Gość: To_Ya
IP: *.ust.tke.pl
26.04.04, 14:48
Dzień 1.
Wstałem jak zwykle ze wschodem słońca i poszedłem na polowanie. Udało mi się
upolować tłustego skunksa. Trochę to śmierdzi, ale za to nie wymaga przypraw.
Po drodze zebrałem jeszcze trochę owoców, oraz wygrzebałem kilka korzonków.
Gdy znalazłem się w jaskini słońce chyliło się ku zachodowi.
Dzień 2.
Wstałem jak zwykle ze wschodem słońca i poszedłem na polowanie. Niestety nic
mi się nie udało złowić, prócz kilku żab.
Też niezłe, ale jak tu wyżywić całą gromadkę? Gdy dochodziłem do jaskini
posłyszałem odgłosy awantury. To, jak zwyle Promateusz lał swoją babę. Ciskał
w nią gałęziami przygotowanymi na ognisko, oraz kamieniami. Nagle odgłosy
ucichły. Promateusz obracał w ręku kamyk zielony, który o włos ominąwszy
jego kobietę odbił się od skały. Kiedy podszedłem bliżej ujrzałem, że kamień
rozłupał się na kawałki, z których jeden posiadał ostrą krawędź. –Wynalazłem
nóż- wrzasnął. --Od tej pory nie będę chodził na polowania, tylko będę
wynalazował różne wynalazki. I już świadomie począł rzucać kamieniami o skałę.
Dzień 3.
Gdy obudziłem się o świcie, ujrzałem przed wejściem do jaskini Promateusza
nad stosem odłamków. –Patrzaj-powiada do mnie- wy leniuchujecie, a ja
wynalazłem motykę, siekierę, a nawet brzytwę.
Dzień 4.
Jak zwykle wstałem o świcie i poszedłem na polowanie, tym razem zaopatrzony w
siekierę i nóż. Upolowałem nosorożca włochatego. Promateusz jako zapłatę za
broń zabrał mi nosorożca, dla mnie pozostał tylko łeb i ogon. Baby przypomocy
Promateuszowych noży skrobały skórę z resztek mięsa i tłuszczu. Najadły się
przy tym niezgorzej.Skó®ę zabrał oczywiście wynalazca. Nie ma głupich-
pomyślałem- sam zrobię sobie nóż i siekierę. Gdy Promateusz zobaczył co
robię, porwał się na mnie z maczugą.- A ty taki-owaki! Jeśli chcesz sam
produkować musisz wykupić licencję!- Za ile? –Za czy czwarte upolowanej
zwierzyny, i połowę innych trofeów. Musiałem na to przystać.
Dzień 5.
Promateusz wypróbował na jednym młodziaku swoją brzytwę. Młodzik wyglądał po
tej operacji jak po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z tygrysem
szablozębnym, ale w samej rzeczy na pysku nie pozostał ni jeden włos. Kiedy o
zmierzchu wróciłem do jaskini zastałem tam istne pobojowisko. Okazało się, że
nasi sąsiedzi z drugiej strony doliny napadli na nas, bo babów było u nich
niedostatek i zamierzali porwać jakąś. A że w jaskini ciemno było, bo
zadeptali ognisko, to macali tylko po gębach i przez pomyłkę uprowadzili
świeżo ogolonego młodziaka. Szkoda go, ale gorzej, że nie ma ognia. Zaczęła
się narada. Nasz wódz Matu, oraz szaman Zalem , stwierdzili: mamy w końcu
wynalazcę, niech wynalazuje ogień.
Dzień 6.
Promateusz wziął w rękę smolną szczapę, wspiął się na skałę, w której
mieściła się nasza jaskinia i trzymał szczapę w wyciągniętej ręce czekając na
ogień z nieba. W końcu rozległ się huk straszliwy szczapa wypadła
Promateuszowi z ręki, ale na szczęście zapaliły się na nim kudły, więc szybko
odpaliliśmy od niego trochę suchego mchu i liści. Walka o ogień dobiegła
końca, podobnie jak mój blog, bowiem siódmego dnia będę odpoczywał, a potem
wszystko zacznie się od nowa.
Dzień 7.
Ja wypoczywałem, ale Promateusz dalej wynalazowywał. Obok wejścia do jaskini
wykuł mniejszy otwór i powiedział, że to będzie telewizja. Matu (nasz wódz)
powiedział, że w dzień to może i być telewizja, ale w nocy radio, bo jak jest
ciemno, to przez tą dziurę będzie tylko słychać. Zalem (szaman) stwierdził,
ze Promateusz jest za głupi na wynalezienie telewizji, więc będzie to po
prostu Window. Od tej pory Promateusz zmienił imię na Bill Rock-Gates.
Dzień 8.
Dzisiaj rano nie wstałem. W ogóle nie potrzebowałem wstawać, bo przez całą
noc snułem się po jaskini słuchając radia, bo cholernie narywał mnie ząb.
Przed świtem zacząłem szarpać za nogę wystającą spod skóry ubitego przeze
mnie onegdaj nosorożca włochatego. Spod skóry wygramolił się niespodziewanie
ów niedawno ogolony młodzik, którego dla jego nieprzydatności do określonych
celów wydalono z konkurencyjnej grupy jaskiniowców, czego za bardzo nie
żałował, bo cóż to byli, pożal się Boże za jaskiniowcy. Zamieszkiwali nad
rzeką w szałasach robionych z gałęzi. Tfu... Wstyd i poróbstwo!... Bill Rock-
Gates był jednak (o czym wcześniej nie wiedziałem) odmiennego zdania i wziął
młodzika na nałożnika. Ale wracam do sedna sprawy. Po chwili wyczołgał się z
barłogu Bill. –Czego?!- warknął, ziewając od ucha do ucha. –Ratuj wynalazco
kochany! Nie mogę już wytrzymać z tym kłem. Pokaż!- odrzekł nieco
udobruchany.–Niedobrze, pokiwał głową z udawaną troską, -niedobrze. Trza by
wydrzeć. Nogi ugięły się pode mną. –Inaczej się nie da? –Możnaby zastosować
leczenie kanałowe... –Mistrzu, błagam, zrób to. Wybudził zatem dwóch osiłków,
o sylwetkach dresiarzy, wytłumaczył im na boku co i jak...Chwycili mnie za
nogi i zanurzyli łeb w kanale kloacznym, który odprowadzał z kąta jaskini
nieczystości. W ostatniej chwili przed zanurzeniem posłyszałem jego
triumfalny okrzyk: -wynalazłem właśnie narkozę! Faktycznie, po krótkiej
szamotaninie zapadłem w głęboki sen. Jeśli przeżyję ciąg dalszy nastąpi.
Dzień 8, około południa
. Zacząłem się wybudzać. Nad moją głową ujrzałem Zalema, z czaszką nosorożca
wypełnioną węgielkami z ogniska, do których dodawał suszonych ziół
zmieszanych z łajnem nietoperza, i gałązką wachlował dymem w stronę moich
nozdrzy. Ta woń była po stokroć bardzie przykra niż zapach narkozy, który po
mojej kąpieli unosił nadal w jaskini. –Budzi się, -usłyszałem szmer głosów.
Do akcji wkroczył teraz Bill. - Rozejść się! Nie przeszkadzać! Wiesz co się z
tobą działo? Potwierdziłem lekkim skinieniem głowy. –A wiesz kim jesteś? –
To_Ya -wycharczałem z trudem. –Boli jeszcze? -indagował Bill. Pokręciłem
przecząco. – A widzicie? –triumfował. –Jestem geniuszem. Możecie na mnie
mówić Gienek. A dla przyjaciół jestem po prostu Gen. Dzień 8, pod wieczór
Podwieczorku nie zjadłem, bo ząb na powrót zaczął boleć jak jasny gwint a na
dodatek gęba spuchła mi jak bania. I wtedy przypomniałem sobie, że mój baba
nazywa się Bania i pochodzi z innego szczepu, mieszkającego za górą i kiedy
ją porywałem widziałem tam piękną młodą czarodziejkę ( było to …ście wiosen
temu, która potrafiła leczyć wszystkie przypadłości. O ile sobie dobrze
przypominam mówili na nią Kaja. Postanowiłem więc udać się następnego dnia do
ich jaskini, oddać im nazad swoją starą, a przy okazji skorzystać z pomocy
Kai.
Dzień 9.
Zaprosiłem swoją starą na wycieczkę. Ucieszyła się okrutnie, koszyk piknikowy
naszykowała włosy pięknie gliną pomazała, do nosa włożyła ubarwioną ochrą
kość gnykową z dzika, a do uszu przywiesiła skorupy z żółwi. -Całkiem nieźle
jeszcze wyglądam, zaczęła się krygować. -Czekaj no ty, -pomyślałem- niech
tylko Gienek wynalezie lustro, to zobaczysz swoje „całkiem” . Poszliśmy. Moja
szczebiotała całą drogę, ani przez chwilę bidula nie pomyślała, „że ostatni
to spacer nasz” Kiedy doszliśmy do rodzinnej jaskini mojej baby, od razu
poszedłem do Kai. Gdy mnie zobaczyła, nieomal zemdlała, skrapiać trzeba było
skronie. Kiedy doszła do siebie zapytałem z poczuciem dumy: -czy aż tak ci
się spodobałem? –Cretino! Imbecile! (w gniewie używała swego ojczystego
języka, ale mowę ludzką również znała). Ty mi się podobasz?! Zemdlałam gdy
zobaczyłam twoją paskudną nadęta gębę. –Sorki- odrzekłem (niech nie myśli, że
nie znam języków dzikich ludów)- ajm wery bolnyj with denti. Zaśmiała się
cicho i rzekła. –Wcale bym na to nie wpadła. Myślałam, ze viagry ci trza…No
rozdziaw gębę! Tak może jeszcze uda się przeprowadzić leczenie kanałowe…-
Kanałowe już miałem robione! Nie pomogło. –Mopkiem rudym?- w jej oku
dojrzałem błysk zaskoczenia. –Nie, rynsztokiem. Ryns