wilhelm4
12.09.06, 23:14
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,3602864.html
Pokolenie janczarów
Tomasz Wołek*2006-09-09, ostatnia aktualizacja 2006-09-07 19:21
Bracia Kaczyńscy tworzą klimat przyzwolenia dla ekscesów do niedawna
niewyobrażalnych.
Tak edukuje się nowe elity.
"To idzie młodość, młodość, młodość !" Skoczny, marszowy rytm tej
optymistycznej piosenki z wczesnych lat 50. natrętnie dźwięczał mi w uszach,
kiedy minister Ziobro dziarsko rozprawiał się - tym razem z zarabiającymi,
jego zdaniem, za dużo - notariuszami. Obawę, że zdesperowani rejenci poczną
zamykać swoje kancelarie, minister rozwiał stanowczo: "Niech tak zrobią -
rzekł z ironicznym uśmieszkiem - na ich miejsce czeka kilka tysięcy młodych
prawników".
Pomijam merytoryczną istotę sporu, gdzie racje są podzielone. Mam za to
nieodparte wrażenie, iż nie chodzi tylko o notariuszy. Ton oraz styl ministra
wyraża tendencję szerszą. Skądś już znam tę melodię.
Zastąpić "łże-elity"
Można by rzec, że to nic nowego pod słońcem. Co pewien czas dochodzi do walki
pokoleń, w wyniku której następuje ich wymiana. Burzliwe przemiany polityczne
i społeczne, wojny, rewolucje (także obyczajowe) i migracje ludności -
potrafią ów względnie regularny proces przemian potężnie przyspieszyć.
Przywołajmy trzy polskie - choć zasadniczo odmienne - przypadki. Pierwszy, to
późne lata 30., kiedy w obozie narodowym tracili wpływy starzejący się
działacze formatu Romana Dmowskiego, do głosu zaś doszło młode, dynamiczne
pokolenie. Wewnętrzne podziały (ABC, ONR Falanga, Bolesław Piasecki etc.) i
ostra radykalizacja sprawiły, że ruch narodowy zmienił charakter, daleko
odbiegając od standardów staroświeckiej, "profesorskiej endecji".
Przykład drugi to 1968 r. i wewnętrzna dintojra w PZPR. Rozpętana wówczas
kampania antysemicka tyleż oddawała szczerze czarnosecinne nastroje i poglądy
partyjnej większości, ile stała się okazją do wymarzonej "zmiany warty".
Wywodzące się głównie ze wsi, spragnione władzy pokolenie ZMP twardo parło do
przodu, chcąc odesłać na emeryturę wysłużonych poprzedników.
No i Sierpień '80. Mówiło się wówczas, iż - z całym szacunkiem dla
heroicznego, AK-owskiego "pokolenia Kolumbów" - dopiero urodzona w PRL i
nieznająca paraliżującego terroru stalinowskiego generacja zdolna jest do
przełamania bariery strachu i dokonania przełomu. Było w tym sporo racji.
Tyle że Sierpnia '80 nie poprzedzała walka pokoleń. Przeciwnie, patriotyczne
aspiracje zespoliły różne pokolenia. W KOR-ze młodszych liderów wspierał i
osłaniał autorytet nestorów: Anieli Steinsbergowej, Edwarda Lipińskiego,
Józefa Rybickiego, ks. Jana Ziei. Dla Ruchu Młodej Polski ważnymi punktami
odniesienia byli Wiesław Chrzanowski, Wojciech Wasiutyński, Henryk
Krzeczkowski. Sprawa była wspólna, międzypokoleniowa. I również dlatego w
sumie powiodła się.
Dzisiaj przebiega to inaczej. "Walka pokoleń" toczy się zgodnie z rytmem
życia i biologii. Co rusz dorastają roczniki niesione marzeniami życiowego
awansu. Zarazem łatwo o wrażenie, iż ten naturalny proces próbuje się
modelować i przynaglać. Tak jakby ktoś chciał wziąć tę młodzież za rękę i
poprowadzić No właśnie, dokąd? I kto?
Zdaje się, iż przywódcy obozu rządzącego doszli do przekonania, że opór (a
przynajmniej sceptycyzm), jaki w sporej części społeczeństwa budzą ich
koncepcje oraz metody i styl sprawowania władzy, wiąże się z zastaną
stratyfikacją społeczną i wynika także z przyczyn pokoleniowej natury.
Najwyraźniej władza zdała sobie sprawę, że gros elit nie poparło projektu IV
Rzeczypospolitej. Stara inteligencja zawiodła. Odrzuca postulaty "rewolucji
moralnej", wytyka niezgodność słów z czynami, a i same słowa często ją rażą.
Mnoży skrupuły, nie chce przyjąć do wiadomości reguły, że tam, gdzie drwa
rąbią, wióry lecą. Ponadto tkwi po uszy w układach, czci przebrzmiałe
wielkości. Z tej zmurszałej, niereformowalnej inteligencji nic już nie
będzie. Ona - i prężna władza, z taką determinacją "zmieniająca Polskę" - to
dwa coraz odleglejsze światy. Toteż pozostaje machnąć ręką i odesłać: jednych
na publiczną emeryturę, innych tam, gdzie ich miejsce, na śmietnik historii.
A owe zbankrutowane "łże-elity" należy zastąpić nowymi, skrojonymi na miarę
czasów. Tylko skąd je brać? Czy taka operacja może się powieść? Ależ
oczywiście! Ona już się dokonuje. Młode orły szykują się do lotu.
Wielu z nich widać w rządzie i wokół niego. Zaludniają "gabinety polityczne",
bywają rzecznikami, nawet ministrami. Obsadzają spółki skarbu państwa, są w
mediach, w IPN, w komisjach śledczych. To jednak wciąż mało.
Dlatego tym, którzy nową elitę utworzą, trzeba dać impuls, wykrzesać
entuzjazm dla ożywczych idei. Inaczej rządzący skazani będą głównie na - jak
powiada Jarosław Gowin (za Jarosławem Flisem) - "homo geszeftusa",
czyli "wiecznego oportunistę przyklejającego się do każdej władzy". Choć już
i teraz pospolitych karierowiczów nie brakuje.
Nie ma zaś złudzeń, iż ludzie tego pokroju bez wahania porzucą obecnych
dobrodziejów, gdy tylko koniunktura się zachwieje. A przecież równie ważne są
oba strategiczne zamysły Jarosława Kaczyńskiego. Zarówno błoga perspektywa
długiego rządzenia, jak i stworzenie masowej partii ludowo-narodowej. I
trzeci: wychowanie społeczeństwa. Dlatego należy dysponować licznymi
wyrobionymi ideowo kadrami.
Zaangażowana młodzież powinna wyznawać jasny kanon wartości pomocnych w
realizacji wzniosłej idei zespalającej całe pokolenie. Chodzi o pokoleniowe
przeżycie, które z czasem ostanie się jako legenda. Poprzednie generacje
piastują swoje legendy: AK-owskie pokolenie Kolumbów, pokolenie
Października '56, pokolenie Marca '68, wreszcie pokolenie "Solidarności". A
wokół jakiej szczytnej idei skupić by się dziś mogło młode pokolenie? To,
rzecz prosta, idea budowy IV RP.
Oczyszczanie terenu
Lepiszczem każdej nowej wielkiej idei jest mit założycielski. Żeby obwieścić
otwarcie nowego rozdziału historii, trzeba, i to donośnie, zatrzasnąć
wcześniejszy. Zatem? Komunizm - prostodusznie odpowie jakiś naiwny młodzian.
Otóż niedokładnie tak; komunizm był, ale dawno temu. Ostatnio mieliśmy
osławioną III Rzeczpospolitą.
Wprawdzie do jej powstania rękę przyłożyli (udział w opozycji, KOR-
ze, "Solidarności", rozmowy w Magdalence, Okrągły Stół, negocjacje z SD i
ZSL) również bracia Kaczyńscy, ale - jak tłumaczy Roman Giertych - "gdy pewne
fakty wyszły na jaw, Lech Kaczyński na sprzeciwie wobec tej zdrady spędził
całe swe polityczne życie".
Po usunięciu tego ambarasującego epizodu można do woli bałamucić młodych
ludzi, cedząc im kropla po kropli spiskową teorię dziejów. Kampania
deformowania historii najnowszej, przedstawiania jej jako mrocznego pasma
tajnych układów, perfidnych zdrad i klęsk, ostatnio niezwykle przybrała na
sile. Zasłużonych dla Polski ludzi plugawiono już od dawna (Wałęsa,
Chrzanowski, Balcerowicz, Miłosz, Nowak-Jeziorański, Michnik). Teraz
doszlusowali następni: Herbert, Kuroń, Bartoszewski. Elita polskiej
dyplomacji to "sowieccy agenci". A według "Dziennika" dzieje opozycji
przedsierpniowej to pijany karnawał zdemoralizowanej bandy cwaniaków, pełen
erotycznych ekscesów, drobnych kantów i pokątnych interesów, cynizmu i
nielojalności.
Obejrzyjmy telewizyjną reklamówkę PiS. Sielankowy obrazek wznoszenia i
urządzania nowego, przytulnego domu poprzedza scena rozwalania starego,
wyburzania zmurszałych murów. Przesłanie aż nadto czytelne: na gruzach III RP
powstaje wymarzona IV.
Obserwujemy wielką akcję oczyszczania terenu. W zapędach niwelująco-
melioracyjnych najdalej idą Giertych i jego pretorianie, gotowi zrównać z
trawą wszystko, co nastało po epoce PRL, począwszy od Okrągłego Stołu, tej
Targowicy XX wieku. Na tym tle prezydent i premier
są niepomiernie bardziej stonowani; prze