hanys_hans
25.10.06, 20:37
www.niniwa2.cba.pl/czwartosz_zwyciezcow.htm
Grzegorz Czwartosz
ZWYCIĘZCÓW NIKT NIE SĄDZI
Na wojnie wszystkie strony popełniają niegodziwości, jednak nie każda z nich
jest zbrodnią wojenną. Odkąd istnieją Konwencje Genewskie i Haskie, terminem
"zbrodni wojennej" szafuje się ponad miarę, by odnieść korzyści propagandowe
nad przeciwnikiem. Zjawisko to nasila się wraz z rozwojem mediów.
Badacze historii wyzwalania Europy Zachodniej w latach 1944–1945 od lat
spotykają się z zarzutami kombatantów niemieckich, że alianci nie są zdolni
choćby do moralnego osądu swoich przestępstw popełnionych od Normandii do
Łaby. Niewielu stać na to, aby przyznać Niemcom rację. Jeszcze mniej jest
takich, którzy próbują zmierzyć się z niewygodnymi faktami, zweryfikować je i
opublikować. Do pewnego stopnia można zrozumieć powściągliwość publicystów
amerykańskich, bowiem siły zbrojne Stanów Zjednoczonych uczyniły podczas II
wojny bardzo wiele, aby element przestępczy lub zaburzony psychicznie nie
przeniknął w szeregi sił zbrojnych. Wśród 30 proc. odrzuconych amerykańskich
kandydatów do wojska byli ludzie chorzy, ze zbyt niskim wykształceniem, z
podejrzaną, według FBI, narodowością lub z kartoteką policyjną.
Diabły w workowatych portkach
Zbrodnie popełniane na spadochroniarzach i przez spadochroniarzy stanowią nową
podgrupę przestępstw wojennych notowanych dopiero od II wojny. Bez wątpienia
amerykańscy spadochroniarze wymordowali w Normandii sporo jeńców i żołnierzy
dopiero pragnących się poddać. Stało się tak m.in. pod wpływem wstrząsającego
mordu na amerykańskim spadochroniarzu-lekarzu. Nie zdołał on uwolnić się z
uprzęży, która zawisła na drzewie. Tam został zamordowany, a jego zwłoki
zbezczeszczone. Zbrodnia ta wywołała wyjątkowo silną żądzę równie brutalnego
odwetu.
Z drugiej strony na wizerunek amerykańskiego spadochroniarza-psychopaty i
zwyrodnialca solidnie zapracował niemiecki aparat propagandowy. Już od czasu
alianckiego desantu na Sycylii Niemcy nazywali bardzo bitnych amerykańskich
spadochroniarzy diabłami w workowatych portkach (od noszenia dwóch par spodni
w amerykańskich jednostkach spadochronowych i wynikającej z tego szerokości
zewnętrznych spodni polowych). Wiosną 1944 r. w północnej Francji Niemcy
rozpuścili pogłoski, że w inwazji na Kontynent wezmą udział amerykańscy
spadochroniarze skazani za morderstwa i pensjonariusze zamkniętego lecznictwa
psychiatrycznego.
Zbrodnie na Niemcach popełniali Amerykanie także w odwecie za wydarzenia w
Sainte-Mere-Église. Niemcy pogwałcili tam regułę niestrzelania do
spadochroniarzy w locie. Podczas niemieckiej ofensywy zimowej w Ardenach,
wspieranej m.in. przez dywersantów przebranych w amerykańskie mundury, obie
strony bezwzględnie mordowały jeńców, przy czym Niemcy dokonali mordu pierwsi.
Dalej ruszyła już wzajemna lawina zbrodni popełnianych także na jeńcach
niemieckich ubranych zgodnie z prawem w mundury swoich sił zbrojnych.
Wiele mitów narosło wokół kanadyjskich zbrodni wojennych po inwazji na Francję
6 czerwca 1944 r. Weryfikacja faktów i odseparowanie od nich pogłosek jest
niezwykle trudna. Niemcy wynieśli z tamtego okresu silne przekonanie o
przestępstwach Kanadyjczyków, jak również dokonane a priori założenie, że
żołnierze kanadyjscy będą się mścić na nich za pogrom pod Dieppe. Kanadyjczycy
w Normandii rzeczywiście mordowali jeńców i żołnierzy pragnących się poddać,
ale tak samo robili Niemcy. Odwetowe zbrodnie popełnili zaś nie za Dieppe,
lecz w odpowiedzi na zamordowanie łącznie 156 jeńców kanadyjskich podczas
bitwy normandzkiej. W samym tylko Authie esesmani zamordowali 37 ich rodaków.
Za ten czyn alianci osądzili dowódcę 12. Dywizji Pancernej SS. Nie osądzono
jednak żadnego kanadyjskiego dowódcy choćby za zabijanie strzałem w tył głowy
jeńców niemieckich pod Abbaye d’Ardennes.
Można wskazać przypadki, które Niemcy uznają za aliancką zbrodnię na jeńcach,
a które były efektem mylnego pojęcia intencji Niemców pragnących się poddać.
Przypadków ostrzelania grup poddających się żołnierzy niemieckich wychodzących
z ukrycia było prawdopodobnie wiele podczas bitwy normandzkiej, gdy
niedoświadczeni alianci dopiero uczyli się zachowań na froncie.
Zbrodnią wojenną jest bierność wobec konieczności udzielenia elementarnej
opieki jeńcom. W tym kontekście Stany Zjednoczone obciąża śmierć ok. 18,1 tys.
żołnierzy niemieckich pod Bretzenheim na przełomie kwietnia i maja 1945 r.
Zmarli na skutek nieudzielenia pomocy medycznej, z zimna i głodu. Trzymani pod
gołym niebem, bez latryn, jedzący trawę, nieludzko ścieśnieni i unurzani we
własnych ekskrementach mieli niewielkie szanse na przetrwanie. Znaleźli się w
niewoli w najgorszym dla siebie momencie historycznym, gdy wstrząśnięci
Amerykanie odkrywali kolejne obozy koncentracyjne. Wola ulżenia doli jeńców
słabła.
W samych tylko nadreńskich obozach jenieckich pod kontrolą US Army zmarło na
skutek fatalnych warunków bytowych ok. 50 tys. jeńców. Wszystkich aliantów
zachodnich obciąża liczba 677 tys. żołnierzy niemieckich, jacy nie wrócili do
domów z frontu na zachód od Łaby, a których los nie jest do końca wyjaśniony.
Umierali tysiącami w obozach jenieckich, jednak istnieją przypuszczenia, że
znaczna ich część została zamordowana.
A my?
Żadne z czterech głównych sił zbrojnych walczących na Zachodzie (USA, Wielka
Brytania, Kanada i Polska) nie osądziły ani nawet do końca nie opisały
wszystkich swoich przestępstw poczynionych na obywatelach niemieckich. Do
wyjaśnienia pozostaje choćby, co stało się z ok. 1 200 jeńców polskiej 1.
Dywizji Pancernej pod Chambois. Los tych ludzi na kartach wspomnień kadry
dowódczej dywizji (gen. Franciszka Skibińskiego i płk. Władysława Deca) jest
albo przemilczany, albo też niejasny. Opisuje go za to amerykański historyk
Stephen E. Ambrose. Jeśli ma on rację, najprawdopodobniej ciąży na nas
popełnienie jednej z największych jednorazowych alianckich zbrodni na
europejskim teatrze działań wojennych.
W opublikowanej w 1997 r. książce "Citizen Soldiers" (wyd. polskie "Obywatele
w mundurach", 2000 r.) Ambrose przytacza relację kapitana US Army Watersa,
który miał odebrać od polskich pancerniaków ok. 1,5 tys. jeńców z kotła pod
Falaise. Odebrał ich ok. 200. Eskortujący ich polski kapitan miał oświadczyć,
iż reszta została rozstrzelana, a na ostatnich dwustu zabrakło już amunicji.
Jedynie gen. Franciszek Skibiński zdecydował się przyznać w swoich
wspomnieniach, że w pewnej chwili kwestia jeńców wyrwała się Polakom spod
kontroli, ale wspomina on inne miejsce i czas niż Waters.
Ambrose’a można lubić lub nie, jednak przy jego metodach badań i weryfikacji
faktów, doświadczeniu i ostrożności wobec relacji kombatantów zazwyczaj brak
jest chętnych do podważania efektów pracy amerykańskiego historyka i
polemizowania z nim. Ambrose nie komentuje ani nie ocenia tego zdarzenia z
historii polskiej 1. DPanc., bo taką właśnie kulturę reprezentuje jego
pisarstwo. Poznając historię II wojny, trzeba pamiętać, że nie zawsze jej
oblicze jest czarno-białe. Zwycięzców nikt nie sądzi – a szkoda.