Pamiętacie ten film?
Mam go codziennie w nieco zmienionej wersji, co też uświadomił mi dziś mój Pan
Mąż tuż po przebudzeniu. Wiwat trafne skojarzenia!
Popatrzył na Srajdzinkę, która JAK CO DZIEŃ zaczęła po nas skakac, z tym samym
uroczym i niewinnym uśmieszkiem.
Zaraz...czy to jest dzis, wczoraj, jutro czy za dwa tygodnie...? Dzień
Świstaka jak nic!
I po tym odkryciu, pół godziny kulalismy się ze śmiechu po naszym materacu
(wszystkie trzy
O 6 wołanie z pokoiku, któr w wolnym tłumaczeniu na nasze brzmi: "Stara, chodź
tu i mnie zabierz czym prędzej, bo się rozbudziłam trochę, a chciałabym
jeszcze pospac przy cycusiu. No rusz się! Bo ja tu stoję w łóżeczku zaplątana
w przydługie nogawki swojej żółtej "kurczakowej" piżamki i nie wytrzymam ani
minutki dłużej!"
Hop, Srajdzinka ląduje między nami, przyczepia się do cyca, pociąga, usypia,
odrywa się i chrapiemy jeszcze pół godzinki do półtorej
A potem brzdąc otwiera oko, chrumknięciem komunikuje ostateczne przebudzenie i
zaczyna po nas skakac.
Tata broni się jeszcze przez chwilę, próbując zakamuflowac się pod kołdrą, ale
Srajdzinka nie popuszcza i ciagnie za kołdrę ile sił w małych rączkach. Tata
musi się poddac...
I tak zaczyna się kolejny Dzień Świstaka

)))He, he...
A jak u Was wyglądają poranki?