domisku_21
20.05.06, 16:28
bo zamiast żyć przeżywałam
cieszyć się krzyczałam
i łzy grzęzły w moim gardle
wbijam suche paznokcie we framugę drzwi
kaleczę się
krzyczę
ale nikt mnie nie słyszy
zostałam sama w pięciu pustych ścianach
na załzawionych poduszkach próbuję zasnąć
delikatne ciało zaczynają oplatać strach ból i
wątpliwości
złudzenia wypływają ze skroni razem z krwią
-tylko ja widzę ten świat w całej okazałości
to piekło-
kiełkuje we mnie zaczątek paniki
podrywam się by zatopić smutki w małej tabletce
nasennej
znika gdzieś moja nadzieja odsuwam zasłony prosto w oczy
patrzy mi księżyc
zamykam oczy zabrakło mi łez by płakać
zaciskam pięści na kołdrze
we śnie mijam miliony ludzi odcięta murem który
zbudowali dla mnie oni
nawet na mnie nie patrzą dobijam się tłuczę szkło tnę
dłonie
odwracają wzrok przyspieszają kroku
uciekajcie , tak
znów łapie mnie kłucie w sercu
beznadziejnie gorsza przesuwam dłonie po oknie szukam
kontaktu z rzeczywistością
nie mam po co czekać na zmiany
same nie nastąpią
nabieram powietrza
popijam wodą jeszcze jedną tabletkę
i jeszcze jedną
i jeszcze
może usnę
w ten sposób
bo na moich dłoniach i sercu już zabrakło miejsca
a przecież nie będę ciąć blizn
bo zamiast żyć umierałam
cieszyć się rzucałam wszystko by zginąć
być teraz nadal wciąż "byłam"
jeśli można to tak nazwać
Sen
kolejna kropla rozpaczy dołącza do pozostałych
topię się
krew
cale ściany we krwi
miesza się ze łzami
pachnie cierpieniem
słodko mdła
podnoszę rękawy
drugi nadgarstek też ma marzenia
osuwa się lampa
omdlałe skrzydło okna
zatrzaśnie księgę mojej choroby
opływam snami
anioł krzyczy
zapadam się w ciemność
dudniące szepty głośno cichną
splatam się z niebem
czarnieje
zaraz osunę się na podłogę
przekonam boga albumem moich łez
o niewinności
może uwierzy
da mi ciszę
i wieczność
od chwili urodzenia umieramy
opętani strachem
piekło życia dosięga mnie
na szyję zstępuję węzeł depresji
przekleństwo niekończącej się agonii
boże daj wytchnienie
daj
w tobie moja nadzieja
zapadam się w ciemność
żyletka mdleje w moich dłoniach
towarzyszy mi posłuszna w ostatniej podróży
***
skoczę ze zmartwiałego parapetu wprost
pod ciężarówkę przewożącą żyletki
zamknę oczy na gałęzi w lesie
osunę się pod linię wiatru
do snu ukołyszą mnie nocne słowiki
anioł zaburzeń depresyjno-lękowych
poda mi paczkę chusteczek do obtarcia krwi
żeby nikt się nie domyślił
***
sen
sen
śnię
zapadam się w mrok
czerń jest taka piękna
dostojna mistyczna
sen
żyletka kłuje mnie porozumiewawczo w kieszeni
sen
wieczność
bóg
nieskończona religia
cienie na pióropuszu duszy
rozpływają się w spokój
cisza przeklętej agonii
wspaniała udręka
metalowej wolności pogiętych nadgarstków
Sen II
sama nie wiem dlaczego to uczyniłam
miałam matkę i ojca
i kogoś kto poławiał z mych oczu blask
perlił moje rzęsy przypominał drżenie serca
mój cały posag
zabieram do pustego wykopu w spalonej urnie
miałam własną brzozę załamującą ramiona
pod nasypem śniegu i tę gałąź. ...
miałam
mogłam zatańczyć w deszczu
pocałować wybielone chmury rozpleść włosy na wietrze
nauczyć się żyć
nie zdążyłam...
w gałęzi zaklęłam moje długie oczy pobielałą twarz z
martwymi skośnymi brwiami
przeszłość i przyszłość
mogłam mieć czworo dzieci
nauczyć je miłości
ukołysać do snu tęsknotę za śpiewem wróbla
wybrałam rozkołysany spokój
zasznurowałam ból i łzy
by oplotły się z korzeniami nagich drzew
a przecież mogłam zostać
rozświetlać codzienność
najmroczniejsza gwiazda na niebie-ja
Queen D**** Rapsody
wykrwawiłam ból
okruchy słów zaplotłam w sznur
owinęłam wokół słońca
pocięłam śnieg na plastry
dłonie zazieleniły się
rozmokłe grudy wciskam do ust
łapczywie rozrywam
na miliardy świetlików
nieutuloną tęsknotę po mojej Death Queen
***
"bo największą odwagą jest tu zostać"
czy ja w to wierzyłam
to nie miało dla mnie sensu
egoistka rozdarta rodzice
brat
on
nie chciałam odejść
może trochę
nie chciałam zranić
poraniona wezwałam śmierć
wcale NIE UTULIŁA MNIE do snu
o nie
otworzyła moje rany
powlokła pod sąd
rozcięła moje sumienie
i wyjęła z niego
schowaną za pazuchę
małą roztapiającą się w oczach grudę światła
Nadzieję
***
kiedy każda godzina muśnięcia boli
umieram
dostałam enty cios prosto w serce
wytrącił mi kubek z dłoni
roztrzaskał nadgarstki
zbudził przyjazne myśli
i prawdziwych przyjaciół małych metalowych
zadających uśmierzenie
obudziła się we mnie wilczyca
uciekam
żałosna idiotka
z kolanami nad balkonem
zawisłam w bólu
przekłute serce już nie zaśpiewa
my suicide
Nadwrażliwi bądźcie pozdrowieni
***
jak wolno płynie czas
gdy oczy się rozklejają
a ciche brzęczenie wskazówek przecina ciszę
gdy księżyc zamyka okno
otwiera się świat
całej mnie
i mojej bezsenności
***
perfumy rozlały się po podłodze
lustro pękło na dwoje
rozsypały się szklane tabletki
jak wiele wysiłku trzeba
by z pociętej przeszłości
utworzyć nowy wymiar
małe szczęście
Without my wings
chciałabym być pilotem
wieczorem kiedy miasto śni
wyjść z domu
wzięłabym samolot
osnuta dymem okryta
przecięłabym niebo
i nad najpiękniejszą krainą
jaką zobaczę
zabraknie mi paliwa
by zostać tam na wieki
by życie już nie kąsało
***
w szklanej kuli perfekcjonizmu
czołgam się
zgięta pod
poczuciem niewartości
na kolanach
od ściany do ściany
nie mam siły powstawać i rodzić się na nowo
płakać i osuszać łzy nadwątlonym skrawkiem nadziei
który ciągle gubię
nie mam już siły
umierać i krwawić
żalem pisać na szybie deszczu kroplami
cichy krzyk łabędzia naśladowałam
aż przeszedł w mój szepczący głos
nie wiesz ze umierałam
umieram nadal
setki razy każdego dnia
nadzieja nie upada pod podciętymi skrzydłami
niesiona rosą dobija się do bram nieba
tak jej zazdroszczę
bez skrzydeł
ale
silniejsza
zabili moją nadzieją
nosiłam ją w sercu
mój największy skarb ciszy
zrodzony pod słońcem w dniu stworzenia
zabili moją nadzieję
lepiej gdyby mnie zabili
bo bez niej
tak ciężko żyć
Nie wystawiaj mnie na próbę
W lustrze rozbitego szklanego autobusu donikąd
Ulecz moje ramiona bo gniotą nadzieje w duszy
I nie mogę iść dalej
Boże
pod kocem promieni słonecznych zasypiam mnie budzi
księżyc
gubię dni
pochłaniam tabletki na nadzieję
płacze po pustych snach i rankach bez ciebie
skulona z zimna wiara nadzieja miłość
zapomniana w wymiarze świata ziemia pełna niewiary
zaraziłam się nienadzieją
na szczęście mam autoszczepionkę na niemiłość
nie złamię się
Tli się jeszcze nasze ognisko
Nawet nie wiesz ile mi dałeś
Nadzieja
Pełna oczekiwania
Drącymi palcami pisała po niebie
To wtedy żyłam
Jezu Miłosierny
Czy będę potępiona
Krwawą dłoń wyciągam ciepła jeszcze wiara pachnie
nadzieją
Moje ciało tam w dole a ja wyrywam się ku szczęściu
Potępiona ?
płacze się po złych snach po jawach pustych po
marzeniach niespełnionych
pod życiem za ciężkim
po zgubionej nadziei
pod kolejnym upadkiem
nad złem i pod dobrem
po mię dzy
***
Zaklęta pod cichym kocem marzeń śnię
Za oknem wstaje księżyc
Oczy cierpią słono za kilka słów
Rosa na ciernistych różach płacze
Kolce nie zdołały jej obronić
***
Drżą mi dłonie
Niecierpliwe
Wokół twojej filiżanki
Spijam z niej gorzkość szarości dnia
I kłujące osty
A na dnie zbawienie
Tylko czy wytrzymam
***
Ocieram słowa wierzchem dłoni
Z oczu płyną falą niespokojnych smutków
Za dużo ran na moich rzęsach
Płyną ostrą szramą przez kwiaty
Drzemię słodko we śnie tak cicho
księżyc nade mną
śnię
***
zapatrzyłam się na drzewa
osmalone piorunem
silne wiatrem
konary nadłamane
w lustrze liści ujrzałam siebie
osmaloną nadłamaną
słabą wiatrem
***
pogładziłam liście oczyma
przeszłam w półmrok
półkola w moich skroniach pulsują
falą myśli nabrzmiałych
sczerniałych od łez
przeszłam siebie
w sobie
***
zaklęta w c