Gość: Krawat
IP: *.azory.net.pl
21.04.05, 23:39
Niedawno wróciłem z Cervinii i gdy trochę już minął szok przystosowania do
szarej codzienności postanowiłem co nieco napisać dla Tych, którzy
zastanawiają się nad udaniem się na narty w tamte okolice.
Po pierwsze – dojazd. My jechaliśmy w dwa auta i wybraliśmy drogę z Krakowa
przez Cieszyn, Brno, Wiedeń, Graz, Klagenfurt, Tarvisio, Wenecję i Mediolan.
Z powrotem doszła nam droga do Rzymu, aby pokłonić się przed grobem Ojca
Świętego, ale generalnie – od Wenecji - wracaliśmy tą samą trasą. Bez
zbaczania z drogi koszt autostrad we Włoszech to 33 euro w jedną stronę
(jadąc cały czas autostradą), a po jakieś 40 zł trzeba zapłacić za winietki w
Austrii (10 dni) i Czechach (14 dni).Odległość z Krakowa – to jakieś 1500 km.
Oczywiście można jechać też przez Szwajcarię (Chur) lub przez Niemcy i potem
Szwajcarię (autostradą przez Berno). Jednak ten pierwszy wariant jest chyba
najbardziej czasochłonny (za to najładniejszy widokowo), a druga trasa myślę,
że może być porównywalna z naszą czasowo i cenowo (nie płaci się za
autostrady we Włoszech, za to trzeba wykupić winietkę w Szwajcarii i przejazd
tunelem pod Św. Bernardem).
Po drugie – kwatery. Mieszkaliśmy w 6 osobowym apartamencie w Antey St.
Andre. Apartament załatwialiśmy przez Interhome i za 400 zł od osoby mieliśmy
naprawdę b. dobry standard. Jedyna wada to konieczność codziennego dojazdu do
wyciągów (10 km do Valtourneche i 20 km do Cervinii).
No i wreszcie narty Na początek parę uwag generalnych. Jeździliśmy 6 dni
(karnet obejmujący Cervinie, Valtourneche oraz cały rejon Zermatt kosztował
164 euro) mniej więcej po równo po szwajcarskiej i włoskiej stronie, przy
czym trochę lepsza jazda jest wg mnie w Szwajcarii, ale o tym dalej. Nikt nie
sprawdza paszportów na granicy włosko - szwajcarskiej na Testa Grigia. Na
forum często pojawiał się wątek stylu jazdy: carvingowej lub klasycznej. Z
moich obserwacji wynika, że fun-carving przeminął bezpowrotnie, za to 90%
narciarzy jeździ na taliowanych nartach ciętym skrętem. Pozostałych 10% albo
się uczy, albo ma powyżej 70-tki. Generalnie poziom wydaje się wyższy niż w
Dolomitach, głównie za sprawą dobrze jeżdżących Włochów. Poza tym bardzo dużo
jest freeraider’ów, snowboard’owców, trochę ludzi na nartach ski-tour’owych i
garstka telemarkowców. Generalnie, dzięki ogromnej ilości tras, na stokach
nie ma tłoku, a w niektórych miejscach (np. Schwarzsee) jest wręcz odludnie.
Dlatego można oddać się tylko i wyłącznie jeździe, a nie przejmować się
jeżdżącymi obok. Co do liczebności poszczególnych nacji na stokach, to
najwięcej jest Włochów, potem narciarze niemieckojęzyczni i Francuzi, a na
czwartym miejscu – ku mojemu zdziwieniu ze względu na odległość – rodacy.
Ponadto jest sporo Amerykanów. Pogoda była bardzo zmienna. Trzy dni słońca i
pięknej widoczności (w środku pobytu) oraz trzy dni mrozu, wiatru, słabej
widoczności i czasem zamieci. Temperatura na górze (Plateau Rosa) od -5 do -
10o C, a na dole rano (9.00) około 0o C, po południu pewnie z 5o C. W nocy
lekki mrozik. Poza tym na lodowcu często był spory wiatr – nawet do 40 km/h.
Wtedy nie chodziły wielkie gondole jeżdżące na samą górę i żeby przejechać ze
Szwajcarii do Włoch trzeba było męczyć się na dwóch baaardzo długich i
wietrznych orczykach. Śniegu mnóstwo – najwięcej pod koniec pobytu. Trasy
super przygotowane (twarde, ale bez lodu), ale z dwiema uwagami. Pierwsza -
końcówki niżej położonych tras były świetne rano, ale po godz. 14 zamieniały
się w breję. Druga – w przypadku, gdy śnieg padał całą noc i dzień, robiły
się muldy na co trudniejszych trasach, a jazda pozatrasowa też byłaby chyba
trudna, bo świeży śnieg ze względu na wysoką temperaturę był ciężki i mokry.
Stąd też prawie wszystkie trasy freeraidowe (żółte) były pozamykane.
Parę uwag, co do odczuwania wysokości. Na 7-ce różnica wysokości, jeśli
zjeżdża się z Klein Matterhorn’u, wynosi 1800 m i szczerze mówiąc jadąc
szybko miałem lekkie zawroty głowy. Na Plateau Rosa, a tym bardziej na Klein
Matterhorn’ie wysokość była troszkę odczuwalna. Szczególnie było to widać w
czasie przejścia 200 m tunelem wydrążonym w Klein Matterhorn’ie. Generalnie
jednak wysokość zbytnio nam nie dokuczała.
A teraz coś więcej o trasach. Pierwszy dzień (10.04) spędziliśmy głównie w
Valtourneche. Był to ostatni dzień, kiedy wyciągi w Valtourneche działały.
Wyłączona była już i tak „jedynka” poniżej gondolki. Trasy przyjemne czerwone
i niebieskie. Jedynka mimo wyłączenia długa i urozmaicona. Orczyki na samej
górze (12, 5 i 6 też niezłe). Troszkę zdziwiło mnie zamknięcie Valtourneche,
gdyż pomimo dużego nasłonecznienia, trasy były świetnie przygotowane, a
śniegu było mnóstwo.
Traski po stronie włoskiej w Cervinii oceniam jako jednak lepsze niż w
Valtourneche. Siódemka zaczyna się na lodowcu (Plateau Rosa), a kończy się w
samej Cervinii i ma chyba z 10 km. Jest to trasa bardzo zróżnicowana i
ciekawa, raczej dość szeroka. Najlepiej jednak zrobić ją jadąc częściowo
czarną 40-tką (dwie fajne ścianki). Dwie ostatnie ścianki na siódemce płynęły
troszkę po 14, ale wcześniej było super. Druga świetna traska to czerwona 37
(pod krzesłem Lago Goillet). Jest to trasa czerwona, ale bardzo ostra. Są tam
cztery mocno nachylone ścianki i bardzo szybka końcówka – polecam. Poza tym
niezłe trasy to na pewno 6 i 6bis (Bontadini) oraz 3 i 3bis (wszystkie
czerwone).
Przyszła kolej na Szwajcarię, której jedyną niedogodnością była konieczność
powrotu przed 16 do Włoch. Za to pogoda była zawsze lepsza po szwajcarskiej
stronie.
Dwa moje ulubione regiony (nie jeździliśmy na Gornergrat) to Rothorn i
Schwarzsee. Na Rothornie (który niestety wyłączono 16.04) jeździliśmy na
czarnej 13 (Downhill), czerwonej 11 i czarnej 8 (Obere National). 13 – to
miód, a przez to rozumiem trasę mimo, że krótką, to zróżnicowaną (raz
szeroko, raz wąsko i niezłe zakrętasy), twardą, ostrą i bardzo szybką. 11 –
to szczególnie na początku – typowa szeroka trasa carvingowa. Natomiast 8
jest zdecydowanie najcięższa w całym regionie. Ostre ściany, długa i
urozmaicona – polecam, choć dla mnie była bardzo trudna, także dlatego, że
dół (tak jak i 9) był bardzo mokry i miękki (była jednak już godz. 14).
Schwarzsee mogę równie gorąco polecić. Jeździło tam bardzo niewielu ludzi,
którzy koncentrowali się raczej okolicach Trockener Steg. Pomimo, że trasy
zaczynały się na 2500 m to były świetnie przygotowane – pewnie dlatego, że
Matterhorn osłania je od słońca. Jedyna wada – wiatr i orczyk, którym trzeba
tam się podciągać. Czerwona 53 przechodząca w 51 to jedna z najlepszych tras
w regionie. Ostra i urozmaicona – można się na niej nieźle wypuścić. 54
(Hornli) to trudna, dość wąska, ale dobrze przygotowana i ciekawa trasa –
mnie jeździło się na niej świetnie, choć kolanka bolały. Również ciekawa,
choć też dość wąska jest 57 w stronę Furi. Natomiast czarna 62 z Furgg do
Furi trochę rozczarowuje, może dlatego, że bywała trochę miękka. Jest to
jednak na pewno malownicza, ciekawie poprowadzona, choć wąska trasa. Nie jest
za to bardzo nachylona.
Okolice Trockener Steg są również ciekawe, choć najwięcej tam narciarzy.
Orczyki na lodowcu (83 i 84) to szerokie, całkiem fajne trasy do jazdy
carvingowej. Podobny charakter mają pozostałe trasy w rejonie, choć są
oczywiście bardziej zróżnicowane. Najlepsze są chyba czerwone 65,66 i 70 z
Trockener do Furgg. Nieźle wyglądają też 80 (z lodowca w dół) i 71 oraz 72
(Furggsattel – Trockener).
Podsumowując – Cervinia wraz z Zermatt to świetny, urozmaicony teren
narciarski z przewagą tras czerwonych i kilkoma fajnymi trasami czarnymi,
który mogę wszystkim spokojnie polecić. Chętnie tam wrócę, gdyż w 6 dni nie
przejechaliśmy wszystkich tr