Dodaj do ulubionych

Lunch time

03.10.05, 16:04
No, właśnie.
Miałam o tym pisać, a właśnie Gosiash o tym wspomniała.
Trudno, pewnie znowu powiecie, że narzekam, ale ... powiedzmy, że piszę to ku
przestrodze wszystkich nowicjuszy, zaczynających nowe życie (lub jego
rozdział) na Wyspach.
Dobija mnie przerwa na lunch i to, że wtedy nic a nic nie można załatwić.
Przecież można zorganizować jakieś dyżury. Nie wszyscy muszą hurtem znikać na
półtorej godziny ze swoich stanowisk pracy.
Naprawdę nie raz już się spotkałam z sytuacją, że między 12.30 a 14 nie ma
szans nawet na uzyskanie informacji. Tzn. była np. jedna osoba na posterunku,
która informowała jedynie, że w sprawie x wypowiedzieć się może tylko pani Y,
a ona akurat jest na lunchu :( co oczywiście jestem w stanie zrozumieć, ale
gdy pytałam się, kiedy mogę się jej spodziewać uzyskiwałam odpowiedź, że od
40 min. do półtorej godziny.

A ostatnio zaobserwowałam jeszcze inne zjawisko, a mianowicie, że sklepy
prowadzone przez Muzułmanów są zamykane w okolicach piątej (chyba) z powodu
modlitwy (tak jest napisane na wywieszkach). Ale to ich prywatne sklepy, wiec
mi to 'ne wadi'. Co innego z instytucjami państwowymi.
Obserwuj wątek
    • aniek133 Re: Lunch time 03.10.05, 16:16
      Co kraj to obyczaj :) [Alez jestem odkrywcza!]
      Cieszmy sie, ze Anglicy nie maja sjesty, chociaz jakby sie ktos uparl to te
      poltorej godziny akurat na drzemke :)
      • princessjobaggy Re: Lunch time 03.10.05, 16:37
        Ja czasem bywalam tak zmeczona, ze mialam ochote przespac sie w trakcie lunchu,
        ale nie mialam gdzie. Pol godzinki snu, a potem dobre cappuccino i cos do
        jedzenia, i bylabym jak nowo narodzona!

        A tak poza tym nadal nie traktuje lunchu z taka powaga jak robia to Anglicy.
        Taka godzinka na odpoczynek, czytanie gazet/ksiazki pomaga, ale pod
        wzgledem 'jedzeniowym' nie jest dla mnie niezbedna. Nie musze wtedy jesc
        pelnego, cieplego posilku, bez czego wielu Anglikow obejsc sie nie moze. I tego
        samego dnia wieczorkiem jedza nastepny duzy, cieply posilek. Zarloczne bestie;)
        • leggetta Re: Lunch time 03.10.05, 19:57
          Uwazam ze instytucje takie jak banki, przychodnie lekarskie i inne tego typu
          dzialajace dla dobra publicznego nie powinny byc czynne wylacznie od 9-17 pon -
          piatek. Do tego ta przerwa lunchowa, pokrywajaca sie dokladnie z moja ( w
          przypadku lekarza)! Nawet gdy chce isc do pielegniarki musze zwalniac sie z
          pracy. Oddzial mojego banku jest dosc dalego od miejsca w ktorym pracuje, wiec
          wyprawa tam moglaby byc ryzykowna ze zwgledow czasowych. Na szczescie moj maz
          pracuje w innych godzinach wiec moze wszystkie takie instytucje odwiedzac.

          Co do moich godzin pracy i godzinnej przerwy do i tak z reguly nigdzie nie
          wychodze ( max 10 min ) i w zupelnosci wystarczyloby mi 15-30 min , moglabym
          isc wtedy wczesniej do domu....
          • steph13 Re: Lunch time 03.10.05, 21:49
            A ja bardzo sobie cenie godzinna lunch break. Zawsze wychodze, na cala godzine,
            cos zjesc, zrobic zakupy, zalatwic sprawy bankowe, wysylki pocztowe lub
            chociazby na drinka do pub'u. Przy nielicznych okazjach kiedy nie moglam wziac
            calej godziny nie ukrywalam mojego niezadowolenia. A poniewaz kazdy pracownik
            ma takie uprawnienia wiec zdarza sie, ze w banku trzeba poczekac czy do lekarza
            wyskoczyc w godzinach pracy - pracodawcy robia tak samo. Przy okazji dla tych
            co nie wiedza: w zachodnim Londynie istnieje Casulty Plus (na Great West Road),
            gdzie GP mozna zobaczyc prywatnie za £30, bez kolejek, siedem dni w tygodniu;
            badania i realizacja recept na miejscu, za dodatkowa oplata. Dobry serwis na
            malo powazne schorzenia, przeziebienia dzieci i drobne emergencies.
            • effata Re: Lunch time 03.10.05, 22:00
              Ja wcale nie podważam konieczności przerwy, chociaż ja bym wolała mieć krótszą
              przerwę i być wcześniej w domu. Jak pracowałam w szkole na pół etatu i
              wychodziłam o 12.30 (od 7.45) to miałam już niezły mętlik w głowie (a byłam
              tylko support learning assistant)i zastanawiałam jak ci nauczyciele wytrzymują
              do 17-18 mając bardzo krótką przerwę.
              Ale uważam, że w miejscach użyteczności publicznej powinny być zmiany, tak żeby
              można było być obsługiwanym cały czas. Widocznie tu wychodzi się z założenia,
              że wszyscy o danej porze jedzą lunch (nawet jak nie pracują :)))
              • eballieu Re: Lunch time 04.10.05, 09:02
                effata, dobrze ze to nie poludnie Europy:-)
                Tam dosc czesto spotyka sie napisy na drzwiach poczty - poczta zostanie otwarta
                o 15, a jesli nie o 15 to o 15.30.
                Ja uwazam ze to slodkie.
                W wielu miejscach w europie sklepy zamykaja sie w sobote w poludnie i chulaj
                dusza, piekla nei ma:-)
                mi to nie przeszkadza.
                • greentea2 Re: Lunch time 04.10.05, 09:49
                  Nie tylko w sobote. We Wloszech kazdego dnia sklepy sa zamykane w godzinach
                  lunchu, w poniedzialki otwarte od 14-15.00.
                  Bardzo mi to przeszkadza, szczegolnie jak mam tylko jeden dzien na zakupy:)
      • mgna Re: Lunch time 04.10.05, 15:31
        To prawda, co kraj to obyczaj...w kazdym inne zwyczaje. Mnie tez tego typu
        rzeczy dobijaja, ale powoli sie przyzwyczajam. W koncu w Angli nie jest az tak
        zle jak w Polsce.

        Kilka lat temu musialam zalatwic sprawe z naszym mieszkaniem i wygodniej bylomi
        zalatwic to przez telefon. Dopiero po dwoch dniach ktos ten telefon odebral i
        powiedzial "halo?" zamiast walnac sluchawka (co sie zdarza czesto dzwoniac do
        polskich urzadow). O sekretarkach czy automatycznych nagraniach nie bylo mowy,
        po raz pierwszy w zyciu zabrakowalo mi labiryntu typu "jesli chcesz A
        przycisnij numer 1, jesli chcesz B przycisnich 2, jesli chcesz C przycisnij 3,
        jesli chesz D przycisnij 4, jesli chcesz E przycisnij 5, jesli chcesz F
        przycisnij 6, jesli chcesz G przycisinj 7, jesli chcesz H przycisnij 8, jesli
        chesz I przycisnij 9, a jesli nie chesz powyzych to przycisnij O do operatora."
        Byle sie do kogos dostac, do kogos kto moglby mi udzielic informacji. Co tam,
        po dwoch dniach odebrano telefon i bardzo nieprzyjemnie dano mi do zrozumienia
        ze zawracam im glowe i ze tak mi nie dadza odpowiedzi, bo ktos kto ja zna jej
        nie ma. I tyle!

        Z kolei pracujac dla meksykanskiej firmy (ktora otworzyla biuro w NYC aby tam
        byla ich reprezentacja dla inwestorow jak i rowniez miejsce gdzie CEO moglby
        entertain swoich kolezkow, zamiast w swoim apartamencie), czesto zdazalo sie ze
        dyrektorzy mieli spotaknia z np Mr. J. Forbes lub Mr. D Rockefeller. Panowie ci
        pojawiali sie na umowiona godzine, a Pan dyrektor z Meksyku lub najczesciej z
        Wenezueli (firma ma kilka placowek na swiecie, glownie w poludniowej Ameryce,
        dyrektor z Wenezueli dostal sie na stanowisko poprzez spokrewienstwo z
        wlascicielem tej ze firmy, teraz jest President of the North America Region &
        Trading - zabujczo przystojny facet! Ach!!!!!) nie pokazal sie. Mijalo 15
        minut, 20 minut, pol godziny. Dzwoni sie do ich apartamentow lub hotelu
        dowiedziec sie czy zapomnieli o spotkaniu, czerwieni sie bo jak tu wyjasnic
        Panu Forbes i Panu Rockeffeler ze Pan Dyrektor X jest nadal na czasie
        Poludniowej Ameryki (czyli "manana")...w koncu musialo sie samemu leciec
        (literalnie) do Pana X apartamentu czy hotelu i budzic jego!!!!!

        Z kolei Anglicy nie maja az tak olewajacego podejscia do businessu jak
        Poludniowo Amerykanie, ale uwielbiaja swoje 15 minutowe przerwy co godzinke i
        nadodatek biora te godzine do poltorej godziny na lunch! Co za strata czasu! Ja
        tak nie potrafilabym, choc juz nie parcuje - i nie zamierzam do pracy wrocic
        (za wygodnie mi sie zrobilo i niechce mi sie wstawac rano, siedziec w korku lub
        przetloczonych pociagach i wracac do domu kiedy juz jest ciemno) - to jednak
        pamietam jak to bylo. Teraz kiedy charetatywnie sie udzielam w muzeum to nie
        moge zrozumiec jak pracownicy moga tyle czasu marnowac (na papierosika lub
        herbatke) w ciagu dnia, kiedy przed nimi jest mammoth task. Ja wyrywalabym
        sobie wlosy z glowy, a nie marnowala minimum 180 minut (! tak!) w ciagu dnia.
        Rozumiem 30 (gora 45 minut) na lunch, wiecej jednak to lenistwo, niedbalstwo,
        nieprzejmowanie sie swoja karjera, niewspominajac juz do lekcewazacego
        podejscia do pracodawcy.

        Nie ma to jak pracowitosc japonska, niemiecka czy nawet amerykanska...ale teraz
        powracam myslami do Pana Dyrektora z Wenezueli....ach.....co za facet!
    • izabelski Re: Lunch time 04.10.05, 09:45
      gdybys pracowala tak jak ja - na koncu swiata, to okazuje sie, ze wszystko
      mozna zalatwic w sobote rano lub po poludniu

      tez uwazam, ze lunch, ktory wpisany jest jako czas wolny od pracy i za ktory
      nam pracodawca nie placi powinien byc czasem swietym, gdy sie nie pracuje

      poniewaz nigdy nie dotknal mnie problem nieobecnosci straznikow na posterunku
      po prostu nie uwazam go za problem
    • jaleo Re: Lunch time 05.10.05, 19:34
      Faktycznie, co kraj to obyczaj. Ja ostatnio sporo jezdze do Maroka sluzbowo,
      tam to jest dopiero celebracja dnia roboczego! Jak przyjezdzam do biura o
      9:00, to przez jakis czas siedze sama, ok. 9:30 zjawiaja sie pracownicy -
      ekspaci (czyli ci, co sie troche juz zasymilowali w marokanskich zwyczajach,
      ale jeszcze sie ostatkiem sil trzymaja swoich zachodnioeuropejskich). Ok.
      10:00 przychodza Marokanczycy i po dlugich powitaniach i usciskach ida na kawe
      (i to bynajmniej nie do kantyny, tylko do kawiarni na drugiej stronie ulicy).
      Ja nie ide, bo tego typu herbaciarnie i kawiarnie w Maroku sa tylko dla
      mezczyzn (tzn. nie oficjalnie, tylko zwyczajowo, chociaz czasem sie
      zastanawialam, co by sie stalo, gdybym tam kiedys poszla, usiadla i zazadala
      kawy!).

      Potem jest akurat czas na lunch, a po lunchu obowiazkowa kawa. Tym razem w
      kantynie, ale przyznam, ze jest to moja ulubiona czesc dnia, bo kazda porcja
      kawy jest swiezo mielona i jest to najlepsza kawa, jaka kiedykolwiek pilam.

      Ok. 14:00 wszyscy zabieraja sie jako-tako do pracy, co tez ma swoje marokanskie
      prawa, bo to jest kultura wybitnie w stylu "tu i teraz", czyli nawet jak cos
      bylo zaplanowane, to i tak wazniejsza jest osoba, ktora akurat wstawila glowe w
      drzwi i o cos tam chce. I tak nam dzien roboczy sie ciagnie nierzadko do 20:00
      albo dluzej.

      Ja bym tak nie mogla pracowac, bo ja lubie wczesnie przyjsc i szybko wyjsc, ale
      raz na jakis czas jest to nawet ciekawe, zwlaszcza, ze w Maroku duzo opiera sie
      na osobistych relacjach i kontaktach, i te wszystkie przerwy i pogaduszki
      buduja bardzo silna wiez miedzy ludzmi.

      Przedtem wizytowalam tez czesto biura we Francji i w Hiszpanii, i obydwie te
      nacje tez celebruja swoj lunch, ale w pracy sa bardziej choleryczni, i mniej
      otwarci, niz Marokanczycy.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka