze Maryska chociaz sie smieje, przekomarza i zartuje,
              to jednak wyraznie utrzymuje dystans. Co nie przeszkadzalo, ze przywiazal sie
              do niej jak do rodzonej siostry. Byl na kazde jej zawolanie, i choc to dziwne -
              ale podrywa jakos dziwnie nigdy nie przeszla mu przez glowe.

              Po kilku tygodniach, mimo, ze nikt tu nie bywal, nikt sie kolo niej nie krecil,
              bylo juz widoczne, ze Maryska jest w ciazy. Chociaz skrecalo go z ciekawosci,
              nigdy nie zdobyl sie na odwage azeby ja zapytac kto jest ojcem dziecka. A
              Maryska kwitla. I, nie tylko nie wstydzila sie swego stanu, lecz wprost
              przeciwnie - glowe nosila podniesiona wysoko, godnie, z dziwna i niezrozumiala,
              majestatyczna duma.

              Jozek cieszyl sie kiedy zachwycala sie cacuszkami, ktore dla jej dziecka
              wystrugiwal z drewna. Grzechotki, wiatraczki i rozne zwierzaczki jak zywe
              wyrastaly z pod jego zwinnych palcow. W "Toys-R-Us" czy w Walmart?cie takich
              sie nie kupi. Zrobil tez sliczna kolyske na biegunach. Cala malowana w malwy,
              sloneczniki, maki i blawatki. Tego tez dzisiaj nikt juz nie robi i pewnie
              zrobic by nie potrafil.

              Pozna jesienia odeszli sezonowi pracownicy. Panstwo Melnykowie zatrzymali tylko
              Jozka i Maryske. Maryska pomimo zaawansowanej ciazy uwijala sie jak w ukropie a
              Jozek od pierwszej chwili zostal prawa reka starego farmera. Bylo mu milo
              uslyszec od sasiada, ze stary Melnyk wszedzie opowiada, ze takich pracownikow
              jeszcze w zyciu nie mial. Ze gdyby w Kanadzie bylo wiecej takich, jak ci jego
              Polacy to kraj oplywalby mlekiem i miodem a w miastach nie byloby bezdomnych.
              Maryska spodziewala sie rodzic gdzies pod koniec grudnia, ale uparla sie rodzic
              na farmie. Za nic nie chciala rodzic w szpitalu. Liczyla na pomoc starej
              Melnykowej i przerazila sie nie na zarty, kiedy ta oswiadczyla, ze oni w
              polowie miesiaca wybieraja sie na dwa tygodnie do corki w Manitobie. Dodala
              jeszcze ze bez obaw i z calym zaufaniem zostawiaja ich na swoim gospodarstwie.
              Tak wiec zostali sami, nie liczac dwoch psow i kota Mruczka.

              Maryska zrobila sniadanie, ktorego juz nie zjadla. Miala bole. Jozka oblecial
              strach. Tyle nasluchal sie o komplikacjach porodowych, a oni mieszkali przeciez
              na kompletnym zadupiu. Widzial wprawdzie jak sie rodza zwierzeta, ale to
              przeciez nie jest to samo.
              Poczal namawiac Maryske azeby, mimo niezumialych uprzedzen, pozwolila zawiezc
              sie do szpitala. Przekonal, albo Maryska nie byla juz tak pewna siebie. Dosc,
              ze sie zgodzila. Kiedy ona poszla spakowac potrzebne jej rzeczy, Jozkowi
              zaczelo wszystko z rak leciec. Zdolal jednak zrobic stos kanapek na droge,
              napelnic termosy, nie zapomnial o kilku butelkach wody. Przygotowal zarcie dla
              zwierzat. Spakowal swoja sfatygowana torbe, wzial radio na baterie, nawrzucal
              mnostwo kocy i poduszek do vana.
              I liczac na to ze pogoda sie utrzyma, ruszyli w droge. Maryska pojekiwala, psy
              szczekaly, kot szalal w wiklinowym koszu na bielizne a radio ryczalo jakims
              okropnym rockiem. Ta kakofonia nie dzialala kojaco na jego i tak juz
              rozdygotane nerwy.

              Po pol godzinie jazdy zerwala sie sniezna burza. Wycieraczki nie braly. W
              mgnieniu oka biel pokryla droge. Musial zwolnic do zolwiej szybkosci. Nie widac
              bylo gdzie konczy sie droga, gdzie row a gdzie zaczynaja pola. Dobrze, ze znal
              te droge na pamiec i mogl jechac na nosa. Dojechal do bialego domu, w ktorym
              miescil sie tez i urzad pocztowy. Jozek nie mial komorki, chcial stamtad
              zadzwonic do szpitala po instrukcje. Maryska, nie wiadomo po co, gramolila sie
              wlasnie z vana, kiedy on dzwonil do drzwi. Kobieta, ktora mu drzwi otworzyla,
              spojrzala tylko na wykrzywiona bolem twarz Maryski i bez slowa zatrzasnela je
              Jozkowi przed nosem. Niezrazony, przeskoczyl plotek i zapukal do drzwi
              sasiedniego domu. Pospiesznie zaciagnieta kotara w oknie byla niema odpowiedzia
              na jego kolatanie.

              Pojechali dalej. Po nastepnej pol godzinie dobili do wioski. Teraz chcial
              zapytac o lekarza bo czul ze do szpitala nie dojedzie. Chodzil od domu do domu
              ale, jak poprzednio, nikt mu drzwi nie otwieral. Domyslil sie ze tutaj tez byl
              obserwowany zza firanek. I nawet sie nie dziwil. Obcy, brodaty chlop jak dab, w
              kozuchu, jakiego tutaj nie znaja, sunacy w zadymce w strone ich domu - mogl
              wzbudzac postrach. Stary, obity van tez nie napawal zaufaniem. Wiec ruszyli w
              dalsza droge. Maryska jeczala coraz glosniej. Dojechali do motelu, ktory w
              zimie powinien byl byc pusty. Ale nie dzisiaj. Teraz nie tylko nie bylo w nim
              miejsca ale nawet telefon nie dzialal. Po nastepnym kwadransie, ktory wydawal
              sie wiecznoscia, dojechali do przydroznej restauracji.
              • Gość: Swiadek koronny Jezus nie jest Zydem cdn. IP: *.nt.net 17.12.04, 15:24
                Pojechali dalej. Po nastepnej pol godzinie dobili do wioski. Teraz chcial
                zapytac o lekarza bo czul ze do szpitala nie dojedzie. Chodzil od domu do domu
                ale, jak poprzednio, nikt mu drzwi nie otwieral. Domyslil sie ze tutaj tez byl
                obserwowany zza firanek. I nawet sie nie dziwil. Obcy, brodaty chlop jak dab, w
                kozuchu, jakiego tutaj nie znaja, sunacy w zadymce w strone ich domu - mogl
                wzbudzac postrach. Stary, obity van tez nie napawal zaufaniem. Wiec ruszyli w
                dalsza droge. Maryska jeczala coraz glosniej. Dojechali do motelu, ktory w
                zimie powinien byl byc pusty. Ale nie dzisiaj. Teraz nie tylko nie bylo w nim
                miejsca ale nawet telefon nie dzialal. Po nastepnym kwadransie, ktory wydawal
                sie wiecznoscia, dojechali do przydroznej restauracji. Tam telefon tez nie
                dzialal. Sniezna burza przerwala komunikacje.
                Posadzil Maryske przy stole, zamowil hamburgery i polecial nakarmic zwierzeta.
                Skonczylo sie tym, ze zjadl obie porcje, bo Maryska nie mogla.

                Podziwial ja. Siedziala przeciez w takich bolach a usmiechala sie jednak
                promiennie. Podeszla kelnerka azeby powiedziec ze ze wzgledu na pogode zamykaja
                lokal wczesniej i ze oni musza go opuscic. Maryska poszla do toalety. Dlugo jej
                nie bylo a kiedy wrocila powiedziala z niepokojem ze odeszly wody. Nie bardzo
                wiedzial co to znaczy; wstydzil sie zapytac. Ale podswiadomie czul ze jest to
                cos bardzo waznego i ze teraz trzeba bedzie jeszcze bardziej sie spieszyc.

                Nie umial sie modlic. Jakos nikt go tego nie nauczyl. W kosciele zawsze
                powtarzal i robil to samo co inni. I jakos lecialo. Ale teraz sie modlil!
                Modlil sie zarliwie! W duszy, wlasnymi slowami prosil kogos, tego Kogos tam na
                wysokosciach, azeby nie pozwolil tej kobiecie i jej dziecku zczeznac marnie w
                zimnym vanie. Na tej obcej drodze, na tej obcej ziemi. O sobie nawet nie
                pomyslal. Patrzyl na nia z niepokojem. Maryska gryzla chustke aby nie krzyczec
                glosno, a lzy wielkie jak groch, splywaly po jej twarzy. Tymczasem van, na
                wytartych oponach, tanczyl na szosie niczym oszalaly derwisz. Jozek powoli
                tracil nadzieje.

                I wtedy stal sie cud! Przed nim, po lewej stronie drogi, na wysokosci
                kilkunastu metrow, nagle zablysla gigantycznej wielkosci zlota gwiazda. Reklama
                jakiegos produktu. Tak sie przerazil ze machinalnie nacisnal na hamulec. Vanem
                zarzucilo. Wykonal pare obrotow wokol wlasnej osi. Za czwartym moze obrotem,
                van stanal maska do prawej strony drogi i... silnik zgasl. Jozek odetchnal z
                ulga. Wyszedl z wozu. W swiatlach reflektorow, poprzez biala firanke sniegu,
                zobaczyl budowe. Niewykonczone osiedle. Kikuty domow w roznych fazach budowy.
                Przy jednym z nich stal prawie juz wykonczony garaz. Tylko drzwi brakowalo.
                Maryska krzyczala teraz bardzo glosno. Nie zastanawial sie dluzej. Odnalazl
                wjazd uklepany przez ciezarowki. Wjechal tylem vana przez nieistniejacy prog
                garazu i w ten sposob prawie zatarasowal wejscie. Szybko wyciagnal siedzenia z
                wozu. Biegiem wyciagnal koce, poduszki i prowiant. Sciagnal z siebie kozuch i
                bardzo ostroznie, boczkiem, wprowadzil Maryske do srodka. Bylo jasno.
                Gwiazda z naprzeciwka gorzala tysiacem watow! Maryska natychmiast kazala mu
                wyjsc.
                Zdazyl jeszcze tylko wniesc koszyk z kotem i na jej prosbe nastawil radio.
                Pewnie po to azeby nie slyszal jej krzykow. Spojrzal na Maryske z troska i
                niepokojem graniczacym z panika. Usmiechnal sie niepewnie. Narzucil na siebie
                jakis koc i poszedl z psami.

                Nie odchodzil daleko. Tylko dlugo przemierzal tam i z powrotem osiedle-widmo.
                Byl akurat po raz niewiadomo ktory na krancu osiedla, kiedy gwiazda na ulamek
                sekundy zgasla po czym trysnal z niej jeszcze wiekszy blask. Dziwna jasnosc
                zawisla nad osiedlem. Wiatr nagle ustal. Zrobilo sie straszliwie cicho. Myslal
                ze ogluchl.
                Przerazil sie. Wypuscil z rak smycze a psy z miejca pognaly do garazu. Pelen
                zlych przeczuc, biegiem puscil sie w slad za nimi. Tuz przed samym garazem
                zatrzymal sie gwaltownie. Bal sie.

                Kiedy po dlugim wahaniu zdecydowal sie wreszcie wejsc, jego przerazonym oczom
                ukazal sie dziwny widok! Kot siedzial pod sciana a w jego koszyku lezalo teraz
                nowonarodzone dziecko. Maciupki chlopczyk, ktorego Maria jakas szmatka obmywala
                woda z butelki. W garazu niewiadomo jakim cudem bylo cieplo, pachnialo mlekiem
                i zwiedlymi liscmi. Psy przysiadly tuz przy kocie, a kolo kota, o dziwo!
                przycupnely polne myszki. Z pod vana ciagnal sznur zwierzakow. Szopy,
                wiewiorki, zajace, lisy, nawet skunks. I sarenka wslizgnela sie do srodka.
                Zwierzeta jakby wiedzialy ze w ta noc nawet odwieczny wrog bedzie im
                przyjacielem. W nieoszklonym okienku gile, wroble, rudziki i rzesza innych
                ptakow swiergotala jak najeta. Spiewala jakas nieznana nikomu piesn, jakby
                pochwalna. Jozef podszedl blizej. Zatroskany spojrzal na dziecko, Marie
                poglaskal po spoconych wlosach i zapytal jak sie czuje. Jestem bardzo
                szczesliwa - odpowiedziala cicho.

                Podal jej kanapki, nalal herbate. Teraz jadla z apetytem. Usiadl przy niej i
                zaczal tlumaczyc ze zadymke musza tutaj przeczekac, ze on nie moze ryzykowac
                powrotnej jazdy w takich warunkach atmosferycznych. Nie oponowala. Sniezyca
                dopiero po kilku godzinach nieco zelzala. A gwiazda z naprzeciwka nieprzerwanie
                lsnila zlotym, poteznym blaskiem.

                Jozef uslyszal nagle szum silnikow samochodowych. Cos sie dzialo na drodze.
                Ale, ku jego zdziwieniu, wszystkie odglosy milkly przed "ich" garazem.
                Przestraszyl sie ze ktos sie bedzie czepial o to ze nieprawnie sie tutaj
                zainstalowali. To sie chyba "trespass" nazywa, przypomnial sobie. Niespokojny
                ale i zaintrygowany wyszedl na zewnatrz.
                Znowu jego oczom ukazal sie niecodzienny widok. Trzy najdluzsze - jakie w zyciu
                widzial, rozciagane limuzyny staly przed garazem. W licznej, nadskakujacej im
                asyscie, z kazdej wysiadal jakis egzotyczny dostojnik. Jeden w burnusie. Drugi
                mial turban na glowie. A trzeci mycke. Podeszli do niego i wszczeli rozmowe.
                Rozmawiali jak rowni z rownym. Powiedzieli mu ze zdolali awaryjnie wyladowac na
                lotnisku w Collingwood jeszcze przed sniezyca i tam byli zmuszeni ja odczekac.
                Powiedzieli, ze jada na wazna konferencje "na szczycie" do Toronto i pomimo
                rozmaitych instrumentow elektronicznych ich kierowcy bali sie jechac dalej w
                tej potwornej zamieci. Dopiero blask gwiazdy skierowal ich w te strone.
                Zyczliwie wypytywali co on tutaj robi w tym garazu na odludziu, a on im
                powiedzial, ze Maria wlasnie powila w nim syna. Bo nigdzie nie chciano ich
                przyjac. Nigdzie miejsca dla nich nie bylo.

                Zapytali czy mozna tam wejsc. Poszedl zapytac. Maria milczaco skinela glowa. W
                miedzyczasie zdazyla sie juz ogarnac. Teraz siedziala wyprostowana, sliczna i
                promienna, wpatrzona w swego syna. Wcale nie wydawala sie byc zdziwiona ze ci
                mozni panowie, przyzwyczajeni do sluzby i przepychu, nie wstydzili sie ukleknac
                na betonie garazu azeby z pokora oddac hold dziecku lezacemu w wiklinowym
                koszyku na bielizne.

                Na zewnatrz, kierowcy i asysta tych notabli palili papierosy, przytupywali dla
                rozgrzewki i rozmawiali dziwnym gardlowym jezykiem. W garazu poczal unosic sie
                nieznany zapach podobny do kadzidla. To pewnie perfumy tych panow. Z malego
                radia plynela teraz cicha muzyka. Dostojnicy klaniajac sie nisko, wycofywali
                sie tylem, brudzac swoje drogie szaty o karoserie brudnego vana. Po chwili
                zawolali Józefa.
                Ociagajac sie poszedl za nimi. Czego oni moga ode mnie chciec, rozmyslal
                goraczkowo?

                Trzeci raz dzisiaj zaniemowil. Pan w burnusie kazal kierowcy przyniesc
                walizeczke. Wyjal z niej plik banknotow tysiacdolarowych (amerykanskich,
                oczywiscie), wcisnal je oszolomionemu Jozefowi do reki - mowiac, ze sa to
                pieniadze na wyksztalcenie malego.
                Ten w turbanie zdjal z szyi liczne grube zlote lancuchy, zdjal wszystkie
                branzolety i pierscienie wysadzane drogimi kamieniami i powiedzial ze to
                powinno matce i dziecku zabezpieczyc wlasny i wygodny dach nad glowa.
                Ten w my
                • Gość: Swiadek koronny Jezus nie jest Zydem cdn. IP: *.nt.net 17.12.04, 15:30
                  Trzeci raz dzisiaj zaniemowil. Pan w burnusie kazal kierowcy przyniesc
                  walizeczke. Wyjal z niej plik banknotow tysiacdolarowych (amerykanskich,
                  oczywiscie), wcisnal je oszolomionemu Jozefowi do reki - mowiac, ze sa to
                  pieniadze na wyksztalcenie malego.Ten w turbanie zdjal z szyi liczne grube
                  zlote lancuchy, zdjal wszystkie branzolety i pierscienie wysadzane drogimi
                  kamieniami i powiedzial ze to powinno matce i dziecku zabezpieczyc wlasny i
                  wygodny dach nad glowa.
                  Ten w mycce, ewidentnie mocno zazenowany, powiedzial ze nie jest niestety tak
                  zamozny jak jego towarzysze. "Ropa, pan rozumie" - szepnal konfidencjalnie.
                  Ale, on tez chce cos podarowac. Wiec azeby dziecie nie przeziebilo sie w tym
                  starym vanie-klamocie, daruje im swoja limuzyne. Cos tam poszwargotal z innymi
                  po czym kazal kierowcy przeniesc bagaze do limuzyny tego w burnusie a przyniesc
                  dokumenty wozu i kluczyki.
                  Po czym wcisnal to wszystko Jozefowi do reki, uklonil sie nisko, pozyczyl
                  bezpiecznego powrotu do domu i odszedl w slad za tamtymi.

                  Jozef dopiero po ich odjezdzie uprzytomnil sobie ze stal jak ciolek, ze nawet
                  tym dobrym ludziom za nic nie podziekowal. Ciagle, niedowierzajac wlasnym
                  oczom, patrzyl na rece pelne pieniedzy i kosztownosci. Uradowany polecial do
                  Marii przekazac jej te skarby. Nie robila wrazenia przesadnie zdziwionej. Nie
                  szalala z radosci jak on. Jego euforie skwitowala wyrozumialym usmiechem. Stal
                  z tym majatkiem w reku, patrzyl to na nia to na dziecko i nie rozumial tego
                  wszystkiego.
                  Tylko podswiadomie czul, ze choc stalo sie cos cudnego, niesamowitego to ich
                  dotychczasowe zycie uleglo nieodwracalnej zmianie. Juz nigdy nie bedzie takie
                  beztroskie, takie bezposrednie, takie samo. Szkoda! Juz bez poprzedniego
                  entuzjazmu wlozyl kosztownosci do platykowego pojemnika na kanapki i osowialy,
                  wyszedl przed garaz. Spojrzal na gwiazde. Jarzyla sie tak wielkim blaskiem ze
                  nawet nie sposob bylo odczytac co reklamuje.

                  Z ciekawosci poszedl ogladnac ta wystrzalowa limuzyne. Czegos takiego nawet na
                  filmie nie widzial. Co za komfort! Jaki luksus! Ile miejsca! Ucieszyl sie ze
                  dziecko bedzie mialo tu wygodnie. Wsiadl za kierownice. Wlozyl klucz do
                  stacyjki i przekrecil. Z wrazenia az podskoczyl. Tablica rozdzielcza wygladala
                  jak tablica w kabinie nielichego odrzutowca. Nawet John Travolta, ktory nie
                  tylko w filmie jest pilotem, nie powstydzil by sie takiej. Poskrabal sie w
                  glowe. Wodzac palcem po tablicy, zaczal powatpiewac czy kiedykolwiek zdola
                  opanowac, rozszyfrowac do czego sluza te wszystkie ekraniki, wykresy, liczniki,
                  guziki i klawisze.

                  Bo dla niego tylko trzy funkcje byly zrozumiale.
                  Na ekranie, na mapce drogi z Collingwood do Toronto, strzalka stanela na
                  miejscowosci
                  Bethlehem, okolo 20km od Barrie.
                  Zegar wskazywal godzine 08.00 PM.
                  A pulsujaca zlotym kwarcem data glosila: 24-ty grudzien.
                  • Gość: Zawiedziony Sw. Mikolaj IP: *.nt.net 18.12.04, 00:59
                    Wczoraj odwiedził mnie Święty Mikołaj. Nie taki zwykły, z długą brodą i w
                    czerwonym płaszczu, ale nowoczesny, idący z duchem czasu. Nie musiał nosić ze
                    sobą worka z prezentami, ponieważ potrafił je wyczarować. Tylko, że z moimi coś
                    nie wyszło... Ale opowiem wszystko od początku.
                    Przyjrzałem mu się uważnie: był młody, ubrany w czarną suknię i białą koronkową
                    halkę. Nie wiadomo dlaczego założył je w odwrotnej kolejności. Cóż, kwestia
                    gustu. Wkroczył do mieszkania, rozejrzał się po nim krytycznie i bezzwłocznie
                    zajął się sprawą prezentów. W skupieniu szeptał magiczne zaklęcia — czasami
                    słowo, lub dwa wtrącali terminatorzy, którzy przybyli wraz z nim. W pewnym
                    momencie zaczął chlapać wodą za pomocą wielkiego pędzla. Śmigus-dyngus? W
                    zimie? Ale nie chcąc pozostać mu dłużnym pobiegłem po wiadro.
                    Spóźniłem się! Kiedy wróciłem z łazienki już nie chlapał. Usłyszałem
                    chóralne „amen” i na chwilę zapadła cisza. Terminatorzy wyszli, Mikołaj
                    rozsiadł się na fotelu. Przycupnąłem niepewnie na brzegu kanapy.




                    — Nooo — powiedział tubalnym głosem.
                    Spuściłem głowę i z zainteresowaniem zacząłem oglądać kolorowe kwiatki na
                    dywanie.
                    — Czy uczęszczasz na katechizację?
                    Po dłuższym czasie zorientowałem się, że pytanie było skierowane do mnie.
                    — Właściwie to...
                    — A gdzie twój zeszyt? — najwyraźniej zadowolony z odpowiedzi pytał dalej.
                    Zabrałem się do gorączkowego przetrząsania szafki. Po upływie dobrego kwadransa
                    doznałem olśnienia. Podniosłem głowę znad sterty książek i rzuciłem niewinnie:
                    — A który?
                    Machnął ręką, jakby chciał mnie pozdrowić. Ja również do niego pomachałem.
                    — Taak — szybko grzebał w swojej aktówce. — Nazwisko takie a takie, numer
                    mieszkania taki to a taki. No, to byłoby wszystko.
                    Podrapałem się po głowie.

                    — A prezent?
                    Jego twarz rozpromieniła się w oka mgnieniu. Zaczął oglądać stół pod różnymi
                    kątami. Nagle zmarszczył czoło. Zmieszany pochyliłem się nad obrusem. Był
                    nieskazitelnie czysty, ani jednej plamki. Odetchnąłem z ulgą.
                    — Przepraszam, ale nigdzie nie widzę — powiedział i uśmiechnął się życzliwie.
                    — Nic dziwnego, niedawno wyprany — odparłem dumnie, nie bardzo rozumiejąc,
                    czemu zwykły obrus stał się nagle przedmiotem ogólnego zaciekawienia.
                    — Ja mówię o... — nakreślił w powietrzu prostokąt.
                    — Aa — stęknąłem. Wiedziałem o co mu chodzi. Za chwilę na stole pojawi się
                    prezent. Czekałem z uroczystą, radosną miną.
                    Staliśmy tak w milczeniu. Zniecierpliwiony przestępowałem z nogi na nogę.
                    — To ja już pójdę — powiedział oschle. Zdziwiłem się — stół nadal był pusty.
                    — Ale... — próbowałem protestować.
                    — Szczęść Boże! — warknął i wyszedł trzasnąwszy drzwiami.
                    Coś we mnie drgnęło. Święty Mikołaj nie mówi „szczęść Boże”, zazwyczaj wita się
                    i żegna wołając „ho, ho — ho, ho”! Usiadłem zrezygnowany. Ktoś okropnie ze mnie
                    zadrwił. Żeby podszywać się pod Mikołaja? Perfidia! Otarłem łzę rąbkiem
                    chusteczki.

                    Może za rok... przyjdzie prawdziwy?...
          • Gość: uszczypnij_muzo Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.toya.net.pl 17.12.04, 14:58
            >chora paranoja

            A czy istnieje zdrowa paranoja?

            Wracając do wątku.. Nie jestem osobą wierzącą, a mimo to BN świętuję - lubię te
            święta, ich atmosferę i żaden fanatyczny katolik nie odbierze mi radości
            spotkania się z rodziną przy jednym stole przy choince.

            > to jest zwyczajne zawłaszczanie tej tradycji dla swoich chorych(??) potrzeb

            Ah, tak. Siętowanie Gwiazdki przez ateistów jest chore.. powinno być tępione
            przez odnowione Sacrum Officium, co?

            >niech WSZYSCY - ateiści, katolicy, żydzi, muzułmanie i innowiercy
            > będą TACY DOBRZY CUDOWNI I WSPANIALI na codzień

            Puste frazesy.. a czy ty jesteś dobra na co dzień? Rozumiem, że w twoim
            prostym, czarno-białym każdy, kto mówi, że jest Katolikiem musi być dobry, ale,
            wybacz, świat realny jest nieco inny.

            >wtedy KAŻDY DZIEŃ BĘDZIE ŚWIETEM

            święta mają to do siebie, ze nie odbywają się codziennie.

            >dobry człowiek nie świętuje tylko 2 dni w roku

            Dobry człowiek nie znajduje sobie wrogów na kazdym kroku, jest tolerancyjny w
            stosunku do ludzi zarówno innych wyznań, jak i ateistów. Zapomniałaś dodać, że
            to wszystko spisek Żydów, Masonów i cyklistów.
            Przy całej tolerancji dla ludzi wierzących.. Potwierdza się moje przekonanie,
            iż religia w wielu wypadkach łączy się z ciemnotą, zacofaniem i nietolerancją..

            • Gość: frytka Re: Ale TO NIE SĄ ŚWIĘTA ATEISTÓW tylko chrześcij IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 17.12.04, 23:42
              :)))
              • Gość: Czytelnik Przygladam sie Wam i... IP: *.nt.net 18.12.04, 02:37
                Idiotyzm z pustka, scigaja sie w POLSKIM umysle, wypozazonym w komputer.
                Czy Wam nie wstyd, puszczac w swiat to, co wytworzyl wasz nazwijmy to : "Umysl".
                Zal dupe sciska, ze komputery trafily pod strzechy.
                Czy naprawde M U S I S Z pisac? nie majac co?
                Czlowieku! - jesli nim jestes? - zastanow sie! - nie, nie nad soba - jedynie
                nad tym kto zobaczy co "tfuj umys" zdolal wytworzyc... Rzenada!

                Rad zadnych udzielac nikomu nie zamierzam. Co prawda nie dotyczy to wszystkich
                psstowiczow/iczek, ale niektorych szczegolnie. Pomysl. Warto! Piszac jakis
                tekst zastanow sie (zanim stukniesz w klawisz "send") CO CHCESZ NIM PRZEKAZAC.
                Co chcesz nim osiagnac - wzruszyc, rozsmieszyc, wku..c, zaciekawic?. Tekst bez
                tego rdzenia to jak flacha bez wodki. Niby budzi jakies pozytywne skojarzenia -
                ale... to nie to.
                Nie pisz tekstow tylko po to by cos pisac. Pomysl czy NAPRAWDE musisz o tym
                czyms napisac. Nie poruszaj tematow w ktorych sie czujesz niezbyt pewnie.
                Zastanow sie kto to bedzie czytal; tzn. adresuj swoj tekst do jakiegos
                konkretnego odbiorcy (i nie chodzi tu o konkretna osobe, ale konkretny krag
                odbiorcow). Nie nudz, ale tez nie staraj sie byc zabawnym za wszelka cene. Nic
                na sile. Pisz tak jakbys do kogos mowil, nie wysilaj sie na "gorny styl" jesli
                to nie jest TWOJ styl (naturalnie uwazaj tez, bys nie przegial paly). Nie
                pisz "pod publiczke" - pisz pod siebie. Jesli jestes dobry publiczka to
                zaakceptuje (i przy okazji bedziesz mial wlasny styl) - jesli
                jestes denny... to i tak takie wdzieczenie sie do ludzi niewiele ci pomoze.

                Nie patrz czy jestes na chartsach; patrz czy jestes dobry. Twoim celem nie
                powinnny byc chartsy a osiagniecie mistrzostwa w tym co robisz. A jesli
                zaowocuje to wysoka pozycja na chartsach - to tym lepiej. Niech kazdy tekst
                bedzie wywolany CZYMS - jakas zapladniajaca lektura, zdarzeniem, opinia. Tekst
                napisany na zasadzie "nudzi mi sie... moze bym strzelil jakis tekst... tylko o
                czym.... moze o tym, ze mucha lazi po szybie i bzyczy wku..ajaco... " W 99
                szansach na 100 bedzie denny.
                Czytaj ile wlezie - zawsze cos na tym skorzystasz. Zalapiesz nowe slowka,
                jakies oryginalne spojrzenie na ograny pozornie temat. Czytajac analizuj - "jak
                on to robi".
                To nie wstyd uczyc sie od lepszego. Patrz, obserwuj, chlon, potem to
                przetwarzaj w swoim nie bardzo skapilikowanym umysle. Naprawde warto!

                Dobrze jest poczytac sobie "Alchemie slowa" Parandowskiego albo "Karafke La
                Fontaine'a" Wankowicza. Wprawdzie nie bedzie tam nic o scenie i komputerach -
                ale mnostwo o warsztacie pisarskim. Kiedy uznasz, ze jestes juz dobry - chciej
                byc lepszy. Gdy uznasz, ze jestes lepszy - miej ambicje bycia najlepszym. Gdy i
                to osiagniesz - wtedy chciej byc JESZCZE lepszym. Bo kto nie idzie naprzod -
                ten sie cofa. Moment, w ktorym uznasz, ze przestales sie rozwijac bedzie
                sygnalem, ze nalezy konczyc swa kariere.
                • Gość: czytelnik Przygladam sie Wam i... cdn. IP: *.nt.net 18.12.04, 02:59
                  Aczkolwiek jestes niewatpliwie wybitna i fascynujaca osobowoscia, to nie
                  zanudzaj zbytnio swoimi: - przygodami erotycznymi - opisami balang -
                  perypetiami szkolno/zawodowo/rodzinnymi. Czytelnik to taki squrwensyn ze chce
                  abys go bawil, zaciekawial i ma zasadniczo w dupie twoje sprawy.
                  Wiem ze to smutne ale prawdziwe. Zyskanie slawy przez zbluzganie kogos jest
                  nawet skuteczne ale na bardzo krotka mete. Opieranie sie tylko na tym patencie
                  konczy sie raczej niemilo. Wprawdzie nic tak nie ozywia dyskusji, jak dobra
                  ostra polemika - ale z tym to jak z chili czy pieprzem - z umiarem prosze z
                  umiarem, nie za duzo. Czyli - nie pieprzcie bez sensu! (Czy ktos pamieta
                  swietny rysunek Mleczki? Nosorozec jebie zyrafe, a na dole napis "Obywatelu,
                  nie pieprz bez sensu! " Rysunek ten winien byc obowiazkowo na scianie kazdego
                  ambitnego pisarza na to forum.

                  Pamietaj, ze kazdy moze pisac, ale nie kazdy powinien sie drukowac. Przypomnij
                  sobie taki program "Szansa na sukces". Czy nie bylo ci nieraz wstyd za rozne
                  beztalencia, ktorych popisy wokalne wywoluja bol zebow? Pomysl o tym piszac
                  tekst. Czy chcesz by ktos wstydzil sie za ciebie? Lepiej napisac 1 tekst na 5
                  dni niz 5 tekstow w jeden dzien. Nie ulegaj fetyszowi ilosci. Przeciez i tak
                  liczy sie TYLKO jakosc. Mozesz byc znakomitym uczestnikiem piszac 20-50 Kb
                  kwartalnie, zas sam fakt napisania 300 kb tekstu NIC nie znaczy, procz tego ze
                  miales duzo wolnego czasu. Tworzac duzo chlamu wyrobisz sobie
                  opinie "chlamoroba" i nikt nie bedzie zauwazal twoich dobrych tekstow,
                  poniewaz zgina w natloku badziewia. Co wrazliwsi beda starali sie omijac teksty
                  sygnowane twoja ksywa, i chocbys poniewczasie stawal na uszach - to watpie by
                  udalo ci sie pozbyc tej etykietki.

                  Naturalnie najlepiej byloby pisac teksty dobre i duzo - ale nie jest to proste.
                  Wiec? - mniej a dobrze! Slownik ortograficzny to naprawde niezla rzecz. W
                  ostatecznosci jak nie wiesz lub nie jestes pewny jak pisze sie "pszenica" to
                  pisz zboze, zyto, albo owies. Ortografia to przeciez nic innego jak wyraz
                  lekcewazenia odbiorcy i przy okazji naszego lamerstwa (moze nie duzego, ale
                  jednak). Nie licz na korekte. Nie majac szacunku dla ortografii nigdy nie
                  nabierzesz szacunku dla slow.
                  Tym samym one nigdy nie nabiora szacunku dla ciebie i nigdy nie beda ukladac
                  sie tak, jak powinny i jakbys ty chcial. Przeciwnie, beda ci robily na zlosc i
                  zgrzytaly w zebach jak piasek.
                  Nie tworz wlasnych zasad ortografii i skladni; nie tworz wlasnego jezyka jesli
                  jeszcze nie opanowales polskiego! Piszac tekst stosuj sie do nastepujacej
                  zasady: - czas POPRAWIANIA napisanego tekstu = czasowi jego pisania, ale ze
                  zmiana jednostki czasu o rzad wyzej. Czyli - jesli pisales tekst przez dwie
                  godziny to "optymalizuj" go przez dwa dni. Nie wierzcie nikomu, kto twierdzi,
                  ze pisze (dobre) teksty ot tak, realtime. Albo lze albo jest jakims absolutnym
                  wyjatkiem od reguly.

                  Nigdy nie wysylaj swiezo napisanego tekstu, zawsze bedziesz zalowal! Napisany i
                  zoptymalizowany tekst odloz. Nastepnie czytaj go tak, jakbys byl nie autorem a
                  czytelnikiem jakiegos autora. Zobaczysz ile poprawek i zmian przyjdzie ci w tym
                  czasie do glowy. Dosc czesto napiszesz go jeszcze raz od poczatku i to duzo
                  lepiej.
                  Jesli po zabiegu opisanym jw. stwierdzisz, ze wczesniej napisany tekst jest w
                  calosci OK i nie ma w nim NIC do poprawki, to oznacza, ze masz za duze
                  mniemanie o wlasnej osobie i raczej (tym samym) nie bedziesz dobrym pisarzem.
                  Zapytaj sie kogo chcesz - kazdy PORZADNY tworca praktycznie NIGDY nie jest
                  zadowolony do konca ze swego dziela (nawet jesli ciebie powalilo ono na
                  kolana). Zawsze taki gosc stwierdzi, ze teraz to on widzi co trzeba bylo
                  zrobic lepiej, inaczej.
                  Czytaj swoje teksty na glos - posluchaj jak brzmia. Naprawde - czytac a slyszec
                  to nie to samo. Glosne czytanie umozliwia uzyskanie "melodyki" tekstu. Badz
                  pisarskim muzykiem. Niech twoj tekst plynie jak rzeka a nie przypomina tarcia
                  mokrym styropianem po szkle. Sam badz dla swoich tekstow najsurowszym sedzia i
                  selekcjonerem. Latwiej samemu wyjebac na smieci swoj tekst niz widziec jak
                  pastwia sie nad nim inni. Dbaj o swoja marke. Wiem, ze to marzenia scietej
                  bani - ale, juz samo to ze ktos to co wyzej przeczyta i zastanowi sie nad tym,
                  w/g mnie spelnilo swoje zadanie.

                  Powodzenia zycze.

                  Ps.Tu, jak i gdzie indziej - grupy bywa nalogotworcza - i tu zadna Vibromecyna
                  nie pomoze. Mozna pusccl baka, a nastepnie narzekajac na zepsute powietrze
                  wyjsc z przyjecia. Kiedys tez przezywalem swoj pierwszy grupokryzys polaczony z
                  pozegnaniem. Obserwujac od jakiegos czasu dyskusje toczone obojrtnir gdzie
                  nasuwaja sie nieodmiennie skojarzenia z tenisem ziemnym lub siatkowka. Ot,
                  rozne style polemiki, rozne umiejetnosci dyskutantow.
                  Oto wiec na glownym korcie trwa mecz kogos przeciwko mixtowi.
                  Wlasnie ktos dostala cross-volley'a i zasapany biegnie w przeciwlegly naroznik
                  kortu aby odbic pilke. Pewno odbije, w koncu nie takie zagrywki juz odbieral,
                  ale moze walnac w siatke, albo - co gorsza - poza linie. Anyway, ten mecz
                  oglada sie przyjemnie - wymiany pilek sa dlugie, zawodnicy graja oburacz i
                  dobrze technicznie, duzo sie poruszaja, odwaznie ida do siatki, a dzieki temu,
                  ze poziom jest jako-taki jest przynajmniej gwarancja, ze chlopcy od podawania
                  pilek nie wbiegna na kort i nie zaczna sami machac rakietami. Nie zawsze jednak
                  jest tak pastelowo. Spora frakcja zawodnikow to typowi gracze silowi. Stanie
                  jeden z drugim nieruchomo w srodku kortu i mechanicznym ruchem przebija pilke
                  na druga strone. Bez polotu, bez finezji - zle sie to oglada. Fatalnie bywa,
                  gdy zejdzie sie dwoch takich - takie dyskusje tez tu juz widzielismy - jedyna
                  nadzieja wtedy, ze sie ktoremus znudzi, albo naciag w rakiecie pie..ie.
                  Pewna szkola gry polega na upartym serwowaniu w siatke i wmawianiu wszystkim
                  wokol, ze przeciez przeszlo na druga strone (co z tego, ze dolem).

                  Inni z kolei zawodnicy sie lepiej czuja w squashu - sami sobie pilke o sciane
                  odbijaja, przeciwnik im nie potrzebny. Niektorzy zawodnicy sa wasko
                  wyspecjalizowani, inni sa mniej lub bardziej uniwersalni. Motywacje tez bywaja
                  rozmaite: jedni graja po to, zeby sobie pograc, ewentualnie backhand'y
                  pocwiczyc, drugim zalezy na zwyciestwie raczej, innym znowoz na osmieszeniu
                  przeciwnika jedynie.

                  Ciekawym zawodnikiem jest pewiem pan (zawsze gdy go czytam mam ochote zapytac
                  czemu znowu pil wczoraj bez salcesonu, jako ulubionej zagrychy) - nikt go nigdy
                  nie widzial odbijajacego jakakolwiek pilke, co mu zupelnie nie przeszkadza
                  samemu uwazac sie za wytrawnego tenisiste. Nastepne pokolenie moze uwierzy?

                  Rzadko, bo rzadko, ale czasami widuje sie na tu asy serwisowe - takich zagran
                  nie sposob odebrac, mozna tylko owacja nagrodzic i sie zafrasowac, ze samemu
                  sie tak nie umie (najczestsze przyklady... ).

                  Znowoz inni zle sie czuja grajac samodzielnie - preferuja sporty druzynowe.
                  Zwykle zaczyna to sie tak ze dwoch zaczyna sobie pilke przerzucac z jednej
                  polowy na druga, ale zaraz dolaczaja nastepni i sie robi mecz pelna geba.
                  Ciekawy jest mechanizm doboru druzyn - niektorzy lubia grac z kims, niektorzy
                  lubia grac przeciwko komus, a niektorzy sobie najpierw z boku popatrza kto
                  wygrywa a potem dopiero potem wbiegaja na boisko. Niektore druzyny maja staly
                  sklad, inne tworza sie doraznie. Jedni przed gra odspiewuja "Boj to jego
                  ostatni" i znaczki sobie w klapy wpinaja, inni conajwyzej
                  pare taktow "Jak dobrze byc we dwoje" (sex is a non-prophet organisation).
                  Gorzej, gdy np. ktos zorganizuje towarzystwo do siatkowki plazowej, pelno jest
                  smiechow, przyjaznych przekomarzan i poklepywan sie po plecach (ostatnio... no
                  wlasnie), a inny ktos zaczyna nagle liczyc punkty i grac scinkami. Czasami
                  reprezentacja gra mecze miedzypanstwowe - ostatnio z Kanada (przy czym okazalo
                  sie poniewczasie, ze to sa raczej 'dwa ognie' a nie siatkowka). A w
                  • Gość: czytelnik Przygladam sie Wam i... cdn. IP: *.nt.net 18.12.04, 03:05
                    "Boj to jego ostatni" i znaczki sobie w klapy wpinaja, inni conajwyzej
                    pare taktow "Jak dobrze byc we dwoje" (sex is a non-prophet organisation).
                    Gorzej, gdy np. ktos zorganizuje towarzystwo do siatkowki plazowej, pelno jest
                    smiechow, przyjaznych przekomarzan i poklepywan sie po plecach (ostatnio...), a
                    inny ktos zaczyna nagle liczyc punkty i grac scinkami. Czasami reprezentacja
                    psst gra mecze miedzypanstwowe - ostatnio z ... (przy czym okazalo sie
                    poniewczasie, ze to sa raczej 'dwa ognie' a nie siatkowka). A widownia patrzy,
                    czasem ktos z trybun wpadnie na boisko i odbije pare pilek, czasem -
                    przeciwnie - ktorys ze starych mistrzow na chwilke siadzie z boku na lawce aby
                    pot z lysiny otrzec, oddech uspokoic i przekrzywione okulary na nosie poprawic.
                    A na bocznym boisku juniorzy graja w pilke nozna, fascynujac sie informacjami o
                    tym kiedy i komu i kto strzelil - czasami ktos ze starszych sie tam zaplata
                    przez przypadek.

                    I tak mija tydzien za tygodniem, tygodnie rosna w miesiace, a miesiace w
                    lata... Z zawodnikami i widownia tego forum sie na czas dluzszy zegnal...
                    czytelnik
                • Gość: uszczypnij_muzo Re: Przygladam sie Wam i... IP: *.toya.net.pl 18.12.04, 13:30
                  Pozwól, że zacytuję wyraz z twojej wypowiedzi: "Rzenada!". Tak, to tłumaczy
                  wszystko...
                  Resztę przemyśleń proponuję opublikować w książce "Korzystanie z forów
                  dyskusyjnych w weekend", choć z niektórymi, pojedynczymi zdaniami się zgodzę.
    • Gość: Dodo Ateiści NIE obchodzą Świat Bożego Narodzenia! IP: 210.50.143.* 18.12.04, 11:21
      Ile razy mam powtarzac, ze ateiści NIE obchodzą Świat
      Bożego Narodzenia, ale swietuja zimowe zrownanie dnia z noca,
      a tradycja tego swietowania jest starsza niz to cale chrzescijanstwo
      (religia zydowska, wiec azjatycka), bo ma ponad 2 tysiace lat,
      i wywodzi sie z czasow Krola Popiela, Piasta i jego praslowianskich,
      a wiec aryjskich, europejskich poprzednikow sprzed naszej ery!
    • blinski Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze 20.12.04, 14:50
      dlatego, ze boze narodzenie - podobnie jak wielkanoc (oraz w mniejszym stopniu
      swieto zmarlych) - ma wymiar nie tylko religijny, ale i swiecki, i to juz od
      bardzo dawna. choinka, koledy, oplatek, wigilijny stol z wigilijnymi potrawami
      to polskie symbole swiat wyprane juz dzisiaj z religijnosci (mimo ze teksty
      wiekszosci koled raczej na to nie wskazuja), i wiekszosc ateistow traktuje
      bardziej jako tradycje wlasnie swiecka, nie religijna.
      ci, ktorzy mowia ze ateisci obchodza swieta bo tak trzeba i w ogole co powiedza
      sasiedzi, zapominaja o tym ze przeciez w krajach o postepujacej i zaszlej juz
      daleko laicyzacji (kraje skandynawskie, francja, czechy) swieta obchodzone sa z
      rownie wielkim namaszczeniem jak i u nas.
      • pia.ed Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze 27.12.04, 11:19
        Masz racje, blinski. Mieszkam w Skandynawii, gdzie coraz mniej ludzi zawiera
        malzenstwa w kosciele, ale Swieta sa bardzo uroczyscie obchodzone.
        Nawet muzulmani majacy dzieci kupuja im na Swieta mase prezentow, aby nie
        czuly sie inne niz ich koledzy.
        Wielu muzulmanow stawia w oknach tradycyjne swieczniki adwentowe, bo
        rozswietlaja mrok, ale takze aby nie wyrozniac sie wsrod sasiadow,
        choc ci akceptuja inne religie i nie dyskutuja co ktos robi lub nie robi.
      • Gość: sw.mikolaj Re: Dlaczego ateiści obchodzą Święta Boż. Narodze IP: *.proxy.aol.com 27.12.04, 23:49
        Dlaczego "wierzacy" sa tak agresywni w stosunku do ateistow? Ja mysle, ze po
        prostu boja sie , sa przerazeni na mysl, ze moze jednak ten bog nie istnieje i
        co wtedy, traca caly ich sens zycia, traca nadzieje na lepsze? zycie po
        smierci? No i najlepsza obrona "wiary " to atak! Chrzescijanstwo jest tworem
        czlowieka z krwi i kosci, tak jak i inne religie... A jak ktos chce wierzyc w
        bajki, ma calkowite do tego prawo; co do mnie , jednak wole wierzyc w Sw.
        mikolaja, on przynajmniej przynosi prezenty!
    • dziewojka to kultywowanie pięknej tradycji 26.12.04, 22:49
      jeszcze z czasów pogańskich, tyle, że pod inną nazwą ;)
      • juna_bis Re: to kultywowanie pięknej tradycji 28.12.04, 21:59
        No i już po. Było miło, ale się skończyło.
        • lodium Re: to kultywowanie pięknej tradycji 29.12.04, 14:11
          a u nas nawet sasiedzi muzulmanie obdarowuja sie prezentami na gwiazdke! Chyba
          to was, katolikow musi bardziej zabolec niz ateisci? Kto dla was jest wiekszym
          wrogiem? Muzulmanie czy ateisci?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka