Gość: Student
IP: *.aktivist.pl
05.10.01, 14:33
Żeby się trochę rozerwać:
Juliusz Kubel
Mecz
- Tej, mamuchna, ino słuchaj, musisz mi uszyć płacianne dynamówy - tak
zagaiłem od rana do Frącki.
- Ty się cheba zez głupim bez ścianę macałeś. Na co ci to? Wybiersz się do
ochronki? - zagdakała i widać było, że muszę dać jej dłuższy wykład.
- Nie! Ino tyle się gada o dzieciarach, nie, a jak przyjdzie ten ich
dzień, to co? Dostaną lizajkę abo bąka i koniec. No tak doprawdy, to niezła
poruta, bo wiele gzubom co się skapnie od Konopińskiego, Mrowińskiego, Smolenia
w tym Be-Wu-a na Starym Rynku? Wiele szaranków pocycka lody o dpana Brody? A co
dla reszty? My, stare kakry zez Łazarza postanowili zrobić pierwszego czerwca,
wew święto dziecioszków, mecz wew nogę. Takie derby. Ja będę trzymał na bramie,
więc widzisz sama, że muszę mieć te dynamówy.
- No, to co innego - zgodziłasię Frącka. - Ino nie dajcie se nawszczylać.
Popynkciła ździebko po szafie do rzeczy i koniec końców daje mi swoje
stare barchanowe gajdy i powiada:
- Przymierz. Jak ci są dobre, to masz je na zawsze ode mnie.
Swa takie chłopy jak ja by w nie weszły, ale nic, zawdziałem prezent na
sie i poszłem na rynek.
Many, znaczy drużyny, dobierali my przez selekcję naturalną. U nas,
starych, do boju mieli ruszyć wszyscy, co mogą jeszcze szkiytami przebierać. u
dziecioszków, kto ino od nupelka odtawiony. my mieli wystąpić jako "Wazelina",
a oni jako "Kolejorz". Ja miałem grać jako "Funtek", a wew rezerwie
był "Krystek", bo też langus i tak samo dobrze trzyma. W polu wiara też dobrała
sobie godne pseudonimy. Kaczmaryszek grał jako "Smula", bo ma feste wuchtę,
wuja Guciu jako "Sznycelek-złota nóżka", bo dobrze zoluje. Na środke ataku
wypożyczyli my niby zez Olimpii Marycha Kaleta. bo pomimo że jest chorobny
nygus na boichu, to ma siekierę zez obu nogów jak diaski.
Chciał się do nas wkrosić jeszcze Biniu od ciotki Boguchy, niby jako Wacek
Domagała, bo dobrze meli na prawym skrzydle, ale nie zmieścił się smark wew
podstawowym składzie. Bank informacji zrobił nam Jasiu Kibic i styndy my
wiedzieli, że u gzubów na bramie będzoe stojał niby Mowlik taki mały knajter
zez pierwszej klapy, a w polu: "Kupiec", "Okoń", "Bączek", i nie wiadal, żele
nie "Pomidor" zez Olimpii.
Nie powiem, żeby my się bojeli, ale zawdy przegrać ze szczawikami to by
była niezła poruta, nie? Żeby nie myśleli, że my są tuleje, postawili my
warunki. I tak: kitujemy się jak raz kiedyś sznurowaną piłą zez cyckiem (skórę
miałem jeszczek w chacie, a blazę przyknaił jeden świcibaka zez Małeki) i gramy
bez spalonego (bo nam ciężko latać w te i nazod).
- Dobra - mówią oni - ale nie wolno knochlować i gramy wew pepegach abo
trampkotepach, żedne komysery!
Sędziować miał Zyga Mietła, co dobrze gwiżdzę bez palców, bo mu kiedyś
wytrzaśli frontowe kielochy.
Bramy my ustawili na Rynoci, tu gdzie sprzedają kwiaty. Przed meczem
wręczyli my se wiązanki kupione u Palaczowej. Zyga dał znak i się zaczło. No,
mówię wam ile radochy! Ile kitowania! Ino tak szło: hoła na przedpole, centra
na elwę, siekiera na bramę. I od nowa. Już po pięciu minutach byli my uświktani
jak proszczoki. Okazji na sieknięcie bramy było po obu stronach dużo, ale
bramkarze robili robinsonady jak tygrysy i wew czasie było zero:zero. po
dogrywce zresztą też. Więc Zyga Mietła zarządził jedenachy. Byli my skatajeni
jak nie wiem, więc młodziaki popili ździebko lemunady, my tez, ino lejkutko
wzmocnionej, i przystąpili my do strzelania. I znowyk wielkie emocje. Nasz
grajek Panu ogu wew okno, jeich - świecę wew niebo. Nasz - prosto wew
bramkarza, jeich - mnie wew glacę. Aż koniec końców ten jeich "Okoń" pocelował
mnie w pazury, a zaraz potem była dobitka w samiutenkie okno... (wew okno do
mieskzania Hałasików pod piątką). Obaliłem się jak to drzewo na Matejki, co
zgnietło parę maluchów i syrenkę i czekam, co będzie?
Cicho się zrobiło. Wszyscy się glapią wew tę wybitą szbę. Nagle na
balkonie pojawiła się właścicielka mieszkania zez kawalońdkiem szkła wew garzci
i powiada:
- To nic, dziecioszki, ta szyba mi się z dawien dawna nie podobała.
- Hurrra!!! - wrzasłem razem zez szarankami i...
I w tym momencie obudziłem się w chacie wew własnym wyrze i usłyszałem:
- Marych, ty masz chyba myk-myk. Cołką noc się świgasz, kopiesz, wojujesz
jak bymbas... W dziecioszka się obracasz, czy jak? Dzień dziecka był wew środę,
a teraz jest niedziela, dali wstawaj!
Więc ten cołki mecz był ino wew śpiku! Szkoda. Wielga szkoda. Zaraz po
śniadaniu postanowiłem sobie, że pójdę na Rynek szpeknąć, czy czyba u Hałasików
jest cołka, a potem zabiorę parę gzubów na Bułgarską. Dzisiaj "Kolejorz" gra
z "Legią".
© Text Copyright by Juliusz Kubel 1987.