komagane
22.02.06, 16:43
Życie Warszawy, styczeń 2002
PING-PONG WŁADZ WARSZAWY Z RODZINĄ GMURKÓW
Korek z dobrej Woli
Przed posesją rodziny Gmurków na warszawskich Jelonkach codziennie stoi w
korku 5 tys. osób, tracąc średnio 15 minut. Ten stracony czas rocznie wart
jest prawie 4 mln zł. Przez 11 lat, a więc od momentu, gdy miasto po raz
pierwszy próbowało wykupić nieruchomość, warszawiacy stracili w tym miejscu
ok. 44 mln zł.
KRZYSZTOF KOCHANOWSKI
Rodzinny dom Gmurków zajmuje CZĘŚĆ pasa jezdni przy Powstańców Śląskich,
nie¬daleko skrzyżowania z Połczyńską na Woli. Przejeżdżające samochody muszą
przecinać tory tramwajowe. W godzinach szczytu wra¬cający z pracy stoją w
tasiemcowych kolej¬kach, tracąc mnóstwo cennego czasu. Mimo skarg mieszkańców
Jelonek, nie poszerzono w tym miejscu jezdni. Powód? Od 11 lat w negocjacjach
między władzami miasta a ro¬dziną Gmurków trwa pat. Obie strony oskar¬żają
się o brak dobrej woli.
Zgoda albo wywłaszczenie
W 1987 r. ulicą Powstańców Śląskich po¬stanowiono pociągnąć linię tramwajową
i po¬szerzyć jezdnię. Na przeszkodzie stanęła po¬sesja Gmurków, ale
warszawskich planistów to nie zraziło Pod budowę zachodniej części jezdni
postanowili zająć połowę niefortunnie usytuowanej działki. Gmurkom dano do
zrozu¬mienia, że i tak mają szcz꬜cie, bo jezdnia nie będzie biegła przez
ich dom. W połowie 1989 r. woje¬woda warszawski- podjął decyzję o budowie
odcin¬ka jezdni od ul, Sterniczej do Połczyńskiej.
Do pertraktacji z właścicielami posesji do¬szło dopiero na początku 1990 r.
Inwestor, Wojewódzka Dyrekcja Dróg Miejskich, rozpo¬czął wówczas rozmowy na
temat odsprzeda¬ży kawałka ziemi.
— Pertraktacje były pozorowane — twier¬dzi jeden z członków rodziny. —
Świadczy o tym fakt, że dopiero na naszą prośbę rozmo¬wy zaczęto
protokołować. Im nie zależało na dogadaniu się. Byli przekonani, że jak się
nie zgodzimy, to i tak nas wywłaszczą.
Rozmowy zakończyły się fiaskiem.
W 1991 r. inwestor złożył w urzędzie rejo¬nowym wniosek o wszczęcie
postępowania wywłaszczeniowego. Rynkową wartość dział¬ki oceniono na... 300
mln starych złotych. — Dowiedzieli się, że mamy nieuregulowane po¬stępowanie
spadkowe po śmierci ojca — mó¬wi przedstawiciel rodziny. — Wystąpili do są¬du
o ustanowienie na naszej nieruchomości kuratora. Nie udało się, bo ich
uprzedziliśmy.
Pod oknami domu Gmurków przejeżdża ponad 2 tys. samochodów na godzinę.
Zdarzenie nienadzwyczajne
W sierpniu 1991 r. rodzina Gmurków przedstawiła inwestorowi własną cenę
dział¬ki i domu — 4 mld starych zł. — Nie wyobra¬żamy sobie, że moglibyśmy
sprzedać tylko część działki i nadal mieszkać w domu, pod którego oknami
przejeżdża ponad 2 tys. samo¬chodów na godzinę — tłumaczyli.
WDDM odrzuciła propozycję właścicieli posesji, licząc, że po wywłaszczeniu
rodziny zapłaci mniej. We wrześniu 1991 r. burmistrz dzielnicy Wola wydał
decyzję o zajęciu grun¬tu przed wywłaszczeniem. Gmurkowie od¬wołali się do
wojewody, ten decyzję utrzymał jednak w mocy. Rodzina zaskarżyła
postano¬wienie do NSA. Sąd uznał, że inwestor nie podał „szczególnych
względów" polegają¬cych na „zaistnieniu zdarzenia nagłego i nad¬zwyczajnego
uzasadniającego zezwolenie na niezwłoczne zajęcie części nieruchomości przed
ostatecznym orzeczeniem sądu o wy¬właszczeniu''. Podane w decyzji,
utrudnienia w korzystaniu z już wybudowanej części tra¬sy komunikacyjnej nie
stanowiły, zdaniem sądu, zdarzenia nagłego czy nadzwyczajnego. Poza tym sąd
stwierdził, że administracja po¬pełniła liczne uchybienia proceduralne, m.in.
nie wzięła pod uwagę ekspertyzy budowlano-konstrukcyjnej, którą sarna zleciła.
— Uważali, że skoro nie mamy kasy i jeste¬śmy nikim w Warszawie, to sobie z
nami po¬radzą — mówią Gmurkowie.
Rzeczywiście, rodzinę trudno zaliczyć do majętnych. Jednopiętrowy domek
wymaga gruntownego remontu. Z matką mieszkają tyl¬ko synowie — Waldemar i
Tadeusz. Córki dawno się wyprowadziły. Bogumiła wyjecha¬ła do Kanady, Wanda
urządziła się gdzieś w Warszawie. W obronę gniazda rodzinnego najbardziej
zaangażował się Tadeusz, inteli¬gentny i, jak potwierdzają jego
adwersarze, „oblatany w prawie". Skończył tylko techni¬kum, ale dużo czyta.
Twierdzi, że najważniej¬sza jest umiejętność szybkiego znajdowania odpowiedzi
na trudne pytania.
Po pierwszej wygranej sprawie w NSA Gmurkowie przestali ufać inwestorowi. O
ich zmaganiach z władzą by¬ło coraz głośniej. Posesję warszawiaków z Jelonek
upatrzyły sobie agencje reklamowe, dla których „gmurkowe gardło" stało się
doskonałym miejscem na umieszczanie reklam.
W 1994 r. obowiązki inwestora przejął Zarząd Dróg Miejskich. Podobnie jak
poprzednicy, ZDM chciał kupić wyłącznie część działki. Gmurkowie trwali przy
swoim: mogą sprze¬dać tylko całą działkę, i to za 9 mld starych zł. — Wartość
naszej posesji wzrastała z roku na rok. Cenę skalkulowaliśmy zgodnie z
rynko¬wymi realiami. Nie była wygórowana, działką zainteresowali się przecież
reklamodawcy — uzasadniają.
Dokumenty ściśle tajne
ZDM podtrzymał wniosek o wywłaszcze¬nie części działki niezbędnej pod
planowaną inwestycję. — Urzędnicy znowu wezwali nas do przekazania gruntu,
który ich zdaniem był już własnością skarbu państwa. Straszyli po¬stępowaniem
egzekucyjnym. Wyznaczyli ter¬min, do którego mamy podać im numery na¬szych
kont, aby mogli przekazać pieniądze z odszkodowania — opowiada jeden z synów.
W 1997 r. NSA po raz drugi uchylił decy¬zję wojewody warszawskiego, ale
niczego to nie zmieniło. Działania urzędu wojewódzkie¬go nadal zmierzały do
administracyjnego za¬łatwienia sprawy, a wiec wywłaszczenia uciążliwych
właścicieli gruntu.
— Urzędnicy utrudniali nam dostęp do dokumentów. Nie pozwolili na przykład na
zrobienie kserokopii. Powiedzieli, że może¬my zrobić tylko odręczny odpis.
Oczywiście działali bezprawnie, naruszając art. 73 k.p.a.
— opowiadają.
W sprawę zaangażował się osobiście nawet ówczesny wiceprezydent Warszawy
Je¬rzy Lejk. W 1999 r. interweniował w NSA, aby przyśpieszono rozstrzygnięcie
kolejnej zaskarżonej decyzji wojewody. Trzeci wyrok sądu okazał się dla władz
równie niekorzyst¬ny, jak dwa poprzednie. Uznano, że poszerze¬nie jezdni
pogorszyłoby warunki życia rodzi¬ny. Na podstawie badań akustycznych
prze¬prowadzonych przy ścianie budynku ustalo¬no, że hałas utrzymuje się
przez całą dobę na poziomie 70 decybeli (o 10 decybeli więcej, niż przewiduje
to najwyższa z dopuszczal¬nych prawem norm) i jest jednym z najwyższych w
Warszawie. Przybliżenie jezdni do domu musiałoby się więc wiązać ze zmianą
jego funkcji z mieszkalnej na usługową lub usługowo-mieszkalną.
Usłużni rzeczoznawcy?
Nie widząc szans na wywłaszczenie Gmurków, ZDM przystąpił do kolejnych prób
polubownego załatwienia sprawy. W negocja¬cje zaangażowała się gmina Bemowo,
która rolę mediatora powierzyła radnej Hannie Gło-wackiej. — Myślałam, że za
kadencji naszej rady uda się dogadać z Gmurkami. Początek był dobry. Rodzina
sama wybrała rzeczo¬znawców. Tyle że później nie wpuścili ich na swoją
posesję — informuje radna. Przedstawi¬ciel Gmurków replikuje natomiast: —
Ci sami rzeczoznawcy kilka lat temu wyceniali dom naszej sąsiadki i była z
tego zadowolona. Oka¬zało się jednak, że za tę wycenę dostało im się od
władz, które uznały, że przeszacowali war¬tość domu. Teraz chcieli się
zrehabilitować. Przedstawili nam nieruchomości, na których chcieli się
wzorować w wycenie naszej dział¬ki. Były to przykłady zupełnie nie
przystające do realiów na rynku nieruchomości.