ballest
22.01.06, 01:11
David Irving
Brytyjski historyk zaprzeczający holokaustowi przygotowuje się w wiedeńskim
więzieniu do wystąpienia na własnym procesie. Czy będzie to ostatnia
prowokacja złośliwego sympatyka Hitlera?
Nocami, gdy blade zimowe słońce zachodzi za dachy Wien-Josefstadt, na
dziedzińcu starego cesarsko-królewskiego więzienia budzi się dżungla. „Ludzie
krzyczą przez okna i gadają ze sobą – mówi David Irving. – Wszystko zaczyna
się wraz z zapadnięciem ciemności, jak w dżungli”.
Starszy pan w garniturze i krawacie, zajmujący miejsce za pancerną szybą w
pokoju wizyt, wydaje się należeć do innego świata. Ale Irving jakoś się tu
urządził. Kierownictwo więzienia potwierdza, że aresztant ma dobre kontakty z
innymi więźniami. A jeden ze strażników wzdycha: „Gdyby wszyscy byli tacy
grzeczni…”.
Sześćdziesięciosiedmioletni Irving sprawia wrażenie uporządkowanego i
skupionego. Traktują go dobrze – zapewnia. Tylko czasem przesadza: „Bogu
dzięki, ktoś przysłał mi atrament”. Spisuje swoje wspomnienia, codziennie 20
stron. Poza tym ów pisarz za kratkami ma niewiele do roboty, a więzienna
twórczość cieszy się przecież długą tradycją. „Może powinienem nadać
wspomnieniom tytuł »Mein Krieg« (Moja wojna)?” – szczerzy zęby Irving.
Moja córka – opowiada – uważa za „czadowe, że tatuś jest w więzieniu”.
Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że i tatuś traktuje to wszystko jako
część wielkiej przygody. Również David Irving jest rozbitkiem na marginesie
społeczeństwa, lecz w jego przypadku przygoda jest częścią interesu.
Przed wyjazdem do Austrii zostawił w Londynie 60 czeków in blanco i spakował
osiem koszul, chociaż podróż miała trwać tylko dwa dni. „Jestem zawsze
przygotowany na wszystko” – zapewnia, unosząc znacząco krzaczaste brwi. On
także wyznaje harcerską zasadę „be prepared”,
Wiedział, że w Austrii wydano nakaz jego aresztowania. W 1989 roku ówczesny
kanclerz Franz Vranitzky osobiście zagroził Irvingowi, że każe go natychmiast
zamknąć, jeśli kiedykolwiek pokaże się w tej alpejskiej republice. Dla
apologety Hitlera było to wręcz zaproszenie do szybkiego złożenia kolejnej
wizyty.
„Pochodzę z rodziny oficerskiej – mruczy za pancerną szybą. – Maszerujemy na
wprost armatniego ognia”. Pomylił się tylko w kwestii butów. Więźniowie
codziennie spacerują po dziedzińcu, ale Irving ma „niestety tylko parę bardzo
drogich butów”, a te powoli się zużywają.
Na rozpoczynający się 20 lutego proces chce sprowadzić garnitur szyty na
miarę. To bojowy strój Irvinga, ten sam garnitur, który uszył sobie u
najdroższego krawca z firmy Savile Row na londyński proces przed sześcioma
laty. Grzeczny Anglosas traktuje zaprzeczanie holokaustowi podobnie jak jego
rodacy rugby: to sport dla chuliganów uprawiany przez dżentelmenów.
Pewny siebie samouk zawsze rozkoszował się zamieszaniem, jakie wywoływał,
także wśród uznanych historyków, od lat sześćdziesiątych dzięki odnalezionym
przez siebie dokumentom z otoczenia Hitlera. Wspomnienia Keitela, zapiski
Reichmanna, dzienniki Goebbelsa – medialny autor wiedział, jak najlepiej
wcisnąć opinii publicznej te znaleziska i jak wspierać sprzedaż swoich dzieł.
Jego przebojowo opowiadane i obszernie udokumentowane biografie nazistowskich
bonzów były wydawniczymi hitami aż do lat osiemdziesiątych.
Jednak najpóźniej od 1977 roku, po ukazaniu się biografii Hitlera, pomimo
podziwu dla instynktu badawczego Irvinga jego prace zaczęły spotykać się z
coraz większą krytyką. Szanowany historyk wojskowości stał się gorliwym
odkrywcą Hitlera – znaleziska udowadniały winę Himmlera, Heydricha i innych
nazistów, ale podziwianego führera miały uwolnić od odpowiedzialności. (….)
David Irving zaprzeczał holokaustowi, winie Hitlera i wyśmiewał ludzi, którzy
przeżyli obozy koncentracyjne. Również dzięki kąśliwym uwagom pod
adresem „historii pisanej przez zwycięzców” i renomowanych historyków szybko
stał się wizytówką skrajnej prawicy i agitatorem chętnie widzianym na
imprezach prawicowej DVU. Podczas jego wykładów wiecznie odporni na wiedzę
znajdowali potwierdzenie dla swoich poglądów o tym, „jak to właściwie było w
Trzeciej Rzeszy”. „Zwyrodniałe, tendencyjne i nieodpowiedzialnie drapieżne”
są także książki Irvinga – ocenia brytyjski historyk David Cannadine. Jego
kolega Richard Evans udowodnił w 2000 roku przed sądem, że historyk w
wyrafinowany sposób manipuluje źródłami.
Jednak dzieła Irvinga ze względu na zawarte w nich bogactwo materiału zawsze
były kopalnią wiedzy dla kolegów po fachu i znalazły miejsce w wielu
niemieckich bibliotekach. „Historycy badający lata 1933-1945 zawdzięczają
energii tego badacza więcej, niż gotowi są przyznać – wywodzi szanowany na
całym świecie amerykański historyk Gordon A. Craig. – Gdybyśmy zmusili
Irvinga do milczenia, zapłacilibyśmy zbyt wysoką cenę za pozbycie się
zmartwień, jakich nam przysparza”. (…)
Brytyjski historyk Paul Addison pisał o Irvingu, że zwykle jest on „olbrzymem
w badaniach, ale w swoich wnioskach często bywa uczniem podstawówki.” Choć
brzmi to przerażająco, pewne fakty przemawiają jednak za tym, że prócz
przynoszącego wymierne korzyści biznesu, jaki robi na zaprzeczaniu
holokaustowi, Irvinga napędza także nikczemna i banalna żądza prowokacji.
Ta żądza nie jest czymś niezwykłym w wyższych kręgach jego angielskiej
ojczyzny, jak to niedawno udowodnił książę Harry zakładając opaskę ze
swastyką. A przy tym Irving wykorzystuje do swoich celów ogromną tolerancję
rodaków, którzy pod prawo do swobody wypowiedzi podciągają również pozbawione
wszelkiego smaku wynurzenia tego ekscentryka.
To nie przypadek, że ktoś taki pochodzi z kraju, w którym dowcipy o führerze
należą do standardowego repertuaru brukowej prasy i gdzie prowokacja nawet w
najlepszych kręgach jest w dobrym tonie. Bez wątpienia Irving ma w Anglii
tyle samo przeciwników co w innych krajach. Ale zdania typu: „na tylnym
siedzeniu samochodu Edwarda Kennedy’ego zginęło więcej ludzi niż w komorach
gazowych Auschwitz” w swojej mieszaninie seksualnej insynuacji i świadomej
obrazy są wyrazem trywialnej arogancji, za pomocą której niejeden wychowanek
angielskiego internatu chce pokazać, że świat należy do niego. „On jest
szalonym klasowym tyranem” – mówi badaczka holokaustu Deborah Lipstadt. Przed
sześcioma laty Irving wytoczył jej spektakularny proces, na zakończenie
którego został napiętnowany przez sędziego jako antysemita, rasista i kłamca.
A jakiego zakończenia oczekuje w zbliżającym się procesie? „Żywiłbym pewne
obawy, gdybym nie wiedział, że po mojej stronie stoją intelektualiści z
całego świata” – mówi z przekonaniem. Zapewnia, że otrzymał „wiele listów z
poparciem”. (…)
„To bzdura, żeby wsadzać za to ludzi do więzienia” – brzęczy w słuchawce
telefonu, ale już za chwilę Irving przechodzi do właściwego kontrnatarcia.
Twierdzi, że może odpowiadać tylko za swoje książki, a jego biografia Hitlera
znajduje się także więziennej w bibliotece. To typowy dla niego manewr.
Triumfalnie prezentuje odkrycie, nie mówiąc całej prawdy i odwraca uwagę od
właściwego pytania. Jego książki nie są na indeksie, ale czy nie musi przyjąć
odpowiedzialności również za to, co wykrzykuje do publiczności? To nie
książki, ale wykłady wpakowały Irvinga do więzienia – zdania jak to
podyktowane w 1989 roku austriackiej reporterce: „W Auschwitz nie było komór
gazowych. Świadkami, którzy twierdzą coś innego, powinni zająć się
psychiatrzy”. Wiedeńska prokuratura ma nagrania z jego wystąpień w Austrii –