yggdrasill
27.09.06, 19:36
Mój przyjaciel M. po lekcjach wyszedł ze szkoły w towarzystwie koleżanki A..
Znajdował się 10 metrów od murów szacownej placówki oświatowej, gdy dostał z
bara od jednego z dwóch mijających go dresów. Zawołał za nim: 'Hej, uważaj!'
i wtedy się zaczęło. Łysy kolega sprawcy całego zamieszania bezceremonialnie
usunął A. ze swojej trajektorii i wystartował do M., żądając 'przeproszenia
kumpla' (za to, że M. zaryzykowal odezwanie się.). Mój przyjaciel widząc, na
co się zanosi, przeprosił panów, co zostało skwitowane klasycznym ciosem z
bańki. W twarz, rzecz jasna.
Drechy oddryfowały, M. policzył zęby i upewnił się, że jego nos pozostal w
niezmienionym kształcie. Trwało to jakiś czas, ale gdy już się pozbierał,
wrócił do szkoły, by podczas przerwy o wszystkim poinformowac dyrektorkę. Ta
stwierdziła, że 'to nie jest jej sprawa'. Straż miejska najwyraźniej doszła
do analogicznego wniosku, bo przyjechali po upływie półtorej godziny, mimo że
zazwyczaj funkjonariusze krążą jak sępy po całym sąsiedztwie, szukając
niedobrych licealistów łamiących święte przykazania kaczej RP. Ale przejdżmy
dalej.
Chcąc opuścić budynek, M. natknął się na krewkiego fana ortalionu, siedzącego
bestresowo w szatni. Okazało się, że dresik zawitał w skromne progi naszego
lo z wizytą u kolegi. Dodzwonił się najwyraźniej na jego komórkę i kwiecistym
stylem wyłuszczał mu, jak bardzo jest niezadowolony z jego przedłużającej się
nieobecności. Następnie podniósł się i rozpocząl obchód po salach, w których
odbywały sie lekcje, w każdej pytając o swojego znajomego. Trafił w koncu do
klasy, gdzie zajęcia prowadziła wyżej wspomniana pani dyrektor. Ta wyszła za
nim z sali z uprzejmym zapytaniem, co też on czyni. W odpowiedzi
usłyszała: 'Wyp... z powrotem do klasy stara k..., bo jak nie, to ci tak
zaj..., ze sie nie pozbierasz!'. Cóż miała zrobić szanowana dyrektorka
renomowanego stołecznego liceum w obliczu słownej napasci młodocianego chama?
Oczywiście- zrobiła dokładnie to, o co prosił.
Drech wrócił do szatni i siedział w naszej szkole jeszcze pól godziny, nie
niepokojony przez nikogo. Później doczekał się przyjścia kolegi, wstał i
spokojnie sie oddalił. Nikt go nie zatrzymywal.
Następnego dnia nasz wychowawca po wysłuchaniu całej historii stanął na
wysokości powierzonego mu zadania sprawowania opieki nad klasą i zabłysnął
pytaniem: 'To po co się włóczycie po lekcjach?'.
Mój przyjaciel padł ofiarą napaści. Leży teraz ze wstrząsem mózgu. Poza nami,
jego kolegami z klasy, nikt nie usiłował doprowadzic do ukarania tego, kto
jest za to odpowiedzialny. Ani szkoła, ani odpowiednie służby, ani człowiek,
którego funkcja polega również na wspieraniu nas, uczniów.
Jak w temacie. Bez kometnarza.