andune
05.12.06, 19:01
Oto felieton sprzed ponad stu lat:
Bolesław Prus (1847-1912)
Wieża paryska*
Wiadomo, że w roku 1889 ma odbyć się wystawa powszechna w Paryżu. Celem zaś
zwabienia największej ilości widzów, których już przestały zaciekawiać zwykłe
wystawy, Francuzi wymyślili szczególnego rodzaju przynętę, mianowicie wieżę –
aż na 300 metrów wysoką.
Wieża będzie zbudowana ze sztab żelaznych w taki mniej więcej sposób, jak
kratowe mosty na Wiśle. Będzie też najwyższym budynkiem, jaki kiedykolwiek
dźwignęła ludzka ręka. Cud świata – olbrzymie piramidy egipskie wyglądać mają
obok niej jak stado cieląt obok słonia.
Dosyć powiedzieć, że gdyby owa wieża, po wybudowaniu jej w Paryżu,
przewróciła się w Warszawie, zajęłaby prawie całą długość Saskiego placu od
ulicy Wierzbowej do Królewskiej, a może i dalej.
Dbała o zadowolenie czytelników redakcja uprosiła swego naczelnego
korespondenta w Paryżu, ażeby nadesłał bliższe szczegóły dotyczące 300-
metrowej wieży. Wieży jeszcze nie ma, nawet fundamentów pod nią nie wykopano
i w ogóle na pewno nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie na świecie. Niemniej
jednak nasz naczelny korespondent rozesłał swoich oficjalistów po całym
Paryżu, z surowym rozkazem, ażeby 300-metrową wieżę koniecznie znaleźli, a
przynajmniej ażeby dokładnie opisali wszystko, co z niej widać.
No, i wieża znalazła się; jeden z naszych reporterów był na niej i oto co
zobaczył:
Jest nas trzech na szczycie: ja, naczelny architekt i wartownik uzbrojony w
potężną lunetę, przez którą widać nie tylko cały glob ziemski, ale jeszcze
wszystko to, co się na nim działo i dziać może.
Zaiste, obszerny widnokrąg do obserwacji. Na zachód pienią się z głuchym
szumem fale Atlantyku, na południe błyszczy spokojnie zwierciadło Morza
Śródziemnego, a za nim czernieją wybrzeża Afryki, wreszcie od północy i
wschodu rozciąga się europejski półwysep, przyrośnięty do Azji jak olbrzymia
huba do dębu.
Wicher dmie wściekły i w różne strony chwieje wierzchołkiem 300-metrowej
wieży. To przypomina mi owe szczęśliwe lata, kiedy w parku łazienkowskim
wdrapywałem się na szczyty drzew wybierać młode wrony. Ponieważ było bardzo
zimno, skosztowaliśmy więc (z naczelnym architektem) po kropelce koniaku.
– Co pan tu robisz? – zapytałem patrzącego w lunetę wartownika.
– Śledzę, czy Niemcy nie przekraczają francuskiej granicy – odparł wartownik.
Prosiłem go, ażeby mi pozwolił popatrzeć w czarodziejską lunetę. Wartownik
obrzucił mnie groźnym spojrzeniem i odpowiedział, że – jako czuwający nad
bezpieczeństwem kraju, jako pojmujący swe obowiązki żołnierz i obywatel,
wreszcie jako człowiek honorowy, za żadne skarby świata uczynić tego nie
może. Musieliśmy aż dwa razy przepić do niego koniakiem i jeszcze ofiarować
mu nie zaczętą butelkę, zanim o tyle się udobruchał, że stłumiwszy donośny
głos obowiązku, pozwolił mi używać lunety w sposób, jaki mi się podoba, byłem
jej tylko nie połknął.
Wicher jeszcze mocniej zakołysał szczytem wieży, a nam zrobiło się zimno.
Skosztowaliśmy więc po odrobinie koniaku: ja, architekt i wartownik.
Architekt zamyślił się, wartownik jednym okiem patrzył w niebo, drugim w
Ocean Atlantycki, a mnie – ogarnęła wielka rzewność.
– Pokażże mi pan moich ukochanych ziomków, kiedy już mamy taką cudowną
lunetę – rzekłem do architekta.
Nastawił szkła i skierował czarodziejskie narzędzie na plac wystawowy.
Zobaczyłem tam trzy pracujące grupy ludzi: 100 Francuzów, 100 Niemców i 100
nadwiślańczyków. Każda z tych grup miała wznieść osobny budynek z dużych brył
ciosowych, za których ustawienie płacono im franka od sztuki.
Niemcy i Francuzi natychmiast wybrali sobie po pięciu dyrektorów i wzięli się
do roboty. Polacy z początku wszyscy chcieli być dyrektorami, o co nawet
pobili się i rozbiegli. Dopiero gdy im głód dokuczył, zeszli się znowu, i
zapytawszy o radę Francuzów, Niemców, przechodniów lub gapiów, wybrali sobie
dyrektorów ledwie wówczas, gdy pod francuskim i niemieckim budynkiem już
stały fundamenty. Ułożono się też o system wynagrodzenia.
W grupie francuskiej i niemieckiej każde 100 franków zarobionych dzielono w
następny sposób:
Na utrzymanie dyrekcji szło 25 fr., na oszczędność 25 fr., a pozostałe 50 fr.
dzielono między wszystkich – po 25 centymów na osobę.
W grupie polskiej również płacono po 25 cent. jednej osobie. Ta jednak była
oryginalność, że dyrektorowie brali 50 fr., a na oszczędność nie odkładano
nic.
Pracowano też bardzo rozmaicie w tych grupach. Mocne i flegmatyczne Niemcy
przenosiły od razu po 12 kamieni, robiąc na godzinę pięć obrotów. Drobni, ale
ruchliwi Francuzi dźwigali tylko po 6 kamieni, ale robili na godzinę po
dziesięć obrotów. Polacy zaś wygłodzeni przez poprzednią awanturę, nosili
tylko po 8 kamieni i robili po sześć obrotów na godzinę.
W końcu 10 godzin interes tak się przedstawiał:
Każdy Francuz i Niemiec zarobił po 3 franki; prócz tego każdy dyrektor dostał
30 franków i na każdą grupę przypadało po 150 fr. oszczędności. Polacy zaś
zarobili na osobę po 2 fr. 40 cent., a oszczędności nie mieli żadnych, ale
ich dyrektorzy otrzymali po 46 fr. na osobę.
W czasie wypoczynku Niemcy za oszczędzone pieniądze kupili grochowych kiszek,
beczkę piwa i nasycili się tak, że każdemu z nich przybyło po pięć funtów
wagi. Francuzi wypili wina, zakąsili czekoladą i sprowadzili sobie teatr,
który mocno podtrzymywał wrodzoną żywość ich ducha. Polacy zaś nie bardzo
syci poszli spać, ale za to dyrektorowie ich wyprawili sobie bal polski,
który podziwiano w całym Paryżu.
Na drugi dzień jeden z dyrektorów francuskich, wracając z maskarady, wpadł na
myśl zbudowania maszyny, która zastępowała pracę 100 ludzi. Współcześnie
pięciu dyrektorów niemieckich, przestudiowawszy Euklidesa i Archimedesa,
wysmażyli plan machiny, która zastępowała pracę 90 ludzi. Ale dyrektorowie
Polacy, zmęczeni tańcem, spali coś do południa i dopiero ku wieczorowi jeden
z nich wynalazł nową figurę mazura, a drugi bardzo misterne łóżko składane, z
którego można było zrobić karabin i fortepian, bez możności jednak grania na
fortepianie, strzelania z karabinu i sypiania na łóżku.
Toteż w ciągu następnych dni zarobki Francuzów podwoiły się, Niemców prawie
że się podwoiły, a Polaków zostały te same. W miesiąc później gmach budowany
przez Francuzów jaśniał pięknością, Niemców imponował siłą i niezgrabnością,
a polski ledwie zaczęty począł się rozwalać. Pracujący bowiem, straciwszy
chęć do roboty, wymyślali dyrektorom, a dyrektorzy, wiedząc, że na
budownictwie już nic nie zyskają, utworzyli balet i postanowili objeżdżać
Europę...
Widok ten – pisze nasz paryski korespondent – napełnił mnie wielkim żalem.
Odepchnąłem precz lunetę; a że wicher dął coraz mocniej, chwiejąc na
wszystkie strony wieżą, i mróz ściskał coraz dokuczliwszy, wypiliśmy więc po
kropelce koniaku: ja, naczelny architekt i wartownik.
Żal mój przemienił się teraz w gniew.
– Niech diabli porwą pańską lunetę – krzyknąłem do wartownika. – Pokazuje
rzeczy głupie i niegodziwe!...
– Przecież nie ona temu winna. – odparł coraz pochmurniejszy architekt.
Wartownik nie odpowiedział nic; zajęty był śpiewaniem Marsylianki.
– Wiem – mówiłem do architekta – że moi rodacy, osobliwie rzuceni na
obczyznę, nie mogą dorównać ani wam, ani Niemcom. Każdy z was nie byłby
lepszy w podobnym położeniu. Za to w domu, u siebie, robią co mogą i chyba
nie gorzej od was.
– Wątła to ludność – rzekł architekt – i powinna by dużo pracować nad swoją
higieną i dietetyką.
– Bądź pan o to spokojny – odparłem. – Mamy w Warszawie tylu lekarzy, że już
tworzy się u nas lekarski proletariat, a młodzi medycy wyjeżdżają za
guwernerów.
– Zobaczmy jednak, jaki ci ludzie mają wpływ na