yesamin
31.05.07, 18:45
Zastanawiam się, czemu w Polsce nie stosuje się obecnego w innych krajach
rozwiązania w postaci bonu edukacyjnego.
Jest to sytuacja, w której "pieniądze idą za dzieckiem", czyli rodzic wybiera
szkołę odpowiadającą jego oczekiwaniom i tam kieruje dziecko. W ten sposób
jedne szkoły rozrastają się i zarabiają, inne - plajtują.
Oferta szkół jest wtedy dostosowana do potrzeb rodzin, więc spokojnie daje
się pogodzić zróżnicowane oczekiwania: np. w jednej szkole może być 5 religii
tygodniowo, w innej - codzienne zajęcia plastyczno-muzyczne, w jeszcze innej:
5 godzin Wychowania Fizycznego - jak rodzice demokratycznie zdecydują.
Czemu w Polsce nie może zafunkcjonować powszechne minimum programowe i
wolność polegająca na wyborze przez rodziców szczegółowych form kształcenia
ich dzieci?
Czy państwo chce maksymalnie ograniczyć ludziom ich wpływ na nauczanie ich
własnych dzieci? Czy chodzi o wychowywanie dzieci według standardów
polityków, a nie według standardów ich rodziców? Czy chce odebrać rodzinom
wpływ na kształt edukacji dzieci i sposób ich wychowywania?..
Wytłumaczcie mi, jakie logiczne przesłanki wzbraniają bonu edukacyjnego i
większej decyzyjnosci rodziców w sprawie kształcenia ich dzieci?..
Refleksje te naszły mnie w związku z "indeksem ksiąg zakazanych" Giertycha.
Jeśli w istocie duża część społeczeństwa chce giertychowskiej szkoły dla
swoich dzieci - ich prawo. Ale ja i gros moich znajomych chcemy takiej z
Gombrowiczem i Dostojewskim - i też powinniśmy mieć do tego prawo.
Rozpad komunistycznego totalitaryzmu miał zakończyć centralne i skrajne
decydowanie o tym, jakie książki będą czytać dzieci i czego się uczyć, jak
wyglądać. Miał być wybór i różnorodność.
Tymczasem mamy przymusowe mundurki, z góry narzucone lektury i brak
jakiegokolwiek wpływu na nasze własne pieniądze inwestowane w oświatę i
kształt nauczania naszych własnych dzieci...
Czy nasze pieniądze nie są już nasze, tylko min. Giertycha, a nasze dzieci
nie sa już nasze, tylko... III Rzeszy, IV RP czy innego czorta?..