Dodaj do ulubionych

Liebst du, czy tak ?

22.02.07, 20:30
Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' !
Tak opisane są losy Anny Golembiowskiej Mazurki z dziada pradziada w książca
'Dziewczyna z ganku' Kazimierza Orłosia. Książki poleconej przez Tralalę.
Powiedzcie mi jak brzmią dzisiejsze nazwy tych miejscowości co są opisane ?
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Liebst du, czy tak ? 22.02.07, 20:30
      Był sierpień 1920 roku. Anna jedyna córka Golembiowskich skończyła siedemnaście
      lat. Ludzie we wsi mówili, że od Kolna ucieka ruskie wojsko. Polacy ich pobili i
      teraz przyparci do granicy przechodzili na stronę Prus.
      Właśnie tamtego dnia matka Annę posłała po koper na pole. Mieszkali w
      Grunwaldchen, za mostem, przy lesie. Dom był drewniany - stary. Podobno pradziad
      Jedam Golembiowski budował go w 1840. W 1914 roku Horst Golembiowski na dachu
      położył czerwoną holenderkę. Wojska rosyjskie, które wtargnęły na teren Prus
      ominęły Grunwaldchen i drewniany dom ocalał. Dom miał ganek ze schodami i z
      widokiem na ścieżkę do furtki. Dalej widać było leśną drogę. Sosny, dęby,
      brzozy, klony. Aż do Hirschen - las i las.
      Ojciec Anny Horst wrócił z wojny w 1918. Opowiadał żonie i córce, jak szli na
      bagnety z okopów, gdzieś w dalekich krajach.
      I tak sobie spokojnie żyli mając pola, ogródek i oborę w którym pracowali cały
      dzień.
      • rita100 Re: Liebst du, czy tak ? 22.02.07, 20:31
        Anna Gołembiowska skończyła właśnie w czerwcu szkołę w Lindendorf - w budynku z
        czerwonej cegły, nad rzeką. Uczyła sie tam po niemiecku, tylko na pauzach
        rozmawiali prawie wszyscy po mazursku. Podobnie jak w domu, Golembiowscy
        (zwróćcie uwagę na nazwisko - Golembiowsy) rozmawiali po polsku, tym starym ,
        trochę śmiesznym językiem. Annie zdawało się, że polskie słowa są lżejsze, jak
        nasiona dmuchawców i lecą prosto do nieba.
        --
        Wydaje mi się, że autor Kazimierz Orłoś powinien napisać, ze rozmawiali po
        mazursku - no ale okreslenie godki jako słowa lekkie jak nasiona dmuchawców
        pięknie nazwał.
        Idźmy teraz dalej w czas.
        • rita100 Re: Liebst du, czy tak ? 22.02.07, 20:32
          No więc matka Erna tego dnia roku 1920 mówi do Anny:
          - Jidź, dziewce do łogrodu po dylu (koper)!
          Dziewcze rwie koper a tu nagle na ścieżce leśnej zobaczyła Saszę , bosy, w burym
          szynelu i szpiczastej czapce z czerwoną gwiazdą. Dochodził coraz bliżej i bliżej
          , lewą dłoń miał owiniętą brudnym bandażem,
          a oczy modro niebieskie.
          - Diewuszka, nie priniesłaby ty mnie wody, a ? - powiedział i uśmiechnął się.
          Wtedy Anna rzuciła koper i wykrzyknęła "Jezus!" i na matkę woła:
          - Mutti ! Wyjdź zobacz, tam stoi ruski sołdat ! Bolszewij ! - Wo ist Vater ? On
          nas jeszcze pozabija !
          Ale wszystko skończyło się dobrze. Sasza wypił wodę ze studni, obmył się, a
          potem długo rozmawiał z Horsem na ganku paląc papierosy. Długo opowiadali, a
          mówili trochę po polsku, trochę po rosyjsku, a Stary Mazur wtrącał niemiecki.
          I tak Sasza został w ich domu pół roku, a moze miesiąc dłużej...
          • rita100 Re: Liebst du, czy tak ? 22.02.07, 20:33
            Życie toczyło się jak w bajce. Sasza pracowity chłopak był, bardzo pomagał w
            gospodarce, miał humor i lubił śpiewać.... wtenczas wszyscy zbierali się na
            ganku, a Sasza na harmonijce ustnej grał.... i Wołga, Wołga, mat rodnaja.., Oczi
            czornyje, oczi strasznyje..., Kupitie bubliczki... i pripominał ja noczi drugije
            i rodnyje pola i lesa.... i oczi kak iskry slez...
            - Co to jest sleza ? - spytała Anna.
            - Łza. Łezka - powiedział Sasza po polsku.
            Co się dalej stało sami się domyslacie - pokochali się.
            Razem chodzili wszedzie nad jezioro , do lasu i było jak w bajce.
            - Ty moja miłaja, ty moja lubow ! Skaży ty mnie, Anusia, sierdce mojo, ty wied'
            toże mienia lubisz ?
            - Lubisz to znaczy kochasz ? spytała Anna i potórzyła:
            - Liebst du, czy tak ?
            Horst i Erna Golembiowscy widzieli to, nie byli przeciwni, czasami nazywali go
            'bolszewik'. Wszyscy przyzwyczaili się do sytuacji. Żyli spokojnie.
            • rita100 Re: Liebst du, czy tak ? 22.02.07, 20:33
              Sasza opowiada Horstowi i Ernie o swoim życie w Rosji.
              "Otiec moj bywszyj oficer. W czetyrnadcatom gwardiejskom połku służył. W Tule,
              potom w Riazani. Poetomu wospitywałsja ja w kazarmach. Mat' moja choroszaja,
              oczen' choroszaja żenszczina. Tri siestry, dwa bratja. Nu i wsie my popadli w
              biedu !
              Wy nie znajetie, kakaja bieda k nam priszła ? Riewolucyja, wot czto !
              Golembiowski rozlewa do dwóch kieliszków miodówkę własnej roboty, Barenfang
              -'pułapkę na niedźwiedzia', zwaną tak z mocy (spirytus na miodzie z dodatkiem
              cynamonu i goździków)
              Rano Erna i Horst, po Bożym Narodzeniu musieli jechać na kilka dni do chorej
              siostry do Zollernhohe. Młodzi zostali sami na gospodarce. Matka Erna przed
              odjazdem powiedział Annie:
              - Uważaj córko. Pamiętaj, on sobie pójdzie a ty zostaniesz.

              I tak życie toczyło się dalej
              • rita100 Re: Liebst du, czy tak ? 22.02.07, 20:34
                W styczniu 1921 roku Sasza zaczął mówić o odejściu, ze musi wracać do swoich -
                do matuszki Rossiji, do matki, do braci, do ojca. Anna wtedy powiedziała:
                - Będę miała dziecko Sasza.
                - Ja wrócę. Ja wiernus' - powiedział szybko
                - Zostań, zostań, płakała Anna.
                Dlaczego nagle postanowił odejść ? Czy było mu źle ? Już go uznali za swego, za
                kogoś bliskiego, z rodziny. Wiele razy myślała Anna o Saszy jak o przyszłym
                mężu. Czy była naiwna ?
                Rozmawiali jeszcze długo, jeszcze w piątek , a w sobotę Sasza jak się pojawił
                taki i znikł, poszedł, tak jak przyszedł w swoim szynelu i w czapce z gwiazdą.
                Anna stała na ganku kiedy odchodził, za furtką jeszcze się odwrócił i zawołał:
                - Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' !
                • rita100 Re: Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' ! 22.02.07, 20:35
                  Anna bardzo przeżywała to nagłe rozstanie, ciagle mamie mówiła:
                  - Wróci mamo! Wróci na pewno. Wiernus !
                  - Na pewno o nim zapomnisz - powiedziała w końcu Erna - Był bolszewik,
                  pomieszkał, poszedł. Takie jest życie córko.
                  Sasza poszedł w marcu, a we wrześniu urodził się Wilhelm Golembiowski - jego
                  syn, syn bolszewika. Rodziła Anna w izbie połogowej w Hirchen. Golembiowscy
                  cieszyli się z przyjścia wnuka. Mały podobny był do ojca. Nie mówili o tym
                  głośno, ale wszyscy wiedzieli. Rodzice, sąsiedzi i na pewno żartowali za plecami
                  Anny.
                  W urzędzie, w Ukta, zgłosili imiona: Wilhelm Horst. Anna chciała dodać trzecie -
                  rosyjskie: Sascha.
                  "Sascha" ? - zdziwił sie urzednik - Takiego imienia nie ma. Może Stanislaus ?
                  Nazwisko zostawili Golembiowski.
                  Mały Willi rósł, dorastał - od rana słychać było w izbie tupot nóżek i śmiech i
                  wołania: "Mutti, mama, Mutti".
                  Willi bawił się na polach z Erną i Horstem, a Anna siedziała na ganku i czekała
                  na cud.
                  Tak jak wtedy siedziała w sierpniu dwudziestego roku, tak siedziała i
                  dwudziestego drugiego, trzeciego, czwartego, a droga zawsze była pusta.
                  Cud się nie zdarzył.
                  • rita100 Re: Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' ! 22.02.07, 20:36
                    Dopiero w 1925 lub w 1926 przyszedł list z CCCP. Anna pobiegła z listem, usiadła
                    przy stole, wyjęła kartkę... ale ten list był napisany po rosyjsku, bukwami. Nie
                    przeczytała ani jednego zdania tylko pierwsze słowo po polsku "Anusia". Co
                    wyrabiała z listem Anna nie będę opisywać, bo radość na krótko zapanowała.
                    Pojechała z tym listem do Schonfeld gdzie byli uchodźcy z Rosji ale oni nie
                    umieli czytać, popu wstydziła się pokazać. Wróciła do domu i razem ze złotym
                    jego krzyżykiem i starym spiewnikiem - Kancyonałem schowała do szuflady.
                    Żyła Anna dla małego Saszy choć wołała Willi.
                    • rita100 Re: Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' ! 22.02.07, 20:37
                      W 1928 roku Willi poszedł do szkoły w Lindendorf, do tej samej co chodziła Anna
                      i tak samo na pauzach rozmawiał z kolegami po mazursku. Anna teraz czekała na
                      ganku na powrót syna ze szkoły. Bała się o syna, bo przechodził przez las , a w
                      1930 i 1931 roku pokazały się wilki koło Lindendorf.
                      Razu jednego siedząc na ganku i gdy Willi ukończył 14 lat zapytał się o ojca.
                      Wtedy Anna opowiedziała o wszystkim, jak pamieta ostatnie słowa Saszy:
                      - Żdi mieniam ja wiernus' czyli Warte auf mich. Ich komme wieder zuruck.
                      - Jeszcze na niego czekasz ? - zapytał syn
                      - Już nie czekam - powiedziała Anna.
                      W 1936 roku Willi skończył szkołę wynikiem celującym i dziadek Ernest zaczął
                      szukać pracę dla Willego. Udał się więc z wnukiem do właściciela stolarni do
                      znajomego Herr Ludwikowskiego choć trochę wody upłynęło w Kruttinnen Fluss.
                      Został przyjęty. Kiedy miał wracać z pracy Anna znów czekała na ganku.....i
                      patrzyła sie w stronę ścieżki i lasu.
                      cdn
                      • tralala33 Re: Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' ! 22.02.07, 21:59
                        cdn - banda czkać choć ziam co tero bandzie matyjasznie łu Anny.
                        • rita100 Re: Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' ! 22.02.07, 22:04
                          Tak, a czytałaś to Tralala ? Najciekawsze jest żucie po wojnie już w Polsce.
                          • tralala33 Re: Żdi mienia, Anusia, ja wiernus' ! 22.02.07, 22:05
                            Nie, tylko recenzję, dlatego czekam na cdn smile
                            • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 20:37
                              W 1939, we wrześniu, wybuchła wojna z Polakami. O świcie usłyszeli przelatujące
                              samoloty. Drogą przez Hirschen jechały czołgi. Syn Saszy, z kolegami, chodzili
                              patrzeć na przemarsz wojska. Chłopcy z Geunwaldchen stali na rogatkach wsi. A
                              niemieckie wojsko szło i jechało. Roześmiane twarze, a zokien samochodów wołali
                              do dziewczyn: - Kommt mit uns! In den Krieg, in den Krieg !
                              W 1941 Willi sam poszedł do wojska. W marcu wezwanie na komisję do
                              Jahannisburga. Pojechał pociągiem z Ukta, a potem do szesnastego Pułku
                              Grenadierów - Allenstein, Friedrich Wilhelmstrasse. Anna bardzo to przeżywała.
                              Ile razy spojrzała na drogę powtarza:
                              - Żdi mienia, ja wiernus'.
                              "A jednak nie wrócił" - myślała Anna. - Czy teraz Willi wróci ?". Zaczynała
                              modlić się po niemiecku: "Vater unser, der Du bist im Himmel..." I zaraz
                              powtarzała po polsku: "Ojcze nasz...."
                              - Mamo, wrócę na pewno ! Czekajcie na mnie ! - wołał Willi, odchodząc.
                              Obok dziadkowie - Horst i Erna Golembiowscy.
                              • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 20:37
                                W czerwcu zaczeła się wojna z Rosją. Znów maszerowały odziały. Nocą leciały
                                samoloty, jechały czołgi - tym razem na wschód. Anna nie dostawała żadnych listów.
                                - Gdzie jest nasz syn ? - rozmyślała, słuchając komunikatów. - Może spotkali się
                                na drodze i spojrzeli sobie w oczy ?
                                Mijały miesiące, lata. Wojna wciąż się toczyła, choć tu, koło Lindendorf i
                                Grunwaldchen daleka i cicha. Mogło się wydawać , ze jej nie ma. Anna przestała
                                słuchać radia, wiadomości były coraz gorsze. Mówiono o mrozach w Rosji. Spikerzy
                                już krzyczeli, a nie zachłystywali się słowami. Coraz mniej było zwycięstw. Od
                                wnuka nadal nie było listu. Przepadł jak kamień w wodzie. Może był pod
                                Stalingradem ? Dziadkowie siedzieli również przygnębieni. Horst nie mając
                                apetytu ciągle powtarzał:
                                - Oni przegrają. Już przegrali , a my nie mamy dokąd pójść. Lecz życie się toczy
                                dalej już w niepewności, a na ganku dalej stoi Anna i .....
                                • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 20:38
                                  W styczniu 45 roku przybiega sąsiadka Dombrowska i woła od progu, ze muszą sie
                                  ewakuować, ze jest rozkaz - wszyscy rano mają sie wstawić w Lindendorf. Stamtąd
                                  pójdą na zachód. Wojsko bedzie ich osłaniać.
                                  - Szykujcie się - mówiła - Rosjanie są blisko.
                                  Horst Golembiowski od razu powiedział, że nigdzie nie pójdą - W taki mróz ?
                                  - To chcecie, żeby was Rosjanie pozabijali ? - krzyknęła dambrowska.
                                  - Zamarznąć na śmierć czy zginąć od kuli to wszystko jedno, kobieto - powiedział
                                  Horst.
                                  Erna wahała się: - Wszyscy idą. My też chodźmy.
                                  Dopiero Anna poparła ojca: - Nigdzie nie pójdziemy! Trzydzieści stopni mrozu,
                                  matko, wiesz co to znaczy ? Iść w poniewierkę, w nieznane ?
                                  Rozmawiali z Dombrowską po niemiecku, a następnego dnia z ganku widzieli, jak
                                  ludzie z Grunwaldchen odchodzili. Słychać było ryk bydła, krzyki. Czarny wąż
                                  sań. Szczekały psy w opuszczonych zagrodach.
                                  W południe Anna wyszła na most popatrzeć na opuszczoną wieś. Zostali tylko
                                  starzy, młodzi poszli.
                                  - Rosjanie też ludzie - mówiła starsza kobieta. Syn i synowa młodzi, a mnie
                                  gdzie takiej starej, kalece iść ? Lepiej od razu siąść na śniegu i czekać na śmierć.
                                  Kiedy wracała dogonił ją pies z urwanym łańcuchem.
                                  Ty biedaku... - powiedział - i razem wrócili do domu czekać na dalszy rozwój
                                  sytuacji.... dalej czekać....
                                  • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 20:40
                                    Przez dwa dni było cicho. Dopiero w niedzielę, pod wieczór usłyszeli ryk
                                    motorów. Anna wyleciała na ganek i patrzy... Drogą od strony lasu, jechały
                                    ośnieżone czołgi, jechały w stronę mostu. Jeden z ostatnich czołgów skręcił
                                    nagle z lufą wymierzoną w dom. Anna widziała jak klapa na obrotowej wieży unosi
                                    się. Z wnętrza czołgu zaczęli wyskakiwać Rosjanie.
                                    Dlaczego nie uciekła ? Nie schowała się ? Moze pomyślała, ze to Sasza przyjechał
                                    czołgiem - po tych dwudziestu latach - i zaraz do niej podbiegnie ? W czapce z
                                    czerwoną gwiazdą ? Błysną białe zęby, zobaczy niebieskie oczy.
                                    "Anusia ! - zawoła - eto ja, twoj Sasza !"
                                    Ale żaden z trzech czołgistów nie przypominał Saszy.
                                    Pierwszy rozkraczył się i zaczął sikać na gąsienicę czołgu. Drugi zatoczył się
                                    bo był pijany. Trzeci skakał za nim głośno sie śmiejąc. Ten co był pijany zaczął
                                    iśc w stronę furtki i zaczął wołać:
                                    - Wodka jest ? Wodki pryniesi ! Bystrej, bystrej , żenszczina !
                                    - U nas niet wodki - powiedziała Anna cicho.
                                    A wtedy Rosjanin chwycił ją i doszli inni czołgiści
                                    i ..... straciła przytomnośc. Pies zastrzelony, Horst Golembiowski pobity kolbą
                                    pistoletu
                                    Takie było powitanie. " Tak kamraci twojego Saszy nas powitali!" - mówiła po
                                    latach Erna, wspominając styczniowy dzień.
                                    Póżniej, przez kilka miesięcy Anna chowała sie w piwnicy.
                                    Stanęli obozem w opuszczonej wsi. Spalili dom Sitków. Zastrzelili starego
                                    Cieślika, a Anna wieczorem wychodząc z piwnicy stawała na ganek i patrząc na
                                    dachy domów w oddali i ogniska, słuchała, jak Rosjanie śpiewają:
                                    "Pust' jarost' błagorodnaja.., Wołga, Wołga, mat' rodnaja..."
                                    Pieśń o Wołdze przypominała Annie Saszę.
                                    Anna i ganek... nieodłączna para
                                    • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 20:41
                                      Powoli zaczęli też wracać ci, którzy przeżyli wędrówkę przez lasy w
                                      trzydziestostopniowym mrozie., w śnieżycach i zaspach. Na północ, w stronę
                                      Zalewu Wiślanego, gdzie podobno czekały statki. Ale statków nie było - czekała
                                      tylko śmierć. Dopiero wtedy ci, ktorzy przeżyli, zaczęli zawracać. Kryli się
                                      przed Rosjanami w lasach. Przychodzili rodzinami - wpierw jedna, potem druga,
                                      potem trzecia. Anna z ganku widziała w nocy coraz więcej dymów nad dachami za
                                      rzeką. A oni wchodzili do zdewastowanych i opróżnionych domów. Sprzątali kał,
                                      brodzili w rozbitym szkle itd...
                                      Zapłakana Dombrowska opowiedziała Golembiowskim, co przeżyła.
                                      - Dobrze zrobiliście, żeście zostali - mówiła
                                      - Dobrze ? - zamyśliła sie Anna.
                                      - Ale ! Żyjecie ! - krzyknęła Domrowska - A ilu nie przeżyło ? Ilu pomarło ?

                                      Rosjanie odeszli po trzech miesiącach. Wtedy przyszli Polacy. Anna dalej stoi na
                                      ganku i czeka na syna.
                                      • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 20:42
                                        Jest już po wojnie. Anna czeka na powrót syna. O Saszy już prawie nie myślała,
                                        ale myślała o synu: Czy go jeszcze zobaczy ? Przez wszytkie lata wojny i po
                                        wojnie nie dostali żadnego listu, kartki. Nikt nie widział młodego
                                        Golembiowskiego. Starzy Golembiowscy dawno stracili nadzieję.
                                        "Ty, córko - mówił Horst - nie licz, ze go jeszcze zobaczysz. Trzeba zrozumieć
                                        wyroki boskie. Anna milczała i czekała, codziennie stojąc na ganku domu.
                                        Tyle lat minęło, tyle wody upłynęło w Kruttinnen Fluss.
                                        Dochodzimy już do roku pięćdziesiątego.
                                        cdn
                                        Przed noma eszcze mocka łopoziadania.
                                        • tralala33 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 23.02.07, 21:35
                                          Anna czka cieprśliwie tak i mym poczkamy - na ciąg dalszy.
                                          • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 24.02.07, 20:54
                                            Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie!
                                            Był rok 1950. Co drugą niedzielę, jak przed wojną, jeździli na nabozeństwo.
                                            Pastor przyjeźdzał z Nidy. Zjeżdzali Mazurzy z odległych wsi: z Gałkowa,
                                            Krutyni, Zgonu, Cierzpięt, Iznoty, Dobrego Lasku. Polskie nazwy, których musieli
                                            się uczyć - podobno stare, mazurskie - śmieszyły Annę. Były jak mazurski jezyk,
                                            którym rozmawiali w domu. Lekkie, jak wzięte z powietrza. Także nazwiska pisali
                                            inaczej - przez te wszystkie 'ą', 'ę', 'ć', 'sz'. 'ł'. Szeleściły w ustach.
                                            W kirsze, po nabożeństwie, zawsze stawiała świeczkę przed figurą Jana Apostoła.
                                            W intencji powrotu syna. Modliła się żarliwie ze starego Kancyonału, z
                                            królewieckiej drukarni, z roku 1815. Dostała Kancyonał pruski od matki, gdy
                                            skończyła piętnaście lat, w dniu konfirmacji. Erna zaś dostała go od babki
                                            Maryi, a babka od prababki - Augusty. Czarna okładka pachniała kredensem. Litery
                                            były niemieckie, ale słowa polskie. Niektóre stronice kruszyły się na brzegach.
                                            Święte obrazki wypadały spomiędzy kartek."

                                            Przytaczam tak szczegółowy fragment by zwrócić uwagę na ten właśnie Koncyonał ,
                                            ponieważ żywot jego też jest ukazany w tej opowieści w jednej rodzinie mazurskiej.
                                            • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 24.02.07, 20:54
                                              Czasem, gdy zła pogoda , zwłaszcza zimą Gołębiowscy (tak już sie nazywali - 'ę'i
                                              'ł') zapraszali sąsiadów na wspólne śpiewanie i modlitwy. Śpiewali zgodnie z
                                              koncjonałów, które przynosili ze sobą. Później Horst wygłaszał naukę, a
                                              wieczorem wszyscy sie rozchodzili.
                                              Na nabożeństwa niedzielne przestali jeździć zupełnie , bo w latach 1954-55
                                              katolicy zabrali luteranom kirche.
                                              Horst i Erna siedzieli już w domu, a Anna sama zaczęła chodzić do kościoła -
                                              cztery kilometry przez las. Zawsze po mszy, w pustej świątyni, modliła sie o
                                              powrót syna. W bocznej nawie, w dawnym miejscu, nie było już figury Jana
                                              Apostoła. Modliła się do Matki Boskiej w złotej koronie, z małym Panem Jezusem
                                              na ręku.
                                              • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 24.02.07, 20:55
                                                Przez te wszystkie powojenne lata żyli Gołębiowscy na swoim, jak dawniej. Może
                                                nawet lepiej, założyli elektryczność. Na drodze przez Zielny Lasek położyli
                                                asfalt. Dwa razy dziennie jeździły autobusy - do Niedy, do Mrągowa. Do Anny
                                                przyjeżdzał i prosił na tańce ją młynarz Fryc Grodecki. Niestety mimo namowom
                                                rodziców, by nie została sama kiedy oni pomrzą , Anna wybrała czekanie i stanie
                                                na ganku.
                                                Rodzice sie starzeli. Ojciec, póki mógł, uprawiał pole. Sadzili ziemniaki, siali
                                                owies i grykę. Trzymali jak dawniej, konia, krowę, kury, kaczki, gęsi. Na Annę
                                                spadało coraz więcej obowiązków. Ojca łapały skurcze łydek, bolały stawy i
                                                zaczął chodzić o lasce. Erna chorowała na serce. Nie starczyło polskich
                                                pieniędzy na lekarstwa.
                                                • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 24.02.07, 20:57
                                                  W 1955 roku po raz pierwszy gościli letników z Warszawy.
                                                  Anna i rodzice wstydzili sie rozmawiać po mazursku, między sobą rozmawiali po
                                                  niemiecki. Polacy z Warszawy mówili inną polszczyzną coś w rodzaju: kląskania,
                                                  stukania młoteczków, pogwizdywania. Szmery i szept. Mowa niemiecka była twarda:
                                                  równa , głośna, jak marsz wygrywany przez orkiestrę w czasie parady.
                                                  Warszawianka opowiadała o wojnie, o tej wojnie , którą mazurzy nie znali o
                                                  zburzeniu stolicy, o obozach, o polskich żydach, o powstaniu warszawskim , o
                                                  kuzynce rozstrzelanej w ciąży przez Niemców.
                                                  Anna słuchała z niedowierzaniem. Bała sie opowiadać o Rosjanach.
                                                  Pieniądze , które zarobili na letnikach wydali na lekarstwa dla Erny. Ale
                                                  lekarstwa nie pomogły wiele. Erna słabła coraz bardziej. Przed świętami Bozego
                                                  Narodzenia położyła sie do łóżka. Umarła w Nowy Rok.
                                                  - Ojcze, matka umarła - pobiegła Anna do obory.
                                                  - Wracaj. Pomódl się za jej duszę. Ja przyjdę ino.
                                                  Tak pożegnali matkę.
                                                  Sam Horst umarł kilka miesięcy później. Anna pochowała oboje rodziców w 1959.
                                                  Matkę w styczniu, ojca w czerwcu.
                                                  I dalej czekała....
                                                  • rita100 Re:Mamo, wrócę na pewno! Czekajcie na mnie! 24.02.07, 20:58
                                                    Od 1956 , a potem w latach sześćdziesiątych wielu sąsiadów z Zielonego Lasu i z
                                                    innych wsi wyjeżdzało do Reichu. Ludzie mówili , ze już złożyli papiery na
                                                    wyjazd. Tam w Niemczech mieli krewnych. Inni liczyli na lepsze zycie - dostawali
                                                    listy od tych, którzy już wyjechali, a teraz pisali żeby jechać za nimi.
                                                    Dąbrowska przychodziła do Anny wiele razy namawiając na wyjazd.
                                                    - Co tu bedziesz robić sama ? Wszyscy wyjeżdzają. Polacy kupią od ciebie ten dom.
                                                    Anna mówiła, ze czeka na syna.
                                                    - Ty, Anno, wierzysz jeszcze, ze on wróci ?
                                                    Anna milczała i ciągle na ten ganek wychodziła.
                                                    Ludzie powyjeżdzali, dużo ludzi wyjechało, ale nie Anna.
                                                    Anna czekała....
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 24.02.07, 21:01
                                                    I doczekała się....
                                                    Wyszła Anna do ogródka po koper jak w dwudziestm roku. Grzało słońce -
                                                    sierpniowy dzień. Zerwała koper z grządki, wyprostowała się i widzi sylwetkę
                                                    człowieka na drodze. Mężczyzna zbliżał sie powoli, niósł w ręku drewnianą
                                                    walizkę, prawą dłoń miał owiniętą brudnym bandażem, szedł lekko utykając.
                                                    Serce Anny mocno zabiło.
                                                    Stali chwilę, patrząc na siebie przez płot, póki obcy sie nie odezwał:
                                                    - Mutti, erkennst du mich ? i I zaraz powtórzył: - Matko czy mnie poznajesz ?
                                                    Stali przez chwilę nieruchomo, a potem.... sami już wiecie, radość, łzy i długie
                                                    , długie opowiadania przy stole.
                                                    Anna opowiadała o Horsie i Ernie o ich śmierci, ale nie mogła się doczekać
                                                    opowieści Willego - mów synku.
                                                    Czekaj, czekaj, powoli wszystko sie dowiesz, mów synu !
                                                    Willi machnął ręką:
                                                    - Nawet gdybym opowiadał przez całe zycie, wszystkiego ci nie opowiem. Nawet
                                                    gdybym opowiadał do samej śmierci, wszystkiego matko nie usłyszysz !"
                                                    Anna patrzyła na zmienioną twarz syna - jakby Willi i nie Willi siedział przed
                                                    nią. Na starym miejscu, w drewnianej kuchni. Nie miał dwóch zębów z przodu -
                                                    mówił przez to inaczej, jakby z poświstem. Jasne włosy pociemniały, zrzedły,
                                                    przy ustach bruzdy. Blady i mizerny. Tylko oczy zostały jak dawniej - niebieskie.
                                                    - Synu - powiedziała - takam szczęśliwa. Myślałam, ze już cię nie zobaczę. Chyba
                                                    ten Jan Apostoł i te świeczki, com paliła przed figurą, pomogły.

                                                    Gdzie był tak długo Willi ? - już dalej opowiadamy.
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 24.02.07, 21:05
                                                    Willi był pod Moskwą, potem pod Leningradem. W 1943 trafił do niewoli. Osiem lat
                                                    przesiedział w 'kacetach', jak mówił. Na Dalekiej Północy. - Przenosili nas z
                                                    obozu do obozu. Nawet trudno było spamiętać, jak sie nazywały.
                                                    Gdy wyszedł z łagru trafił na budowę kolei w stepie. Wtedy zaczął pisać podania
                                                    o zezwolenie na powrót. Dostawał odmowy, pisał znów. Po siedmiu latach zgodzili
                                                    się, ale wtedy miał wypadek: z dźwigu spadła deska na lewą stopę. Trafił do
                                                    szpitala - sześć miesięcy przeleżał w rosyjsckich 'bolnicach'. Wdała sie
                                                    gangrena, chcieli amputować nogę.
                                                    - To było szczęście w nieszczęściu - mówił - że jeden lekarz nie pozwolił.
                                                    Aleksander Siergiejewicz, dobry człowiek. Sasza. Doktór Sasza. On mnie uratował.
                                                    - Sasza ? - spytała Anna
                                                    - Obcieli tylko trzy palce - powiedział Willi.
                                                    Zamyślili się wszyscy.
                                                    - Sasza ? - westchnęła - Mein Gott ! Naprawdę Jan Apostoł nad tobą czuwał.
                                                    Pod wieczór poszli na cmentarz. Cmentarz był mały, zarośnięty. Stare płyty
                                                    posarzały, niektóre zapadły się w ziemię. Mech pozarastał napisy. Tylko dwa
                                                    jasne kopce, usypane z piasku, świeciły pośrodku. Na drewnianym krzyżu, miedzy
                                                    grobami Anna przybiła blaszaną tablicę:
                                                    "Meine lieben Mutter und Vater - Erna und Horst Golembiowski. Niżej były daty:
                                                    urodzili się - zmarli.

                                                    A jak myślicie, ze Anna jest już szczęścilwa z powrotu syna i już nie bedzie
                                                    czekała to się mylicie, losy ich jeszcze się na tym nie skończyły.
                                                    Czekanie było wpisane Mazurce do końca życia.
                                                    Do poniedziałku Tralala - wytrzymasz ?
                                                    Wspaniałe to opowiadanie o Mazurce. Znalazłam w tym i swój wątek z tego samego
                                                    czasu mimo , ze nie dotyczy prawdziwych Mazurów, a losy jednakowe.
                                                  • tralala33 Re: Mutti, erkennst du mich ? 24.02.07, 22:34
                                                    Wytrzymam smile
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 26.02.07, 20:51
                                                    Tralala idziemy dalej z tą historią
                                                    Po powrocie syna kilka lat było szczęśliwych. Willi nie chciał wyjechać do
                                                    Reichu. Dostał pracę w tartaku w Nidzie. Za pieniądze zarobione po pierwszych
                                                    trzech miesiącach kupił sobie rower i dojeżdzał na nim do pracy. Dwanaście
                                                    kilometrów w jedną stronę - codziennie. Zimą wstawał o piątej, wracał o szóstej.
                                                    U dentysty w Nidzie wstawił srebrne zęby - świeciły kiedy się uśmiechał.
                                                    Minęło sześć lat od powrotu z niewoli. Anna i Willi mieszkali w drewnianym domku
                                                    we dwoje. Dopiero w 1965 przywiózł narzyczoną, Kurpiankę, znajomą z tartaku.
                                                    Pracowała w księgowości. Była to Helena z rodziny Polaków, którzy w 46-ym
                                                    przyszli zza granicy. Jej krewni mieli gospodarkę koło Myszyńca.
                                                    Jak widziała Anna swoją przyszłą synową ?
                                                    Zobaczmy
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 26.02.07, 20:52
                                                    Annie nie spodobała sie przyszła synowa. Odzywała sie pierwsza - nie pytana.
                                                    Śmiała się głosno, wymalowana od góry do dołu. Pantofle na obcasach. Przyjechała
                                                    w krótkiej spódnicy i w przezroczystej bluzce.
                                                    Wysiadywali często na ganku, kiedy Anna była milcząca, a syn z Helą śmiali się
                                                    jak określa Anna perliście z czegoś czego Anna nie rozumiała. Willi patrzył na
                                                    Helę jak dawniej Sasza na Annę.
                                                    Ślub odbył się po roku - w lipcu w Nawiadach. Po Annę przyjechali rodzice panny
                                                    młodej - najbogatsi gospodarze, Gołębie. Ludzie śmieli się podobno, ze
                                                    Gołębiowski bierze sobie Gołębiankę. Starzy serdecznie zapraszali na wesele.
                                                    Ojciec Heli szeroko rozłożył ręce jakby chciał wziąść Annę w ramiona:
                                                    - No nie zrobicie nam tego, żeby na weselu syna nie być, kochana pani matko !
                                                    Anna chciała sie wymówić, prosiła żeby Willi wytłumaczył jej nieobecność. -
                                                    Kosciół tak, na nabożeństwo pójdę, ale na weselisko nie mam ochoty, synu. To
                                                    inny świat, inni ludzie. Popiją się i pobiją. Jak to Polacy, wiesz.
                                                    - Nie mów tak, matko - prosił. - To dobrzy ludzie. Są inni, ale przecie
                                                    zwyczajni. Jak my, jak ci, co wyjechali.
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 26.02.07, 20:53
                                                    Anna w końcu ustąpiła. W granatowym żakiecie po Ernie wysłuchała mszy, a potem
                                                    tłumiąc płacz, patrzyła jak Willi z Helenką uklękli przed ołtarzem.
                                                    Ślub odbył się w dawnej kirsze, którą Anna pamiętała sprzed wojny.
                                                    Później na weselu, było tak, jak sobie wyobrażała. Tłum weselników. Przyjechali
                                                    krewni z pod Myszyńca, z Kadzidła, Kolna, Ostrołęki. Siedzieli przy zastawionych
                                                    stołach w sadzie. Słyszała naokoło coraz większy gwar, śmiech, toasty. Lała się
                                                    wódka, piwo i wino. Był rosół z makaronem, barszcz, kotlety schabowe, bigos.
                                                    Torty, ciasta, kompoty.
                                                    Grała wynajęta orkiestra, ze skrzypkiem w czerwonej kamizeli, który przerywał co
                                                    jakiś czas - unosił smyczek, opuszczał skrzypce, postępował krok do przodu i
                                                    śpiewał "Moja luba, ja cię kocham..", "O mnie się nie martw, o mnie sie nie
                                                    martw, ja sobie radę dam..." lub "Jest jedno słońce, co jasno świeci...".
                                                    Spocony Willi, w rozpiętej koszuli, z przekrzywionym krawatem, podchodził czasem
                                                    do matki:
                                                    - Mutti, uśmiechnij się. Nie siedź taka smutna ! Zatańcz ze mną ! Na, tanz mal
                                                    mit mir! - prosił po niemiecku.
                                                    Anna nie chciała tańczyć, Willi wziął ja za rękę i pociągnął. Tańczyli między
                                                    stołami, na klepisku, z którego unosił się kurz.
                                                    - Hej, ha, uhuuu! - wołał pijany teść Willego. Unosił rękę. Chciał robić
                                                    prysiudy, jak w kozackim tańcu, ale tylko potknął się i upadł. Ona także nie
                                                    upadła. Goście śmieli się. Kilku młodych podbiegło by podnieść starego Gołębia.

                                                    Popatrzcie , jaka zbieżnośc też nazwisk Gołąb i Gołębiowski.
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 26.02.07, 20:54
                                                    Ślub odbył się w sobotę, a od poniedziałku nowożeńcy zamieszkali w drewnianej
                                                    chatace razem z Anną w Zielonym Lasku. Anny dni się skończyły. Helena zaczęła
                                                    wprowadzać nowe porządki w domu, w kuchni, w pokojach nawet w oborze. Helena
                                                    gotowała Willemu same tłuste potrawy - żur, barszcze, rosoły, zarzynała kury nie
                                                    pytając się Anny. Do pracy jeździli razem. W litopadzie poszła rodzić. Córce
                                                    dali imię po prababci - Erna.
                                                    Willi uprosił Helene, bo ta chciała dać Monika, Mariola czy Patrycja. Mówiła:
                                                    - Co mnie twoja prababcia obchodzi ?
                                                    Ale w końcu ustąpiła.
                                                    Anna opiekowała się wnuczką przez kilka lat. Drewniany dom był znów pełen tupotu
                                                    dziecięcych nóżek. Dzieki małej Ernie Anna czuła się dobrze , jeszcze gotowała
                                                    obiady dla wszystkich, doiła krowy, karmiła kury, gęsi , kaczki, prała ,
                                                    sprzatała, prasowała.
                                                    Syn i synowa wracali późno. Potem w domu zaczeły sie awantury, krzyki, ciągłe
                                                    pretensje o byle co. Helena była kłótliwa, a Willi wtenczas wychodził z pokoju,
                                                    Anna usuwała sie z kuchni.
                                                    Żyli biednie, pensje ledwo starczyły, później doszły wydatki na Ernę. Mała Erna
                                                    poszła do pierwszej klasy w Lipowie, do tej samej izby gdzie siedemdziesiąt lat
                                                    wcześniej niemieckiego uczyła się babka. Anna dużo opowiadała wnuczce Ernie o
                                                    swoim dawnym życiu.
                                                    Życie toczyło się dalej.....

                                                    I przejdziemy do roku 1982, warto poczekać, bo to ksiązka jak wspomniałam o
                                                    czekaniu.
                                                  • tralala33 Re: Mutti, erkennst du mich ? 26.02.07, 21:04
                                                    Poczekam, w końcu i tak całe epoki w kilka dni przemierzamy.
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 26.02.07, 21:12
                                                    A zauważyłaś, ta nagła zmiane tradycji i chyba to , ze młode pokolenie w postaci
                                                    Willego szybko się zaasymilował . Ciezko było straszym ludziom pogodzić się z
                                                    taką sytuacją babcia, prababcia, matka wychowana w innych warunkach,
                                                    niemieckich, a tu nagle i nowoczesnośc wkracza i muzyka nie marszowa , a
                                                    dyskotekowa, i magnetofony i przekleństwa nawet inne. Może i zwykła radość ludzi
                                                    w tych czasach, odbudowywania Polski - bo pamietasz, nawet na filmach i w
                                                    piosenkach ta radość była widoczna , entuzjazm, wiara i ochota - dopiero
                                                    później.....
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 27.02.07, 20:25
                                                    W roku 1982, kiedy cukier był na kartki, a na chleb trzeba było czekać kilka
                                                    godzin pod sklepem, Willi powiedział, że chcą wyjechać. Przez ostatnie lata
                                                    zestarzał się, zgorzkniał, zmienił. Czasem wracał podpity z tartaku. Z Heleną
                                                    kłócił sie coraz częściej - synowa używała wulgarnych słów.
                                                    Anna miał już siedemdziesiąt osiem lat i używała już laskę. Wychodziła na ganek,
                                                    siadała i patrzyła w las.
                                                    Gdy Helena zasypiała lub oglądała telewizję ('Junost'), który był włączony od
                                                    rana do wieczora Anna na ganku rozmawiała z Willim po niemiecku.
                                                    Anna pytała, dlaczego chcą wyjechać. Teraz, po latach, gdy ludzie w jego wieku
                                                    nie powinni zaczynać od nowa ?
                                                    Willi skończył sześćdziesiąt lat ! Mówiła o starych drzewach, których nie należy
                                                    przesadzać i stanowczo oświadczyła , ze z nim nie pojedzie. Chcę umrzeć w
                                                    drewnianym domu - tutaj, w Grunwaldchen.
                                                    Willi słuchał słów matki i milczał. Czasami tylko powtarzał: "Musimy wyjechać,
                                                    matko. W tym kraju nie ma życia!"
                                                  • rita100 Re: Mutti, erkennst du mich ? 27.02.07, 20:25
                                                    Kiedy tak zasiedzieli sie do późna. Noc była ciepła, sierpniowa. Wiatr
                                                    przywiewał zapach łaki. Szeleściły liscie jabłoni.
                                                    - Co mamy tutaj z życia ? - pytał Willi. - Tam na zasiłkach będzie nam lepiej. A
                                                    jak dostanę żołnierską rentę, to ho, ho ! Mercedesem przyjedziemy po ciebie ,
                                                    matko !
                                                    - Skąd wiesz, ze ci dadzą ? - spytała Anna.
                                                    - Wszyscy tak mówią. Kuzynka pisała do Heli.
                                                    To wtedy Anna zrozumiała, ze Helena namówiła jej syna na wyjazd. Nieraz
                                                    wspominała tych co wyjechali. Chwaliła kuzynkę, siostrę cioteczną - i jej męża
                                                    za to, że zdecydowali się wyjechać. Mówiła o pieniądzach, które byli żołnierze
                                                    Wehrmachtu dostają. Podobno za wszystkie lata wstecz. Dużo pieniędzy. Dużo marek !
                                                    Milczeli długo. Potem Anna jeszcze raz powiedziała o starych drzewach: - Uschną,
                                                    gdy przesadzisz. Co będziesz robił wśród obcych ? Ten twój Wagen to nie
                                                    wszystko, synu !
                                                    - Wśród obcych ? - powtórzył Willi. - Matko, tam żyje dużo kamratów, są związki
                                                    żołnierzy. Jeszcze nas kilku zostało, co byli pod Moskwą !
                                                    Znów zapachniało łąką, zegar wybił dwunastą. Nagle usłyszeli dudnienie po
                                                    schodach, to Helena w koszuli nocnej wyleciała na ganek:
                                                    - Długo jeszcze bedziecie tak szprechać ? Spać, spać, gaduły !
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 27.02.07, 20:27
                                                    Wyjechali we wrześniu 1982 roku. Mała Erna została pod opieką babki. Kończyła 17
                                                    lat tyle co Anna w dwudziestym roku. Rodzice mówili, ze jak sie urządzą -
                                                    dostaną mieszkanie, ojciec rentę - wrócą po córkę. Teraz niech się uczy. Erna
                                                    zaczęła jeździć do liceum hotelarskiego w Sansburgu, jak nazywała Mrągowo babka.
                                                    Nastał dzień wyjazdu.
                                                    Anna, Willi, Helena i młoda Erna. Czekali na taksówkę. Taksówka przyjechała,
                                                    Willi zaczął nosić bagaże.
                                                    Helena żegna się z babką:
                                                    - ty, babciu, zapomnij, co było złego. Tylko o dobrych dniach pamiętaj! -
                                                    zaśmiała sie po swojemu perliscie.
                                                    Anna ucałowała synową. Syna pobłogosławiła znakiem krzyża. Młoda Erna rzuciła
                                                    sie na szyję ojca. Nie chciała puścić.
                                                    - No już dosyć, dość ! Przecież wrócimy po ciebie. Będziemy znowu razem - mówił
                                                    Helena zawołała:
                                                    - Willi jedziemy! Późno !
                                                    Wsiedli. Trzasnęły drzwi, kierowca zatrąbił i pojechali.
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 27.02.07, 20:29
                                                    Życie w domku drewnianym stało się jakby spokojniejsze. Mniej obowiązków.
                                                    Została tylko babka Anna i dorosła już prawie Erna. Tak jak dawniej Anna
                                                    siedziała na ganku i wyglądała na powrót wnuczki. Czy juz biegnie drogą przez
                                                    most ? Niby była wesoła, pogodna jak zawsze, ale tęskniła pewno do matki i ojca.
                                                    - Co z nami bedzie, babciu ? - spytała kiedyś.- Czy oni tu wrócą ?
                                                    Czekały na listy. Pierwszy przyszedł po miesiącu do Erny:
                                                    "W pierwszych słowach pozdrawiam cię i całuje, moja córeczko - pisała Helena. -
                                                    Mieszkamy jeszcze w obozie dla przesiedleńców
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=199
                                                    ale czasem chodzimy do miasta Erlangen. Ojciec już spotkał znajomych z niewoli.
                                                    Niedługo złoży papiery o rentę." Na koniec synowa życzyła zdrowia teściowej.
                                                    Obiecywała przysłać paczkę, a na wiosnę przyjadą po córkę.
                                                    - Babciu - powiedziała Erna - ja wolę zostać. Mnie się tu podoba.
                                                    Wtedy Anna podniosła się przytrzymując się laski i ucałowała Ernę w czoło.

                                                    Willi nigdy nie napisał po wyjeździe. Nawet wtedy gdy Anna podyktowała wnuczce
                                                    list po niemiecku do syna.
                                                    "Nie proszę, zebyś myślał o mnie, ale pomyśl o dziecku. Jak umrę, Erna zostanie
                                                    sama" I tak dalej. Powracało pytanie, ktore przez całe życie sobie zadawała:
                                                    "Werde ich dich noch mal sehen ?" - Czy jeszcze ciebie zobaczę ?.
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 27.02.07, 20:31
                                                    Po trzech latach Erna skończyła liceum hotelarskie. Zaczęła pracować w
                                                    restauracji w Mojtynach. Jeździła rowerem dwanaście kilometrów jak dawniej Willi
                                                    do tartaku. Anna czekała na wnuczkę na ganku.
                                                    Coraz rzadziej chodziła do sklepu. Kuśtykała wolno, podpierając się laską - w
                                                    czarnej spódnicy i czarnej chuście na głowie. Szła po chleb lub cukier często
                                                    się potykając omal nie upadając. Oczy coraz częściej zaczęły przesłaniać się
                                                    mgłą. Nieznajomi ludzie prowadzili sklep w domu po Dąbrowskich. Pachniało
                                                    jabłecznym winem, mężczyźni pili i smali się głośno, mówili słowa wulgarne.
                                                    Postukując laską torowała sobie drogę..... a ludzie powtarzali:
                                                    "Stara Niemra przyszła"
                                                    Kiedy wracała z zakupów szła do drewnianego domu, siadała na ganku. Tak mijały
                                                    dni, miesiące i lata.

                                                    Aż dowiedziała się od Erny, ze nie ma już komunistów i rodzice mogliby wrócić.
                                                    Ale o tym Tralala jutro.
                                                    Coraz matyjaszniej będzie, bo i Anna z dnia na dzień się starzeje.
                                                  • tralala33 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 27.02.07, 20:54
                                                    No jó dzisiaj sobzie z Woju nie pogodam, ciasu brukuje. Alem przeczytała
                                                    łopowizadanie i czkam co bandzie dalyj. Wróci Willi nazod na Mazury?
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 27.02.07, 21:01
                                                    To i Tobzie Tralala przyszło czkać do jutra.
                                                    Mniłej pracy wink
                                                  • gajowy555 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 28.02.07, 09:47
                                                    No jó, czytołem z łotwartó gambó. Jek matyjaszne buło żucie Mazurów
                                                    pozostawionych samym sobzie i nie tlo przez państwo polskie, jano nawet przez
                                                    nojbliższych.
                                                    Smutno na sercu sia zrobziuło, tak smutny do mniasta ruszam...
                                                  • gietpe Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 28.02.07, 11:12
                                                    I mnie sie gamba łotwarła bo musiał siuła czekać ale buło warto,szkoda że
                                                    znowój muszo wyjeżdżać na całam świecie umnim robzić a łu siebzie tlo jamrujem
                                                    i wychodzi... jek zawsze.
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 28.02.07, 20:39
                                                    Tak , Gajowy , to jest smutna historia Mazurki, która nie mogła sie przystosować
                                                    do innych zwyczajów ludności napływowej, a swoich dawnych sąsiadów juz nie
                                                    miała. Chyba została osamotniona we wsi. To dalej piszemy:

                                                    Kiedyś, wieczorem wnuczka powiedziała, ze nie ma już komunistów i ze rodzice
                                                    mogliby wrócić, bo teraz bedzie wolność.
                                                    - Nie ma komunistów ? - zdziwiła sie Anna.- A kim oni byli ?
                                                    Erna zaśmiała się: - To babcia nie wie ?
                                                    Rządzili tyle lat ! Rodzice dlatego wyjechali, bo już nie mogli wytrzymać.
                                                    Anna wyciągnęła rękę do dziewczyny, pogłaskała po głowie: - Dziecko, po mojemu
                                                    są tylko dobrzy i źli ludzie. Jak złych wygnali, to na pewno będzie lepiej.
                                                    To już alles wird gut !

                                                    --
                                                    Zauważcie jak wnuczka uważała, że rodzice wyjechali przez komunistów, a wiemy ,
                                                    ze rodzice wyjechali na lepsze warunki materialne i tylko o warunki bytowe w tej
                                                    opowieści chodziło. Gietpe, wyjeźdzali za pieniędzmi tylko - prawda ?
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 28.02.07, 20:40
                                                    A Anna z dnia na dzień się niedołężniała. Całymi dniami siedziała w fotelu na
                                                    ganku, a rankiem wnuczka Erna za nim poszła do pracy babkę myła i czesała. Potem
                                                    Anna robiła sniadanie .
                                                    Anna przestała widzieć na wiosnę, kiedy skończyła 88 lat. Obudziła się rano -
                                                    otworzyła oczy. Słyszała ptaki, w kuchni grało radio ale nic nie widziała.
                                                    Uniosła rękę , kilka razy machnęła ręką przed oczami jakby chciała mgłę rozwiać,
                                                    ale nadal nie widziała.
                                                    - Erna, Erna ! - wołała - Chodź tu szybko! Ja przecież nic nie widzę !
                                                    Od tamtego dnia wnuczka sadzała Annę na fotelu - w pokoju lub na ganku. Anna
                                                    drzemała, czekając na wnuczki powrót. Słuchała łąk, wiatru, śpiewów. Tak życie
                                                    toczyło się dalej. Rozlana szklanka mleka, herbaty, plamy na obrusie, plamy na
                                                    podłodze, pokruszone herbatniki. Zapach moczu. Erna coraz bardziej się
                                                    denerwowała, to zupa wylana, az sama zaczęła babkę karmić.
                                                    Po roku Erna wystarała się o pomoc z ośrodka zdrowia z Nidzie. Do Anny zaczęła
                                                    przyjeźdzać pielęgniarka z Czerwonego Krzyża, Elżbieta "Elka", mówiła do niej
                                                    Erna. Znały sie ze szkoły w Lipowie. Elka najczęściej siedziała z Anną na ganku
                                                    słuchając radia. Stara Mazurka drzemała z przechyloną głową. Kiedy budziła się,
                                                    pytała:
                                                    - Elka, jesteś tu ?
                                                    - Jestem , jestem babciu - odpowiadała pielęgniarka Elka.
                                                  • rita100 Re: Werde ich dich noch mal sehen ? 28.02.07, 20:41
                                                    Kiedy wnuczka Erna poznała Staśka Stenkę, zycie w drewnianym domku zmieniło się.
                                                    Staszek zamieszkał z Erną na górze domu. Syaszek był młodzszy od Erny, ledwo co
                                                    skończył trzyletnią szkołe gastronowmiczną w Lidzbarku. Wyglądał na 15 lat,
                                                    kolczyk w uchu, na rękach tatuaże.
                                                    Z Erną zapoznał sie na dyskotece w Lipowie.
                                                    W drewnianym domu Staszek zachowywał sie dziwnie. Do babki nie podchodził, anie
                                                    rozmawiał z nią. Omijał fotel Anny z daleka - budziła w nim niepokój. Lęk przed
                                                    czymś nieznanym, strach ( może lęk przed śmiercią ?, wiecie co rozumie go)
                                                    - Wygląda na tym fotelu na ganku jak wiela wrona - powiedział kiedyś do Erny. -
                                                    Lepiej byś ją gdzieś oddała.
                                                    - Gdzie ? Gdzie ? - krzyknęla Erna.- Prędzej ty się stąd wyniesiesz !
                                                    - No podejdź do niej, powiedz chociaż 'dzień dobry. babciu'! - mowiła kiedyś.
                                                    Ale Stenka - E tam po co ?
                                                    I tak mnie nie zobaczy.
                                                    Kiedyś babka usłyszała awanturę miedzy nimi, brzydkie wyrazy i zawołała:
                                                    - Kto tam u ciebie jest ? - pytała Erna - Jakiś mężczyzna przeklinał niedawno.
                                                    - Coś się babci przewidziało - odpowiedziała wnuczka i nie miała ochoty mówić i
                                                    informowac babki , że mieszka ze Staszkiem w domu.
                                                  • rita100 Re: To znaczy, że Willi umarł ? 28.02.07, 20:42
                                                    Któregoś wieczoru, we wrześniu, przyszła do Anny Erna z listem z Niemiec.
                                                    Usiadła na stołku.
                                                    - Toś ty Erna ? - spytała Anna
                                                    - Babciu - powiedziała wnuczka - coś ci przeczytam. Przyszedł do ciebie list.
                                                    - Do mnie ? i zapytała Anna i pochyliła głowę by lepiej słyszeć.

                                                    "Zawiadamiam cię, matko - pisała Hela z Niemiec - ze twój syn, Gołębiowski
                                                    Wilhelm, zmarł na wylew 27 sierpnia o godz. 9.15, w szpitalu komunalnym w naszym
                                                    mieście. Chorował od dwóch lat na nadciśnienie. Ostatni raz, kiedy mu zmierzył,
                                                    było 230/120. Ale śmierć miał krótką i nie zdążył nawet słowa powiedzieć do
                                                    mnie. Jak upadł, to nie wrócił już do przytomności. Na 'erkę' zawieźli go w
                                                    piątek, a w poniedziałek umarł."
                                                    Hela pisała jeszcze o pogrzebie, który odbył się
                                                    3 września na miejscowym cmentarzu w Erlangen.

                                                    Anna wyprostowała się:
                                                    - To znaczy, że Willi umarł ?
                                                    - Umarł - potwierdziła Erna - Tatuś nie żyje.
                                                    - Daj mi ten list - poprosiła Anna.
                                                    Dziewczyna wsunęła ostrożnie kartkę miedzy trzęsące się palce babki.

                                                    Anna została sama. Trzymała kartkę, czasem kładła na kolana, gładziła papier.
                                                    Kilka razy podniosła do oczu, jakby chciała odczytać wiadomość o śmierci syna.
                                                    Znów kładła na kolana. Kiedy Erna po godzinie zajrzała do pokoju, babka
                                                    drzemała, a koperta z listem leżała na podłodze.
                                                    Był to drugi list, jaki Anna otrzymała w życiu. Pierwszy - z Rosji, od Saszy,
                                                    przepadł gdzieś. Tamtego nie potrafiła przeczytać. Tego drugiego z Niemiec -
                                                    nawet nie zobaczyła.

                                                    --
                                                    Jutro już ostatnia część i życie Anny przestanie się toczyć. To znaczy że umrze
                                                    nam Anna, a urodzi sie...
                                                    nowe pokolenie.
                                                  • rita100 Re: To znaczy, że Willi umarł ? 01.03.07, 20:42
                                                    Minęły jeszcze dwa miesiące, a z końcem października Erna urodziła syna. Przez
                                                    ten czas babką opiekowała się Elka z Czerwonego Krzyża. Babka o niczym nie
                                                    wiedziała, o niczym ją nie informowały dziewczyny, a sam Staszek przez ten okres
                                                    mieszkał u swojego brata. Rano Anna usłyszała płacz dziecka:
                                                    - Co to za niemowle płacze ? - pytała babka- Elka słyszysz ?
                                                    Ale Erna zabroniła Elce mówić. Dziewczyny głośniej nastawiały muzykę w radiu
                                                    zagłuszając płacz dziecka.
                                                    Minęły jeszcze dwa dni, kiedy Erna weszła do pokoju babki, aby ją zaprowadzić do
                                                    łazienki i umyć, usadzić na sedesie, obmyć twarz, uczesać - ale Anna wtulona w
                                                    poduszkę już się nie obudziła.
                                                  • rita100 Re: Pogrzeb Anny Golembiowskiej 01.03.07, 20:43
                                                    Pogrzeb odbył się kilka dni później. Na początku listopada. Dzień był pochmurny
                                                    i deszczowy. Powieźli Annę wozem - w sosnowej trumnie - na leśny cmentarz, ten
                                                    sam gdzie leżeli jej rodzice. Staszek z bratem wykopali poprzedniego dnia dół.
                                                    Za wynajętym wozem Wesołowskiego (gospodarza z Lipowa) szła Erna z dzieckiem
                                                    owiniętym w pled (ten sam, ktory owijało sobie nogi babka). Kilka kroków za nią
                                                    Staszek i Elka - pielęgniarka.
                                                    Gospodarz Wesołowski cmokał na konia.
                                                    Wcześniej dwa dni przed pogrzebem Erna dzwoniła do Ukty, do kościoła, w ktorym
                                                    czasem odprawiał luterańskie nabożeństwo pastor Szultz. Ale nie było go. Ksiądz
                                                    proboszcz, któremu przedstawiła sprawę, powiedział, ze zawiadomi pastora. Sam
                                                    wymawiał się - nie miał ochoty odprowadzić luteranki na cmentarz. Chociaż Erna i
                                                    jego o to prosiła. W końcu obaj nie przyjechali.
                                                  • rita100 Re: Pogrzeb Anny Golembiowskiej 01.03.07, 20:44
                                                    Na cmentarzu Stasiek z Wesołowskim zdjęli trumnę z wozu, postawili obok dołu, na
                                                    piasku. Chcieli zaraz opuszczać na sznurach, ale rozpłakało się dziecko i Erna
                                                    przez chwilę karmiła małego piersią. Usiadła na tyle wozu i nakarmiła. Elka
                                                    stała przy niej. - Bozie, Bozie - powiedziała - jak to łapczywie ssie!
                                                    Staszek z Wesołowskim wypalili po papierosie. Erna przestała karmić i podała
                                                    dziecko Elce.
                                                    - Potrzymaj chwilę - poprosiła. Podeszła do trumny. Z kieszeni czarnego swojego
                                                    płaszcza wyjęła stary Kancyonał po prababce Auguście. Otworzyła na stronie
                                                    siedemdziesiątej trzeciej - założonej czerwoną tasiemką. Anna prosiła, aby z tej
                                                    strony przeczytała trzy zwrotki starej piesni.
                                                    "Gdy już umrę, nad moim grobem", mówiła. Erna zapamiętała prośbę babki.
                                                    Powoli wyraźnie wymawaiając słowa drukowane niemieckimi literami, czytała :
                                                    "Day wiernie w biegu postąpić, końca doczesnego dostąpić....
                                                    Day w wierze stałe wytrwanie, tak w Tobie zasnę, o Panie Jezu! Usłysz me
                                                    żałosci, weźm mię do wiecznych radosci..."
                                                    Staszek i Wesołowski słuchali, stojąc po tamtej stronie trumny. Ela trzymała
                                                    dziecko - kołysała tłumoczek.
                                                    "Amen", powiedziała Erna.
                                                    "Amen", powtórzyli dwaj mężczyźni i pielęgniarka.
                                                    - No już, już, kończym ! - zatarł ręce Staszek.
                                                    Popluł w garść. Chwycili z Wesołowskim za sznury przeciągnięte pod trumną -
                                                    opuścili skrzynie do grobu. Potem podnieśli łopaty. Przez chwilę słychać było,
                                                    jak piach łomocze o wieko trumny. Erna schyliła sie - sama rzuciła garść do
                                                    dołu. Później piasek spadał miękko, w cisz. Elka przecierała oczy chusteczką.
                                                    Ona jedna płakała.
                                                  • rita100 Re: Pogrzeb Anny Golembiowskiej 01.03.07, 20:45
                                                    Mężczyźni zasypali dół - uklepali łopatami kopiec. Erna położyła na piasku
                                                    blaszaną tabliczkę z niemieckim słowami:
                                                    "Hier ruht im Herrn Anna Golembiowska, Tochter von Horst und Erna".
                                                    Żyła lat, zmarła... Dalej była data.
                                                    Chciała pomodlić się jeszcze chwilkę, ale rzęsisty deszcz zaczął padać.

                                                    Wracali drogą przez las. Wnuczka Anny niosła dziecko. Staszek na chwilę
                                                    przystawał , by zapalić papierosa, Wesołowski szedł obok wozu. Elka ostatnia
                                                    jeszcze pociągała nosem i ścierała palcami łzy.
                                                    A kiedy wyszli z lasu, zobaczyła drewniany domek za łąką. Ganek zasłaniały stare
                                                    jabłonie i deszcz, deszcz..

                                                    KONIEC
                                                  • rita100 Re: Ganek zasłaniały stare jabłonie 01.03.07, 20:46
                                                    Poziem Woma, co rychtycznie matyjaszna historia. Jydni majó pogrzeb z pómpami,
                                                    jinni samotni.
                                                    Tero patrząc na ganek, dziekolwiek , zidza Anne.
                                                    Na Warmii ganki buły jinne niż dzie jindziej w Polsce. Jó nawet szukała
                                                    łobrazecki i mom chatki podkrakowskie, wkleke je do albumu, a Wy pokażeta ma jek
                                                    wyglóndajó ganki warnijskie - fejn ? Może Fedar kiedajś robził łobrazecek z rejzy ?
                                                  • tralala33 Re: Pogrzeb Anny Golembiowskiej 01.03.07, 20:47
                                                    I nikt już nie czekał na ganku sad
                                                  • gajowy555 Re: Pogrzeb Anny Golembiowskiej 01.03.07, 21:47
                                                    Strasznie smutna historyja retro. Łoczy czerwóne łod ślozów. Matyjasznie sia
                                                    zrobziuło, ale ksiójżka fejnisto. Dzianki Rita coś noma poczytała...
                                                  • rita100 Re: Ganek łostał 01.03.07, 21:54
                                                    Słuchajta, pamnientojmy co ganek łostał. Cy aby go łodnajdziem ?

    • tralala33 "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 20:51
      ... nie wuj Józef". Pod takim tytułem w weekendowym wydaniu Rzeczpospolitej
      ukazał się wywiad Krzysztofa Masłonia z Kazimierzem Orłosiem. A tu fragmenty
      tego wywiadu, gdzie Orłoś mówi o swoich związkach z Mazurami i o najnowszej
      książce.

      - Swoją najnowszą książkę ‘Dziewczyna z ganku” poświęcił pan problematyce
      mazurskiej. To, obok Warszawy, drugie pańskie miejsce na ziemi. Ma pan dom w
      Krutyni.
      - To miejsce zapamiętane z dzieciństwa, do którego ciągle wracałem. Miałem
      znajomych, których pamiętałem z lat 1948-1950, gdy mieszkaliśmy u Frau Szczepek
      w takim drewnianym somu w Krutyni, w którym nie było elektryczności, wieczorami
      siedziało się przy lampach naftowych. Komunikacji też nie było, ze stacji
      jechało się konikiem. –Co się stało z Frau Szczepek?
      - Wyjechała. Oni wszyscy wyjechali do Niemiec. To tragedia Mazur.
      • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 21:02
        - W ‘Dziewczynie z ganku ‘ chciał pan zatrzymać, utrwalić czas?
        - Przede wszystkim – myślę o opowiadaniu tytułowym – chciałem przedstawić losy
        pewnej kobiety, bardzo cierpliwej, przywiązanej do miejsca, dobrej. Człowieka
        wyjątkowego. Takich postaci właściwie już nie ma. Pamiętam, jak Mazur, u
        którego mieszkałem w Krutyni w czasach studenckich, na przełomie lat 50. i 60.,
        opiekował się samotną staruszką mieszkającą nieopodal w małym, drewnianym
        domku. Mazurzy byli bardzo solidarni, pomagali sobie wzajemnie. On z nią
        rozmawiał po mazursku, czyli starą archaiczną polszczyzną, w której było wiele
        słów zapomnianych, nieużywanych już w Polsce centralnej. Słyszałem wtedy wiele
        różnych historii, które znalazły się teraz w ‘Dziewczynie z ganku’.
        Konsultowałem to opowiadanie z Dietmarem Serafinem, dyrektorem Muzeum Ziemi
        Piskiej w Piszu, znajomość z którym bardzo sobie cenię. To jeden z nielicznych
        Mazurów. Którzy zostali. Dałem mu do przeczytania w maszynopisie i on je bardzo
        dobrze ocenił. Powiedział, że oddałem prawdziwy klimat tamtych czasów, że w
        historii ludzi, które przedstawiam, jest prawda o życiu Mazurów. Szczególnie
        dramatyczny był dla nich okres wojenny. To była tragedia. Rosjanie traktowali
        ich jak Niemców, dopuszczając się straszliwych okrucieństw. A potem napływowa
        ludność tak samo uważała Mazurów za Niemców.
        • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 21:07
          - Nie tylko w pana opowiadaniach porównanie autochtonów z Kurpiami, jak się na
          Mazurach nie do końca ściśle ich nazywa, wypada na korzyść tych ostatnich.
          - Poziom cywilizacyjny był nieporównywalny, ale jeszcze ważniejsze
          przestrzeganie najprostszych zasad współżycia społecznego. Uczciwość Mazurów
          była przysłowiowa, nie spotykało się złodziei, dlatego zetknięcie z zupełnie
          obcym ludzkim żywiołem musiał być dla nich bolesne i zaskakujące. Z kolei po
          emigracji do Niemiec zapewne zostali tam takze uznani za obcy element. Mój wuj
          Andrzej Pietraszkiewicz, cioteczny brat mojej matki, który ożenił się z Niemką,
          opowiadał – chyba w latach 60., że Niemcy traktują Mazurów lekceważąco,
          nazywając ich Wiślanymi Niemcami. Sądzę zresztą, że tak jak ich polszczyzna
          była specyficzna, to i niemczyzna mogła brzmieć inaczej. Jak dla nas wileński
          akcent i słownictwo charakterystyczne dla kresów.
          • rita100 Re: "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 21:21
            >opowiadał – chyba w latach 60., że Niemcy traktują Mazurów lekceważąco,
            >nazywając ich Wiślanymi Niemcami.

            Dzięki Tralala, bardzo ciekawy wywiad. Tak te następne opowiadania to
            opowiadania o zyciu Mazurów, o ich pracy i piciu wódki, o zapijaniu się prawie
            na śmierc i kłótnie z babami.
            Tak Orłoś dobrze oddał klimat Mazurów. Należą mu się brawa. Ja w każdym razie
            byłam pod wrażeniem. Mazur na swojej ziemi był panem, niemiecka jest mu obca,
            daję głowę. Pieniądze to nie wszytko, brakuje im tych domków nad wodą, lasów i
            jabłoni starej. Mazurka swoim czekaniem , wiernością do ziemi i poświęceniem
            jest przykładem. Nie powiedziała nigdy, ze żałuje , ze nie wyjechała.
            • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 22:23
              Cały wywiad jest bardzo ciekawy, a ten tytułowy wuj Józef to Józef Mackiewicz.
              Drugim wujem Kazimierza Orłosia był Stanisław Cat-Mackiewicz.
          • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 22:21
            O Jenu, wybaczta - chućko am to psisała i po temum sia pomyliła. Eszcze roz
            zadam to pytanie:
            Nie tylko w pana opowiadaniach porównanie autochtonów z Kurpiami, jak się na
            Mazurach nie do końca ściśle ich nazywa, wypada na korzyść tych PIERWSZYCH.

            No, tero to lepsi pomniarkować co Masłoń chcioł poziedzieć.
            • rita100 Re: "To ja byłem pesymistą 02.03.07, 22:23
              Czyli na korzyść autochtonów. Tak Orłoś opisuje autochtonów jako ludzi prostych
              ale prawych, ludzkich w każdym calu.
              • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 04.03.07, 21:19
                Rito - a jak inne opowiadania? Dużo ich tam jest? Wszystkie o Mazurach?
                • rita100 Re: "To ja byłem pesymistą 04.03.07, 21:44
                  Jest parę opowiadań, ale już nie robią takiego wrażenia jak to jedno. Jedno jest
                  takie , ze sobie leży turysta rowerzysta (Fedar ?)wink)) pod drzewem i obserwuje
                  widoki. Nagle widzi kobietę (może 40-50 lat), która zbierała brusznice w lesie.
                  No i ona podeszła do rowrzysty który odpoczywał i nabrał ochoty do bara bara i
                  było bara bara i bylo dobrze. Hehehe - tak było.

                  Inne opowiadanie jest o budowie domku i kopania studni przez Mazurów, a
                  szczególnie opowieśc o Mazurze, który pił gorzałeczkę, może ją zamieszczę, bo
                  jedna z ciekawych, chociaż zawiła, bo ten się kocha w zonie Mazura i się kocha,
                  a Mazur się domyślał. Trochę skomplikowane to opowiadanie.
                  • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 04.03.07, 21:49
                    To na pewno nie był Fedar. Łon je łuczciwy mąż i łojczulek dwu córek smile
                    A to drugie łopowizadanie to może buć ciekawe - bandziewam na nie czkać.
                    • rita100 Re: "To ja byłem pesymistą 04.03.07, 21:50
                      Fejn, to zabziore sia do łopoziadania z seksiem smile Fejn Mazurka buła.
                      • tralala33 Re: "To ja byłem pesymistą 04.03.07, 21:53
                        Jó winszowała to z gorzełczko i studnio. To tamoj tyż bandzie ło mniłości?
                        • rita100 Re: Żurawiny 05.03.07, 22:22
                          Nie , tam nie będzie, ale tak na deserek to może o żurawinkach smile

                          Żurawiny
                          To następne opowiadanie Orłosia. Przpraszając za pomyłkę, bo to nie był rower
                          Fedara ale pewnej mazurskiej kobiety, no i akcja w innym stylu.

                          Przed laty w czasie studiów, Miłanowicz często przyjeżdzał do Lipowa. Mieszkał u
                          znajomego Mazura w drewnianym domku z werandą, przy której rosła lipa.
                          Najbardziej lubił jesienne pobyty we wrześniu.
                          Nitki babiego lata snuły się po wsi. W nocy ryczały jelenie i spadały gwiazdy.
                          Miłanowicz często przebywał wśród zieleni, brzóz, jezior tak sobie wędrował
                          podziwiając ten świat.
                          Idąc tak zauważył rower rzucony pod choiny przy znajdującej się tam ścieżce.
                          Siadł na pniu i zobaczył za wodą - na tle lasu - kogoś kto zbierał jagody.
                          Może to właściciel roweru ? - zastanawiał sie.
                          Położył się na trawie, na miękkim mchu. Patrzył w niebo i lczył baranki w
                          towarzystwie bzykającej muchy.
                          Miłanowicz usnął czyli zasnął.
                          chrrrr, chrrr
                          A tu nagle ktoś pochylił się nad jego głową. Otwiera oczy - a tu nad nim stoi
                          kobieta. Była w czerwonej bluzce i starej spódnicy. Trzymała kankę z drewnianą
                          rączką. Na bosych nogach miała gumiaki. Mogła mieć pięćdziesiąt lat - może mniej
                          ? Może więcej ?
                          - Jezu ! - powiedziała. - Ale mnie nastraszył ! Myślałam , że nieżywy.
                          - Jeszcze żyję, prosze pani ! i usiadł.
                          - Jezu! - powtórzyła kobieta. - Skąd mogłam wiedzieć, że tu będzie spał ?
                          Usiadła obok. Kankę postawiła przy nogach. Ściagnęła z głowy chustkę. Ciemne
                          włosy były mokre (bo od czasu do czasu padał deszczyk) - Tyle się człowiek
                          namęczył i jeszcze deszcz zmoczy !
                          - Zbiera pani jagody ? - spytał
                          - Jagody ? O tej porze ? - uśmiechnęła się.
                          Miłanowicz, zerwał źdźbło trawy i włożył do ust przyglądając sie kobiecie.
                          - To co pani zbiera ?
                          - A co mam zbierać ? Żurawiny ! Zawsze jesieną zbieram.
                          - Żurawiny ? Nigdy nie widziałem.
                          - Bo źle patrzył ! - Schyliła się nad kanką, potem podała mu na dłoń kilka
                          żurawin.- Prosze niech pan spróbuje.
                          Kobieta wyjęła z kieszeni spódnicy zawiniątko w szarym papierze i Miłanowicz
                          zobaczył złożone kromki chleba.
                          - Niech się pan poczęstuje. Pewno głodny.
                          Chleb był czerstwy , umazany masłem.
                          - Z daleka przyjechał ? Pewno z miasta ?
                          - Z miasta ! A pani ?
                          - Ja stąd. Dziesięc kilometrów jechała po te żurawiny !
                          - Warto było ?
                          - Co się nazbierało, to się sprzeda. Parę złotych przybędzie.
                          - To mąż nie zarobi, żeby wystarczyło na życie ?
                          - A gdzie ma zaronbić ? Na tej gospodarce ? Zresztą , jak zarobi to przepije.
                          - Dzieci chodzą do szkoły ? - zapytał jeszcze.
                          - Chodzą , chodzą - westchnęła
                          - Jak mąż pije, to źle - powiedział
                          Kobieta milczała, po chwili:
                          - Takie życie i popatrzyła na Miłanowicza - A on pewno nie ma żony ani dzieci.
                          Za młody co ?
                          - Nie ma - kwnął głową
                          - Kawaler - usmiechneła sie Mazurka
                          - Kawaler - powtórzył
                          - Chyba już sobie pójdę. Niech kawaler śpi !
                          Miłanowicz popatrzył na kobietę, Orłoś ją opisał i ....
                          - Niech pani mnie nie zostawia samego - zażartował. - Samemu źle.
                          - To może mam pocieszyć ? - spytała
                          Patrzyli na siebie dłużej, patrzyli i pocałowali się, objęli, przewrócili się,
                          żurawiny się rozsypały na mech.
                          Zapachniało masłem i rozbierali się.......(...)
                          Jeszcze szybko oddychali, przytuleni kiedy:
                          - Jezu, muszę wracać ! i pośpiesznie zaczęła się ubierać.

                          Kiedy Miłanowicz się zbudził, nikogo nie było. Słońce stało nisko, nad
                          przeciwnym brzegiem. Małe jeziorko pojaśniało. Miłanowicz uniósł sie na łokciach
                          i patrzył na wodę. Na mchu, obok, zostało kilka żurawin, w miejscu gdzie stała
                          kanka. Roweru też już nie było.
                          • gajowy555 Re: Żurawiny 06.03.07, 12:02
                            No jó, cyli szła dzieweczka do laseczka i napotkała myśliweczka...
                            • rita100 Re: Żurawiny 06.03.07, 20:11
                              No jó ! Gajowy to łuż ziam po czo ludzie jidó do lasu.
                              Tlo mózió co na grziby wink))) Bzioró kanki i jidó.
                              Tlo kanek łuż ni ma.
                              • rita100 Re: "Póki jasno, póki czas" 06.03.07, 20:37
                                "Poki jasno, póki czas"
                                Starego Krola spotykałem najczęściej w lesie. Zawsze chodził z rowerem.
                                Szczególnie ten rower utkwił mi w pamięci: czarna rama, klekoczące błotniki,
                                gołe ośki zamiast pedałów. Nie pamietam by kiedykolwiek jeździł na rowerze.
                                Zawsze go prowadził trzymając za kierownicę. Przgrabiony duży mężczyzna w
                                czarnej kurtce, w czapce z daszkiem. Nieogolony i uśmiechnięty. Stawaliśmy sobie
                                na środku ścieżki, żeby zamienić kilka słów.
                                Nigdy nie zapytałem, po co chodzi z rowerem do lasu ? Może stawiał wnyki ?
                                Zbierał grzyby jesienią ? Jagody latem ?
                                Jeszcze za 'komuny', jak mówiono, dowiedziałem się, że trzyma wódkę, handluje
                                dolarami i pożycza pieniądze ludziom na procent. W latach osiemdziesiątych ledwo
                                co przeżył napad. Późno w nocy dwóch złodziei wybiło okno w jego domu na skraju
                                lasu. Podobno cięzko pobili starego, szukali dolarów, ale nie zdradził gdzie trzyma.
                                • rita100 Re: "Póki jasno, póki czas" 06.03.07, 20:39
                                  Także przed laty, we wrześniu usiedliśmy z Królem na pniu i rozmawialiśmy. Rower
                                  oparł o sosnę i wtedy opowiedział mi o żonie i dzieciach. Mieszkali w Zielonym
                                  Lasku od poczatku lat sześćdziesiątych. On pracował na wyrębach, ona jako
                                  kelnerka w restauracji w Lipowie. Mieli dwóch synów i córkę. Wtedy mieli:
                                  dziewięć, osiem i sześć lat - powiedział. - I nagle panie, wszystko dobre się
                                  skończyło. Żona poznała jednego w knajpie, zawrócił kobiecie w głowie. Z dnia na
                                  dzień odeszła zostawiając dzieci.
                                  Zamilkł i przestał się uśmiechać.
                                  Kiedy żegnaliśmy się, spytałem: - A żona nigdy nie wróciła ? Do pana , do dzieci ?
                                  - Raz jeden przyszła. Po dziesięciu latach. Chciała wracać. Ale ja żem się nie
                                  zgodził. Po co ? Obcy człowiek.
                                  - A dzieci ? Nie przebaczyły matce ?
                                  - Machnął ręką: - Im już było wszystko jedno. Tyle lat minęło.
                                  Powoli zaczął odchodzić drogą pod sosnami.
                                  • rita100 Re: "Póki jasno, póki czas" 06.03.07, 20:40
                                    W następnych latach jeszcze kilka razy rozmawialiśmy w lesie, na łakach, raz na
                                    moście, kiedyś koło sklepu.
                                    Ale w ciągu ostatnich dwóch sezonów nie spotkałem go ani razu. W lesie
                                    rozglądałem się i szukałem sylwetki w czarnej kurtce i roweru opartego o drzewo.
                                    Ale nie spotkałem go ani tamtej jesieni, ani tej wiosny.
                                    Dopiero niedawno, pod wieczór w czasie rozmowy z sąsiadem koło płotu, spytałem o
                                    starego Króla: - Nie widać go ostatnio. Nie wie pan, co się stało ? Dlaczego znikł ?
                                    - A znikł, znikł. Będzie ze trzy miesiące, jak umarł. Jeszcze śnieg leżał na polu.
                                    - Mój Boże - odpowiedziałem - Zawsze chodził z rowerem. Co się stało ?
                                    Sąsiad Mieczysław Grabowski odpowiedział - A wie pan, co ludzie mowili ? On w
                                    kierownicy chował zwitki dolarów. Dlatego chodził z rowerem. Tak, tak stary
                                    handlarz. Wódą handlował. Lichwą się zajmował.
                                    Grabowski zaciągnął się dymkiem - Tak to jest: człowiek żyje, żyje i nagle
                                    znika. Jak ten dym. - Machnął ręką i odwrócił się.
                                    - No, do roboty, panie. Póki jasno, póki czas !
                                    • rita100 Re: "Póki jasno, póki czas" 06.03.07, 20:40
                                      No jó ! To łopoziadanie to je recht. Jenego razu jek jechałam cugiem z Lwowa to
                                      celnicy zabrali podróżnemu antene telewizyjną i sprawdzali, bo tam buło gwołt
                                      złotych pieśconecków przemycanych. Król Mazur pewno tyż to znał co w rurkach
                                      roweru można schować skarby.
                                      Cikawe cy Fedar zie ło tam ?
                                      Co koło może być jeko magazyn skarbu wink)
                                      • tralala33 Re: "Póki jasno, póki czas" 06.03.07, 21:22
                                        Jek to przeczytoł to tero zie. Łobaczym co schowa w koło?
                                        • rita100 Re: "Póki jasno, póki czas" 06.03.07, 21:26
                                          A zauważyliście jak Fedar pilnuje swoje koło, ciagle sia z nim fotografuje, a na
                                          dodatek kedajś to nawet z psem szedł by jich pilnował wink)))))
                                          Co łón tam może chować ?
                                          • rita100 Re: Dolina Jerzyków 08.03.07, 20:48
                                            Wracamy do opowiadań mazurskich Orłosia. Tak więc Orłoś kupił sobie domek w
                                            Dolinie Jerzyków czyli w Krzewinie koło Lipowa, tak sobie miejsce nazwał -
                                            Dolina Jerzyków. Właściciele wyjechali. A przy domu nie było studni. Mieszkańcy
                                            wodę brali z rzeki. Kaziu Orłoś postanowił ją wykopać. Studnię tą kopali
                                            miejscowi: Sobota i Kostek.
                                            I o nich są najciekawsze opowiadania.

                                            Józef Sobota z Lipowa przyszedł z pomocnikiem panem Kostkiem. Najpierw chodzili
                                            z różdzką wokół domu, sprawdzali czy jest woda. Potem, potem grubo potem zaczeli
                                            kopać, potem pojawiły się kręgi. Pracowali z czasem zaczeliśmy rozmawiać o
                                            różnych rzeczach i sprawach.

                                            Sobota opowiadał o wojnie. Dwa lata spędził w łagrze za Uralem. Potem szedł z
                                            kościuszkowcami na Lenino do Berlina. - Teraz panie - mowił - tych zbowidowców
                                            przybywa, a ja ich prezesem na naszym terenie mógłbym zostać. Tylko po co ? -
                                            śmiał się.
                                            O dziesiątej siadaliśmy na deskach. Przynosiłem herbatę w kubkach z potluczonymi
                                            uchami. Sobota wyjmował ze starej teczki pajdy chleba, kiełbasę zwyczajną i
                                            cebulę lub rzodkiewki. Dla Kostka przyniosłem chleb z boczkiem lub żółtym serem.
                                            - Wojna była swiaszczennaja - mówił Sobota.
                                            - Musowo trzeba było iść do przodu, wpieriod !
                                            U Ruskich nikt nie pytał, czy możesz. Musisz ! Jak ci się uda, to przeżyjesz,
                                            jak nie, to nawet imienia nikt nie zapamieta.

                                            Oni kopali tę studnię juz dwa tygodnie - codziennie od świtu do zmroku.
                                            Narzekali, ze ciężko idzie - kamienie były coraz większe. Głazy. Trzeba i
                                            kilofem wyciągać.
                                            Wiele opowiadali i wiele się dowiedziałem o ich życiu.
                                            A co ja się dowiedziałam to i ja opiszę smile
                                            • tralala33 Re: Dolina Jerzyków 08.03.07, 21:17
                                              - Wojna była swiaszczennaja? Gawaritie niemnożka pa rusku? Szto eto
                                              takoje 'swiaszczennaja'?
                                              • gietpe Re: Dolina Jerzyków 08.03.07, 21:24
                                                Ałfawit my uże znajem no etowo sława niet smile
                                                • rita100 Re: Dolina Jerzyków 08.03.07, 21:32
                                                  I ni przetłumaczyli. To zno tlo Mazur!
                                                  Może to gwarowe okreslenie, sowieckie ?
                                                  Może to - bluźniercza ?
                                                  • rita100 Re: Dolina Jerzyków 09.03.07, 20:25
                                                    "Tego dnia, pod wieczór, przyjechał pijany Sobota. Usłyszałem brzęk za płotem.
                                                    Śmiech i krzyk dzieci. Tupot uciekającej gromadki. Wyszedłem na drogę.
                                                    Studniarz - z opuchnietą twarzą, w podartej kurtce, w półbutach na bosych nogach
                                                    - podnosił się z ziemi. Na poboczu w chwastach, leżał stary rower. (Biedak chyba
                                                    grzmotnął o ziemie z tym rowerem po pijanemu)
                                                    - Magistrze ! - zawołał rozkładając ręce. - Jutro będzie woda ! Mur !
                                                    Ale następnego dnia jego pomocnik wyjrzał z dołu i powiedział, ze dokopał się do
                                                    kamienia tak wielkiego jak dom Jelinków. Sobota zaklął. Cisnął rogatywkę w
                                                    trawę, wsiadł na rower i odjechał.
                                                    Później przez kilka dni wyciągali cembrowiny. Wzięli do pomocy Władka - kierowcę
                                                    - zięcia sąsiadów. Ustawili większe rusztowania nad dołem, spuścili stalowe
                                                    liny. Kostek zaczepił haki pod ostatnia krawędzią ostatniego kręgu. We trzech -
                                                    na zmianę - obracali korbą kołowrotu. Rusztowanie zachwiało się, wiązania
                                                    zatrzeszczały. Wolno, centymetr po centymetrze, kręgi poszły w górę. Pierwszego
                                                    dnia wyciągnęli dwa. Później resztę."

                                                    I w ten sposób jesteśmy świadkami zakładania studni. Na razie nam się to nie
                                                    udaje, ale panowie Mazurzy pracują dalej.
                                                    Potowarzyszymy im w tej ciężkiej doli smile
                                                  • rita100 Re: Dziś Tralala podaje herbatkę ;) 09.03.07, 20:27
                                                    Nie mniej ze zmęczenia trzeba sobie usiąść na desce i powspominać jak to
                                                    drzewiej buło. Tak Kostek po pracy myje się w rzece, wyciera brudnym ręcznikiem.
                                                    Władek Nalepa siada obok. Wszyscy kurzymy cygarety.
                                                    Sobota leży na trawie, a Tralala na desce niesie kubki z gorącą herbatą. Zamiast
                                                    jerzyków krążą nam nad głową nietoperze.
                                                    Sobota opowiada, jak zdobywali Berlin. Słyszymy łoskot ognia w płonących domach
                                                    Berlina, walą się betonowe stropy, strzelają niemieckie haubice, grają ruskie
                                                    katiusze. Rita krzyczy "Urraaa!. Gajowy biegnie pod murem ściskając kolbę
                                                    pepeszy, a Tralala z wrażenia wylewa herbatę na Gietpe. Gietpe wstaje z krzykiem
                                                    "olala" i biegnie w dół rzeki, myje się w rzece i znowu wyciera sie ręczniekiem.
                                                    Żmudna i ciężka nasza praca.
                                                    Tak oto powstaje studnia bez dna taka tradycyjnie mazurska smile
                                                  • rita100 Re: Tu, w Dolinie Jerzyków 10.03.07, 20:45
                                                    Tu, w Dolinie Jerzyków
                                                    naprawdę mógł mieszkać Bóg, myślałem czasem, siedząc pod brzozą, którą Jelinek
                                                    ogrodził starymi oponami. Opony wyrzuciłem pierwszego dnia - zaraz po
                                                    przyjeździe. Pod drzewem rozkładałem leżak lub stawiałem stare krzesło.
                                                    Wieczorami siadałem blisko pnia - opierałem głowę o białą korę. Kiedy wiatr
                                                    wiał, czułem jak brzoza chwieje się i kołysze. Patrzyłem w dolinę ....
                                                    No i przyszli Sobota z Kostkiem. Palili - poczułem dym papierosów już od furtki.
                                                    Wydawali sie spokojni i rozluźnienie jak ja. A tu nagle głos:
                                                    - Koniec zabawy, panie magistrze - powiedział studniarz, kiedy podeszłem bliżej.
                                                    Podeszliśmy do studni. Zdjeli z krawędzi cembrowiny wiadro, a głeboko, na dnie,
                                                    połyskiwała tafla wody. Woda wydawała się mętna, jak w kałuży.
                                                    - Wyklaruje się - powiedział studniarz - Minie dzień i bedziemy pić jak ze
                                                    źródła. Trzeba tylko żwiru tylko nanieść.
                                                    Poszliśmy z Kostkiem nad rzekę i nosiliśmy w wiadrach żwir. Kiedy tak umęczeni
                                                    wracaliśmy z nad rzeki, poszedłem do domu, wyjąłem przygotowaną butelkę
                                                    żytniówki, pokrajałem boczek i kiełbasę. Razowy chlebek. Szykowałem szklanki,
                                                    noze i talerze, podczas gdy za oknem Kostek wrzucał do studni mokry żwir.
                                                  • rita100 Re: Tu, w Dolinie Jerzyków 10.03.07, 20:46
                                                    I zachód słońca i koniec na dziś pracy. Siedzimy w domu do późna - wpierw przed
                                                    domem, potem w kuchni.
                                                    Sobota opowiadał o wojnie, śpiewał 'Katiuszę' i pieśń o harmoniście, ktorego
                                                    słuchają 'bojcy' przy ognisku. Jak zapominał tekst pomagał sobie rękami
                                                    dyrygując jak chórem zołnierzy. Kostek siedział w milczeniu. Mało kiedy się
                                                    uśmiechał. Kiedy podnosił szklankę ręce mu drzały.
                                                    Z tej radosci , ze jest woda, wypiłem dużo,widziałem wszystko jak przez szklankę
                                                    mętnej wody.
                                                    Chlapiąc na stół, rozlewałem żytniówkę. Studniarz śpiewał chrapliwym basem:
                                                    - Pod etot wals, starinnyj wals....

                                                    Też już mętnie mamy w głowach.....
                                                  • rita100 Re: Tu, w Dolinie Jerzyków 10.03.07, 20:48
                                                    O Kostku opowiedziała mi stara Grabowska. Nie proszona - sama zaczeła mi mówić.
                                                    - Od tego z Rydzewa (Kostka) niedawno podeszła żona, panie. Za duzo pił. Kiedyś
                                                    pili z kolegami po wypłacie. Pijani poszli do knajpy, a z knajpy pojechali do
                                                    Kostka.
                                                    Pili do późna w nocy. A był z nimi pijarz jeden, niejaki Rak. Miał żonę i dwoje
                                                    dzieci. Dobry człowiek, tylko jak oni wszyscy - pił i pił. Tacy ludzie zawsze
                                                    piją. Przyszedł wieczór - pili, noc - pili, w końcu Rak spadł pod stół. A tamci
                                                    pili dalej, nie zwracali uwagi, myśleli , ze śpi. Dopiero po północy zaczęli
                                                    Raka budzić. "Wstawaj", Stasiu, dość spania !" Ale on nie odpowiada, blady.
                                                    Kiedy go posadzili na krześle, z powrotem poleciał pod stół. Kilka razy go
                                                    podnosili i sadzali, a on za każdym razem - pod stół !
                                                    Kostkowa zaczęła lamentowac: "Nie żyje , umarł !"
                                                    Ale pijakom nie przetłumaczysz: "Gdzie tam umarł, żyje!"
                                                    Klepali po policzkach, poili herbatą. Gorzałkę wlewali do gardła.
                                                    Później zona Raka oskarżyła Kostka, ze zapił jej męża na śmierć. Milicja,
                                                    dochodzenia. Pół roku go ciagli, nim dali spokój. Kostkowa zabrała dziecko i
                                                    wyjechała do matki. A on - sam, pan widzi: nie uśmiecha się, nie porozmawia.
                                                    Tylko pije, jak pił.
                                                    Potakiwałem.
                                                    Grabowska westchnęła:
                                                    - Wszystko w rękach Boga. Jeden w łóżku , a drugi pod stołem umiera.
                                                  • rita100 Re: O śmieci tamtejszego jeziora 10.03.07, 20:50
                                                    O śmieci tamtejszego jeziora w Lipowie opowiedział mi Lachowicz.
                                                    Lachowicz mówił, ze w czasie akcji tępienia korników na wiatrołomach w pobliżu
                                                    jeziora robotnicy używali silnie trującego preparatu, ktory wozili w
                                                    beczkowozach. Ten preparat rozpuszczali w wodzie czerpanej z jeziora. Zapenie
                                                    byli pijani, kiedy podjeżdzali tyłem - cofając beczkowóz do momentu, gdy
                                                    zanurzyła się rura. Prawdopodobnie ten bardziej pijany źle włączył pompę:
                                                    - Pan wie, zamiast wajchę w lewo, dał w prawo i spuścił kilkadziesiąt litrów
                                                    trucizny do jeziora.
                                                    - Zabili jezioro - powiedział.
                                                    W ciągu kilku godzin wypłynęły wszystkie ryby. Prawdopodobnie setki ton.
                                                    Błyskając białymi brzuchami, kołysały sie w trzcinach szczupaki, karpie i liny.
                                                    Padły nawet ptaki - widziano martwe łabędzie, kaczki, krzyżówki, nury, czaple.
                                                    Srebne ławice uklei i płoci, jak drobno pocięte paski foli, fale wyrzucały na
                                                    brzeg. Ludzie z Rydzewa i Lipowa i dalszych wsi przychodzili po martwe ryby.
                                                    Zbierali do worków.
                                                    - Takie jezioro to cały kosmos, cały świat - mówi Lachowicz - Istniał od chwili
                                                    stworzenia, od początku. Póki pijany człowiek nie przyjechał z beczką trucizny.
                                                    Nawet Bóg był bezsilny.
                                                  • rita100 Re: W Dolinie Jerzyków 12.03.07, 20:56
                                                    W sierpniu odwiedził mnie Sobota. Nos czerwony, twarz jakby spuchnięta, taki
                                                    jakiś markotny i w drzwiach mówi:
                                                    - Panie magistrze, ja do pana po ratunek przyszedł.
                                                    - Co się dzieje, panie Sobota ? spytałem zaskoczony.
                                                    Zaczął mówić o żonie, o ktorej podczas kopania studni wspominał czasem. Nazywał
                                                    ją najczęściej 'babą' albo 'moja' lub 'ta kobieta'. Pamiętam opowiadania Soboty
                                                    o kłótniach. Kłócili się często - 'baba' przeciwna była późnym powrotom z
                                                    gospody. Na tym tle dochodziło do scysji. Dorosła córka wyprowadziła sie z domu.
                                                    Sobota dalej mowi:
                                                    - Nie dawała pieniędzy, a ja panie magistrze, kiedy przyjdzie ochota na
                                                    flaszeczkę, to muszę pieniążki mieć, choćby spod ziemi. I tak my się pokłócili
                                                    ciężko, aż z tego wszystkiego ma mózg padło: zacząłem podpalać dom. Ona w krzyk,
                                                    sąsiedzi przybiegli, awantura. Rano wstaję, rozglądam się, a mojej nie ma.
                                                    Pojechała do córki. Juz drugi miesiąc chodzę sam po domu, panie magistrze.
                                                    Cisza, tylko szyby dzwonią w oknach. I serce się kraje.
                                                    - Wróci, panie Sobota - powiedziałem - Niech się pan nie martwi.
                                                    Sobota siedział z opuszczoną głową. Pociągnął nosem
                                                    - Może by tak napisał list ?
                                                    No i zrozumiałem , ze przyszedł w tej sprawie. I jeszcze ciągnie Sobota:
                                                    - Oczy u mnie takie słabe, panie magistrze. Na dole podpiszę się, jakby pan był
                                                    łaskaw.
                                                    Poszedłem po papier i długopis i usiadłem naprzeciwko studniarza.
                                                    - Jak żona ma na imię ?
                                                    - Jadwiga.
                                                    "Droga Jadziu", zacząłem pisać, ale Sobota przerwał:
                                                    - Jeśli pan łaskaw, podyktuję. W głowie mam wszystko ułożone.
                                                    Zacząłem pisać pod dyktando.
                                                  • rita100 Re: W Dolinie Jerzyków 12.03.07, 21:00
                                                    "Kochana Jadziu, w domu słyszę każdy skrzyp deski w ścianach. Kot biega głodny.
                                                    W nocy nie mogę spać, a w dzień chodzę samotny. Przeżyli my czterdzieści lat
                                                    razem - ile jeszcze zostało ? Samego i starego chcesz zostawić? Wróć, dobra
                                                    żono. Mieszkania już nie podpalę ani ręki na ciebie nie podniosę - mówię przy
                                                    świadku.
                                                    I Bóg słyszy. Całuję cię, moja Jadziu, twój zawsze..."

                                                    Sobota wziął długopis, obracał w palcach, wzdychał:
                                                    - Nie widzę nic, panie magistrze. Oczy wysiadły !
                                                    Ująłem dłoń i poprowadziłem długopis po kartce.
                                                    "Józef"
                                                    - Józef, powtórzyłem.
                                                    Studniarz poweselał. Wróci ? - pytał
                                                    - Na pewno - odpowiedziałem.
                                                    Dopiero po godzinie spytał: Panie magistrze, a może tak skosztowali czegoś
                                                    mocniejszego ?", no i zawahałem się , straciłem pewność.
                                                    Otworzyłem butelkę żytniówki - Za powrót pani Jadwigi ! i rozlałem wódkę do
                                                    małych szklanek po musztardzie.
                                                    Przed północą odprowadziłem Sobotę do furtki. Szedł chwiejnie, a potem zaczął
                                                    śpiewać o białych różach:
                                                    "Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat...."

                                                    Rozkwitają pąki białych róż,
                                                    Wróć, Jasieńku, z tej wojenki wróć.
                                                    Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat,
                                                    Dam ci za to róży najpiękniejszy kwiat.
                                                    Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat,
                                                    Dam ci za to róży najpiękniejszy kwiat.
                                                  • rita100 Re: W Dolinie Jerzyków 12.03.07, 21:01
                                                    Coś o piosence

                                                    Piosenka powstała około roku 1918, początkowo zwana "Białe róże". Autor -
                                                    Kazimierz Wroczyński (1883-1957) - poeta, dramaturg, dyrektor kabaretu "Czarny
                                                    kot", napisał parę zwrotek wraz z Janem Emilem Lankau (1890-1972). Po nim
                                                    anonimowi autorzy dopisywali następne. Muzykę skomponował Mieczysław
                                                    "Kozar"-Słobódzki (1884-1965), współtwórca piosenek Wrotyńskiego. Istnieje kilka
                                                    odmian melodii i tekstu. Zależnie od miejsca i środowiska śpiewano: "Tam nad
                                                    jarem (pod Lwowem, nad Dźwiną, nad Niemnem), gdzie na wojence padł..." Pieśń
                                                    bardzo popularna w latach międzywojennych i w czasie wojny. Na jej melodię
                                                    powstało wiele piosenek.

                                                    Rozkwitają pąki białych róż,
                                                    Wróć, Jasieńku, z tej wojenki wróć.
                                                    Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat,
                                                    Dam ci za to róży najpiękniejszy kwiat.
                                                    Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat,
                                                    Dam ci za to róży najpiękniejszy kwiat.

                                                    Kładłam ja ci idącemu w bój,
                                                    Białą różę za karabin twój.
                                                    Nimeś odszedł, Jasiuleńko, stąd,
                                                    Nimeś próg przestąpił, kwiat na ziemi zwiądł.
                                                    Nimeś odszedł, Jasiuleńko, stąd,
                                                    Nimeś próg przestąpił, kwiat na ziemi zwiądł.

                                                    Ponad stepem nieprzejrzana mgła,
                                                    Wiatr w burzanach cichuteńko łka.
                                                    Przyszła zima, opadł róży kwiat,
                                                    Poszedł w świat Jasieńko, zginął za nim ślad.
                                                    Przyszła zima, opadł róży kwiat,
                                                    Poszedł w świat Jasieńko, zginął za nim ślad.

                                                    Już przekwitły pąki białych róż,
                                                    Przyszło lato, jezień, zima już.
                                                    Cóż ci teraz dam, Jasieńku, hej,
                                                    Gdy z wojenki wrócisz do dziewczyny swej.
                                                    Cóż ci teraz dam, Jasieńku, hej,
                                                    Gdy z wojenki wrócisz do dziewczyny swej.

                                                    Jasieńkowi nic nie trzeba już,
                                                    Bo mu kwitną paki białych róż,
                                                    Tam pod jarem, gdzie w wojence padł,
                                                    Wyrósł na mogile białej róży kwiat.
                                                    Tam pod jarem, gdzie w wojence padł,
                                                    Wyrósł na mogile białej róży kwiat.

                                                    Nie rozpaczaj, lubę dziewczę, nie,
                                                    W polskiej ziemi nie będzie mu źle.
                                                    Policzony będzie trud i znój,
                                                    Za Ojczyznę poległ ukochany twój.
                                                    Policzony będzie trud i znój,
                                                    Za Ojczyznę poległ ukochany twój.
                                                  • rita100 Re: I kolejne opowiadanie 13.03.07, 23:13
                                                    I kolejne opowiadanie z Doliny Jerzyków.
                                                    Starą Kopkę widywałem czasem pod domem. Latem siadała na ławce. Mówiono, że
                                                    skończyła dziewięćdziesiąt pięć lat.
                                                    Kiedy wieczorem zaszłem do domu Kopków po świece, bo zgasło światło chodziła
                                                    stara Kapka w nocnej koszuli do kostek. Byłem tu drugi lub trzeci raz, mimo
                                                    długiego sąsiedztwa. Na drzwiach kuchni wisiała szczerniała deska, na której
                                                    gotykiem wyrzeźbiono napis:
                                                    "Befiehl dem Herrn alle Deine Wege".
                                                    (Powierz Panu wszystkie swoje drogi)
                                                    Obok kredensu wisiała makatka z sentencją:
                                                    "Morgenstund hat Gold im Mund" - Poranna godzina ma złoto w ustach - powiedziała
                                                    żona Hansa Kopki.
                                                    Stara Kopka chodziła po kuchni tam i z powrotem. Spojrzała na mnie i mówi:
                                                    - Du bist Dieter, ja ?
                                                    - Nein - powiedział Hans - To nasz sąsiad. Mieszka w domu po Jelinkach.
                                                    Tak, matka Hansa myśli, ze wszyscy żyją. Dieter Jedamzik mieszkał kiedyś, dawno
                                                    wyjechał.
                                                    Staruszka odeszła.
                                                    - Do łóżka, matko. Spać ! - powiedziała żona Hansa.
                                                    I zaczęła mi opowiadać o teściowej.
                                                    - Ciągle czegoś szuka, przewraca po szufladach. W nocy woła, raz po polsku, raz
                                                    po niemiecku. Przyzywa starych kamratów, których przecie tu nie ma.
                                                    Stara wróciła i patrząc na mnie spytała:
                                                    - A tyś z ruskiej wojny powrócił czy Poloki cię puściły?
                                                    - Matko, to kto inny, nie zna go matka - powiedział syn.
                                                    - Inny, inny. On jak Dieter, taki sam. Znowu odeszła, a ja musiałem się juz
                                                    pożegnać.

                                                    Jego matka umarła, po moim wyjeździe z Doliny Jerzyków. Na wiosnę, wracając ze
                                                    spaceru, zajrzałem na leśny cmentarz. Świeży grób - kopiec z jasnego piasku -
                                                    zobaczyłem z daleka. Ktoś odgarnął suche liscie leszczyny, a wszędzie miedzy
                                                    grobami rosły fioletowe przylaszczki.
                                                  • rita100 Re: "Dziewczyna z ganku" 14.03.07, 20:23
                                                    "Dziewczyna z ganku"
                                                    Kazimierza Orłosia - polecam. Opisane w niej prawdziwe życie Mazurów, tacy jacy
                                                    oni byli, są. Orłoś często tam wyjeźdzał na wakacje, mieszkał w ich domkach, aż
                                                    sam sobie kupił jeden taki domek , remontował i obserwował życie na mazurskiej
                                                    wsi. Rozmowy z sąsiadami, z poznanymi tam ludźmi bardzo ciekawe.
                                                    Tak zakończyliśmy opowieści z tej ksiażki.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka