Forum Sport Tenis
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Czas na refleksje

    IP: *.dynamic.chello.pl 10.12.12, 23:10
    Niezwykła aktywność, podobnie jak bogactwo tematów i treści tyczących tenisa i minionego sezonu w wydaniu entuzjastów tenisa i bywalców tego forum, wystarczająco zagrzewają do poharcowania na tej dzikiej plaży.
    O minionym sezonie pewnie można z większym entuzjazmem, bo olimpijski, bo było miejscami ciekawie, bo panowie po równo podzielili się szlemami, bo przecież były niespodzianki, bo nowe twarze, bo JJ efektownie zaistniał w Paryżu, bo jeszcze parę powodów by się znalazło. Dokładnie jak parę powodów do zmniejszenia temperatury zainteresowania tą dyscypliną sportu, która się powoli na naszych oczach trywializuje, może nawet marnieje. Wiadomo, że czas zmienia świat i zmienia nas. Zmienia się sport i zmienia się tenis Pieniądze rządzą sporą częścią świata, przy okazji wypaczają szlachetne idee aportu, stają się celem i Bogiem dla organizatorów, mediów i zainteresowanych pomnażaniem mamony zawodników. Praktycznie nie ma już wartości, które nie są przedmiotem przetargu, prawie wszystko jest do kupienia i na sprzedaż. Bez skrupułów wystawia się na sprzedaż nawet żywy pomnik z metką przyległą do żony Cezara, który wystąpi w Bazylei, jeśli rodzime miasto zapłaci mu dwa miliony. WTA będzie zwiększało pule nagród dla pań, byle często i gdzie należy grały, kodowane kanały więcej za mniejsze turnieje płacić będą musiały, bo gra się za kasę, a nie dla szarej masy. Taka jest polityka i logika WTA. To wszystko jeszcze hula i będzie miało rację bytu, dopóki grają i świecą własnym blaskiem prawdziwe wielkie gwiazdy i osobowości, a tych co rusz ubywa. W tym sezonie pożegnaliśmy Clijsters i Rodicka, dwie dużej klasy postacie grające z pasją i sercem, które trudno będzie zastąpić.
    Wielki tenis to dużo więcej niż technika i umiejętności, to jeszcze osobowość i styl. Czasem, rzadko, nawet bardzo rzadko wiąże się jeszcze z klasą osoby, człowieka, której nie należy mylić z klasą sportową zawodnika, bo tą osiąga wielu za sprawą wyczynu, talentu, pracy i szczęścia. Tą pierwszą tylko jednostki i to nieliczne, powoli ginący gatunek. W tenisie drugiej dekady, cały czas postępuje proces wyrównywania umiejętności, wytrzymałości i innych cech nabywanych, co stwarza wrażenie, czasem tylko pozory wyrównywania poziomów. To co głównie różnicuje i zawsze będzie różnicowało klasowych zawodników, to nie tylko wyniki, to cechy osobowości odciśnięte na stylu gry, taka pieczęć indywidualizmu. Temat rzeka, może dla niektórych zastępczy i bez znaczenia, bo przecież liczą się tylko wyniki, wygrane mecze i zarobione pieniądze. Dla większości zawodników pewnie tak, dla ich kibiców pewnie też, dla kibiców tenisa może niekoniecznie. W życiu i na co dzień przywykliśmy do tego, że byle jakość też jest znakiem naszych czasów, ale my kochamy święta i one mają dla nas szczególną wartość. Taką wartość w tenisie zawsze będą miały szlemy. Najbardziej gorąco było jw AO, jednak w kolejnych temperatura nie była już tak wysoka. To, o czym piszę w tenisie pań faluje od dawna, w tenisie panów odczuwa się rzadziej, bo wielka orkiestra jeszcze gra. chociaż brak jednego instrumentu z firmowego teraz kwartetu, już robi różnicę, którą przypieczętowały końcowe Mastersy, w zamierzeniu z udziałem najlepszych z najlepszych. Oba były turniejami jednego Mistrza, jak dla mnie, było po Bożemu, bez błysku i większych emocji. Wyraźnie znowu odczuwało się brak Nadala. Nikt nie jest w stanie wnieść na kort takich wartości jak wnosi chłopak z Majorki, bo wnosi do swojej gry miłość i życie, takie prawdziwe, nieskażone żadną ideologią, frazeologią, ani innym badziewiem i daje z siebie wszystko w prostym, charakterystycznym dla siebie stylu. Trudno nie doceniać wyczynów Nowaka, który potrafi grać wszystko i wygrywać w sposób imponujący. Mając bardzo silną, wyrazistą osobowość, na korcie nie prezentuje wyraźnego stylu. W ubiegłym roku grał tenis totalny, teraz gra tenis super uniwersalny, ma papiery na wszystko, tylko nie dorobił się własnej firmowej pieczęci. Jeśli roją mi się w głowie jakieś obawy, to obawiam się w przyszłości dominacji tenisa bez duszy, bez światła i bez blasku. To tylko taka mała i wcale nie apokaliptyczna wizja.

    Obserwuj wątek
      • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 11.12.12, 14:42
        Skoro cisza na morzu, czas rozwinąć niektóre wątki.
        Tenis trywializuje się:
        Bo duży pieniądz wabi, kusi i przyciąga nie tylko perły i diamenty, również wyrobników i głodnych nie tyle sztuki, ile sytego i na topie życia miłośników.
        Bo sport kiedyś elitarny, uprawiany z zamiłowania i pasji, przestał być elitarny, coraz częściej jest środkiem do zasobnego i atrakcyjnego życia.
        Bo przestały obowiązywać szlachetne reguły fair play, jest przyzwolenie i tolerancja dla chamstwa i prostactwa.
        Bo media częściej interesuje wielkość zarobionych przez tenisistów pieniędzy, niż sam tenis.
        Bo lansuje się na gwiazdy miernoty, nawet takie co nie wygrały w całej karierze jednego średniego turnieju.
        Bo w mediach dominuje tani i tandetny pijar.
        Bo celebruje się byle bąki, puszczane przez ludzi tenisa, które tylko zagęszczają powietrze i przestrzeń, kiedyś zarezerwowaną dla konstruktywnych treści, ładu informacyjnego i sensu.
        Tenis marnieje:
        Bo wymuszona jest orientacja na ilość, a orientacja na ilość odbywa się kosztem jakości.
        Bo wyrobnicy tenisowi zabijają sztukę tenisową, rzemieślnicy zastępują artystów, a sztuka tenisa jest coraz rzadszym rarytasem na kortach.
        Bo zawodnicy dla punktów i pieniędzy narażają zdrowie, grają z urazami, dolegliwościami nie prezentując posiadanych umiejętności, tylko zaliczając udział i ciułając punkty w kolejnych turniejach
        Bo ranking, który nie odzwierciedla wymiernych umiejętności i sukcesów, skazuje sztukę tenisową na przyspieszone umieranie.
        Bo wielcy zawodnicy i prawdziwe gwiazdy, dla których własne zdrowie i życie nie tylko na korcie, stanowią istotną wartość, płacą wysoką cenę za utratę prestiżowych pozycji i relatywnie wcześnie decydują się na zakończenie kariery.
        Bo zainteresowanie mediów i kibiców większe jest celebrytami, niż samym tenisem..
        Bo poziom tenisa w dużym stopniu odzwierciedla jakość i poziom komentarzy w mediach, również na blogach i forach tenisowych.
        Bo jest ewidentny brak profesjonalnego komentarza w przekazach telewizyjnych.
        Bo przekazów telewizyjnych nie będzie więcej, tylko mniej, podobnie jak oglądających mecze tenisowe.
        Bo naprawdę interesujące, rzeczowe i godne większej uwagi komentarze zresztą nie tylko tyczące tenisa, pisze nieznany bliżej ani dalej autor odysei 1948. Jeden samotny autor na małej, prawie bezludnej wyspie. Dobrze, że chociaż tyle i aż tyle.

        Może dojrzewa taki czas, by nie oślepiał jeden tylko blask, gdy na niebie jeszcze świeci parę gwiazd.
        • maksimum Re: Czas na refleksje 11.12.12, 16:07
          Gość portalu: Luka napisał(a):

          > Tenis trywializuje się:

          Raczej upowszechnia sie.Staje sie dostepny dla kazdego a nie tylko dzieci z dobrych domow.

          > Bo lansuje się na gwiazdy miernoty, nawet takie co nie wygrały w całej karierze
          > jednego średniego turnieju.

          Ja bym sie Radwanskich tak nie czepial,bo innych zawodniczek top 100 nie mamy.

          > Bo wyrobnicy tenisowi zabijają sztukę tenisową, rzemieślnicy zastępują artystów
          > , a sztuka tenisa jest coraz rzadszym rarytasem na kortach.

          Jest inny tenis i inna sztuka.W latach 1980-tych przecietny tenisista mial 180cm i 70 kg wagi i bawila go technika.
          Teraz przecietny zawodnik jak Federer czy Djokovic ma 190cm i 80 kg i najwazniejsza jest sila i szybkosc.
          I ni z tego ni z owego pojawil sie 204cm Janowicz z szybkoscia Djokovica i sila wieksza niz Nadal i on bedzie nadawal ton walki w 2013r.
          Nadal sie skonczyl i nie ma co o nim wspominac.

          > Bo jest ewidentny brak profesjonalnego komentarza w przekazach telewizyjnych.

          W Polsce tak! Zero profesjonalizmu,ze az ciezko sie tego slucha.
          W USA w dalszym ciagu sa bardzo dobrzy komentatorzy.

          • marek.zak1 Re: Czas na refleksje 12.12.12, 22:11
            Kolega, ja jestem w Polskim (i nie tylko )tenisie od wielu lat. Największym przełomem w tenisie byl Borg. Kiedyś grało się lżej mocniej, a ten facet stał z tyły kortu i kazdą piłke grał z całej siły. Sedziowałem mu na Pucharze Davisa, widziałem to z bliska. Ja także zmieniłem swoją grę. Potem już tylko zmiana rakiet na współczesne coś zmieniła, czyli przyspieszyła grę.
            W pilce nożnej 30 lat temu zawodnik przebiegał 7 km, teraz 7 km przebiega w ciagu jednej połowy. Zobacz mecz Polska - Anglia na Wembley. Tak teraz grają amatorzy. I tak jest wszędzie. Taki świat.
            Pozdrawiam
            Marek Żak
            www.marekzak.pl
            • maksimum Re: Czas na refleksje 13.12.12, 04:44
              marek.zak1 napisał:

              > Największym przełomem w tenisie byl Borg. Kiedyś grało się lżej mocniej, a ten facet stał >z tyły kortu i kazdą piłke grał z całej siły.

              Borg mial 180 cm i 72 kg a juz pare lat pozniej Lendl 187 cm i 80 kg.
              Teraz Federer ma 185cm i 85 kg a Murray 190 cm i 84 kg.
              Janowicz ma 203 i 91 kg i jest bardzo szybki.On uderza z taka sila ze nikt nie jest w stanie tego odebrac.

              Nie moge sie doczekac na nowy sezon by zobaczyc Janowicza.
                • marek.zak1 Re: Czas na refleksje 13.12.12, 08:44
                  Od czasu Borga zmieniła się tylko siła i przygotowanie fizyczne, a także rakiety. Technika gry już nie, gdyz każdą piłkę gra się z całej siły i dotyczy to także kobiet i młodzików. Długość reguluje się rotacją, nie siłą uderzenia, jak kiedyś.
                  Tak więc przełomem w technice był Borg.
                  Siła i wzrost pomagaja przy serwisie, i oczywiscie przy siatce, natomiast siła uderzenia jest tak duża, że trudno grac mocniej i zmieścić piłke w korcie. Przykład Ferrera jest trafiony.
                  Pozdrawiam
                  Marek Żak
                  • maksimum Re: Czas na refleksje 13.12.12, 18:27
                    marek.zak1 napisał:

                    > Od czasu Borga zmieniła się tylko siła i przygotowanie fizyczne, a także rakiet
                    > y. Technika gry już nie, gdyz każdą piłkę gra się z całej siły i dotyczy to tak
                    > że kobiet i młodzików. Długość reguluje się rotacją, nie siłą uderzenia, jak kiedyś.

                    Teraz gra sie nizej nad siatka co dodaje szybkosci i Borg nie nadazylby za pilka.

                    > Tak więc przełomem w technice był Borg.
                    > Siła i wzrost pomagaja przy serwisie, i oczywiscie przy siatce, natomiast siła
                    > uderzenia jest tak duża, że trudno grac mocniej i zmieścić piłke w korcie. Przy
                    > kład Ferrera jest trafiony.

                    Wiekszosc pilek po kozle jest wyzej niz siatka i wystarczy minimalna rotacja by poslac ja na przeciwny kort w postaci winnera.
                • maksimum Re: Czas na refleksje 13.12.12, 18:23
                  Gość portalu: goralnizinny napisał(a):

                  > Warunki fizyczne to tylko jeden z warunkow powodzenia w sporcie. Ivo Karlovic m
                  > a 2,08m i 105 kg i nic z tego nie wynika.

                  Bo Carlovic jest wolny.

                  > Taki Ferrer jest od wielu takich olbrzymow duzo lepszy.
                  > Ciekaw bylbym konfrontacji Janowicza z Del Potro.

                  Nie bedzie zadnej konfrontacji.Janowicz ogra go jak dzieciaka.
                  Janowicz jest duzo szybszy i duzo mocniejszy od Del Potro.
                  Del Potro nie lubi plaskich pilek ani drop shotow czyli pewno ugra z Janowiczem 2 gemy w calym meczu.
                  Ferrer jest niezwykle szybki i jego Janowicz drop shotami nie zniszczy.
          • Gość: j. Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 14.12.12, 07:34
            maksimum napisał:

            > Ja bym sie Radwanskich tak nie czepial,bo innych zawodniczek top 100 nie mamy.

            Nie wiem, czemu słowa Luki o "lansowanych na gwiazdy miernotach, co nawet jednego średniego turnieju nie wygrały" odniosłeś akurat do Radwańskich. Do Uli one nie pasują, bo Ulki nikt na gwiazdę nie lansuje. Aga natomiast ma na koncie jakieś 10 wygranych turniejów i niektóre z nich mają wagę więcej nawet niż średnią. Turniej w Miami jest wręcz najważniejszy w całym cyklu WTA, wyjąwszy YEC (przypominam, że turnieje wielkoszlemowe nie są częścią WTA Tour).

            Możnaby natomiast odnieść te słowa do Janowicza. Nie nazwałbym wprawdzie Jerzyka "miernortą", ale faktem jest, że ten chłopak jest obecnie hołubiony grubo ponad swe realne dokonania. Miał wszystkiego jeden udany turniej, gdzie doszedł do finału; poza tym lwia większość jego startów w turniejach ATP rangi wyższej niż challenger kończyła się w kwalifikacjach. On ma niewątplwie ogromny potencjał, ale jak dotąd tego potencjału prawie nigdy, z jednym wspomnianym wyjątkiem, nie umiał uruchomić. Mam oczywiście nadzieję, że w przyszłości będzie z tym dużo lepiej, ale sądzę, że będzie potrzebował na to jeszcze trochę czasu. Jeśli w Melbourne zajdzie wyżej niż czwarta runda, będzie to dla mnie dużą niespodzianką.
            • marek.zak1 Re: Czas na refleksje 14.12.12, 09:04
              Jesli akceptujemy reguły gry musimy akceptować system punktowy, jak to się dzieje w Formule 1, czy w Lidze Mistrzów. Tak więc czy ktos jest ciułaczem punktów, czy zagra dwa błyskotliwe turnieje i ma tyle samo punktów, powinien byc tak samo oceniany. Jesli ktoś pisze, że zawodnik top 100 jest miernotą, oznacza to, że o tenisie w ogóle nie powinien się wypowiadać. Więcej pokory koledzy.
              Marek
            • maksimum Re: Czas na refleksje 15.12.12, 01:24
              Gość portalu: j. napisał(a):

              > Jeśli w Melbourne zajdzie wyżej niż czwarta runda, będzie to dla mnie dużą niespodzianką.

              On sie pod kazdym wzgledem sprawdzil w Paryzu poza emocjonalnym.
              Sytuacja go troche przerosla,nie spal,nie jadl i przegral final.
              Ma 2 miesiace czasu by przyzwyczaic sie do nowej pozycji w rankingu i bedzie szedl ostro w gore.
              Mysle ze spokojnie go stac na polfinal AO.
        • Gość: Ekspert Re: Czas na refleksje IP: *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl 14.12.12, 12:56
          z tym poziomem komentarzy to się rzeczywiście pogorszyło od pewnego czasu, odkąd postanowiłem nie użyczać swojego głosu, bo mam ważniejsze zajęcia na głowie.

          poziom tenisa marnieje ze względu na sprzęt piłki i nawierzchnie, pisałem o tym i nie wiem czemu nie powtórzyłeś za mną oczywistych wniosków. jeśli zawodnik ma prostszą rakietę i prostszymi metodami może wygrać to trenuje nogi i kondycję żeby wygrać bardziej bieganiem a nie techniką, wystarczy że pacnie, byle trafił. dokładność zastępowana jest pewnością a wygrywanie punktów przedłużaniem męczarni. artyzm i indywidualizm ustępuje miejsca schematowi. wystarczy zmniejszyć piłki w wolniejszych nawierzchniach, i obniżyć kozioł piłek i dać ślizg na szybszych i zobaczysz że Nadal nie będzie nawet w 10.

          poza tym myślę że wszystkiemu winna jest generacja Nadala. to pokolenie ma 2 wyróżniające się postaci: Francuzów Gasqueta i Tsongę. cała reszta gra tenis średniej półki, czasem dobrej ale nie bardzo wysokiej. nadzieja idzie z młodszym pokoleniem które jawi się dużo atrakcyjniej i bardziej zróżnicowanie.

          w przypadku WTA najgorsza jest Errani i Radwańska. jednak nie wiadomo co się pojawi za rok czy dwa. od lat wydaje się że taka posucha jest w tenisie niemożliwa. jest teoretycznie szansa że nieobecne od kilku sezonów tenisistki w średnim wieku, błysną na koniec kariery wykopując Radwańską daleko za orbitę tenisową, na co czeka cały tenisowy świat. a w między czasie dojrzeją młodsze i mniej dojrzałe które będą ją rozgonią na cztery wiatry.

          kiedyś to chociaż był taki Gonzalez. Blake, Moya, Coria, i kilku innych. dało się oglądać. teraz jest pustynia.
          • maksimum Re: Czas na refleksje 15.12.12, 01:57
            Gość portalu: Ekspert napisał(a):

            > wystarczy zmniejszyć piłki w wolniejszych nawierzchniach, i obniżyć kozioł piłek i dać ślizg >na szybszych i zobaczysz że Nadal nie będzie nawet w 10.

            Niestety nie ma nowych ciekawych graczy w czolowce poza Janowiczem i mysle ze Jerzykowi styl Nadala bardzo pasuje.Chcialbym zeby Nadala wpadl na Janowicza w cwiercfinale lub polfinale AO. Byloby smiechu po pas.

            > poza tym myślę że wszystkiemu winna jest generacja Nadala. to pokolenie ma 2 wy
            > różniające się postaci: Francuzów Gasqueta i Tsongę. cała reszta gra tenis śred
            > niej półki, czasem dobrej ale nie bardzo wysokiej. nadzieja idzie z młodszym po
            > koleniem które jawi się dużo atrakcyjniej i bardziej zróżnicowanie.

            Gasquet rzeczywiscie umie grac ale Tsonga w dluzszych meczach wysiada i wyzej plecow nie podskoczy.

            > w przypadku WTA najgorsza jest Errani i Radwańska. jednak nie wiadomo co się po
            > jawi za rok czy dwa. od lat wydaje się że taka posucha jest w tenisie niemożliwa.

            Mozliwe ze blysna Robson i Shvedova.



            • Gość: j Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 15.12.12, 14:54
              maksimum napisał:

              > Gasquet rzeczywiscie umie grac ale Tsonga w dluzszych meczach wysiada i wyzej plecow nie podskoczy.

              Jeśli kto wysiada w dłuższych meczach, to właśnie Gasquet. To jest mistrz jednego seta w meczu. Wystarczy, że przez parę gemów mu się nie wiedzie (co np. w pięciosetówce jest absolutnie nie do uniknięcia) i już się zniechęca, przestaje walczyć i płynie unoszony przez prąd wydarzeń, brzuchem do góry. Facet bez wytrwałości, bez jaj, a do tego jeszcze i bez forhendu.
            • Gość: Ekspert Re: Czas na refleksje IP: *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl 15.12.12, 19:48
              dlatego powinien nauczyć się od Gonzaleza jak zakończyć akcję właściwie jednym uderzeniem, czyli tak jak grają najlepsi tenisiści, najlepiej z obszernego zamachu z forhendu. ja też bym się męczył jak bym biegał więcej niż 2 metry co każdym punktem. najlepszy styl to taki co stoi się na środku i gania głupka po drugiej stronie który podaje piłki do zabijania. Gasquet jest jeszcze słabszy fizycznie, i ma gorszą kondycję. Tsonga jest leniwy dlatego trzeba zabijać od razu pierwszą piłkę. ja tam mam nadzieję że Woskobojewa wypryśnie, bo ma dobre uderzenie, zresztą nie ma znaczenia, jak Radwańska wypadnie z 20 to znaczy że w tenisie się poprawia sytuacja, i można zacząć znowu oglądać.
                • Gość: j. Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 17.12.12, 15:29
                  Gość portalu: . napisał(a):

                  > tenisista wlamal sie do pokoju komputerowego w Tworkach i znowu zaczal wypisywac glupoty. A juz przez tak dlugi czas mielismy od niego spokoj.....

                  Na razie zmienil ksywę i zachowuje się poprawnie. Do tego stopnia, że początkowo go nie rozpoznałem i dopiero peany na cześć Gonza i Gasqueta uprzytomniły mi, z kim mamy honor. Niech sobie pisuje, może nie będzie tak źle.
              • Gość: j. Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 17.12.12, 16:03
                Gość portalu: Ekspert napisał(a):

                >[...] jak Radwańska wypadnie z 20 to znaczy że w tenisie się poprawia sytuacja, i można zacząć znowu oglądać.

                Radwańska wypadnie z pierwszej 20, jeśli odniesie jaką poważną kontuzję. Szansa jest, bo ona już złamanie przeciążeniowe stopy zaliczyła, a gania po twardych kortach jak kozica po zboczach, chyba najwięcej z całej WTA. Ale jeśli to kuszenie losu ujdzie Agnieszce na sucho i żadnej następnej poważnej kontuzji nie złapie - poczekasz sobie na jej wypadnięcie z Top 20 długo.
                • maksimum Re: Czas na refleksje 17.12.12, 20:47
                  Gość portalu: j. napisał(a):

                  > Gość portalu: Ekspert napisał(a):
                  >
                  > >[...] jak Radwańska wypadnie z 20 to znaczy że w tenisie się poprawia
                  > sytuacja, i można zacząć znowu oglądać.

                  >
                  > Radwańska wypadnie z pierwszej 20, jeśli odniesie jaką poważną kontuzję.

                  Trzeba przyznac,ze tenisista ma troche racji,bo tenis Radwanskiej nie jest porywajacy,choc jej ostatni pojedynek z Sharapova byl bardzo dobry.
                  Jesli bedzie tak grala to zostanie w scislej czolowce na lata.

                  > Szansa jest, bo ona już złamanie przeciążeniowe stopy zaliczyła, a gania po twardych
                  > kortach jak kozica po zboczach, chyba najwięcej z całej WTA.

                  A jak sie jej cos przytrafi tak jak Kuznetsovej,to praktycznie ma po karierze.



      • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 18.12.12, 01:33
        Jeśli banalizacja gry w widocznym wymiarze nasila się w drugiej dekadzie, ma to różne, bardziej, lub mniej oczywiste źródła i przyczyny. W największym skrócie ujmując w ogromnej mierze generuje je funkcjonujący system, dokładają się do tego ci zawodnicy, którzy nie dysponując wystarczającą miarą talentu, czy umiejętności, nie potrafią wygrać sztuką, szukają sposobów, w tym poprzez wytrenowanie do granic możliwości prostych cech nabywanych, jak prędkość, wytrzymałość, niekiedy siła i potrafią wygrywać sposobem. Z tym że sposobem łatwiej się wygrywa ze słabszymi zawodnikami, daleko trudniej z dobrymi, natomiast z najlepszymi już rzadko, albo jest to wręcz niemożliwe. Trzeba tu uczciwie zauważyć, że zdarzają się przypadki doprowadzenia tych prostych środków, do takiego poziomu perfekcji, że nawet taka upierdliwa gra niekiedy też ociera się o sztukę, bo też wymaga jakichś umiejętności, tyle że bardziej prymitywnych natomiast nie jest to wielki tenis, nie podnosi jakości gry, nie winduje poziomu tenisa, tylko wymusza na najlepszych trochę więcej pracy nad wytrzymałością i motoryką. Vide Ferrer, Errani, Radwańska. System w dużej mierze sprzyja przebijaczkom, bo zwalnia nawierzchnie, kombinuje z piłkami, premiuje ilość, a nie jakość, co znajduje potem odzwierciedlenie w ułomnym rankingu WTA /w ATP nieco inny system punktacji, zabezpiecza i uszczelnia poziom przed przypadkową fluktuacją i degradacją/. Punktacja i ranking są kluczowymi elementami systemu i jeżeli są wadliwe, stwarzają możliwości na przebicie się do czołówki zawodniczek wyraźnie odstających klasą i umiejętnościami i otwierają pole dla kolejnych miernych do zajęcia pozycji w strefie liderów. Wówczas zaniża się poziom meczów na szczycie i obniża poziom tenisa ogólnie. W efekcie oglądamy coraz częściej nawet na szczycie mecze z wynikiem do przewidzenia, do jednej bramki, bo często, chociaż nie zawsze, mistrzowie nie muszą się nawet wznieść na wyżyny, co najwyżej więcej nabiegać. Jaka jest różnica poziomów już w pierwszej dziesiątce WTA, najlepiej obrazuje H2H, o innych, jeszcze bardziej wymownych parametrach porównawczych czystych umiejętności /wygrywanie piłek/nie wspominając. A że przebijaczki potrafią być skuteczne i zdarza im się czasem nawet z najlepszymi ugrać seta, albo wygrać mecz, to stwarza pozory wyrównywania poziomów i nabierają się na to również niby profesjonalni komentatorzy. Klasycznym przykładem był ostatni mecz Radwańskiej z Szarapową, w którym w trzech setach Szarapowa wygrała blisko 70 piłek, Radwańska nie wygrała nawet 20, a paru komentatorów twierdziło, że mecz był na wyrównanym poziomie. Można i tak, byle wszyscy byli szczęśliwi. A jak już mowa o poziomach, to obraz tenisa tworzą różne podmioty i różne elementy i najmniejszy wpływ mają elementy martwe, czyli nawierzchnie i piłki, a największy żywi, konkretni ludzie, od których umiejętności, kompetencji, wyborów, decyzji, poziomu myślenia, systemu wartości i standardów etycznych zależy jeśli nie wszystko, to bardzo dużo. A więc od tych, co trzymają stery danej dyscypliny, oczywiście liderów i wielu innych podmiotów mających wpływ na jakość gry i tworzących jakość całej otoczki tenisa, która też decyduje o wizerunku i odbiorze. To nie k a ż d y stanowi wzorce, zasady, reguły i przepisy, nie każdy prezentuje na korcie i poza kortem przyzwoity poziom i nie dla każdego poziom, czy jakość jest wartością, bo sport uprawiany jest dla różnych celów, w skrajnych przypadkach jest rodzinnym biznesem jak u naszej reprezentacyjnej zawodniczki, albo stanowi filozofię życia jak u Nadala, czy innych autentycznie wielkich sportowców. Kim Clijsters będąc u szczytu formy i mając realne szanse na złoty medal na Olimpiadzie w Pekinie, wolała zrezygnować z udziału, niż wystąpić w stroju innym, niż reprezentującym barwy swego kraju, bo obligował ją podpisany kontrakt. Reprezentantka Polski bez skrupułów wypięła się na barwy narodowe i godło, a na pytanie dziennikarza czy jest przygotowana do Olimpiady, z głupawym uśmieszkiem pomachała paluszkami pokazując biało czerwone paznokietki i powiedziała że jest przygotowana, kończąc temat zadowolona z własnego dowcipu, na sobie właściwym poziomie. Jak ma Olimpiadzie dowcipny Nr 2 kobiecego rankingu, wymiotła dwudziesta któraś zawodniczka już w pierwszej rundzie i po nieudanych startach w kolejnych dwóch konkurencjach mogła pakować walizki, to już polskiej chorążynie nie było tak wesoło i powiedziała jaką wartość ma dla niej olimpijski start, bulwersując nie tylko sportowy świat.
        A teraz podobno kandyduje na sportowca roku. Żeby było jasne, trudno mieć pretensje do zawodnika, który tak został ukształtowany, jak go wychowano, ale to nie ona sama siebie, tylko k t o ś tego zawodnika wytypował na chorążego i k t o ś taką kandydaturę zaakceptował. Teraz k t o ś nawet po takim blamażu zgłasza ją na sportowca roku, k t o ś to akceptuje i wielu ktosiów będzie głosowało, bo przecież zagrała w finale Wimbledonu i była Nr 2 w rankingu. Ile wart był ten Nr 2 pokazała nie tylko Olimpiada, ale kolejne turnieje, gdzie różne numery, nawet dwucyfrowe, wymiatały Nr 2 jak chciały i umiały. Natomiast polski sport chyba zasługuje na coś więcej i polski sportowiec kandydujący na sportowca roku powinien sobą prezentować coś więcej niż średnie umiejętności i markową sukienkę. O różnych poziomach, na różnych poziomach można w nieskończoność. Wzorców godnych tego miana jest coraz mniej i z czasem będzie jeszcze mniej. Zasady, reguły i przepisy bardziej mają na uwadze względy marketingowe niż sportowe i nie tylko decydenci hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. Tyle że cele się zmieniły, przesunęły się z idei sportu i człowieka - zawodnika, na pieniądze, instytucje i marki. Wartości wyższe coraz częściej w różnych dziedzinach życia ustępują miejsca wartościom niższym, więc w sporcie też, chociaż nie zawsze, nie wszędzie, nie w każdym i nie w tak rzucającym się w oczy wymiarze. A coraz częściej rzuca się w oczy byle jakość, przeciętność i nuda, na naszym polskim poletku tandeta ściga się z głupotą w niespotykanym w porównaniu do uprzednich pokoleń wymiarze.
        Przykładów degradacji wizerunku tenisa przez różne podmioty nie trzeba daleko szukać, bo im bliżej, tym więcej. Wystarczy otworzyć najbardziej popularne portale tenisowe, poczytać tytuły, czołówki, niekiedy treści, których zawartość i wartość często poraża płycizną i głupotą. Jak ktoś chce świeże mięso, to proszę bardzo. Dopiero co na jednym z portali tytuł obwieszczał ustami trenera topowej polskiej zawodniczki, że „Siostry Radwańskie mają rzadką cechę”, którą jak wynika z treści jest punktualność i gotowość do rzetelnego treningu przy każdej, nawet niekorzystnej pogodzie. Trener odkrył wyróżniającą polską zawodniczkę i jej siostrę cechę za godną uznania i podania do publicznej wiadomości, a k t o ś inny uznał odkrycie za godne tytułu i miejsca w czołówce, równie godnego uwagi portalu tenisowego. Jak ktoś gustuje w odgrzewanych kotletach, to też do usług. Wystarczy otworzyć tenis. pl i od razu daje po oczach informacja podana na samej górze, białymi literami na czerwonym tle, że „Ula jest lepsza od Ivanovic”, która zresztą zalega tam od miesięcy. Ula nie wygrała jeszcze szlema, ani żadnego turnieju WTA, nie jest gwiazdą, ani nie ma kwalifikacji na gwiazdę, natomiast bardzo poprawiła jakość gry, podobnie zresztą jak jej siostra, od której prezentuje się na korcie dużo ciekawiej rokując spore nadzieje. To, że kiedyś kilka miesięcy temu wygrała mecz z Ivanovic, nie znaczy, że jest od niej lepsza, nawet jak była lepsza w tamtym dniu. Ale jak się nie ma co pisać do rzeczy, to się pisze od rzeczy, byle Radwańska była w tytule i nazwisko pojawiało się często, a treść i co pod treścią, nieważne, ciemny lud i tak to kupi, a ważne żeby nasze było na wierzchu.
        Pozdrawiam tych, co doczytali do końca.
        • Gość: j. Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 18.12.12, 05:00
          Gość portalu: Luka napisał(a):

          > System w dużej mierze sprzyja przebijaczkom [...] co znajduje potem odzwierciedlenie w ułomnym rankingu WTA /w ATP nieco inny system punktacji, zabezpiecza i uszczelnia poziom przed przypadkową fluktuacją i degradacją/.

          Możesz objaśnić, jakie to różnice pomiędzy rankingami WTA i ATP pozwalają temu drugiemu "zabezpieczać i uszczelniać poziom przed przypadkową fluktuacją i degradacją"? Bo moim zdaniem istota obydwu systemów rankingowych jest identyczna, różnice dotyczą szczegółów. Te szczegóły mogłyby mieć (ewentualnie) znaczenie dla obsady pozycji liderki - ale dla kwestii, która cię najbardziej zajmuje, tzn pozycji rankingowej "przebijaczek", istotnego znaczenia nie mają. Zarówno Aga Radwańska, jak i Sara Errani w rangingu á la ATP także zajmowałyby wysoką pozycję. Te dziewczyny osiągały dobre wyniki w dobrych turniejach i żadną punktacją tego nie zanegujesz.

          > Jaka jest różnica poziomów już w pierwszej dziesiątce WTA, najlepiej obrazuje H2H

          W pierwszej dziesiątce ATP bilanse H2H są jeszcze bardziej jednostronne. Nr 2 Roger Federer prowadzi z nrem 5 Davidem Ferrerem 14-0 - pokaż mi coś takiego w WTA Top 10.

          > Kim Clijsters będąc u szczytu formy i mając realne szanse na złoty medal na Olimpiadzie w Pekinie, wolała zrezygnować z udziału, niż wystąpić w stroju innym, niż reprezentującym barwy swego kraju, bo obligował ją podpisany kontrakt

          Kompletne pomieszanie faktów i pojęć. Najpierw fakty: Igrzyska w Pekinie odbyły się w 2008 roku; w którym to sezonie Kim nie rozegrała ani jednego meczu, bo urodziła dziecko. Na pewno nie była wtedy "u szczytu formy". Musiałeś pomylić albo igrzyska, albo zawodniczkę. Ale pomyłka faktograficzna to jeszcze mały pikuś wobec zasadniczego nonsensu tego wywodu - otóż miarą patriotyzmu ma byc odmowa występu na olimpiadzie, bo "kontrakt obliguje do innego niż narodowy stroju"! Bez komentarza.

          > że przebijaczki potrafią być skuteczne i zdarza im się czasem nawet z najlepszymi ugrać seta, albo wygrać mecz, to stwarza pozory wyrównywania poziomów i nabierają się na to również niby profesjonalni komentatorzy. Klasycznym przykładem był ostatni mecz Radwańskiej z Szarapową, w którym w trzech setach Szarapowa wygrała blisko 70 piłek, Radwańska nie wygrała nawet 20

          Kolejny gruby błąd faktograficzny. Statystyki wspomnianego meczu są wciąż dostępne online i można z nich dowiedzieć się, że Szarapowa wygrała 122 piłki, a Radwańska 116:

          www.wtatennis.com/completed-matches/tournamentId/742/title/teb-bnp-paribas-wta-championships- [kliknij Day 2, a potem "match details"]
           
          Mecz trwał ponad trzy godziny, każdy set po 12-13 gemów, a ty twierdzisz, że nie był wyrównany i podpierasz to wyssaną z palca statystyką. Coś wygląda mi na to, że mamy na forum kolejnego gościa, któremu nienawiść do Radwańskiej rozum odbiera.
          • marek.zak1 Re: Czas na refleksje 18.12.12, 09:42
            AR osiagnęła bardzo wiele, znacznie więcej, niż ktokolwiek mógł oczekiwać,. Jako były zawodnik i grający w tę grę na codzień, mam dla niej ogromny czasunek i podziw. A jak gra? Skutecznie, bo wygrywa, a w w sporcie (i nie tylko) licza się TYLKO wygrani. Iluż ja znałem dobrze zapowiadajacych się, fantastycznie utaletowanych juniorów, którzy mieli podbić świat. I co? Nico.
            • Gość: ps Re: Czas na refleksje IP: *.play-internet.pl 18.12.12, 14:44
              Tenis jest sportem, który na świecie uprawia bardzo wiele osób. Konkurencja jest po prostu ogromna i bardzo trudno jest się przebić. Żeby dziewczynie czy chłopakowi się udało, potrzebny jest talent, motywacja, ciężka praca, wsparcie finansowe i trochę szczęścia. Jednak w tenisie często bywa tak, że ktoś ma wszelkie dane, by odnieść sukces, a mimo to się nie udaje. I nie zawsze jest to wina zawodnika czy zawodniczki-czasem brakuje kropki nad i-zdrowia, mocniejszej głowy, no długo można by wymieniać. Juniorski tenis to coś innego niż zawodowy-wyniki w nim osiągane mogą coś znaczyć, ale nie zawsze. Zresztą w tej kategorii dla dorosłych też się zdarza, że osoby okrzyknięte wielkimi talentami gdzieś giną w tłumie, a te niedoceniane wchodzą do czołówki. Gdzie są takie nazwiska jak Vaidisova, Golovin czy Szavay? Czeszce, Francuzce i Węgierce wróżono świetną karierę, wszystkie trzy grały naprawdę przyjemnie dla oka, do tego te dwie ostatnie potrafiły połączyć siłę z techniką. I co? Nicole się wypaliła, a Tatiana i Agnes zostały wykończone przzez kontuzję pleców. Z kolei takie Errani czy Kerber przez lata były uważane za średniaczki, a dziś należą do najlepszych zawodniczek świata i mają na koncie finał oraz półfinały wielkoszlemowe.
              • Gość: MACIEJ Re: Czas na refleksje IP: *.c3-0.elm-ubr2.qens-elm.ny.cable.rcn.com 18.12.12, 15:57
                Errani gra staroswiecki mocno krecony tenis,ale zelazna kondycja pozwolila jej wejsc na top.
                Kerber natomiast zupelnie nie ma warunkow do tenisa.Ona jest po prostu za mocno zbudowana jak na tenis i wreszcie kontuzje ja kiedys dopadna.
                Kerber jest nieprzewidywalna i umie ryzykowac co przynosi jej sukcesy.
                Errani jest nawet nizsza niz Henin i jak sobie nie poluzuje z deblem to padnie na korcie.
          • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 27.12.12, 01:28
            > Możesz objaśnić, jakie to różnice pomiędzy rankingami WTA i ATP pozwalają temu
            > drugiemu "zabezpieczać i uszczelniać poziom przed przypadkową fluktuacją i deg
            > radacją"? Bo moim zdaniem istota obydwu systemów rankingowych jest identyczna,
            > różnice dotyczą szczegółów

            Miałem nadzieję, że ktoś bystry mnie wyręczy, ale skoro nie ma chętnych, to bardzo proszę i mając chwilę czasu, odrobię tą robotę.
            Właśnie istota obu rankingów różni je najbardziej, bo nieprzypadkowo są konstruowane wg zupełnie różnych założeń i opierają się na różnych podstawach. Dla formalności przytoczę kluczowe zapisy. Ranking ATP bazuje na całkowitej liczbie punktów za udział w 18 turniejach, w tym 4WS, 8 turniejów ATP Masters 1000, 4 najlepsze wyniki z ATP World Tour 500 i 2 najlepsze wyniki z ATP World Tour 250. Dla ośmiu najlepszych punkty za 19 turniej Championships.
            Do rankingu WTA punkty zlicza się maksymalnie z 16 turniejów, biorąc pod uwagę najlepsze wyniki, ale wyjątki stanowią 4 WS, 4 Premier Mandatory i dla zawodniczek z pierwszej dziesiątki dwa najlepsze wyniki Premier 5, oraz dla ósemki najlepszych punkty za 17 turniej Mistrzyń. Niby tak samo, a znaczy zupełnie nie tak samo, bo różnic jest cała masa, a najprościej i w jednym zdaniu sprowadzają się do tego co panowie muszą, a co panie mogą. Panowie muszą bardzo dużo, a mogą bardzo mało. Panie za to muszą dużo mniej niż panowie, a mogą znacznie więcej.
            Ranking ATP oparty jest na prostym i trwałym w podstawie systemie na który składają się w 75 % bezwzględne wyniki z turniejów najwyższej kategorii i najwyżej punktowanych, uzupełnionym w 25% wynikami uzyskanymi z ewentualnym wykorzystaniem rotacji w turniejach niżej punktowanych. Właśnie te 12 kluczowych turniejów /z 18 zaliczanych do rankingu/ z udziałem wszystkich zainteresowanych, w których maksymalnie jest do zdobycia 16 tysięcy punktów stanowi mechanizm zaporowy, działając stabilizująco na cały układ, ze szczególnym uwzględnieniem czołówki rankingu. Praktycznie oznacza to, żeby znaleźć się, albo awansować na wyższe miejsce w rankingu, musisz zaistnieć, poprawić, albo obronić punkty w tych kluczowych 12 konkretnych turniejach, bo możliwości poprawy dorobku punktowego z pozostałych 6 są bardzo ograniczone /w sumie max 2 i pół tysiąca/.
            W WTA ranking jest sporządzany w oparciu o system mieszany, w którym uwzględnia się z zasady najlepsze wyniki, czyli z rotacji, ale wyjątki /szlemy i mandatowy są zawsze liczone/ i tyczą 8, czyli 50% turniejów do zaliczenia. Takie metodologiczne kuriozum, ale bardzo zmyślnie wykombinowane. Turnieje pań są poza szlemami nieco inaczej kategoryzowane, inaczej punktowane / chociaż są elementy wspólne, porównywalne i zbliżone/ no i panie mają nieporównywalnie większe pole możliwości powiększania dorobku punktowego, bo bezwzględne wyniki zaliczane są tylko za szlemy i Mandatory , natomiast wyniki z pozostałych ośmiu turniejów mogą sobie poprawiać i śrubować do upojenia, co czynią wedle ambicji i potrzeb. Pomijając taki drobny szczegół, że turniejów Premier 5, jest 5, za każdy można zdobyć max 900 punktów, łącznie max 4,5 tys Do tego panie mają jeszcze w zapasie i do wyboru co najmniej dwa turnieje z 12 grupy Premier, każdy za bagatelne 470 punktów, czyli kolejne max 940, a od biedy nożna coś ugrać w International za 280 punktów.. Panowie mogą z rotacji wszystkiego 4 x 500 i 2 x 250. Mam świadomość, że w obu rankingach jest dużo per analogii, które wydają się działać zamiennie i znaczyć to samo, ale tak by było, gdyby oba działały w jednym systemie, albo przynajmniej zbliżonych. Tu działają zupełnie różnych. Dlatego u panów nie ma praktycznie możliwości na wyjście na pozycję lidera, bez wygrania turnieju WS, a u pań są i nie raz to już było przerabiane. Jest późno, chcę kończyć i to by było na tyle.
            W pierwszej dziesiątce ATP bilanse H2H są jeszcze bardziej jednostronne. Nr 2 R
            > oger Federer prowadzi z nrem 5 Davidem Ferrerem 14-0 - pokaż mi coś takiego w W
            > TA Top 10.
            W WTA mogę pokazać bilans Nr 1 z Numerem 3, czyli Azarenki z Radwańską 11-3, ale Azarenka to w końcu nie Federer. Natomiast polecam też ciekawe i też dwucyfrowe sumy bilansów łącznych zawodniczek z pierwszej dziesiątki. .

            Co do Kim Clijsters, to masz rację, bo Ona zrezygnowała z Olimpiady w Atenach.

            Kolejny gruby błąd faktograficzny. Statystyki wspomnianego meczu są wciąż dostę
            > pne online i można z nich dowiedzieć się, że Szarapowa wygrała 122 piłki, a Ra
            > dwańska 116:
            Ty przytaczasz wygrane punkty, a ja piszę o wygranych piłkach, które też zamieszczają statystyki. Nie widzisz różnicy?
            • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 27.12.12, 12:00
              Pisanie nocką wyraźnie mi nie służy, bo znowu zdarzyło mi się strzelić byka, ponieważ nie 75%, tylko 66,6% bezwzględnych wyników zaliczane jest w ATP, czyli 2/3 , a nie ¾, i ta przewaga wystarczająco przesądza o trwałości podstawy tego systemu. To arytmetyczne omsknięcie nie ma większego znaczenia, bo nie zmienia istoty różnicy, tylko jej rozmiar, tak jak nie ma większego znaczenia z której Olimpiady zrezygnowała Kim Clijsters, tylko fakt, że stać Ją było na to z uwagi na wartości, jakimi są dla niej i jej rodaków barwy, czy symbole narodowe.
      • Gość: Luka Time is money IP: *.dynamic.chello.pl 03.01.13, 13:52
        Fachowcy od poszukiwania zmian i pieniędzy w ATP szukali i znaleźli. Skoro znaleźli to wprowadzili wraz z nowym sezonem udoskonalenie przepisu, który dotąd był prawie martwy, bo rzadko i wybiórczo dotąd egzekwowany, a dotyczył określonego na 20 sekund czasu przewidzianego na wznowienie gry. Skoro przepis nie funkcjonował jak należy, czas na restrykcje i pomoc techniki w postaci stopera. Pomysłodawcom wprowadzenia modyfikacji bardzo się spieszyło, więc czasu na pilotaż i sprawdzenie jak novum zadziała nie było. Skoro działania nie sprawdzono, to na wszelki wypadek i otarcie łez czas do 25 sekund czas wydłużono. Stoper jest włączany po zakończeniu ostatniej akcji i czas stuka równo, przepis egzekwowany jest automatycznie, jak gracz nie wznowi gry, najpierw ostrzeżenie, następnym razem już punktu strata, bo jak nie mieścisz się w czasie, musowa zapłata. Płacić punktami będą zawodnicy i to wcale niekoniecznie za zawinione, czy umyślne przewinienia. Płacić będą też grą, która wymaga koncentracji i myślenia, a nie sekund liczenia i czy dziecko sprawnie piłkę poda, chociaż co do jednego jest zgoda, bo przeciągające się w nieskończoność kozłowanie, to i rywala dekoncentrowanie i takie sobie z czasem i przeciwnikiem igranie. Problem można było rozwiązać bardzo prosto, wystarczyło ograniczyć ilość kozłów i nie dobijać w sposób mechaniczny graczy dodatkową presją, bo nie służy ona ani zawodnikom, ani tenisowi. Płacić więc będą wszyscy za marniejącą jakość gry, bo żadne automatycznie wprowadzane restrykcje nie służą nikomu, ani niczemu w tak bardzo zindywidualizowanej grze, jaką jest tenis i widać nie o dobro sportu, tenisa, ani zawodników tu chocdzi . Chodzi wyłącznie o to, żeby skrócić czas trwania meczy. Za chwilę zniesie się net, bo już nie ważne będzie żeby rywal miał szansę odbioru piłki zagranej, a nie sztucznie zatrzymanej. Ważne, żeby gra toczyła się wartko, bo im szybciej tym lepiej, tylko dla kogo lepiej - oto jest pytanie.
        • Gość: stojący na rzęsach Re: Time is money IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.13, 16:42
          Nie bawmy się w kosmetykę, tylko pójdźmy dużo dalej. Tenisowi bonzowie powinni mocno ograniczyć znaczenie serwisu (zwłaszcza u mężczyzn). Najlepiej zlikwidować drugi serwis i dopiero poszłoby z kopyta. Większa liczba podwójnych błędów byłaby lepsza niż nudne asy albo te męczące wygrywające młotki 220 na godzinę i tak w kółko. Nie oszukujmy się: W wielu meczach to właśnie podwójne błędy serwisowe są jedynymi atrakcjami widowiska (szczególnie u kobiet). Te ciągłe nietrafione pierwsze serwisy i serwowanie wtóre są przecież takie nudne i męczące dla oglądających. Ciągnie się to jak gluty. Zawodnicy też męczą się z tym serwisem w nieskończoność, irytują się koniecznością ciągłego serwowania, plecy im prędko wysiadają i tak dalej i jakaż to strata czasu dla wszystkich. A tak byłby serwis jeden i wóz jest albo przewóz zamiast notorycznego ciamajdziarstwa z drugim serwisem albo powtarzaniem do skutku, bo brzęczyk na taśmie był. Brzęczyk wyrzucić w ogóle, na co to komu. I od razu też powinno się zarządzić, ze dostajesz do serwisu jedną piłkę od podawacza i nie zawracaj głowy, że chcesz trzy czy cztery, albo z tej albo z tamtej strony je chcesz, a potem i tak je wyrzucasz za się pod się czy inne się albo co gorsza po kieszeniach czy pod gatki jakoweś wpychasz i celebrujesz to i sprawdzasz i poprawiasz. Niewybaczalna strata czasu to jest. Na żadne kwękania zawodników w ogóle nie powinno się zwracać uwagi, za dobrze są płaceni, by mieli cokolwiek marudzić. Nie podoba się, to niech się za kasjera w markecie zatrudni jeden z drugim i obaczy czy mu lepiej będzie. Wszyscy szybko by się przyzwyczaili. No i taktycznie by może zaczęli bardziej główkować: zaryzykować i zyskać albo stracić od razu czy też bezpieczniej i się zobaczy co ten drugi wymyśli, albo tak mu zagram, a potem owak spróbuję i obaczę co pętak jeden na to. A tak przywali drwal jeden z drugim (bo jakby co, to dla bezpieczeństwa ma poprawkę w postaci drugiego) i tak w kółko i do oglądania nic nie ma. Z miejsca ograniczyłoby to bezsensowne walenie serwisowe, które jest nie do wytrzymania. Krótko mówiąc: zamiast liczniki instalować porządnie powinni zamieszać we wszystkich garnkach na wszystkich fajerkach, znaczy się więcej zmian rewolucyjnych być powinno, bo piekielnie nudno i nudniej się robi.
          • Gość: Luka Re: Time is money IP: *.dynamic.chello.pl 04.01.13, 21:33
            Zła kosmetyka z całą pewnością może przynieść więcej szkody, niż jedno porządne chirurgiczne cięcie, tyle że cięcie zawsze wiąże się z dużą dozą ryzyka i trzeba wprawnej ręki, żeby pacjent nie zszedł przy usuwaniu pryszcza z nosa, czy nie daj Boże kawałka paznokcia. Piszesz trochę nielogicznie, bo optujesz za likwidacją drugiego serwisu, argumentując że lepsze byłaby podwójne błędy, które są atrakcją, niż nudne asy, nieudane pierwsze serwisy i ciągłe serwowanie. Tylko likwidacja drugiego serwisu, zlikwiduje i wykluczy automatycznie podwójne błędy serwisowe, natomiast wcale nie daje gwarancji, ze gra będzie atrakcyjniejsza i mniej nudna, bo gra zawsze będzie zaczynać się od serwisu.
            Tak sobie myślę, że taka a nie inna formuła tenisa, z taką, a nie inną długością i szerokością kortu, tak nie inaczej umiejscowioną siatką, tak nie inaczej liczonymi punktami na gema, z dwoma serwisami i netem, została skonstruowana w oparciu o kapitalną i wielowymiarową znajomość materii, połączoną z duchem filozofii sportu. W moim przekonaniu dzieło jest doskonałe, natomiast niedoskonałe są czasy i ludzie, którzy to dzieło banalizują, wynaturzają, niekiedy profanują. Szybko dobrze jest pchły łapać i biegać na krótkich dystansach.
            Mecz tenisowy można przyrównać do spektaklu, bo jest to forma bardzo wysublimowanego teatru, w którym na wielkiej pustej scenie jest tylko dwóch aktorów, mają do dyspozycji tylko dwa narzędzia, jedno własne i jedno wspólne i przy pomocy tak ograniczonych środków mają możliwość stworzenia spektaklu, który sami reżyserują, odegrania wielkiej lub kiepskiej roli, albo też odstawienia chałtury, żeby zarobić jakieś pieniądze. Wystarczająco często jesteśmy świadkami marnych i miernych spektakli, a niezmiernie rzadko misterium i może dobrze byłoby, nie ruszać bryły z posad świata i zachować podwaliny dające przynajmniej szanse na obejrzenie jeszcze wielkiego teatru i wielkiej sztuki. Rzecz w tym że wielka sztuka, czy wielkie dzieło nigdy nie powstanie, jeżeli będzie zakładnikiem czasu, jakiegokolwiek czasu, bo to naturalny czas buduje specyficzny poziom emocji towarzyszących misterium, a każdy aktor i każda rola potrzebuje innego czasu. Wyjmując, czy zmieniając nawet jeden mały element, trzeba liczyć się z tym, że fundament może pęknąć i nawet jeśli się nie zawali, to już będzie inny obiekt, tylko kto zagwarantuje że lepszy i doskonalszy.

        • malpa.r Re: Time is money 04.01.13, 16:36
          Gość portalu: Luka napisał(a):

          > Stoper jest włączany po zakończeniu ostatniej akcji i czas stuka równo, przepis egzekwowany jest automatycznie, jak gracz nie wznowi gry, najpierw ostrzeżenie, następnym razem już punktu strata, bo jak nie mieścisz się w czasie, musowa zapłata.

          Już po Djokoviciu.
            • Gość: może mandarynkę? Niech wytapetują kort licznikami, zegarami... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.01.13, 19:08
              Teoretycznie Nadal i Djokovic będą mieć duże kłopoty, bo oni najbardziej lubią jak jest długo. Ale fatalnie może ta rzecz się może rozwinąć i niechcący najważniejszy, co byłoby fatalne, może stać się sędzia, jeśli autorytarnie decyduje od kiedy czas się liczy.
              Żadnego tenisa jeszcze w tym roku nie oglądałem, wiec nie wiem jak to liczenie w praktyce wygląda, więc jakby co to niech mnie ktoś oświeci, ale zanim to zrobi, to rzeknę, że jak dla mnie zasadnicze jest pytanie: czy serwujący gracz wie od kiedy sędzia liczy mu upływ czasu czy też może gracz ma na oku jakiś licznik odliczający mu czas do rozpoczęcia akcji? Bo jeśli nie i nie, a wszystko zależy tylko od widzimisię stołkowego, to rzecz jest idiotyczna po prostu. Od momentu wzięcia piłki przez gracza czas liczy czy wedle swego upodobania? Czy to jest jasne dla wszystkich uczestniczących czy nie jest? Jak stołkowy zacznie się notorycznie wtrącać graczom między wódkę a zakąskę, to zaraz zaczną się wykłócanki, połajanki i bójki i policję trzeba będzie wzywać.
              W podnoszeniu cięzarów facet rwąco-podrzucający swoje żelastwo ma na oku licznik i wie czy się w czasie mieści.
              I tylko pod takim warunkiem liczenie czasu w tenisie ma jakiś sens.
            • malpa.r Re: Time is money 05.01.13, 23:12
              Gość portalu: Luka napisał(a):

              > Pozdrawiam serdecznie małpę r.

              Dziękuję i pozdrawiam wzajemnie.

              Co się tyczy Nolego, to bardzo ciekawe jest, czy sobie z tym poradzi. On przed każdym podaniem kozłuje tę piłkę i kozłuje - widać jest mu to potrzebne do wyciszenia i złapania koncentracji. Jak mu to zabiorą, może się nerwowy zrobić.
      • Gość: Luka Sarkastycznie i optymistycznie IP: *.dynamic.chello.pl 13.01.13, 11:11
        Mówisz i masz. Ja tu o upadającym poziomie tenisa prawię, a tu jak na zawołanie darmowa lekcja pokazowa w Sydney, dotąd całkiem przyzwoitego turnieju. Nie chcę, ale muszę chyba pierwszy raz zgodzić się z red. Domańskim w ocenie poziomu zaprezentowanego przez panie tenisa. Uważam też, że równie doskonałą recenzją z tego finału mogłaby być n p riposta kota z wątku o Isi, która jedzie do Auckland na Sylwestra, Dla niewtajemniczonych pozwolę sobie zacytować:
        Autor: Gość: kot IP: *.adsl.inetia.pl 05.01.13, 20:50
        steka ręka
        mieszka Agnieszka
        strona wkurzona
        gra to ja
        o mój boże! Jaki tenis taka liryka

        I pomyśleć, że niektórzy poddawali w wątpliwość genialność tekstu kota, a tu proszę, już znajduje zastosowanie idealne, bo jak każde dzieło genialne, jest ponadczasowe i uniwersalne. Z całą pewnością będzie jeszcze niejedna okazja, by geniusz dzieła kota przemówił mocniej, niż jakakolwiek perswazja. Zgłaszając w dwunastym dniu roku kandydaturę finału WTA w Sydney do konkursu na najgorszy mecz sezonu 2013, pozwolę sobie zwrócić uwagę na rekordowe tempo urodzin poważnego kandydata do niechlubnego tytułu, bo godną konkurencję trudno sobie nawet wyobrazić, chociaż w tenisie niewiast wszystko jest możliwe. O tym, że wszystko jest możliwe w wydaniu kibiców naszej najlepszej tenisistki też wiedziałem, bo takie cuda nie widy jakie czytałem, to wszyscy razem wzięci nobliści, z podszeptem diabła i świętością anioła by nie wymyślili, a mnie jeden taki zauroczył i zaskoczył, co się na fantazje i cuda nie silił i trudno uwierzyć, że bez dorabiania jakichkolwiek ideologii, bez żadnych klapek na oczach, nazywając rzeczy po imieniu i tak prostą logiką argumentując, że wprawił w podziw i zdumienie, prawym myśleniem i sercem szczerym imponując. Nadzwyczajny kibic, tylko w nadzwyczajnym miejscu może się pojawić oczywiście, na jednej takiej wyspie, gdzie zaglądam od czasu do czasu, żeby poczuć trochę inny świat i powietrze bardziej czyste. A wyspa nie wydaje się wcale taka mała, autor też nie taki osamotniony, jeśli spojrzeć od słonecznej świata strony. Za chwilę wszyscy zobaczymy i poczujemy inny świat, bo wybije godzina zero, wszystkie wypoczęte i głodne gry ręce i nogi wyjdą na pokład, czyli słoneczne korty w Melbourne i będzie się działo. Lubię AO, bo zawsze kryje w sobie jakąś tajemnicę, jakaś nowa gwiazda błyśnie, może nawet i zaświeci, a w tym roku wreszcie i dla nas Polaków świta jakaś nadzieja, dla mnie największa za sprawą JJ-a. Może niekoniecznie na podbicie kosmosu, bo jednak przynajmniej teoretycznie w niższej lidze gramy, ale i ambicje i w końcu prawdziwy pistolet produkcji polskiej, nie tylko na korki, też mamy. Jak się nasze i inne markowe pistolety sprawdzą zobaczymy, w każdym razie strzałów celnych, najlepiej w dziesiątkę życzymy!

      • Gość: Luka Trzy perły AO 2012 - blaski, cienie i rozczarowani IP: *.dynamic.chello.pl 29.01.13, 11:17
        Jest coś w tym turnieju, że zdarzają się w nim mecze niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju i takie dwa wielkie mecze w tym szlemie się zdarzyły. Niewątpliwie nie koronowaną perłą tego turnieju był mecz Wawrinki z Nowakiem i szkoda że w czwartej rundzie, bo mógłby być ozdoba każdego finału WS. Zaskakujący, niezwykle dramatyczny, wielki mecz, głównie za sprawą heroicznej postawy i znakomitej gry bojowego Szwajcara z faworytem i liderem męskich rozgrywek, który w tym akurat momencie, nie był przygotowany na tak ciężki bój, z tym rywalem i w tej fazie turnieju. Wawrinka w tym meczu rzucił na szalę wszystko najlepsze czym dysponował, a nawet więcej, zagrał mecz życia i był tak nieprawdopodobnie bliski osiągnięcia życiowego sukcesu i sprawienia największej sensacji AO, że bliżej już nie można. A jednak zabrakło tej jednej jedynej kropki nad i, którą postawił specjalista od wygrywania przegranych meczy i kolejny raz wygrał tytaniczny charakter, którym Djok imponuje bardziej, niż prezentowaną sztuką gry. Ten mecz, to była sól tenisa, wpisze się w pamięci widzów jako ikona tego turnieju i zostanie w niej na długo, szkoda że tylko w pamięci.
        Drugą perłą zupełnie innego gatunku był mecz Feddera z Tomic`em w trzeciej rundzie, urzekający pokaz sztuki tenisowej dwóch najwyższej miary talentów wywodzących się z zupełnie różnych pokoleń, dwóch różnych osobowości, różnych wrażliwości. Wielki, utytułowany i spełniony Roger Federer, ostatni z wielkich co tak elegancko sztukę tenisową wodzi i niewątpliwie ogromny młody talent, będący ciągle jeszcze na dorobku, ale i bez gwarancji, że zostanie spełniony na miarę potencjału który posiada. Zważywszy, że nie jest pierwszym młodym, hardym i upojonym ponad miarę atrakcjami topowego życia tenisistą, można żywić nadzieję, że może chociaż skromnej namiastki Safina kiedyś doczekamy. Swój niesamowity potencjał potwierdził również w tym meczu, potrafił całkiem zgrabnie dokomponować się do klasy mistrza, demonstrując miejscami najwyższego kunsztu akcje i zagrania, dzięki czemu ten mecz ziemskiego tenisa, urastał momentami do zupełnie nieziemskiego poziomu, przywołując pamięć trochę zapomnianej już epoki, za którą czasem tęskno mi. Doceniając wszystkie nie zaprzeczalne walory gry Mistrza i wielkiego artysty, nie jestem fanem Jego osoby i szczerze nie sądziłem, że jeszcze może w jakiś nadzwyczajny sposób zaimponować. Zrobił to w tym meczu, w okolicznościach rozbuchanego ponad miarę jazgotu medialnego wokół tej konfrontacji, z wielką klasą i w wielkim stylu mierząc się ex cathedra z wyzwaniem trzeciego już pokolenia w swojej karierze.
        Trzecia perła AO 2012, to rzadka czarna perła Sloane Stephens, 19 – latka, nie rozstawiona, doszła do półfinału w którym przegrała z obrończynią tytułu i triumfatorką turnieju. Pięć lat temu, tej czternastolatce wieszczono wielką karierę i w perspektywie przejęcie sukcesji po Wielkich Siostrach.. Wygląda, że prognozy nie były na wyrost, chociaż Serena na szczęście nie zamierza prędko kończyć kariery, ale też Amerykanie o przyszłość tenisa w wydaniu swoich rodaczek, zamartwiać się już nie muszą. Sloane ma wszystko co trzeba, oprócz doświadczenia, które dopiero zdobywa w konfrontacji z najsilniejszymi rywalkami. Ma kwalifikacje i już papiery na wielką gwiazdę. Ma umiejętności, moc i świeci własnym światłem, do tego jest wielce urodziwa, elokwentna i medialna. Była atrakcją i ozdobą AO 2012, jest wielką i nie jedyną nadzieją Amerykanów. Tych nadziei zaprezentowało się znacznie więcej, bo okazale weszły w ten turniej także inne młode Amerykanki, w tym Jamie Hampton, Madison Keys i zrobiły to w amerykańskim stylu, przebojowo, bez kompleksów i z uśmiechem. Jeśli mówić o blaskach, to błyszczała młodość i miejscami dojrzałość, ale blasków było niewiele, błysków trochę, za to cieni i rozczarowań aż nadto.
        Rozczarowały obydwa finały, a półfinały też nie zachwycały. Cieniem na wielu pojedynkach położyły się kontuzje, zdarzenia i wydarzenia, które miały wpływ na przebieg i poziom gry. Trudno mieć za złe, czy żal do zawodników, że właśnie tu i teraz doświadczyli urazów i trudno oczekiwać wielkiej gry, czy pokazu, gdy gracz sam pada ofiarą, czasem losu, a czasem zdarzeń. To może bardziej boli, niż otwarta rana, świadomość nie wykorzystanej szansy i czasu przemijania.
        Można mieć natomiast za złe zdrowej na ciele, chociaż niekoniecznie na umyśle publiczności, która pod płaszczykiem tłumu, ordynarnie profanuje kultowy dorobek tradycji i kultury tego sportu, nie mówiąc już o zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Myślę, że Aborygeni, byliby tym żenującym krajobrazem żeńskiego finału, stworzonym przez swoich rodaków, jeszcze bardziej zniesmaczeni. Nie pod płaszczykiem, tylko z mikrofonem i nie w tłumie, tylko w duecie, znana z imienia i nazwiska para komentatorów polskiego Euro sportu, wtórowała rączo tejże publiczności, znęcając się z sadystycznym zacięciem zarówno nad ofiarą jak i telewidzami.
        Rozczarowań było znacznie więcej. Rozczarował trochę JJ, nie samą grą, ale słabością psychiki, rozczarowały deble, Serena, Szarapowa. Nie rozczarowała tylko Agnieszka Radwańska, która dotarła do ćwierćfinału i jest szczęśliwa, bo zgodnie z własnym życzeniem zagrała w AO dokładnie tak samo, jak w dwóch poprzednich turniejach i może myśleć o torebkach i paznokciach, siostra zresztą też, po porażce w Paryżu w dwóch setach.
        W sumie kolejny Szlem poniżej oczekiwań i trzeba czekać na powrót Nadala, albo cud.
        Cuda jednak zdarzają się rzadko, a życie pokazuje że szlem bez Rafy, to jak Boże Narodzenie ze sztuczną choinką, ale bez wigilii i prezentów. Niby Wielkie Święto, stół suto zastawiony, tylko smakołyków niewiele i mało kto się cieszy.

        • Gość: Luka Powrót Króla IP: *.dynamic.chello.pl 08.02.13, 14:26
          Król ziemi wrócił na ziemię, swoją ukochaną mączkę i nie jest ani łatwo, ani lekko. Rozbudowane na tą okoliczność trybuny w Vina del Mar trzeszczą w szwach, a wydarzenie śledzą miliony nie tylko fanów, ale wszystkich zainteresowanych powrotem Rafaela Nadala, bo jedno jest pewne, że da z siebie wszystko, na co go w tym momencie stać. Turniej nie jest zbyt wymagający, więc wszystkiego na co stać Króla mączki, być może prędko nie poznamy. Nie wszyscy też z Jego powrotu są szczęśliwi, a najmniej chyba dwaj panowie F, którzy już myślą i modlą się o odpowiednią drabinkę na RG, z tym ze jeden pan F zdecydowanie nie chce mieć w swojej połówce Rafy, a drugi może nawet przeciwnie. W najbardziej komfortowej sytuacji jest oczywiście sam Król, bo On chce ocalić swoje królestwo nie sposobem, tylko jak zwykle, walką z najlepszymi i najsilniejszymi, wtedy wie, że jest nie tylko dobrym, ale też mocnym królem, no i nie chce być królem bez ziemi.
          • Gość: Luka Re: Powrót Króla IP: *.dynamic.chello.pl 03.03.13, 21:43
            No to teraz po finale w Acapulco, już coś wiemy. Teraz już żaden pan F i reszta alfabetu też, o konfrontacji z Królem Mączki marzyć raczej nie będzie. Delikatnie nazywając to była demolka i tylko wrodzona wrażliwość Rafy uchroniła jego rywala, przyjaciela i rodaka od totalnej poniewierki i przysłowiowego rowerka. Dawid Ferrer to nie jest gracz z mojej bajki. Nie chodzi o to że rzemieślnik, bo doskonałe rzemiosło też jest w cenie. Nie lubię patrzeć na jego grę, bo jego gra mnie męczy. Męczy, nie dlatego że on się męczy, bo on się dla oka nigdy nie męczy, a nawet jak się męczy, to tego nie okazuje. Jego gra męczy mnie dlatego, że jest kompletnie wyprana z treści i wyjałowiona z jakichkolwiek znamion osobowości, w jakimś sensie odczłowieczona. Ma swoje narzędzia, przygotowane środki, cel i nie ma miejsca już na nic, choćby najmniejszego cienia dystansu do czegokolwiek, gry, wyniku, otoczenia, czy siebie. Poza kortem to sympatyczny, pogodny i nawet gadatliwy gościu, mający sporo i ciekawie do powiedzenia, a na korcie tylko robot, bez oprogramowania na wielkiego mistrza.
            Rafa wrócił do gry, co nieco pozmieniał w tej grze i będzie się liczył nie tylko na mączce. Gra prawie jak za dawnych dobrych lat, więc jest szansa na prawdziwe szlemowe święto.
      • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 28.02.13, 15:28
        Okazuje się, że cały mój spicz o trywializowaniu się tenisa i marnym poziomie WTA nie jest poglądem odosobnionym, podobnie widzi to Tomek Iwański, myślę też że wielu innych, którzy z różnych powodów wolą się na ten temat nie wypowiadać. Również pokładam spore nadzieje w młodej generacji tenisistek takich jak Stephens, Robson, Watson, Hampton i parę innych, które jeszcze nabywają niezbędne doświadczenie, ale już niedługo mam nadzieję wymiernie zaznaczą swoje miejsce w czołówce prezentując dużo ciekawszy tenis niż panny przebijackie. Z tych ostatnich przyznam, że zaimponowała mi ostatnio Sara Errani w pojedynku z Kvitową w Dubaju nie tylko walecznym sercem, ale tym, że szukała skutecznych sposobów przeciwstawienia się mocno posyłanym piłkom przez Czeszkę i to dzięki niej można było obejrzeć interesujący mecz. Z wymienionych wyżej młodych Nadziei chyba największe pokładać można w Sloane Stephens, której rozwój wydaje się być dobrze prowadzony i ukierunkowany. Sądzę tak nie tylko na podstawie wyników, ale też wielce rokującej i dalekowzrocznej filozofii rozwoju sportowego prowadzącego ją trenera. Jego wskazówka skierowana do podopiecznej w trakcie meczu, aby nie koncentrowała się na wyniku, tylko jak najlepszej grze, bo to sposób gry buduje jej karierę i jest ważniejszy niż wynik tego meczu. Jeśli młoda jest na tyle dojrzała, by zrozumieć sens tej mądrości, to można już dzisiaj w ciemno rokować jej wielką karierę. Bo taka filozofia kształtuje zwycięzców, prawdziwych sportowców i mistrzów, a nie ciułaczy punktów.
        Myślę że Jerzy Janowicz taką filozofię ma w genach, leży w Jego charakterze i m. in dlatego ma ogromne szanse osiągnąć dużo i zajść daleko Jak daleko czas pokaże, bo dopiero wszedł na najbardziej wyboistą ścieżkę, ale warto mu kibicować, warto być cierpliwym i życzyć sukcesów, nawet licząc się, że nie przyjdą ani łatwo, ani tak prędko, jak w Paryżu.
        • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.13, 22:06
          Można by się rozczulić nad wszechobecną troską o kolana Króla Mączki, gdyby za nią stała szczerość intencji wszystkich zainteresowanych i biegłych w temacie. Ciekawostką jest, że bardziej temat ten absorbuje fanów nie Rafy, tylko Rogera, co by mogło wskazywać, że mają wystarczającą orientację w wynikach pomiaru siły mięśniowej stawu kolanowego Rafy i na tej podstawie formułują swoje złowieszcze prognozy. Może też jest tak, że za tą troską, kryje się zupełnie inna troska i wcale nie tycząca Rafy, tylko zupełnie innych, ewentualnych, potencjalnych i realnych zagrożeń statystycznych, związanych z epokowymi wyczynami Starego Mistrza. Trudno oprzeć się wrażeniu, że spore grono zatroskanych nie dopuszcza myśli, że Rafael Nadal wraca po ponad półrocznym okresie rekonwalescencji do gry, by walczyć i wygrywać na wszystkich nawierzchniach, że może poprawiać swoją grę, wygrywać nie tylko na mączce, kontynuować swoją pasję i to w sytuacji gdy Roger zmuszony jest do ograniczenia startów i są sygnały wskazujące na nieuchronne opuszczenie świecznikowej pozycji. Ku pokrzepieniu zatrwożonych serc kibiców Rogera warto wspomnieć, że Rafa nie gra dla statystyk i rekordów, będzie grać dotąd, dopóki będzie mógł doskonalić swoją grę i wygrywać, co wcale nie znaczy, że musi i będzie wygrywać wszystko. Kocha tą grę, uwielbia walczyć i w tej walce daje z siebie wszystko, bo tak czuje ducha sportu. Jego motywacja nie wynika z chęci poprawiania statystyk i bicia rekordów, chce odnosić zwycięstwa dla siebie, bo w tej grze się spełnia, ta gra to i pasja i miłość jego życia, podobnie zresztą jak Rogera. To z pasji i miłości do tenisa narodziła się wielkość ich obu, a rywalizacja pomiędzy nimi naznaczyła całą tenisową epokę. Dodatkowej pikanterii przydaje teoretyczna i całkiem realna kolejna szansa konfrontacji obu graczy w IW, gdzie Stary Mistrz będzie bronić tytułu. Tyle, że ta konfrontacja, o ile do niej dojdzie, będzie miała może nawet duży ciężar emocjonalny, ale nie będzie miała już takiego ciężaru gatunkowego, jaki towarzyszył ich pojedynkom w finałach WS. Tamta epoka skończyła na Wimbledonie 2011, kiedy Nowak zdekomponował ostatecznie dwubiegunowy układ sił pomiędzy odwiecznymi rywalami. Teraz rozkład sił jest zupełnie inny, daleko bardziej zrównoważony z racji włączenia się do gry o stawkę Murray`a, prób włączenia się Berdycha, być może Del Potro. Gdzieś w dali, a nawet bliżej, czai się parę młodych ewidentnych talentów, na moje oko słownie trzy, z których dwa trwonią ten cenny dar przedkładając rozkosze życia doczesnego nad żmudną budowę własnego pomnika chwały i przejścia do historii. Być może ten trzeci, nie zmanierowany, wydaje się pracowity, nie zatraci się w urokach topowego życia i spróbuje sięgnąć gwiazd, może nawet marzeń, czego JJ – owi serdecznie życzę.
          • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 20.03.13, 11:01
            Rafa wrócił i tenis od razu nabrał intensywnych kolorów. W wysokim rangą turnieju w IW został skutecznie przewietrzony zapyziały i nudnawy schemat, za sprawą nie tylko powrotu Nadala, ale równie spektakularnego powrotu do wielkiej gry JMDP. Takiego zestawu w finale nikt się nie spodziewał, więc powiało nie tylko świeżym powietrzem, ale i sensacją. Świetny pod każdym względem mecz, pełen zwrotów akcji, dobrych emocji i jakże inny od gry na przetrwanie i wyniszczenie. Powroty klasowych graczy zawsze są fascynujące, bo niosą dużą niewiadomą i jakąś tajemnicę. Dłuższe przerwy w grze często dają bardzo pozytywne efekty, rodzą głód gry, większą motywację, dają możliwość nabrania większego dystansu do wielu aspektów, owocuje to prędzej, czy później na sposobie gry i wynikach. Zestawu finału pań w IW też nikt się nie spodziewał, podobnie jak znakomitej gry Marii Szarapowej, która w konfrontacji z naprawdę dobrą, bardzo poprawioną i agresywną grą Karoliny, pokazała wszem i wobec jak zwyciężać potrafi. Tym ciekawiej zapowiada się Miami zarówno u pań, jak i panów, gdzie pomimo absencji dwóch pretendentów i jednej pretendentki, kwestia tytułu jest otwarta i będzie się działo. Wracając do IW warto zauważyć i odnotować bardzo interesującego i obiecującego na tym poziomie rozgrywek zawodnika, Rosjanina o nazwisku Donskoy. Dla mnie to nowa i fascynująca postać w rozgrywkach męskich. Patrząc na jego grę wydawało mi się, że gość potrafi właściwie wszystko, do tego w głowie mu się nie gotuje.
            W meczu z Murray`em pokazał grę na poziomie pierwszej dziesiątki, jeśli nie wyżej. Jest w wieku Janowicza, aktualnie 78 w rankingu, ale myślę że będzie szybko awansował, co nie znaczy, że koniecznie w każdym następnym turnieju, bo frycowe kiedyś trzeba będzie zapłacić, tak samo jak JJ, ale jeden, jak i drugi już dzisiaj może budzić respekt w turze, u co poniektórych, nawet popłoch. Zarówno w męskich, jak i w damskich rozgrywkach, najbardziej interesujące wydają się nowe objawienia i wschodzące talenty, bo to one w niedalekiej przyszłości stanowić będą o jakości tenisa, może nawet prędzej niż dzisiaj się może wydawać. I to dobrze rokuje dla tego sportu, który potrzebuje świeżej krwi i nowej jakości.
      • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 01.04.13, 19:03
        Sztuka tenisa, nawet w marnym wydaniu Murray`a wygrywa w Miami z doskonałym i bardzo solidnym rzemiosłem, które w tym turnieju wzniosło się na szczyty możliwości i było bardzo blisko dokonania sztuki. Paradoksalnie tenis Ferrera w tym finale prezentował się dużo lepiej od tego co pokazał Szkot, ale Hiszpan poległ od własnej broni, którą całe życie wojował efektywnie i dzielnie, przy pomocy której wspiął się w tym prestiżowym turnieju na szczyt i był o włos od życiowego sukcesu. W tym finale ta broń go zawiodła, bo trafił na rywala, który dysponował podobną chociaż gorszej jakości, a dodatkowo zgubił gen typowy dla wszystkich przebijaczy, bardziej liczących na słabości i błędy rywala, niż na siebie, bo mógł nie przerywać gry, zdobyć jeszcze ten jeden najważniejszy, mistrzowski punkt i wygrać mecz. To był bardzo emocjonujący i dosłownie powalający finał, zabiegany do upadłego, tylko bez happy and`u. Przysłowie mówi jaką bronią wojujesz, od takiej giniesz. Ferrer wojował pięknie, a zginął marnie. Murray wojował tak sobie i wygrał tak sobie, bo nie była to ani wielka gra, ani piękna wygrana. Piękne gry w tym turnieju można było oglądać wcześniej w wydaniu Haasa i Gasqueta.
        Ogólnie Miami 2013, szczególnie w odniesieniu do ATP, to był bardzo ciekawy turniej, mimo że bez Nadala i Federera, topowych i odwiecznych rywali. Nie było ani marno, ani nudno. Kapitalnie zapisał się w pamięci odświeżony i w doskonałym wydaniu, przepiękny tenis Haasa, aktualnie 35 latka grającego tenis życia. Bardzo żałowałem, że przegrał z Ferrerem, którego można podziwiać za wiele umiejętności i cech, ale trudno się nim zachwycać. Tenis Niemca zawsze oglądało się z ogromną przyjemnością, a w Miami budził i podziw i zachwyt, szczególnie jednoręczny bh, prawie tak doskonały jak Gasqueta, którego skala talentu urzeka. Nie ma większego znaczenia miejsce jakie zajmuje w rankingu, bo prawie każde jego zagranie jest rasowe i potrafi autentycznie czarować na korcie. Nie przebił się nigdy na szczyt w rozumieniu ścisłej czołówki i z żalem powątpiewam, czy mu się to kiedykolwiek uda. Potrafi często grać fantastycznie, ale nie potrafi równie często nawet niekoniecznie fantastycznie wygrywać. Od zawsze czytam nie tyle w jego grze, ile w nim samym jakąś słabość, którą trudno zidentyfikować. Sytuuję ją na odcinku psychosomatyki, ale nigdy nie nabrałem pewności, czy bliżej psyche, czy bliżej ciała. Często wygląda to tak, jakby oprócz tego, że walczy z przeciwnikiem, walczył jeszcze z jakimś demonem tkwiącym w jego głowie, albo ciele. Murray głównie za sprawą wyjątkowo dobrze przysposobionego do jego osobowości i talentu trenera, poczynił widoczne gołym okiem postępy. Krótko mówiąc nabrał krzepy na ciele i duchu, a przede wszystkim trochę wyrósł z krótkich majtek, czyli dojrzał. Co prawda z tej dojrzałości w tym turnieju za wiele nie wynikało, ale jednak sztuka górą nad rzemiosłem, które chciało dokonać sztuki.
        Moim zdaniem ten finał w Miami daje wiele do myślenia, dużo z niego wynika, może będzie lepszy, niż świąteczny czas do tego tematu wrócić.
        Życzę wszystkiego dobrego i ciepłego wieczoru na końcówkę tej śnieżnej i zimnej Wielkanocy.
        • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 02.04.13, 15:57
          Jest taki cień, który kładzie się coraz częściej na kluczowych pojedynkach zabijając piękno tenisa prostym strzałem z dubeltówki. Na deser pozostaje dużo dymu i oglądanie zwłok. Tak mniej więcej było w męskim finale w Miami i można się było tylko zastanawiać, czy to o to w tym pięknym sporcie chodzi. Rodziło się również kolejne pytanie, skoro ten finał był do dwóch wygranych setów, nie był rozgrywany w warunkach ekstremalnych /+27/ trwał raptem wcale nie rekordowe, nie cale 3 godziny, a zawodnicy doszli do ściany i przewracali się ze zmęczenia. To co działoby się, gdyby to był szlem i trzeba było grać do trzech. Dokąd prowadzi takie przebijanie z czekaniem na błędy, taktyka gó... jadów, którzy sami nie potrafią, albo nie chcą skończyć piłki, ale mogą biegać i przebijać do upadłego, bo prawdopodobieństwo, że kiedyś kolejnych dwóch charakternych przebijaczy dojdzie do finału szlema jest całkiem realne. Tu będę brutalny, kiedyś zaprowadzi z kortu na cmentarz. Na razie tak upada tenis, ale może przyjść taki czas, że padnie człowiek i wtedy dopiero zacznie się myślenie o białym eleganckim sporcie, jakim niegdyś tenis był. Może ten finał winien być znakiem ostrzegawczym, tą drogą nie ma wjazdu ! Nie sądzę by za mojego pokolenia i nie wiem za którego kolejnego, ale jakieś rozwiązania, jakieś zmiany będą musiały kiedyś nastąpić. Prawdopodobnie pójdą w stronę premiowania wygrywanych bezpośrednio piłek, bo to jest najprostszy sposób ratowania sztuki tenisowej i jednocześnie naturalny, a nie wymuszony sposób skracania wymian. Może są inne rozwiązania, inne sposoby, ale póki co, lepszy nie przychodzi mi do głowy. Moja głowa zakodowała upadki padających z wycieńczenia zawodników, upadek prymitywnej taktyki, która zżarła sama siebie i to paradoksalnie w momencie w którym dojrzała do wzniesienia się na nieco wyższy poziom. Sztuka, która wygrała, to była bardziej sztuka przetrwania, niż gry. Tak naprawdę ten finał zapamiętam jako generalnie przegrany, wyjątkowo brzydki i smutny, jak twarz Dawida który chciał poczuć się Goliatem.
          • Gość: re Re: Czas na refleksje IP: *.gwardii.osi.pl 02.04.13, 17:12
            premiowanie bezpośrednio wygranych piłek ? - ew. tak dla panów, nigdy dla pań, bo ilość niewymuszonych np. Kvitowej, Lisickiej, Georges itd na pewno byłaby co najmniej trzycyfrowa, a niektóre gwiazdy z czuba rankingu w statystykach wyglądałyby jeszcze marniej niż obecnie w rubrykach "winnners".
            Oglądaniem finału panów w Miami pewnie niejeden oglądacz też się zmęczył. Szkoda, że nie było finału Gasqet-Haas, chociaż Tommy chyba już nie dałby rady fizycznie. Niecierpliwie oczekuję na jakiś finał "artystów", ale nic nie wskazuję, by coś takiego mogło mieć miejsce w prestiżowych turniejach. Szkoda, pięknie już było.
            • Gość: Luka Re: Czas na refleksje IP: *.dynamic.chello.pl 02.04.13, 19:26
              Panowie w szlemach grają do trzech wygranych i tam można głównie upatrywać takich ekstremalnych sytuacji. Pamiętam Rokicka, chyba w czasie USO, w jakimś momencie siedzącego pośrodku kortu z tak błędnym wzrokiem, że można było odnieść wrażenie, że nie wie jak się nazywa, gdzie jest i co się w ogóle dzieje. W finale Miami, obraz ten przywołał mi bliski tamtych oczu wzrok Murray`a, tyle że Szkot miał dość po niecałych trzech godzinach, podczas gdy Rodick walczył chyba piątą. Wtedy jednak nie stosowano takiej powtarzalności, intensywności i siły uderzeń wyłącznie na przebicie jak teraz, przynajmniej ja nie pamiętam. Dla mnie sytuacja z tego finału była przyznam zaskakująca i dość szokująca.
              Też mi się marzył finał Haasa z Gasquetem, grali rewelacyjnie, no i te fantastyczne bh jednoręczne. Myślę, że nawet Haas z Murray`em zagraliby o niebo ciekawszy mecz.
      • Gość: Luka Kto zaskoczy na Rolandzie IP: *.dynamic.chello.pl 23.05.13, 10:15
        Zmienia się mapa rozkładu umiejętności i sił, jaki przez lata odzwierciedlała różnica dystansu dzielącego wielką trójkę od pozostałych. Dzisiaj ta różnica istnieje jeszcze w rankingu, ale pozycja rankingowa nie jest już tak zdecydowanym wyznacznikiem klasy zawodnika, jak to drzewiej bywało. Co ciekawsze, to nie najbliższe zaplecze stanowi największe zagrożenie i wyzwanie dla wielkich mistrzów, ale to atakuje młodość, która nie czuje respektu dla nazwisk i nie pęka na widok utytułowanego rywala po drugiej stronie kortu, tylko podejmuje walkę z przekonaniem, że może ją wygrać, jak to w swoim czasie zrobił nastoletni Rafa. Takich młodych, mocnych, zdolnych i ambitnych w setce pokazuje się coraz więcej. Oni już potrafią świetnie grać, nie mają jeszcze wystarczającego doświadczenia, by nauczyć się wygrywać najważniejsze punkty, ale nabywają je z każdym kolejnym turniejem. To oni najbardziej przetasują w najbliższych dwóch latach trochę zapyziały i nudny peleton za plecami wielkiej trójki, która też nie jawi się już tak pewna i niedostępna jak dotąd. To dobrze dla tenisa, bo coś się ruszyło i na RG powinno być ciekawie, chociaż Król jest Jeden.
        My cieszymy się, że mamy swojego polskiego Orła, silnego i walecznego, co kulom się nie kłania, a latać chce i potrafi wysoko. Nie wiem czy już jest gotów, żeby polecieć wysoko na RG, ale myślę że jakiś młody ptak może zalecieć dosyć daleko. Szanse JJ upatruję tym większe, im mocniejszych będzie miał rywali. Należy do tych nielicznych sportowców, którym zawsze będzie lepiej się walczyło z silnymi, niż słabymi, to cecha sportowców wielkiego formatu.
        Życzę więc bardzo mocnej drabinki i pięknych lotów, najlepiej do nieba !
        • Gość: Luka Re: Ćwiartki dla faworytów, połówki w połowie. IP: *.dynamic.chello.pl 07.06.13, 11:07
          Nie pamiętam, kiedy ćwierćfinały męskie były tak jednostronne, krótkie i mało ciekawe, być może nigdy. Dobrze, że chociaż półfinały zapowiadają zdecydowanie lepsze mecze, nawet jest szansa chociaż na jedną pięciosetówkę, chociaż głowy bym nie dał, że tak się stanie. Sytuacja, w której każdy z dwóch pretendentów do finału może osiągnąć życiowy sukces niejako z założenia gwarantuje dramaturgię i takiej upatruję w meczu Hiszpana z Francuzem, za którym będą rozszalałe trybuny, sympatycy tenisa radosnego, niekonwencjonalnego i moja również. No i finał Nadala z Tsongą wydaje się być dużo ciekawszy, niż z Ferrerem, dla którego często mam podziw, ale zachwycać się tym rzemiosłem nie potrafię. Jedno jest pewne, od bardzo długiego czasu w finale swoją szansę dostanie gracz nie posiadający wielkiego tytułu i to buduje, nawet gdyby to był dzielny Hiszpan. Może mniej budujące byłoby to dla samego tenisa, ale jakże wzruszające dla wszystkich zafascynowanych jak się potoczy kariera Woźniacki i kiedy Radwańska wypadnie z 20- stki.
        • Gość: Luka Re: Jedem Król, Jedna Królowa IP: *.dynamic.chello.pl 10.06.13, 12:55
          Deser podano przed obiadem i był wyjątkowo smakowity. Tak szczerze to sądziłem, że Rafa wygra z Djokiem w trzech, ale nie ustrzegł się paru prostych nietypowych dla niego błędów przy ważnych piłkach i dobrze mu tak, bo nauka nie pójdzie w las. Imponuje mi, jak Nadal sukcesywnie wzbogaca swoją grę, jak poprawia serwis i inne elementy, jak szuka i znajduje odpowiedzi na kosmiczne zagrania, których odbiór wcześniej był poza Jego zasięgiem. Trochę za dużo popełnił tzw. głupich błędów, ale też nie miał na tym poziomie za wiele ogrania w tym roku. No to teraz już ma i przyda mu się. Ma też rekordowy ósmy tytuł w Paryżu, siódmy wygrany turniej w tym roku i jak sądzę apetyt na więcej.
          Danie główne, czyli finał, było niezłe, nawet na całkiem przyzwoitym poziomie i fajnie się oglądało, tyle że wynik przewidziany i wiadomo, że nie będzie inaczej. Rafa ten finał wygrał stosunkowo małym nakładem sił i środków, nie musiał się nadzwyczajnie sprężać, punkty zdobywał dużo łatwiej niż rywal, kontrolował grę i rzadko sięgał po cięższą artylerię.
          Feru dał z siebie wszystko, miejscami przechodził samego siebie i było to więcej, niż można się było spodziewać, więc chwała mu za to.
          Nie był to wymarzony finał, ale turniej był ciekawy, po drodze były fascynujące pojedynki, Na koniec wygrali bici faworyci, ale nie przyszło im to ani lekko, ani łatwo.
          Mnie najbardziej zawiedli Francuzi, Gael i Jo. Z jednej strony pokazali, że stać ich na kapitalną grę, a jak doszło do decydującej fazy rozgrywek, rozczarowała w szczególności w odniesieniu do Tsongi porażająca niedojrzałość. W najważniejszym dla siebie i rodaków meczu zachowywał się jak śpiąca królewna na ziarnku grochu. Jak go lubię, tak mu ten mecz długo zapamiętam. Z tego turnieju zapamiętam też Brandsa, na pewno koncerty w wykonaniu jednoręcznych backhandów, w tym Haasa, którego grę mogę oglądać do upojenia i żałuję, że w półfinale grał bez niezbędnej wiary w wygraną, zbyt często niechlujnie, a tego nie usprawiedliwia nic, a najmniej metryka. Jak mowa o metryce, to wypadałoby dwa słowa o Wielkiej Królowej. Mamy szczęście, że to na nasz czas przypadła era wspaniałej gry najlepszej tenisistki świata. Odnoszę wrażenie, że Ona dopiero teraz zaczyna smakować przyjemność z samej gry, którą wzbogaca i urozmaica, jak nigdy wcześniej. Smak wielkich zwycięstw był jej znany od lat i niewątpliwie zawsze cieszył, a teraz z upływem lat i zdarzeń losowych, smakuje szczególnie. Serena nie odcina kuponów od przeszłości, bo w tenisie na dłuższą metę to niemożliwe, Ona tworzy nową jakość swojej gry, dużo bardziej dojrzałej, bardziej wyrafinowanej i skutecznej. Gdzieś na horyzoncie ma świadomość upływającego czasu, więc już go nie trwoni, tylko szanuje, pracuje i co najważniejsze, ona się teraz i tenisem i życiem rozkoszuje. I niech ta złota era Królestwa Sereny trwa jak najdłużej, bo to poziom Jej gry jest wyznacznikiem poziomu tenisa pań. Gdzieś w tym całym turze pewnie dojrzewa jakaś młoda Amerykanka, Słowianka, Rosjanka, może Germanka, która w przyszłości zdominuje żeńskie rozgrywki, ale trudno sobie nawet wyobrazić, by ktokolwiek mógł to uczynić na miarę Wielkiej Sereny.
          Na miarę Wielkiego Turnieju tym razem spisała się para komentatorów finału męskiego i całe szczęście, że to Karol Stopa komentował z Dawidem Celtem, a nie Domański. Pan Witold, tym razem solo brylując zjadliwymi komentarzami, ze szczególnym upodobaniem adresowanymi do Szarapowej, osiągnął w tym turnieju Himalaje. Tym prostym sposobem zdołał obrzydzić nie tylko finał.
          Dawid Celt skupia się na rzeczowym komentowaniu gry, nie bawi się w kibicowanie, nie daje upustu własnym emocjom, sympatiom, czy antypatiom. Nie przeszkadzają mu też żadne odgłosy na korcie i nie da się wciągnąć w żadną licytację na mniej, czy bardziej podprawione jadem dowcipaski dla ubogich, jak to namiętnie czyni inny topowy duet komentatorów ES.

          Wielkie gratulacje dla Sereny i Rafy za ziemię, teraz trawa i czas na truskawki z bitą śmietaną. Będzie pysznie!
      • Gość: Luka Na biało po zielonym z akcentem czerwonym IP: *.dynamic.chello.pl 22.06.13, 23:33
        Zieleń, biel i truskawki z bitą śmietaną symbolizują Wimbledon, wyjątkowo szlachetny w porównaniu do pozostałych szlemów rarytas zamykający pierwszą połowę tenisowego sezonu. Nieważne, że zieleń będzie piękna i soczysta tylko przez pierwsze dwa dni, biel nie taka niepokalana i święta jak drzewiej bywało, a na niezły sosik nie tylko z roztopionej w truskawkach śmietanki, również z rozwodnionej aury zawsze śmiało liczyć można.
        Póki co liczenie jest w najwyższej cenie i występuje w roli głównej. Najpierw namiętnie liczono numerki rozstawienia i było wiele hałasu o numerek Nadala. Jak już wszyscy kochający sprawiedliwość zostali usatysfakcjonowani, to wraz z losowaniem wylały się gorzkie żale, że sprawiedliwość nie jest po stronie siedmiokrotnego zwycięzcy Wimbledonu i teraz będzie trudno wygrać mu po raz ósmy.
        Trochę dziwne, że mało kto liczy na dobre mecze i na ten przykład cieszy się, że Federer będzie miał okazję zmierzyć się na swojej koronnej nawierzchni z trzema wybitnymi rywalami, a już na pewno nie cieszą się fani Federera. Zawiedzeni srodze, bo idol nie zagra meczu marzeń z Ferrrerem, tylko przy założeniu oczywiście optymistycznej wersji, będzie pewnie zmagał się z Nadalem, potem z Murrayem i może być trochę zmęczony na mecz finałowy z liderem rankingu. Przecież tak wielce zasłużony i utytułowany mistrz, grający tak pięknie, powinien być traktowany jak dziecko specjalnej troski. Sprawiedliwy los winien zapewnić mu autostradę do finału, najlepiej od razu z czerwonym dywanem, zielonymi ogórkami, Ferrerem w półfinale i wykończonym przez Nadala i Szkota Djokovicem w wielkim finale. Tym sposobem świeży jak szczypiorek na wiosnę wielki idol mógłby zademonstrować światu kunszt nadzwyczajnych umiejętności, potwierdzić wielkość i cieszyć się kolejnym wielkim i wielce zasłużonym tytułem. Niech pocą się i wyrzynają wzajemnie pozostali rywale, mistrzowi elegancji pot na koszulce i wysiłek wielki, szczególnie po trzydziestce nie przystoi. Niech wystarczy że jest, że gra, a do autostrady nawykł i na autostradę do nieba jak nikt inny zasłużył.
        Po prawdzie, to na autostradę dla swoich faworytów liczą wszyscy kibole, w szczególności miernot, których nie stać na wygrywanie siłą własnych umiejętności, więc muszą liczyć na szczęśliwe losowania, słabych rywali i na słabości rywali. W klasycznym już przypadku naszej najlepszej tenisistki oczekiwania są jeszcze większe, żeby rankingowy nr 4 broń Boże nie trafił na jakąś tam Cetkowską, Kuzniecową, Robson, Halep, albo nie daj Boże inną ambitną z piątej dziesiątki czy dalej jak Hampton, co nie będzie hurtowo wywalać na out, czy nałogowo walić w siatę, bo wtedy bardzo mądra gra naszej tenisistki może nie wystarczyć. Już nie tylko kibole, ale i oficjalni komentatorzy relacjonujący mecze wiedzą, że pańcia z torebeczką nie z każdą lubi grać, więc lepiej żeby trafiała tylko na praworęczne, co słabo serwują, słabo returnują, najlepiej musi mieć swój dzień i zawiedzeni są na równi z krakowianką, jak rywalka mało psuje.
        Póki co pańcia martwić się nie musi, bo szczęście w losowaniu jak zwykle dopisało, więc znowu może liczyć że inna panna wyczyści jej gładką ścieżkę do finału, a najlepiej do tytułu,
        bo jak się ma tyle szczęścia to czemu nie. No i najważniejsze te punkty, które trzeba koniecznie obronić, żeby chudzinka utrzymała zasłużone miejsce czwartej nóżki przy Wielkiej Trójce, to i nadal przemęczać się nie będzie musiała. Będzie czas na paznokietki, chuchanie w paluszki, dłubanie nie tylko w rakietce, ale i grzebanie w nowej torebeczce.
        Na szczęście nasi dzielni chłopcy nie będą specjalnie liczyć, dłubać, grzebać, tylko zagrają w to wielkie święto jak potrafią najlepiej i liczę że zagrają dobre mecze. Każdy z nich ma swoje ambicje, swoje szanse, które nie są pewnie równe, ale są na miarę większych i mniejszych marzeń i oby jak najpiękniej się spełniły, a laury i tytuły niech wywalczą po prostu najlepsi !

            • andy_lt Re: Na biało po zielonym z akcentem czerwonym 23.06.13, 13:03
              Gość portalu: ree napisał(a):

              > najlepiej nie odpowiadać merytorycznie np. nie uzasadniać WIELKOŚCI Radwańskiej
              > i jej geniuszu.

              Na prowokację nie mam zamiaru odpowiadać merytorycznie i i nie będę dyskutował z żałosnymi
              typami na ten temat Wielkości Radwańskiej nie muszę uzasadniać,gdyż zna ją cały tenisowy świat i każdy znający się choć trochę na tej dyscyplinie sportu ,a tylko laicy i nieudacznicy
              nie mają o tym zielonego pojęcia.
        • Gość: Luka Z akcentem biało - czerwonym IP: *.dynamic.chello.pl 29.07.13, 15:42
          Miało być pysznie i było! Miało się dziać i się działo niemało. Dla nas Polaków najwięcej w historii i mamy dużo szczęścia, że jesteśmy jej naocznymi świadkami. Co więcej ta historia przecież się nie zakończyła, ona się tak naprawdę zaczęła. Paryż, Rzym, Londyn, to niezwykle budujące i miłe sercu rozdziały, pisanej przez JJ-a najnowszej historii polskiego tenisa. Bardzo się cieszę, że w tą historię wpisał się znacząco Łukasz Kubot, któremu pomógł nieco uśmiech losu, fundując taki bonus rekompensujący mnóstwo zmarnowanych szans, a On potrafił to spożytkować, pieczętując największy sukces w karierze. Przed turniejem, po ogłoszeniu drabinki można było sobie tylko podowcipkować i pomarzyć o Polakach w ćwierćfinale, gdzie niemal na bank miał zagrać Federer z Nadalem, a życie psikusa spłatało i dwóch Polaków ze sobą zagrało.
          Psikusów los spłatał dużo więcej, Szlem trzymał do samego końca w napięciu i wyłonił nowych triumfatorów z kraju dżemojadów i żabojadów, a wielu uczestnikom w różnych zresztą barwach zapisze się szczególnie i na długo w pamięci.
          Szczególnie wezmą go sobie do serca i pamięci ci pretendenci, którzy przewieźli się boleśnie na zbytnim przywiązaniu do zwyczajowych układów i rozkładów sił, mierzonych wiarą moc rankingowej drabinki, nie bacząc że tenis się zmienia i mapa rozkładu umiejętności nie musi się pokrywać ze strefą rankingu. Ten szalony szlem robił wrażenie i będzie miał znaczenie, a nawet wpływ na bardzo różne aspekty i ogólne i szczególne.
          Będzie miał znaczenie dla wszystkich aspirujących do tytułu, ich sztabów, które w wielu przypadkach zmuszone będą rozważyć różnego typu zmiany, zweryfikować sposób przygotowań, przywiązując większą wagę do fazy pierwszego tygodnia, niekiedy nawet daleko idące korekty i zmiany nie tylko tyczące ostatniej, ale też ogólnej fazy przygotowań, kalendarza występów, banków informacji, a także innych aspektów. Co ważniejsze dla tenisa prędzej, czy później wymuszony będzie bardziej racjonalny i bardziej ofensywny sposób gry. Może okazać się, że ten szlem nie tylko incydentalnie złamał niemal żelazną rezerwację miejsc w ćwiartkach i połówkach, tradycyjnie zaklepanych dla zawodników 10, czy wielkiej czwórki. Równie dobrze może okazać się trwalszą cezurą, bo chętnych i coraz bardziej gotowych do łamania tradycją uświęconych barier jest na kortach coraz więcej.
          Coraz częściej widać jak bankrutuje tenis przebijacki, mocno wysiłkowy, powtarzalny, z robieniem wiatrów na końcowej linii. Wiele wskazuje na rosnącą rolę tenisa nowoczesnego, z dominacją techniki, zręczności fizycznej, siły, ryzyka i taktyki, a nawet ultranowoczesnego jaki prezentuje Del Potro wzbogacając o wyrafinowaną intelektualnie, nie tylko wypracowaną fizycznie jak u Djoka ekonomię ruchu. Sposób poruszania się na korcie DelPo i jego sposób reagowania charakteryzuje wyjątkowa oszczędność dyktowana typem osobowości dojrzałej intelektualnie do szeroko pojętego zdystansowania się podmiotowego i przedmiotowego, co jest Jego nadzwyczajnym atutem w obszarze koncentracji, który potrafi znakomicie zdyskontować na korcie. W moim przekonaniu właśnie Del Potro był jedynym zawodnikiem, który w tym Wimbledonie mógł ewentualnie, realnie zagrozić Szkotowi, gdyby wygrał z Serbem w tym niesamowitym pod każdym względem półfinale. Ale nie wygrał i Murrray dość komfortowo mógł wywalczyć upragniony tytuł. Tak było na trawie, teraz kolej na hard i też powinno być ciekawie, ale cudów w takiej obfitości jak na Wimbledonie, już nie będzie, bo taki szalony Szlem może się zdarzyć tylko raz.
          My się cieszymy, bo miało być biało po zielonym, ale mało kto przypuszczał, że będzie z tak pięknym akcentem biało – czerwonym.
          Nasi uśmiechnięci i szczęśliwi Chłopcy trzymający przed sobą biało – czerwoną flagę, wspaniale komponującą się z zielenią wimbledońskich kortów, to piękny symbol historycznego dla nas Wimbledonu, wart zachowania w pamięci.
      • Gość: Luka Trzech faworytów i same znaki zapytania IP: *.dynamic.chello.pl 25.08.13, 15:12
        Djoko, Nadal i Murray wygrali w tym roku po szlemie i teoretycznie, także realnie w tej trójcy wypada upatrywać faworyta do zgarnięcia ostatniej lewy. Grono młodych groźnych i innych chętnych do pomieszania szyków w/w znacznie się powiększyło, ale trudno orzec, czy któryś jest gotowy na dojście do finału, bo na razie połówka okazuje się dość żelazną barierą. Dotrzeć do tej bariery i jeszcze ją staranować będzie pewnie próbowało kilku poza wymienionymi, spośród których wydaje się największe szanse mają Del Potro, Federer, może Isner, lub eksplodujący młody, czy inny niekoniecznie młody, za to w wysokiej formie talent. Jakby nowych wielce utalentowanych paru się pokazało. Potrafią zagrać na poziomie ekstraklasy, niektórzy jak nasz JJ potrafią zagrać nawet na poziomie mistrzowskim, tyle że potrafią na takim poziomie zagrać jeden, lub kilka meczy. Zresztą na poziomie mistrzowskim mało kto może zagrać siedem meczy i często nie ma takiej potrzeby, tyle że dla najlepszych, natomiast dla aspirujących do najlepszych, już tak.
        JJ gra pełny sezon w turze pierwszy raz, ma jeszcze nie za wiele doświadczenia, chociaż trochę ma, tyle że trochę, może okazać się o trochę za mało. No i jeszcze bardzo wielu rzeczy nie wie. Niektórych może nie wiedzieć, bo nie miał okazji doświadczyć, ale to jeszcze przed nim. Niektóre mógłby już wiedzieć, ale nikt mu nie pomaga w tym, żeby już wiedział.
        JJ ma rację, kiedy mówi, że nie musi oglądać powtórnie meczu, żeby wiedzieć co zrobił źle, bo On to wie już na korcie. To jest prawda, tylko że On nie wie, że mecz analizuje się nie tylko po to, żeby wiedzieć jakie sam popełnił błędy, ale robi się to nawet wielokrotnie po to, żeby dostrzec te wszystkie aspekty, elementy, również tyczące rywali , których nie jest w stanie wychwycić i odnotować w czasie trwania gry, która wymaga przecież ogromnej, własnej koncentracji. A właśnie wiele tych elementów, czasem detali czyni ogromną różnicę i one są też wielką kopalnią doświadczeń, pod warunkiem, że się chce i potrafi z nich korzystać. Wie o tym doskonale Kubot, tyle, że jemu wiele czasu zajęło, aby z tych analiz zaczął czerpać profity. Myślę, ze JJ też dojrzeje i oby to się stało prędzej, niż później. Na dzisiaj myślę, że nasz Orzeł jest gotowy, żeby wygrać mecz z każdym, ale to nie musi znaczyć, że jest gotowy wygrać szlema, czego zresztą mu serdecznie życzę. Takich gotowych w męskim tenisie jest kilku oczywistych i może jakiś jeszcze czarny koń, circa około sześciu.
        Rafa jak przejdzie dwie pierwsze rundy, to trudny będzie do zatrzymania i pytanie jest z kim może spotkać się w finale. Gdyby nie problemy zdrowotne, to stawiałbym na DelPo, a tak wychodzi że znowu Murray, bo Djoko w tym roku jakoś nie przekonuje.
        W damskim są mocne dwie faworytki, ale też jeszcze ze cztery inne będą chciały przynajmniej zawalczyć o finał, w tym ze dwie Amerykanki. Halep z każdym turniejem wydaje się być mocniejsza i szybko powinna dołączyć do pierwszej dziesiątki, ale wydaje się na NY w tej chwili nie jest jeszcze gotowa.
        Może jest gotowa jakaś inna czarna klacz, by pomieszać szyki przynajmniej jednej z faworytek i nie mam tu na myśli koloru skóry, ani też naszej gwiazdorki, tylko taki odpowiednik czarnego konia.
        Ostatni wielki szlem, w wielkim mieście i wielkie znaki zapytania, które są najbardziej fascynujące, bo jak będzie, tego dzisiaj nie wie nikt.
        • Gość: Luka W NY bez magii, bez błysku, za to finały wyborne IP: *.dynamic.chello.pl 12.09.13, 15:43
          Właściwie wszystko w NY było i dla każdego coś miłego się zdarzyło. Może z wyjątkiem szwajcarskiej Gwiazdy, którą zastąpiła inna szwajcarska Gwiazda, gasząc po drodze parę mniejszych gwiazdeczek, zanim poległa ze Słońcem Serbii.
          Nie pamiętam szlema w NY, w czasie którego można było się tak zdrowo wyspać, tak mało fascynujących meczy obejrzeć i tak niewiele doświadczyć emocji.
          Faktem, że nie wszystkie mecze szczególnie z pierwszych dni dane mi było obejrzeć, a jak już możliwe było oglądanie, zaczęło padać i dzięki temu obejrzałem dwie interesujące powtórki, jakie zagrały panie. Świetny mecz Wenus Williams, z Jie Zheng przegrany przez Amerykankę praktycznie jedną piłką w Tb trzeciego seta 7-5, oraz pojedynek Victorii Duval z Sam Stosur.
          Myślę, że w kategorii odkrycia, na to miano zasługuje właśnie młoda Amerykanka, oraz Japonka Kurumi Nara. Jakież te dziewczątka mają rączki do tenisa i jakie czucie. Obie zagrały trudne mecze z wymagającymi rywalkami / Stosur i Jankowic/, w których z niesamowitą lekkością wygrywały trudne punkty, a przecież to dopiero ich początki, nie mają żadnego obycia na tym szczeblu rozgrywek, ani doświadczenia. Nie ważne że to maleństwo z Kraju Wiśni przegrało z Jankowic, ale ważne jak grało i co pokazało. Mała pewnie jeszcze trochę po przegrywa, Duval też, ale z czasem będzie coraz ciekawiej i wszystko przed nimi. Ciekawych dziewcząt pokazało się zresztą więcej, niektóre bardzo młode, inne już dojrzewające, ważne że coś się wreszcie ruszyło, że babolskie towarzystwo się wzmocniło i przyszłość zapowiada się w miarę ciekawie.
          Mniej ciekawie zaprezentował się męski kwiat młodości, może odkryciem był Evans, generalnie triumfowała dojrzałość i nie zawiedli bici faworyci. To oni i tylko oni dali w meczach finałowych pokaz charakteru i markowego tenisa na miarę mistrzów, tworząc widowiska firmujące ten Szlem i warte zapamiętania. Oczywiście malkontenci będą marudzić, bo tylko cztery sety, bo nie było na wyniszczenie i nikt nie padł trupem. Ci sami malkontenci pewnie nie wybrzydzaliby, gdyby Roger w trzech setach zlał jakiegoś kelnera.
          O dziwo takich mało ukontentowanych nie ma wielu, bo jednak finały znakomitą większość satysfakcjonowały. Co więcej, wcale nie rzadko nawet najwięksi twardziele i zagorzali fani Rogera potrafili docenić, a nawet wyrazić uznanie, dla delikatnie mówiąc niezbyt lubianego Rafy, dając niektórym komentatorom lekcję pokazu klasy. I to jest dobra wiadomość, bo przynajmniej ci mali mają się od kogo uczyć.
          Finały szlema to wielka sprawa, z każdym kolejnym wiążą się oczekiwania i obawy, czy będzie równie wielki, godny i wspaniały, jak się to drzewiej zdarzało, czy tylko niezwyczajny z racji oprawy i szczególnych gości, taki mecz bardziej uroczysty, lecz średniej jakości.
          W tym nowojorskim przypadku obaw było mniej, bo zagrali najlepsi.
          Wielka Serena i Wielki Rafa. Obydwoje grali ze swoimi najmocniejszymi rywalami, rywalami grającymi niejednokrotnie wielki tenis, jednak bez czarów i błysku. Wielcy mistrzowie mają jednak to do siebie, że w wielkich meczach potrafią wznieść się do nieba i to różni ich od reszty śmiertelników. W tych finałach było wszystko, dotykali nieba, przechodzili piekło, upadali i odradzali się. Wygrali lepsi, najlepsi w tej chwili i chwała Wielkim Mistrzom.
            • Gość: Luka Re: W nastepnym US Open beda w polfinalach 4 Amer IP: *.dynamic.chello.pl 12.09.13, 22:25
              Stepphens zagrała z Sereną świetny mecz w USO i powinna najprędzej trafić do 10. Keys potrzebuje dużo więcej ogrania z najlepszymi, to samo dotyczy paru innych Amerykanek i trzeba im życzyć, żeby miały jak najwięcej okazji do gry z najlepszymi. Bardziej od Riske podoba mi się gra Hampton, to taki Szogun z Alabamy, deczko za nerwowa, ale ma potencjał i charakter, potrzebuje jednak więcej czasu żeby się wstrzelić, ale jak już załapie, będzie groźna dla najlepszych. Townsend nigdy nie widziałem na korcie, a Duval najpóźniej powinna zaszaleć na IO w Rio.
              Świat co prawda w wielu dziedzinach Ameryką stoi i w tenisie Wielką Królową ma, ale na Amerykankach się nie kończy. Bozia talenty hojną ręką po świecie porozrzucała i nie tylko wielka Ameryka potrafi z nich użytek czynić, chociaż na pewno potrafi wyhodować gen zwycięzcy w każdym sportowcu.
    Inne wątki na temat:

    Popularne wątki

    Nie pamiętasz hasła

    lub ?

     

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

    Nakarm Pajacyka