huncwot
19.05.03, 17:27
"Titanic" europejskiego państwa opiekuńczego uderzył w górę lodową, ale
pasażerowie dalej chcą balować.
Mieszkania, edukację na wszystkich poziomach, kompleksowe usługi medyczne,
przeloty samolotem, rozmowy telefoniczne - to wszystko fundowały kilkunastu
tysiącom swoich obywateli rządy Nauru, atolu na Pacyfiku. Dzięki dolarom z
eksploatacji złóż fosforytów i eksportu tego surowca, w Nauru (niepodległym
od 1968 r.) stworzono modelowe państwo opiekuńcze. Raj skończył się w latach
80., gdy złoża się wyczerpały. Wyspiarze, żyjący niegdyś lepiej niż middle
class w USA, muszą dziś płacić za wszystko i żyją jak nędzarze. Po latach
prosperity nie zostało nic, bo pieniądze rozdano lub zmarnotrawiono, na
przykład linie Air Nauru kupiły pięć boeingów, które ledwo zmieściły się na
wyspie!
Taką wyspą jest dziś Europa Zachodnia. Wydatki na "bezpłatną" edukację,
służbę zdrowia, rozmaite zasiłki, dotacje, renty i emerytury sięgają w
niektórych państwach 12 proc. PKB (w USA 4 proc.)! W ciągu 10 lat gospodarka
Unii Europejskiej stanie się bardziej konkurencyjna od amerykańskiej -
zapowiadali podczas szczytu w marcu 2000 r. w Lizbonie przywódcy państw
piętnastki. Wyznaczyli sobie ambitne cele: stworzyć w ciągu dekady 30 mln
miejsc pracy i sprawić, by roczny wzrost ich gospodarek o 3 proc. PKB stał
się standardem. Dziś te hasła budzą pusty śmiech. Tempo wzrostu PKB w unii
nie było większe niż w USA, a w dodatku dystans dzielący obie gospodarki
stale się powiększa. Według Europejskiego Banku Centralnego, PKB unii
wzrośnie w 2003 r. o 1 proc., a USA o 2,5 proc. Średni dochód na obywatela
wspólnoty stanowi dziś 70 proc. dochodu przeciętnego Amerykanina, bezrobocie
w unii sięga 8 proc. Po półwieczu flirtu z mirażem państwa dobrobytu "złoża",
czyli przedsiębiorczość ludzi i gospodarczy wzrost takich państw, jak Niemcy,
Francja czy Włochy, są na wyczerpaniu, a zabawa w "darmowe obiady", o których
mówił Milton Friedman, trwa. - Bez demontażu welfare state Europa nie tylko
nie dogoni USA, ale sama wyląduje na marginesie globalnej ekonomii - ostrzega
prof. Wojciech Bieńkowski, szef Zakładu Gospodarki Amerykańskiej Szkoły
Głównej Handlowej w Warszawie.
"Trzydzieści siedem i pół to maksimum, trzy czwarte to minimum!" - domagało
się 13 maja na ulicach francuskich miast dwa miliony protestujących. Chodziło
o staż pracy pozwalający przejść na emeryturę (dziś 37,5 roku w sektorze
publicznym, a 40 lat w prywatnym), który rząd Jeana Pierra Raffarina chce
zwiększyć do 42 lat, a także o utrzymanie dotychczasowej wysokości emerytur
(75 proc. wynagrodzenia!). Według Komisji Europejskiej, bez radykalnych
obniżek świadczeń już w 2010 r. francuski system emerytalny znajdzie się pod
kreską, a w 2040 r. jego deficyt sięgnie 3,8 proc. PKB. Tydzień wcześniej w
Austrii związkowcy strajkowali przeciwko planom zmiany wieku emerytalnego z
59 lat dla mężczyzn i 57 lat dla kobiet do 65 lat. Ich wzburzenie wywołała
zapowiedź kanclerza Wolfganga Schźssela, że przy liczeniu emerytury będą
uwzględniane zarobki z 40 lat pracy zawodowej, a nie jak dotychczas z
ostatnich 15 lat (rząd chce w ten sposób zaoszczędzić 2,2 mld euro w ciągu
czterech lat). Austriacy boją się, że po zmianach ich emerytury będą niższe o
30 proc.
Strajki generalne, które w ciągu dwóch ostatnich lat ogarnęły większość
zachodnioeuropejskich państw (w 2002 r. strajkowali m.in. Włosi, Hiszpanie i
Portugalczycy), to zwiastun nieuchronnej implozji modelu państwa
opiekuńczego. Krajów UE nie stać już na zagwarantowanie obywatelom
dotychczasowego poziomu życia. We Włoszech 7 mln osób spośród 56 mln
obywateli otrzymuje renty, choć badania dowodzą, że powinny one przysługiwać
najwyżej 3 mln. "Historyczny kompromis" chadeckiego premiera Aldo Moro i
przywódcy partii komunistycznej Enrico Berlinguera z 1976 r. zapoczątkował
horrendalny wzrost nakładów na cele społeczne. Skutek? Włoskie państwo jest
dziś zadłużone na bilion euro! Budżet Niemiec, budujących od lat
50. "społeczną gospodarkę rynkową" (co zapisano w konstytucji), przypomina
szwajcarski ser. W najbliższych czterech latach Niemcom zabraknie w
państwowej kasie 50 mld euro. - Nie chcieliśmy sobie uświadomić
rzeczywistości i tkwiliśmy w komfortowym ciepełku z lat 70. i 80. -
stwierdził niedawno Dieter Wiefelspźtz, rzecznik polityki wewnętrznej SPD. -
Za wielkie pieniądze sprzedaje się obywatelom fikcję bezpłatnych szkół czy
służby zdrowia, nie wspominając o katastrofalnej jakości "państwowych" usług -
mówi Grzegorz Szczodrowski z Uniwersytetu Gdańskiego, ekspert Centrum im.
Adama Smitha.
Utrzymywanie drogiego złudzenia dobrobytu wymaga łatania dziur budżetowych
podatkami. W Szwecji podatki dochodowe i składki ubezpieczeniowe pochłaniają
31,7 proc. pracowniczych pensji, we Włoszech 27,9 proc. W RFN, pod pretekstem
ochrony środowiska, wprowadzono tzw. ekopodatek, czyli podwyżkę akcyzy na
energię i paliwa. W rzeczywistości z tych pieniędzy pokrywa się m.in. wydatki
na szkolnictwo. Tłumacząc się wydatkami związanymi z powodzią w 2002 r.,
odłożono zaplanowaną obniżkę progów podatkowych. Tymczasem to m.in. rosnący
fiskalizm sprawił, że w zeszłym roku zbankrutowało w Europie około 150 tys.
dużych firm, a pracy nie ma 16 mln obywateli UE. Bernard Thibault, sekretarz
generalny francuskiej komunistycznej centrali związkowej CGT, zna jednak
sposób na rozmnożenie pieniędzy. "Pieniądze dla budżetu trzeba znaleźć, ale
nie kosztem świadczeń socjalnych!" - krzyczał przed kamerami w trakcie
strajku. Jego zdaniem, rząd myśli tylko o oszczędnościach, a wystarczyłoby
przecież sięgnąć po dodatkowe wpływy do kas prywatnych firm, opodatkowując
ich nie inwestowane zyski... Najgorsze, że nadmierna ochrona socjalna rodzi
apatię. - Ludzie przyzwyczajają się do myśli, że to i owo im się należy -
zauważa prof. Bieńkowski. Po ubogich dzielnicach Sztokholmu - Tensta,
Rinkeby, Bagarmossen, Skogas - snują się tabuny bezrobotnych mieszkańców:
prowadzą długie rozmowy przez telefony komórkowe, słuchają płyt CD z
kieszonkowych odtwarzaczy, na noc wracają do schludnych bloków i stumetrowych
mieszkań. To spadek po trwającym od końca lat 30. XX wieku eksperymencie ze
społeczną gospodarką rynkową, z którego Szwedzi powoli się wycofują. Za Odrą
osoby tracące pracę przez trzy lata dostają zasiłek w wysokości 70 proc.
wcześniejszego wynagrodzenia! Przedsiębiorcy przyłapani na zatrudnianiu na
czarno obcokrajowców skarżą się, że przysłani przez urzędy Niemcy (bezrobotni
nie mogą odrzucić przedstawionych im ofert) pracują u nich tydzień, potem
biorą dwa tygodnie zwolnienia lekarskiego i więcej się nie pojawiają. Wolą
przyzwoity zasiłek od nieco wyższej pensji za odrobinę wysiłku. George W.
Bush proponuje m.in. refundowanie bezrobotnym kosztów szkoleń (do 3 tys.
USD), które pozwolą im znaleźć nową posadę, pod warunkiem że podejmą naukę w
ciągu 13 tygodni od zwolnienia z pracy. Różnica w efektywności obu metod
rzuca się w oczy: w unii bez pracy dłużej niż rok pozostaje 44 proc.
bezrobotnych, w USA 6 proc.!
Welfare state demoralizuje też tych, którzy pracę mają, bo chroni posady na
tyle, że o ich utrzymanie nie trzeba rywalizować z innymi. Kanclerz Helmut
Kohl wytykał z mównicy Bundestagu, że Niemcy są "społeczeństwem wolnego
czasu". W Europie Zachodniej pracuje się rocznie o 300-400 godzin krócej niż
za oceanem (we Francji średnio 35,7 godzin tygodniowo), choć wydajność pracy
jest niższa i nie uzasadnia dłuższego odpoczynku. W Rzymie magistrat
zatrudnia 17 tys. strażników miejskich, lecz na ulicach trudno ich spotkać.
Większość przychodzi do pracy rano, by podbić kartę, po czym spokojnie wraca
do domów. Władze miasta do wystawiania mandatów zaangażowały dodatkowo 3
tys. "cywilów". Dopóki zatrudnieni byli na kontraktach tymczasowych, dopóty
pracowali dość gorliwie, ale gdy zawarto z nimi stałe umowy o pracę, i oni
zni