0golone_jajka
03.10.05, 22:50
Zawsze traktowałem spowiedź jako idiotyczny przymus. W sumie u spowiedzi byłem kilka razy w życiu. Nie cierpiałem tego. Nie rozumiałem i nadal nie rozumiem, czemu mam jakiemuś obcemu facetowi mówić o różnych rzeczach, które on może uważać za złe a ja za dobre i coś mi potem na ten temat chrzanić. Na spowiedzi nigdy nie mówiłem całej prawdy - wymyślałem sobie jakieś grzechy, które mógłby popełniać młody chłopak - część z nich się pokrywała, a część nie. Opłatek zjadałem potem z namaszczeniem, czasem nawet odklepałem pokutę.
Po kilku spowiedziach postanowiłem więcej tego nie robić. Owszem, odczuwałem po spowiedzi ulgę, ale nie dlatego że "oczyściłem sumienie", ale dlatego że skończyła się idiotyczna szopka z obcym facetem słuchającym moich zmyślonych grzeszków. Ostatni raz u spowiedzi byłem chyba w 5. klasie podstawówki. W 8. definitywnie zerwałem z kościołem (przedtem mnie rodzice zmuszali do uczestnictwa w szamańskich rytuałach).
Co wam daje spowiedź?