sloneczko1
19.08.06, 00:18
czyli kilka uwag o Mundarcie i śląskości
1.
Kiedy wraz z końcem drugiej wojny światowej miliony niemieckich Ślązaków
musiały opu-ścić polskie już terytorium Śląska, rozpoczął się powolny proces
zanikania tej grupy etnicz-nej, zaliczanej zwykle do kręgu plemion
wschodnioniemieckich. Niemieccy Ślązacy bowiem roztapiają się zwolna w masie
Niemców, tracąc swoją lokalną differentia specifica.
Przeciw tej arbitralnej nieco tezie można, owszem, podnieść takie fakty, jak
żywotność niemiecko-śląskich ruchów regionalnych, typu Landsmannschaft
Schlesien (Ziomkostwo Śląskie) i wszystkich afiliowanych przy nim (bądź nie)
śląskich grup kulturalnych, folklory-stycznych, politycznych, które liczy się
w Niemczech nie na setki, ale na tysiące. W istocie, jest to środowisko o
niebagatelnej prężności i znaczeniu, wszakże – wraz z wymieraniem Ślązaków
urodzonych na Śląsku – jego autoidentyfikacja w coraz mniejszym stopniu
opiera się na naturalnej, wrodzonej specyfice obyczajowej, kulturowej czy
językowej, odcinającej tę grupę wyraźnie od reszty Niemców, natomiast punkt
ciężkości przesuwa się ku świadomemu podtrzymywaniu pewnych aspektów owej
specyfiki. Działania takie, będące udziałem wąskiej elity świadomych swoich
korzeni młodych ludzi, urodzonych już w Niemczech, noszą pewne cechy zabiegów
zgoła muzealnych. Nie da się już bowiem odtworzyć w pełni bogactwa ślą-skiego
dialektu niemczyzny czy oryginalnej obyczajowości niemieckich Ślązaków – te
istnieją tylko w naturalnym związku z krajobrazem, z konkretną przestrzenią –
geograficzną, ale i kulturową, w związku, którego po 1945 roku zabrakło.
Nie znaczy to oczywiście, iżby działania kultywujące nie przynosiły
wymiernych efektów. Wydaje się jednak, że ogólna tendencja jest
nieodwracalna, można najwyżej wyhamować jej impet. Warto przyglądać się,
sekundować, wysiłkom niemieckich Ślązaków około konserwowania np. własnego
dialektu, tzw. Mundartu, pamiętając, że śląski dialekt języka polskiego (o
wiele uboższy od niemieckiego i ograniczony niemal wyłącznie do Górnego
Śląska) bez odpowiednich zabiegów kultywujących również skazany jest na
szybkie wygaśnięcie wskutek bezwzględnej presji polszczyzny „wysokiej”. Już
obecnie gwara śląska coraz częściej ogranicza się do odrębnej intonacji i
barwy głosu, owego „mówienia grubszym głosem jakby przez zaciśnięte gardło”,
natomiast wyparowuje z jej obrębu wielość leksykalnych odrębności. Czeka też
zapewne polsko-śląski dialekt los podobny do dialektu niemieckiego – los
szacownego zabytku etnograficznego, sztucznie utrzymywanego przy życiu
szeregiem reanimacyjnych posunięć, typu edycje słowników gwarowych czy
książek pisanych już z tymiż słownikami w garści. Przecież autentyczną,
tętniącą obfitością oryginalnego słownictwa gwarą posługują się obecnie na
Górnym Śląsku już tylko nieliczni, starzejący się ludzie. Kto z ludzi,
urodzonych, powiedzmy, w latach 70. czy 80. będzie np. w 2020 r. pamiętał, co
to są hawerfloki, haszpelman, bryjtka, sztrajhycel, bormaszina, by przytoczyć
tylko kilka słów niemieckiej proweniencji, dość zresztą rozpowszechnionych
(trudniejszych nie mogę sobie przypomnieć). Wypada tylko mieć nadzieję, że
powyższe uwagi grzeszą nadmiernym pesymizmem.
2.
Barbara Suchner, autorka jednego z licznych słowników niemiecko-śląskich gwar
(owego Mundartu, czyli niejako „języka mówionego”), zauważa: Najpóźniej w
drugim dziesięcioleciu XXI w. zamkną swoje oczy – i usta – Ślązacy, którzy
nauczyli się mówić jeszcze przed wypędzeniem, w ojczyźnie (Heimat). Dlatego
chciałam opublikować ten mały słownik śląski, aby pobudzić żyjących jeszcze
Ślązaków do zachowywania i przekazywania potomkom tego, co śląskie. Jej
wydany w 1990 r. Schlesisches Wörterbuch. Kleines mundartliches Lexikon,
uświadamia czytelnikowi bogactwo śląsko-niemieckiego dialektu. Oto bowiem
okazuje się, iż liczący osiem tysięcy pojęć, zbiór słów, wyrażeń,
powiedzonek, ogranicza się tylko do wybranych regionów na ogół Dolnego
Śląska: Wrocław i powiat trzebnicki (skąd pochodzili przodkowie matki
autorki), okolice Wałbrzycha (strony rodzinne ojca i jego antenatów) i nieco
ze wschodniego Górnego Śląska (tj. regionu przemysłowego), skąd wywodzi się
mąż autorki. Praca Barbary Suchner jest wydawnictwem popularnym, Mundart
doczekał się jednak i fachowych, naukowych opracowań. Pomnikowym dziełem tego
typu jest trzytomowy Schlesisches Wörterbuch, zredagowany przez Walthera
Mitzkę i opublikowany w latach 1963-1965 w Berlinie. Rzecz jasna, dialekt
śląski przyciągał uwagę badaczy i przed Vertreibungiem (wypędzeniem), by
przypomnieć Karla Rothera Die schlesischen Sprichwörter und Redensarten
(Wrocław 1928). W ogóle na Śląsku twórczość literacka w gwarze rozwijała się
na dość rozległą skalę i to bynajmniej nie wyłącznie na obszarze twórczości
ludowej. Autorem, który niewątpliwie mocno się przyczynił do rozpropagowania
Mundartu, co więcej, który Mundart odkrył dla literatury, był wrocławianin
Karl Eduard von Holtei. Ten rówieśnik Mickiewicza (ur. 1798 r.), debiutujący
niemal w tym samym czasie (1819 r.), związany był przede wszystkim z
niemiecką sceną (był aktorem, a później m.in. dyrektorował Deutsches Theater
w Rydze, potem we Wrocławiu), włóczył się wiele po Europie i Niemczech,
jednak ostatnie 15 lat życia spędził w rodzinnym Wrocławiu (zm. 1880 r.).
Inaczej niż Mickiewicz, który mimo używania wielu regionalizmów nigdy nie
zdecydował się pisać dialektem (mogłoby to mieć fatalne skutki dla zdrowia
Kajetana Koźmiana), von Holtei publikował obficie wiersze pisane gwarą,
kreując modę na posługiwanie się dialektem. Mała próbka von Holteia, niezbyt
poważny wierszyk
Mei Madel:
Wer ock mei Madel sitt,
Där find se scheene;
Se ist harlard’ und flink,
gar a bewuschbert Ding;
Ock a wing kleene...
Hmm, jak to przełożyć? Najodpowiedniejszym ekwiwalentem językowym byłby
zapewne polski dialekt górnośląski, ale wiadomo, że to nie to. Spróbujmy, już
na wstępie rezygnując z gęstego sześciozgłoskowca. Najpierw tytuł:
Moja dziołcha:
Wto ino moja dziołcha dojrzi,
Tymu sie łona piykno zdo;
Gryfno i śwarne luki mo,
A jak łobrotne, robotne to!
Ino trocha mało: s tym je gorzi...
Bez obecności Holteia w literaturze niemieckiej, może Gerhart Hauptmann
(pochodzący notabene ze Szczawna Zdroju), czołowa postać literatury
niemieckiej początku XX w., nie poważyłby się napisać słynnych „Tkaczy” po
śląsku. Hauptmann, który powiadał, że pisze, aby przywrócić dialektowi jego
utraconą godność. Dziś niemiecka twórczość gwarowa ciągle jest żywa i obecna,
choć brakuje z pewnością równie utalentowanych autorów co von Holtei czy
Hauptmann.
Gdy mowa o polskim dialekcie górnośląskim wspomina się zwykle mnogie
zapożyczenia z języka niemieckiego. Jak wygląda ta sprawa w drugą stronę?
Otóż przeglądając 240-stronicową książkę Suchner niewiele znajdujemy słów
zaczerpniętych z polszczyzny, czego przyczyną jest zapewne wspomniane
pochodzenie większości materiału leksykalnego z Dolnego Śląska, gdzie
polszczyzna de facto nie istniała. O wiele więcej przejęć z gwar polskich
zawierają gwary górnośląskie niemieckiego dialektu śląskiego. Przypomina się
tutaj znakomity poemat Horsta Bienka Gleiwitzer Kindheit (ta niemiecka wersja
Jechać do Lwowa Adama Zagajewskiego, choć zważywszy, że Gliwickie dzieciństwo
powstało w 1966 r., zatem 14 lat przed poematem Zagajewskiego, należałoby to
zdanie raczej odwrócić ...), gdzie znajdujemy nie tylko bezpośrednie cytaty z
polszczyzny, jakkolwiek lekko zdeformowane (muj Bosche kochana), ale i
przykłady jej obecności w obrębie gwary niemieckiej. Podmiot liryczny wiersza
przywołuje obraz chłopców – jest rok 1944, wkrótce, w styczniu 1945, nadejdą
Sowieci – stojących na brzegu gliwickiej rzeki – Kłodnicy