lider4
24.05.13, 19:57
studioopinii.pl/jerzy-lukaszewski-co-nam-zostalo-z-tych-lat/
W styczniu 1908 roku w cichej wsi pod Kartuzami miała odbyć się zabawa zorganizowana przez polskie Towarzystwo Oświatowe. Miejscowy szynkarz p. Schulta wysprzątał gospodę, przyozdobił, sprawdził zasoby piwniczki i… zabawa się nie odbyła. Przyszedł pruski żandarm i stanowczo zakazał wykonywania pląsów.
Na tym w zasadzie można by zakończyć opis sprawy, gdybyśmy pisali podręcznik dla dziatwy chcąc ją uświadomić co do stosunków narodowościowych pod pruskim zaborem, które właśnie w tym czasie osiągnęły stan takiego napięcia, iż jako żywo przypominały balon na chwilę przed eksplozją.
Sęk w tym, że tak się sprawa nie skończyła. Oburzeni organizatorzy zgłosili incydent do miejscowego landrata (Prusaka, że hej!) i spowodowali ukaranie nadgorliwego żandarma. Wszyscy jak jeden mąż (łącznie z landratem) podkreślali nie tyle sam fakt zakazu, co sposób jego wydania. Towarzystwo Oświatowe było organizacją legalną i aby zastosować wobec niego jakiekolwiek sankcje należało znaleźć (i wskazać) podstawę prawną takich działań, czego żandarm nie uczynił.
Prasa polskojęzyczna w postaci „Gazety Gdańskiej” grzmiała: „Zachował się na sposób rosyjski!”. Większej obelgi w zaborze pruskim nie można było użyć.
Po doświadczeniach ponad 100 lat różnice w podejściu do prawa państw zaborczych były już na tyle wyraźne, że nawet między Polakami z różnych części dawnej Polski coraz trudniej było o porozumienie w tej materii.
Do pewnych rzeczy człowiek się przyzwyczaja, niektórymi nasiąka, szczególnie jeśli są one środowiskiem, w którym przyszło mu żyć, a natura podpowiada, że trzeba się przystosować, by przetrwać.
Nie przesądzając o korzeniach rosyjskiego traktowania prawa (bo tu zdania są podzielone) trzeba przyznać, że nawet kiedy zaczęto je kodyfikować, co i tak było sporym osiągnięciem, co rusz pokazywały się kwiatki dające władzy ogromne pole manewru.
Sobornoje Ułożenije z 1649 roku już w pierwszym rozdziale, pkt.12, powiada o ludziach, którzy w czasie modlitw w cerkwi, na których obecny jest car, chcieliby zawracać mu głowę swoimi prośbami czy petycjami. Tacy ludzie zostaną osadzeni w tiurmie.
A na jak długo? Jak państwo myślicie?
To oczywiste – „na tak długo, jak Najjaśniejszy Pan uzna za stosowne”.
Myliłby się ktoś, kto uznałby to za prawno-historyczną ciekawostkę.
To filozofia.
Filozofia, która przetrwała wszystkich władców, zmiany ustrojów i nie ulega przesądom o demokracji, prawach człowieka i tym podobnych głupstwach.
Jeśli w przybliżeniu biorąc 5 polskich pokoleń wychowywało się w takiej rzeczywistości, to czy można przyjąć, że nie pozostawiły one na nich żadnego osadu? Nie byłbym takim optymistą.
Dwa pokolenia wychowały się w PRL, w której w większym, bądź mniejszym stopniu także tę filozofię stosowano i to na całym terytorium powojennej Rzeczpospolitej.
Państwo pruskie było państwem prawa. Proste, jasne stwierdzenie, które na dodatek wszyscy, od stanowiących po podlegających temu prawu, brali na serio.
Dla Polaków to prawo było czasem wrogie, czasem uciążliwe, czasem niesprawiedliwe, ale było jednoznaczne i nie podlegało wahaniom w zależności od widzimisię urzędnika i jego stosunku do konkretnego człowieka i jego narodowości.
Uczymy się w szkole o Hakacie, ale rzadko się słyszy, że powstanie tego nienawistnego tworu spowodowane było tym, że Niemcy przegrywali często konkurencję z Polakami, którzy opierając się na niezmiennym prawie potrafili je wykorzystać dla wypracowania przewagi. Przede wszystkim na polu gospodarczym, co bolało Niemców wtedy i boli dziś, jeśli wciąż obracają się w świecie nieprawdziwych stereotypów „polnische wirtschaft” itp.
Prawda historyczna, choć niewygodna, jest taka, że Niemcy zepsuli i zmarnowali sporą cześć tych dobrych rzeczy, które w Polsce przedrozbiorowej działały sprawnie. Taki np. Gdańsk z wielkiego, bogatego portu stał się na długie lata podrzędną mieściną bez większego znaczenia. Do kasy pruskiej wpłacał trzecią część tych podatków, jakie miała z niego Rzeczpospolita. Sprowadzani z Niemiec koloniści nie dawali sobie rady w nowym środowisku mimo ogromnej pomocy prawnej i finansowej państwa. Polskie banki, organizacje rzemieślnicze, towarzystwa kulturalne itp. działały tak prężnie, że okazywała się niezbędna pomoc ze strony władz, by „nie zanikła niemieckość nad naszą prastarą Wisłą”, jak pisał pewien zatroskany niemiecki dziennikarz.