morgan435
29.12.14, 00:14
Witajcie,
od razu mówię: nick jest świeży, pod moim stałym trochę wstyd mi pisać.
Sytuacja podobna do jednej z opisanych poniżej, w wątku "pytanie do facetów" czy jakoś tak.
Mam kiepskie małżeństwo. Nie czuję się kochana, pożądana, choć jestem naprawdę atrakcyjną, zadbaną, ciekawą kobietą. I choć zdrada to ogólnie kiepska idea, chyba nie mam wyboru, jeśli chcę mieć jeszcze coś z życia. Rozwód nie wchodzi w grę - małe dzieci i duże kredyty.
Poznałam ciekawego (żonatego) człowieka. Wiedzieliśmy o swoich małżeństwach i nie chcieliśmy tu nic zmieniać. Żeby było śmieszniej, na początku nie za bardzo podobał mi się fizycznie. Ale był inteligentny, wrażliwy... Zaczęłam się powoli angażować, choć na wstępie deklarowałam przyjaźń lub niezobowiązujący romans. On chciał czegoś więcej. I pisał: ciekawie, coraz cieplej. Zaproponował spotkanie, potem szybko i w dość melodramatycznym tonie drugie, potem chciał telefonów. Wyrejestrował się z portalu, na którym się poznaliśmy, bo - jak twierdził - mnie już znalazł. Kolejne spotkanie zaproponowałam ja, zgodził się od razu i nawet zaklepał jeszcze kolejne. I jeszcze. Do czasu ostatniego spotkania dawał mnóstwo sygnałów (werbalnych i nie), że jest co najmniej mną zainteresowany. Nie uroiło mi się. Mam to w tych mailach... I nagle maile stały się coraz chłodniejsze, choć wciąż regularne. Przycisnęłam go i dowiedziałam się, że nie chce romansu, bo mu coś nie zagrało fizycznie, ale chce maili i spotkań. Ta znajomość trwała w sumie 8 miesięcy: b. częste, osobiste maile, czasem po kilka dziennie, kilka spotkań, gorące spojrzenia, gorące, choć nienachalne teksty.
Znajomość skończyłam - nie lubię być oszukiwana.
Tylko o co tu chodziło? On sam nie zechciał mi tego wyjaśnić.