mister1 03.04.06, 17:45 mam sporo tytulow - do sprzedania po 5 euro plus przesylka pocztowa Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
tijgertje Re: Ksiazki Chmielewskiej do sprzedania 03.04.06, 21:48 Mister, mozesz mi przeslac tytuly na priv? Sporo juz mam, ale nie wszystko:-) Odpowiedz Link
mister1 Re: Ksiazki Chmielewskiej do sprzedania 04.04.06, 06:48 bede musial je troche pozbierac do kupy - czesc ksiazek lezy u mojej Mamy ( mam tez pare Chmielewskich w 2 egzemplarzach). Odpowiedz Link
a.polonia Re: Ksiazki Chmielewskiej do sprzedania 04.04.06, 11:11 mister, ja tez prosze o tytuly i mam nadzieje, ze ksiazki w dobrym stanie? Odpowiedz Link
ahaneczka Re: Ksiazki Chmielewskiej do sprzedania 04.04.06, 13:54 ja tez prosze o podanie tytulow, dziekuje i pozdrawiam Odpowiedz Link
mister1 Tytuly ksiazek Chmielewskiej ( do sprzedania ) 04.04.06, 17:02 1.Wszyscy jestesmy podejrzani 2.Krowa niebianska 3.Kocie worki 4.Mnie zabic 5.Najstarsza prawnuczka 6.Studnie przodkow 7.Tajemnica ( 2 egz) 8.Skarby 9.Boczne drogi 10.Florencja, corka diabla Ksiazki sa w cenie 5 euro za egz.+ koszty przesylki Odpowiedz Link
mister1 Re: Tytuly ksiazek Chmielewskiej ( do sprzedania) 04.04.06, 18:27 11.Romans wszechczasow ( wyd.1990) Odpowiedz Link
mister1 koszty wysylki 05.04.06, 14:18 TPG Post Tarievenwijzer Brievenbuspost Binnenland Brieven, drukwerken, kaarten, buspakjes Tarieven per 1-1-06 BTW - Munteenheid EUR 0-20 g. 0,39 20-50 g. 0,78 50-100 g. 1,17 100-250 g. 1,56 250-500 g. 2,25 500 gr.-2 kg. 3,00 Odpowiedz Link
mister1 Re: Ksiazki Chmielewskiej zamowione 06.04.06, 15:31 > 1.Wszyscy jestesmy podejrzani > 2.Krowa niebianska > 6.Studnie przodkow > 8.Skarby > 9.Boczne drogi > 11.Romans wszechczasow ( wyd.1990) wyslalem email jesli chodzi o powyzsze Chmielewskie Odpowiedz Link
mister1 Re: Ksiazki Chmielewskiej wyslane 06.04.06, 17:00 cala szostka ksiazeczek juz w drodze... Odpowiedz Link
a.polonia Re: Ksiazki Chmielewskiej wyslane 06.04.06, 20:51 solidna firma, dzieki, zaraz wplace kase ;-) Odpowiedz Link
mister1 Pozostale ksiazki Chmielewskiej do sprzedania 07.04.06, 06:59 1.Kocie worki 2.Mnie zabic 3.Najstarsza prawnuczka 4.Tajemnica ( 2 egz) 5.Florencja, corka diabla cena 5 euro za egz. + przesylka Odpowiedz Link
mister1 FRAGMENT KSIĄŻKI Kocie worki 09.04.06, 10:33 Straszny ryk wyrwał mnie ze snu późną nocą. Na moment zastygłam w obawie, że dom się wali, ale zaraz przypomniałam sobie o rezerwuarze. Uspokojona, doczekałam chwili zamilknięcia urządzenia i zasnęłam na nowo. - Proponuję, żeby w nocy powstrzymywać się od spuszczania wody - rzekłam o poranku. - Co wy na to? Wśród nocnej ciszy grzmi dubeltowo. - A kto spuszczał? - zainteresowała się Alicja. - Nie wiem. Ty albo Beata. - Przysięgam, że ja nie - zarzekła się Beata. - Spałam jak kamień, a poza tym czuję się intruzem i z całej siły staram się być cicha, bezwonna i nieszkodliwa. - Nie czuj się - poradziła jej Alicja. - Wyróżniałabyś się za mocno. Ja też nie, to kto? Joanna, może ty sama? - Nie sądzę. Trudno spuszczać wodę w wychodku, zarazem leżąc w łóżku. - A jesteś pewna, że poleciała? - Mam pokój najbliżej, tuż obok, niemożliwe było nie słyszeć. Żadna z was nie słyszała? - Ja nie - odparła Beata. - Coś mnie chyba obudziło, ale nie wiem co - wyznała Alicja. - Możliwe, że ryk, ale widocznie ucichło, zanim się zdążyłam zastanowić. Czy to możliwe, że poleciało samo? Chcecie jajko? Nie chciałam jajka na śniadanie. Beata również nie wyglądała na osobę, która miałaby w głowie śniadanie i jajka. Jajko stanowiło osobisty i ukochany posiłek Alicji. - Możliwe, niestety - rzekłam z westchnieniem. - Odczep się ode mnie z tym jajkiem. Miałam taką sytuację u siebie w domu już wiele lat temu. Woda spuszczała się sama z przerażającą regularnością, z tym że zwyczajnie, bez takiego przeraźliwego akompaniamentu, ale i tak ciężko było wytrzymać. Z czego wynika, że zjawisko nie zalicza się do nadprzyrodzonych. - I co zrobiłaś? - Nic, wezwałam hydraulika i zmieniłam rezerwuar. Rozregulowało się w nim coś tam nie do naprawienia. Alicja niechętnie wzruszyła ramionami. - Wszystko można naprawić. No nic, zobaczymy, czy zadziała i w dzień. - Jeśli będzie ryczało samo z siebie, wyjeżdżam natychmiast - zapowiedziałam stanowczo. - Nie mam słuchu, ale całkiem głucha nie jestem i długo nie wytrzymam. I tobie też przepowiadam rychłe wariactwo, chyba że uciekniesz z domu. - Zastanowię się... Beata nie wtrącała się do rozmowy, niespokojnie wpatrzona w zegar. Być może, cały poranek spędziłaby na peronie, gdyby nie to, że znów wybierałam się do sklepu i przy okazji mogłam ją zawieźć na stację. Piechotą do sklepów nie chodziłam, chociaż odległość wynosiła niecały kilometr, z tego prostego powodu, że nabyte produkty nie chciały same iść do domu. W drodze powrotnej musiałabym dygować kartofle dla Alicji, piwo, mleko i owoce dla wszystkich, mrożoną rybę i różne inne produkty dla siebie, niekiedy w szklanych opakowaniach. Można było, oczywiście, udawać się do sklepu, wlokąc za sobą wózeczek na kółkach, co nagminnie czyniła Alicja, ale jakoś nie miałam serca do tego rodzaju spacerów. Tym razem Beata odzyskała torebkę. Z pierwszych drzwi pierwszego wagonu wychylił się facet z wielką, foliową torbą w ręku, spytał ją o nazwisko, usłyszał je, wręczył jej torbę, chętnie przyjął żywiołowy uścisk i ruszył w dalszą drogę. Oszalała ze szczęścia i ulgi, Beata gotowa była teraz na wielkie czyny i z radością przyjęła propozycję towarzyszenia mi przy zakupach. - Popatrz, jest wszystko! - mówiła ze wzruszeniem, przeglądając w czasie jazdy zawartość dużej, myśliwskiej torby. - Nic absolutnie nie zginęło, Boże, co za niebiański kraj! Jakim cudem nikt mi tego nie ukradł, leżało przecież bez opieki! Zgadłam bez trudu. - Demoralizacja też potrzebuje trochę czasu, żeby ogarnąć cały naród. Paskudzimy im charakter, my i te nacje południowe, zaledwie od trzydziestu pięciu lat, a umoralniani byli przez trzysta pięćdziesiąt... - Demoralizacja postępuje znacznie szybciej! - Toteż idzie nieźle, ale daleko jej do końca. Poza tym na dworcu głównym w Kopenhadze pasażerowie się wymieniają, ci, co wysiedli razem z tobą, na twoją torbę nie zwrócili uwagi, a ci, co wsiedli, nie wiedzieli, czy właściciel nie tkwi gdzieś w pobliżu. Z jadącego pociągu trudno uciec z łupem. A na końcu już tam wleciała obsługa kolejowa i ewentualny złodziej stracił szansę. - Zwyczajna łaska boska i ślepy fart. Rzadko mi się przytrafia, przeważnie mam pecha... Wracając z zakupami spożywczymi, znienacka postanowiłam wstąpić do sklepu przemysłowego. W pobliżu domu Alicji był taki zachwycający sklep z nadzwyczajnymi narzędziami, w którym od lat zaopatrywałam się w rozmaite końcówki szlifierskie do minicrafta, także w nożyczki, sekatory, pudry polerskie, przyrządy do manikiuru i tym podobne czarujące zabawki. Od dawna już podobno sprzedawca dopytywał się o mnie, bo dość długo mnie nie było, a taka idiotyczna klientka musiała mu sprawiać żywą uciechę, zdecydowałam się zatem odnowić stosunki handlowe w towarzystwie Beaty, niewątpliwie fachowca. W mglistych planach majaczyły mi różne drobnostki do szlifowania bursztynu, które ona znała znacznie lepiej niż ja i mogła coś podpowiedzieć, ocenić i wybrać. Beata do pomysłu odniosła się zgoła entuzjastycznie. Odzyskawszy gotówkę i karty kredytowe, poczuła wręcz skrzydła, szumiące u ramion. No i przepadła. Trafiła na coś, co niesłychanie trudno było dostać, a co okazywało się niezbędne do prac w twardym materiale. Nie znałam się na tym, w metalu nigdy nie umiałam pracować, Beata zaś doskonale dawała sobie radę nawet z miedzią. Ów wymarzony przedmiot był, niestety, atrapą, bo coś się w nim zepsuło, leżał, żeby było wiadomo, że istnieje, i mogli go sprowadzić, i dostarczyć za dwa dni. Niezwykłość jakaś, równie rzadko spotykana, co użyteczna, Beata dostała bielma na oczach i małpiego rozumu, z miejsca postanowiła, że nie wyjeżdża, zostaje, będzie czekać na przedmiot. Tylko Alicja... Ma jej siedzieć na głowie...? Może hotel...? Hotel zapchany był po dziurki w nosie i najbliższy możliwy termin rezerwacji wypadał za dwa tygodnie. Zaczynał się okres turystyczny. - Mnie głupio - zdenerwowała się Beata. - Chciałam jej złożyć wizytę, ale przecież nie w taki sposób! Zwalam się na nią jak trąba powietrzna! - Trąba powietrzna ciągnie w górę. W ostateczności znajdziesz może coś w Lyngby albo w Holte, ale prawdziwej ostateczności na razie nie widzę. Alicja na wieść o problemie Beaty popukała się palcem w głowę i zarządziła obiad w postaci filetów z piersi indyka, które zaczęły mi się rozmrażać w bagażniku jako pierwsze. Co do mojej osobistej ryby, uznałam, że jeszcze trochę wytrzyma. - Zabrałam już nasiona z pokoju telewizyjnego - powiadomiła nas. - Jest dostęp do kanapy, no, prawie jest. Z wysuwaniem możemy poczekać na Pawła, nie chce mi się już teraz z tym szarpać. - Ja mogę wysunąć, tylko pokaż mi, co - zaofiarowała się gorliwie Beata, spragniona własnej użyteczności. - Nie ma pożaru. Na razie możemy się napić kawy. - Wychodek ryczał? - zainteresowałam się. - Nie, sam z siebie ani razu. Natomiast przy mojej pomocy owszem. Boję się, że tak łatwo nie przestanie. - Pozwolisz, że sprawdzę... Mimo iż był środek dnia i nocna cisza nie panowała, ryk zagrzmiał ogłuszająco. W tym właśnie momencie w drzwiach pojawił się oczekiwany Paweł, uczynił krok do wnętrza i cofnął się, niczym gromem rażony. - Czy to fanfary na moje powitanie? - spytał z niepokojem. - Ja aż tyle nie wymagam! Czym zrobiłyście te odgłosy?! - O, Pawełek! - ucieszyła się Alicja. - Jak to dobrze, że już jesteś, akurat zdążyłeś na śniadanie... - Na co...? - No, może na podwieczorek. Nie zwracaj uwagi na te dźwięki, to wychodek. - Pomyślałem w pierwszej chwili, że przestawiłaś się na taki rodzaj muzyki. Nie rozumiem wprawdzie, co mówisz, ale nie szkodzi... - Jak sama łatwo zgadniesz, to jest Paweł - powiedziałam do Beaty. Paweł witał się z nami, dotarł do Beaty. Spojrzeli na siebie. W piorunującym tempie, jak zwykle, zdążyło mi przelecieć przez głowę mnóstwo różnych błysków. Beata rzeczywiście była piękną kobietą, nie blondynką wprawdzie, włosy i oczy miała ciemne, ale z Odpowiedz Link
mister1 FRAGMENT KSIĄŻKI Mnie zabić 09.04.06, 10:35 Robert Górski złożył mi wizytę. Powitałam go z podwójną, a nawet potrójną przyjemnością, bo nie tylko żywiłam do niego prywatną sympatię, nie tylko od razu zyskałam nadzieję na jakieś tajemnice śledcze, ale przy okazji oderwał mnie od ciężkiej pracy, która wychodziła mi już nosem, uszami i czubkiem głowy. Musiałam zrobić porządek w szufladach z papierami, ponieważ zginęła gdzieś polisa ubezpieczeniowa, na której znajdował się numer telefonu, do czegoś tam niezbędny i już nawet zdążyłam zapomnieć do czego. Pretekst, żeby porzucić to okropne zajęcie, zachwycił mnie niezmiernie. Tajemnicę śledczą podinspektor Górski zwierzył mi niezwłocznie. - Holendrzy mają kłopoty. Co prawda i sukces, wiedzą już, kim była denatka w bagażniku. Wcale nie Ewa Thompkins... - Tyle zgadłam sama - mruknęłam. - A zna pani może niejaką Neeltje van Wijk? Słyszała pani o niej? - W życiu...! Wnioskując z nazwiska, Holenderka? Nie znam kompletnie nikogo z Holandii, aż dziwne, mam znajomych we Francji, w Danii, w Szwecji, w Anglii, w Austrii, we Włoszech, w Niemczech, w Kanadzie, nawet w Australii, a w Holandii nic, zero. O tej Neeltje pierwsze słyszę. Kto to jest? - Właśnie ofiara. - Co pan powie? I co? - I zaczynają przesłuchania od początku pod nowym kątem widzenia. I tak sam się porozumiewam z Rijkeveegeenem, więc wolałem bezpośredni kontakt z panią, a co mam panią włóczyć do komendy... Miło tu u pani i jestem pewien, że kawy dostanę... Chociaż nie! Wolałbym herbaty. U pani jest najlepsza herbata na świecie. - Byłaby lepsza, gdybym ją mieszała z namysłem i na spokojnie - wyznałam z westchnieniem żalu. - To nie, zawsze w pośpiechu. Ale przynajmniej na dobrej wodzie. Usiedliśmy przy tej herbacie i Górski jawnie wyciągnął magnetofon, nie bawiąc się w żadne podchody. Rozumiałam go doskonale, w końcu musiał przekazać moje gadanie holenderskim glinom z możliwie największą dokładnością, w dodatku tłumacząc na obcy język. Gotowa byłam wprawdzie powtarzać wszystko po pięć razy, ale i tak przesadne obciążanie pamięci potrzebne mu było jak dziura w moście, mnie zaś magnetofon w najmniejszym stopniu nie przeszkadzał. Chwila po chwili, kawałek po kawałku, przekazałam wszystkie wydarzenia z parkingu w Zwolle. W zamian dowiedziałam się, skąd pochodziło puste miejsce parkingowe, tak cudownie ulokowane. Jakiś bucefał z nadwagą stanął okrakiem, potem odjechał i nikt już nie zdążył tego zająć, miły facet, niech mu to sadło lekkie będzie... - Sam zresztą o to spytałem - wyznał Górski. - Korciło mnie, jakim cudem, wobec braku miejsc w hotelach, może się przytrafić taki fart na parkingu? Wątpliwości należy wyjaśniać, na szczęście już wiedzieli. - A kto mnie właściwie zakapował? Pusto wszędzie, głucho wszędzie... - Niech pani tylko nie zaczyna z poezją, bo od razu czuję w sobie braki humanistyczne. Dziecko, jakiś chłopiec, jedyna istota ludzka, która wyglądała przez okno, deszcz padał, telewizja była nudna... - Dobry wzrok miał - pochwaliłam. - Grubego okrakiem też widział? - Nie, gruby pochodzi z innego źródła. Zaraz, całą polską stronę musimy załatwić, Rijkeveegeen tu przecież nie przyjedzie. A nawet gdyby, nic mu z tego nie przyjdzie, bo nie zna języka. - W dzieciństwie miałam przedwojenny rocznik "Płomyka" - wyrwało mi się w zadumie. - Na każdej stronie był apel: "Ucz się języka esperanto!". Nie chwyciło, ale "ucz się języków obcych" ma swój sens. Polski należy do najtrudniejszych, przez gramatykę, ale za to gramatyka daje mu szaloną elastyczność. Różne lenie śmierdzące, tumany i głąby usiłują sprawę pogorszyć... - Naprawdę chce pani rozmawiać o polityce? - zdziwił się zgryźliwie Górski. - Nie. Z dwojga złego wolałabym już rzucać kamieniami w okna, ale po pierwsze, celnie rzucać nie umiem, a po drugie, nie wiem, gdzie głąby mieszkają. - Może to i lepiej. Z Gąsowskimi też ktoś rozmawia, już wrócili do Warszawy, to znaczy do Łomianek. Ale... O ile wiem... Pani też...? Pokiwałam głową, bo Gąsowska żadnych tajemnic mi nie zwierzała, to raczej ja jej, a doskonale wiedziałam, jak społeczeństwo traktuje pogawędki z policją. Na wszelki wypadek każdy usiłuje ukryć nawet fakt, że na śniadanie spożył jajecznicę, aczkolwiek spożywanie jajecznicy niczym mu absolutnie nie grozi. Ale policja...? - Naprawdę chce pan rozmawiać o polityce? - spytałam znacznie bardziej zgryźliwie niż on. Górski znał moje poglądy, odgadł potężny skrót myślowy, co ta policja może zrobić w obliczu stojącego na głowie wymiaru sprawiedliwości, roześmiał się, chociaż może raczej obydwoje powinniśmy byli się rozpłakać. Ale możliwe, że nasze rzewne łkania wystraszyłyby koty, gapiące się na nas z tarasu, nie należy denerwować niewinnych zwierzątek... - Powiem panu, a pan sobie porówna ich gadanie i moje. I nie ma siły, własne wnioski dołożę. Jadzia w Chelsea z całej siły stara się być lojalna, lubi panią Thompkins i nie przepada za panem Thompkinsem, niespodziewane wydarzenia ją przeraziły, ale, jeśli ma kontakt z mamusią, wróciła już chyba do równowagi. Co ta Ewa wywinęła, pojęcia nie ma, poza tym, że z gachem wyskoczyła na krótkie pitigrili. Ludzka rzecz. Tam, w Zwolle, to był jej samochód? - Jej. - To ją ładnie trzasnęło. Niech sprawdzą, do pioruna, gdzie i kiedy mogli jej ten samochód podwędzić, bo w życiu nie uwierzę, że poszła na spółkę w mokrej robocie przy okazji romansu. Rzadkiej w końcu chyba, nie wiem, jak często jej mąż podróżuje. O ile wiem, facet jest wściekle atrakcyjny... - Bardzo cenna uwaga - przyznał Górski po krótkim namyśle. - Rozumiem, że ten amant atrakcyjny, nie mąż...? - Amant. Mąż bogaty. - Pojęcia nie mam, ile Rijkeveegeen wie o kobietach, ale przetłumaczę mu to z wielkim naciskiem. Osobiście bym Ewę wykluczył. - Łaska boska, że możemy rozmawiać w pewnym stopniu prywatnie... - Sama pani mówiła, że policjant to też człowiek. - W głębi duszy. Po wierzchu ofiara. Co do Ewy, nawet zaczynam zgadywać, dlaczego ona zamieszkała u Martusi w Krakowie, za jej wczesnej młodości tam żadnych domów nie było, jakieś chałupki stały na ziemiach uprawnych i mógł w nich mieszkać ktokolwiek, krewny, przyjaciółka... Skoro sielanka z gachem, skoro męża skołować... nie moja sprawa, w życiu męża nie kołowałam, ale różnie się zdarza... ten mąż mógł jej szukać, sprawdzać, w obliczu zmian urbanizacyjnych wcale by nie znalazł i we wszystko musiałby uwierzyć. Nawet niezły pomysł, a Martusia tu czysta jak łza. - Jak łza... - przyznał Górski w zadumie i zatroskał się nagle. - Niech mnie krowa na lody zaprosi, jeśli pani naprawdę nie jest jedyną osobą, która na własne oczy widziała tego faceta na parkingu...! Przez ułamek sekundy oczyma duszy widziałam krowę, zapraszającą Górskiego na lody. Lody na stoliczku turystycznym, na pastwisku, krowa, cholera, dygała wdzięcznie... Wyrzuciłam obraz sprzed oczu z lekkim wysiłkiem, bo nawet mi się dość podobał. - No to co? - spytałam bez emocji. - To na jego miejscu ja sam bym panią rąbnął. O ile nie dotrą do niego inaczej, pani stanowi jedyne zagrożenie. Zaciekawiłam się. - A dotrą? - Diabli wiedzą. Ale nic, dowiem się, mam w ręku argument. Na razie, o ile wiem... Może nie tyle wiem, ile się domyślam. Zrobili tam duży zygzak finansowy... - Mafia...? - Właśnie nie... - rzucił okiem na magnetofon i machnął reką. - A, co tam, wykasuję, a może pani powie coś, co się przyda. Nie żadna mafia, tylko jeden człowiek, nie wykluczam wspólnictwa, może dwóch albo trzech. Do kasacji. Nieboszczka poszła na przemiał pierwsza... - To chyba pozostali powinni się zdenerwować? - Zwracam pani uwagę, że to tylko moje fantazje. Naleciałości zawodowe. Odruchowo próbuje się wyciągać wnioski, snuć domysły... Uzgodnili, że ją trzeba załatwić, nie mają co się denerwować, może kłapała gębą, może trzymała szmal w ręku i stawiała warunki...? W grę wchodzą, na moje wyczucie, grube miliony euro Odpowiedz Link
mister1 Joanna Chmielewska Tajemnica 09.04.06, 10:39 Książka napisana lekko i z humorem, który tak bardzo cechuje Chmielewską, można ją czytać w ramach relaksu. Tym razem bohaterka tropi szajkę bogacącą się za pomocą "jednorękich bandytów". Jak zwykle główni bohaterowie przeżywają niesamowite historie, muszą rozwiązywać zawikłane tajemnice i popadają w rozliczne tarapaty. Odpowiedz Link
mister1 Florencja, córka Diabła 09.04.06, 10:41 Książka Florencja, córka Diabła jest oparta na faktach, które nie tylko pozostały nadal aktualne, ale wręcz doszły do pełni rozkwitu. Na całą, wówczas jeszcze skromną, a dziś rozszalałą przestępczość nikt nie zwrócił jeszcze uwagi... Nie spodziewając się aż takiego rozwoju zjawisk, Autorka pozwoliła siebie na żartobliwą uwagę, jakoby wszystko w tym utworze zostało wyssane z palca. Odpowiedz Link
mister1 www.merlin.pl cena 34 zl + przesylka 10.05.06, 17:30 Joanna Chmielewska: Autobiografia - Stare próchno - tom 6 fragment: Nosem już mi powychodziły te wszystkie młodości i postanowiłam się zestarzeć. Niestety, siła wyższa, czyli tak zwane życie, nie uwzględniło mojej decyzji i uparcie dostarcza mi wrażeń, właściwych dla osoby młodej i pełnej wigoru. Część z tego próbuję wykorzystywać w książkach, ale całości nie daję rady, niechże się zatem ta orgia głupich przypadłości nie zmarnuje i znajdzie miejsce w upiornej autobiografii, która wcale nie spełniła swojego zadania. Jak napomknęłam na samym wstępie do pierwszego tomu, zaczęłam ją pisać po to, żeby uniknąć pytań, powtarzanych po tysiąc razy, i hurtem udzielić odpowiedzi na wszystko. No i rezultat jest... proszę bardzo, ktoś zgadnie, jaki...? We wrześniu Anno Domini 2002 w kolejnym wywiadzie zapytano mnie żywiutko i z zachłannym wręcz zainteresowaniem: Skąd biorę pomysły do książek? Czy bohaterowie moich utworów są prawdziwi i żyją? Czy mieli do mnie pretensję za zrobienie z nich bohaterów? Czy Lesio istnieje? Ile z tego wszystkiego przeżyłam osobiście? Czy bohaterka to całkiem ja, a jeśli nie całkiem, to w jakim zakresie? Jak to się stało, że zaczęłam pisać i dlaczego? I wszystkie inne tym podobne. Na szczęście najpotężniejsze oberwanie chmury nastąpiło w Rosji, gdzie, zamiast mnie, odpowiadał tłumacz, niech mu Pan Bóg da zdrowie, który odpowiedzi znał na pamięć, ja zaś mogłam sobie pomilczeć, siląc się tylko na uśmiech, mam nadzieję, że miły. Za ruskich dziennikarzy do polskich nie mogę mieć pretensji, ale i naszym nic nie brakuje, z czego wynika, że autobiografię, jako pomoc życiową, mogę spokojnie pod tramwaj podłożyć. Ukoronowaniem tych wysoce pożądanych skutków jest straszliwe dzieło pana Tadeusza Lewandowskiego, z którego to dzieła nareszcie dowiaduję się co myślę, co robię, jakie miewam poglądy i co też wyczynia moja, łagodnie mówiąc, mocno zwichrowana osobowość. Zdaje się, że miał to być wywiad. Komentarzem do wywiadu zajmę się na końcu, uparcie bowiem usiłuję zachować coś zbliżonego do chronologii. Ale przysięgam! Po napisaniu niniejszego tomu, o ile później będę jeszcze żywa, nikomu na żadne pytanie nie odpowiem! Niech sobie przeczyta wszystko i rychło mu się odechce, a głupią ciekawość diabli wezmą... * Ostatnimi czasy coraz bardziej jęła mi słodzić życie elektronika. Rzecz jasna, pazurami i zębami broniłam się i bronię przed bezpośrednim kontaktem z tą dziedziną wiedzy ścisłej, a już z pewnością odmawiam zgody na pozostawanie z nią sam na sam. Z krzykiem żądam pomocy, którą w największym zakresie służył mi początkowo Tadzio, syn mojego kumpla z młodych lat, Maćka, a oprócz niego parę innych osób. Zdaje się, że na samym wstępie do owych przerażających kontaktów wyszło na jaw, iż muszę posiadać dwa telefony komórkowe, a nie jeden, a w ogóle nie mogę kupić żadnego, ponieważ nie dysponuję stałym miejscem pracy. Słowo daję, tak było jeszcze parę lat temu, a chodziło, rzecz jasna, o wypłacalność. Okazało się, że mnóstwo osób, zazwyczaj młodych i przedsiębiorczych, korzystało z komórek, nie płacąc rachunków. Wobec tego Tadzio kupił na siebie i przystąpiliśmy do sprawdzania urządzenia przy moim kuchennym stole, obficie oprzyrządowanym. Siedziałam cicho i grzecznie, Tadzio zaś wziął słuchawkę i zaczął dzwonić. W momencie, kiedy się łączył, natychmiast zaczynał dzwonić jego telefon komórkowy. Nikt się w nim nie odzywał. Za trzecim razem Tadzio się zdenerwował. - Co za kretyn dzwoni i rozłącza się od razu...?! - Tadziu, może ty dzwonisz ode mnie do siebie? - wysunęłam żartobliwą supozycję. Tadzio spojrzał na przyrząd, spojrzał na mnie i łupnął się w czoło. - No pewnie! Przecież ja dzwonię do ojca, rany boskie, do nas zawsze była czwarta pozycja, a teraz pani zapisała tu mój komórkowy! Ten kretyn, znaczy, to ja... W słuchawce miałam zapisane: dzieci, to jeden, Teresa, to dwa, Tadzio cztery, mój plenipotent pięć, Julita sześć, Maria siedem... Dzięki czemu kompletnie nie pamiętałam już i zresztą nadal nie pamiętam żadnych numerów telefonów, ponadto cyfra na słuchawce odpadła, bo zrobiło się tego za dużo. Jedyny numer, jaki nie wiadomo dlaczego utkwił na zawsze w którymś zakamarku mojego umysłu, to właśnie numer Maćka, ojca Tadzia. We wszelkich okolicznościach telefonicznych, jakiejś naprawy, zmiany, czegokolwiek, zawsze dzwoniłam do Maćka dla sprawdzenia, czy dobrze działa. Urządzenie często pokazywało dziwne sztuki i kiedyś, wróciwszy z wizyty u niego, stwierdziłam istnienie osobliwej blokady, którą na szczęście już znałam i wiedziałam, że ktoś powinien do mnie zadzwonić, żeby się odblokowało, a możliwe, że mi to odblokowano zdalnie i chciałam się w tej kwestii upewnić. Szczegółów technicznych nie pamiętam i proszę mnie nimi nie dręczyć. Zadzwoniłam do Maćka. - Maciek - powiedziałam tajemniczym głosem. - Jak do mnie zaraz zadzwonisz, to ci powiem, co widziałam w twoim domu, jak wychodziłam. Odłożyłam słuchawkę i Maciek, rzecz jasna, natychmiast do mnie zadzwonił. - Co widziałaś?! - Takiego wielkiego szczura, słowo daję, jak prosiak. Na parterze, właził do góry po rurze kanalizacyjnej. - Nie żartuj! - Jak Boga kocham. Święta prawda. Powinniście chyba coś zrobić? - O rany boskie! - jęknął Maciek i rozłączył się. Innym razem, znajdując się poza granicami kraju, zadzwoniłam do niego i poprosiłam: - Maciek, zadzwoń do Tadzia, niech on zadzwoni do Marii, ona mu da telefon do Julity, niech zadzwoni do Julity, żeby przyszła do mnie do domu, ma moje klucze, niech znajdzie taki duży, zielony notes i niech do mnie zadzwoni. Zapomniałam zabrać notes i teraz nie mam przy sobie ani jednego numeru telefonu, do nikogo. - A numer telefonu tej Marii? - spytał Maciek ostrożnie. - Tadzio ma, bo jej robił zamek u drzwi. A do mnie jest w tej chwili Czekaj, weź coś do pisania, zaraz ci podyktuję Tym sposobem moja pamięć znęcała się wyłącznie nad Maćkiem. Komórki to był zaledwie delikatny początek. Dalej poszło rozpędem, ponieważ dałam się namówić na komputer, na co główny wpływ miały błędy składacza. Każdy człowiek, wklepując tekst, robi błędy i od tego jest korekta, żeby je poprawić. Doszłam do wniosku, że z dwojga złego wolę już poprawiać własne niż cudze, zawsze to trochę mniej roboty, i zgodziłam się ustawić w domu niezrozumiałe ustrojstwo, drukować wszystko dla siebie, a składaczowi wysyłać dyskietkę. Rzecz oczywista, do dziś dnia samodzielnie dyskietki nagrać nie umiem, odtworzyć również nie, i za każdym razem albo przychodzi do mnie inteligentna osoba, która dokonać tego dzieła potrafi, albo z komórką przy uchu i z obłędem w oczach spełniam polecenia mojego znajomego, genialnego komputerowca, obdarzonego niewyczerpaną cierpliwością. Najechać myszą, prztyknąć w klawisz Nawet się to niekiedy udaje. Dziwne. Na komputerze się nie skończyło. Kupiłam sobie Toyotę Avensis. Żeby mnie kto zabił, nie przypomnę sobie, dlaczego porządną, uczciwą Carinę zamieniłam na Avensis, co mi do głowy wpadło? Musiałam mieć chyba zaćmienie umysłu. Tych cholernych Avensis kolejno posiadałam trzy Zaraz. Miało być chronologicznie. Diabli niech biorą Avensis, jeszcze do niej wrócę we właściwej chwili, do elektroniki również, nie ma obawy, element zatruwający życie trudno usunąć z pamięci. Przedtem jednak zajmę się rokiem dwutysięcznym. W wieku dwunastu lat, czytając rozmaite książki science-fiction, wyobrażałam sobie ten rok 2000 i zastanawiałam się, czy go dożyję. Starannie wyliczyłam wiek, jaki mi spadnie na kark, i zwątpiłam w możliwość osiągnięcia podobnej sędziwości. Zgrzybiałość absolutna, próchno, ekshum. Może z tamtego świata zdołam obejrzeć, co się dzieje na ziemi. Później nie miałam czasu zajmować się głupstwami i rok dwutysięczny wyleciał mi z głowy. Nie skojarzyłam nawet tej epokowej daty z własnymi dolegliwościami i nie podbudowałam wątpliwości. O dolegliwościach pisać nie cier Odpowiedz Link
mister1 CD fragmentu 10.05.06, 17:34 Zaraz. Miało być chronologicznie. Diabli niech biorą Avensis, jeszcze do niej wrócę we właściwej chwili, do elektroniki również, nie ma obawy, element zatruwający życie trudno usunąć z pamięci. Przedtem jednak zajmę się rokiem dwutysięcznym. W wieku dwunastu lat, czytając rozmaite książki science-fiction, wyobrażałam sobie ten rok 2000 i zastanawiałam się, czy go dożyję. Starannie wyliczyłam wiek, jaki mi spadnie na kark, i zwątpiłam w możliwość osiągnięcia podobnej sędziwości. Zgrzybiałość absolutna, próchno, ekshum. Może z tamtego świata zdołam obejrzeć, co się dzieje na ziemi. Później nie miałam czasu zajmować się głupstwami i rok dwutysięczny wyleciał mi z głowy. Nie skojarzyłam nawet tej epokowej daty z własnymi dolegliwościami i nie podbudowałam wątpliwości. O dolegliwościach pisać nie cierpię, ale już o nich wcześniej napomknęłam, więc niech będzie, ten przechodzony zawał był już za mną, panowie lekarze cieszyli się na drugi, zrobiłam im złośliwość i na drugi nie zapadłam. Za to ugruntowałam w sobie chorobę, znienawidzoną przez świat medyczny, mianowicie arytmię, wstrętną rzecz, utratą życia nie grożącą, do wyleczenia trudną, a dla pacjenta ciężką do zniesienia. Czuje się nieszczęśnik, jakby już umarł i nie wiadomo, co z nim zrobić. Podbudowała się ta obrzydliwość niedokrwieniem serca, niedotlenieniem i od czasu do czasu migotaniem przedsionków. Nie wiem, co to jest migotanie przedsionków, i wcale nie chcę wiedzieć, wystarczy mi, że jest okropne. Rzecz jasna, byłam leczona, internista z kardiologiem wspólnymi siłami dobierali mi medykamenty, w paradę im jednakże wchodziły czynniki towarzyszące, głównie moje cudowne schody, wysokie trzecie piętro bez windy. No, wysokie, jak wysokie, przed wojną byłoby uważane za niskie, trzy metry z drobnymi groszami, cóż to jest! A cztery i pół metra nie łaska? Niestety, w czasach obecnych trzy metry to jest jakiś szał, luksus, rozrzutność wręcz zwyrodniała, na co człowiekowi tyle powietrza nad głową? Że nowe pokolenia lecą w górę, co najmniej o ćwierć metra przerastając swoich dziadków? No i cóż takiego, mogą chodzić na ugiętych łapach, pochylać się w drzwiach Gimnastyka jest zdrowa. Inna rzecz, że ciekawa jestem, kto powymyślał te wszystkie normatywy. Jakiś niedożywiony karzełek? No dobrze, wiem, że to taniej, ale jeszcze taniej byłoby poprzestać na szałasach albo zgoła nie budować niczego, tymczasem drapieżne polowanie na szmal rozeszło się już po całym świecie. Jak dżuma. AIDS. Czarna ospa. Karzełek, nie karzełek, każde piętro dowalało mi co najmniej trzydzieści centymetrów i razem wychodził metr albo i więcej, dzięki czemu do wszelkich schodów nabrałam żywiołowego wstrętu. Sam ich widok wystarczy, żebym się gorzej poczuła. Wpadłam w szał i przystąpiłam do budowania sobie parterowego domu, a budować musiałam, bo wszystkie istniejące, gotowe do kupienia, miały piętra. Z sypialni do kuchni trzeba było latać po schodach, co z góry wykluczyłam absolutnie. O perypetiach natury budowlano-administracyjnej nie będę pisała, bo jeszcze dziś na ich wspomnienie mógłby mnie szlag trafić, ponadto większość, szczególnie tych administracyjnych, spadła na pana Tadeusza, któremu na jakiś czas stworzyłam ciężkie życie. Zemścił się na mnie wprawdzie, ale to później. Na razie dochodził rok dwutysięczny, a ja się czułam okropnie. Sylwestra postanowiłam spędzić w domu, w szlafroku, przed telewizorem, bo i kaset z filmami miałam już dość dużo, i ciekawiło mnie, jak też telewizja uczci epokową datę. Ukryłam się przed wszystkimi, każdemu mówiąc co innego, łżąc na potęgę i zyskując dzięki temu święty spokój. No i zgodnie z planem zasiadłam sobie w moim starym fotelu ze sznurka, tym, któremu spawacz po pijanemu przyspawał nogi odwrotnie, i który dawno już przestał być pomarańczowy, bo moje własnoręczne farbowanie kompletnie wyblakło. Pułapkowatość mebla w pewnym stopniu złagodziłam, ułożywszy na nim trzy poduszki, i przystąpiłam do spędzania. Pojęcia nie mam, co oglądałam na ekranie, ponieważ zajęły mnie inne rozrywki. Około godziny dziesiątej wieczorem czułam się tak dennie, że straciłam nadzieję. Jednak, mimo wszystko, tego roku 2000 nie dożyję, trupem padnę przed północą, a tak już blisko, szkoda Po czym nagle szlag mnie trafił, rozzłościłam się wściekle. Dosyć tego, mam umrzeć, to honorowo! Wylazłam z fotela, wyciągnęłam z lodówki flachę bardzo dobrego szampana i udało mi się go otworzyć, nie tłukąc lamp i nie wylewając zawartości na ściany. Kieliszki posiadałam, co prawda używane były głównie jako wazoniki, ale kilka ocalało. Nawet nie wiem, czy miałam jakąś zagrychę, możliwe, że serek, ale gwarantować nie mogę. Całego tego szampana wytrąbiłam samodzielnie bez wielkiego pośpiechu, o drugiej w nocy czułam się jak skowronek na nieboskłonie, a wszelkie doznania chorobowe przeszły mi dokładnie. Dożyłam roku dwutysięcznego! Zatem przynajmniej jeden Sylwester nie tylko mi nie zaszkodził, ale nawet pomógł. Gdybym pisała normalną książkę, poustawiałabym wydarzenia w czasie tak, żeby miały jakiś sens i wzajemnie nie wchodziły sobie w paradę. Życie, niestety, nie uwzględnia wymogów twórczości i dostarcza rozrywek hurtem, mieszając wszystko ze sobą, uniemożliwiając trzymanie się chronologii, rwąc tematy, tworząc w ogóle jeden melanż. Taki właśnie galimatias stał się moim udziałem. Równocześnie: Kończyłam dom. Przeprowadzałam się. Kupowałam te cholerne Toyoty Avensis. Kradli mi je. Podróżowałam, niekoniecznie dla przyjemności. Usiłowałam pracować zawodowo. Kłóciłam się służbowo i prywatnie. I jak ja mam z tego wybrnąć? Odpowiedz Link
mister1 "Ladowanie w Garwolinie" 15.05.06, 10:00 Fragment: Dziwna, pękata, lśniąca postać na wielkich łapach i z długim ryjem wylazła z maszyny i tajemniczym sposobem zsunęła się w dół. Za nią pojawiła się druga, taka sama. Okrzyki tłumu nabrały znamion szczególnych, stały się nieco ochrypłe i mniej dźwięczne. - Wysiadają...! - rozległo się coś pośredniego pomiędzy szeptem a jękiem. - Ludzie, to przecież nie ludzie...!!! cena: 5 euro + przesylka Odpowiedz Link
mister1 "Nawiedzony dom" 15.05.06, 10:03 Fragment: Janeczka i Pawełek wracali tego dnia później, bo mieli dodatkowe lekcje języka angielskiego. Ponadto Janeczka musiała jeszcze zmienić w wypożyczalni książkę, Pawełek zaś czatował na znajomego milicjanta. W rezultacie zdołali porozumieć się z babcią dopiero przed samym obiadem, a i to sprawa była utrudniona, bo większość rodziny zdążyła już znaleźć się w domu. - Wiecie, chyba mieliście rację - przyznała babcia w pustej chwilowo kuchni. - To jest niezwykle mądry pies! Wpadł do domu i tak wyraźnie powiedział, że idzie listonosz, jakby mówił ludzkim językiem. Nadzwyczajne! - No proszę - wtrącił Pawełek - już się na nim poznałaś! - I co? - pytała z przejęciem Janeczka. - Poszłaś mu zabrać listy? - Tak, był jeden do Rafała. Obaj z listonoszem już się znają. To znaczy z psem. - Rafał z listonoszem i z psem? - zdziwił się Pawełek. - To byłoby trzech - zauważyła Janeczka. - Babcia powiedziała, że obaj. Na trzech nie mówi się obaj. Babcia poczuła, że coś jej zaczyna przeszkadzać w posługiwaniu się umysłem. - Nie plączcie mi w głowie! - zażądała z irytacją. Listonosz z psem się znają. Janeczkę życie towarzyskie listonosza interesowało w nikłym stopniu. Miała ważniejsze sprawy do omówienia. - Babciu, a zmora... to znaczy nasza sąsiadka, co? - Jak to, co? Nic. A co...? - No, co zrobiła? - poparł siostrę Pawełek. - Nic? - Oczywiście, że nic, a coście chcieli? Żeby się na mnie rzuciła i wydarła mi list do Rafała? - No, nie... - przyznała Janeczka z niejakim wahaniem, bo właściwie na coś takiego właśnie miała nadzieję. - Ale nic nie próbowała? Przecież chyba patrzyła ze swojego okna? - Nie wiem - odparła babcia z lekkim zakłopotaniem, czując, że popełniła niedopatrzenie. - Możliwe, że patrzyła, nie zwróciłam uwagi. Chaber dostał ciasta. Chyba specjalnie dla niego upiekę następne. - No proszę! - wykrzyknął dumnie Pawełek. - Cała rodzina będzie miała korzyść z naszego psa! W tym momencie do kuchni wszedł Rafał. Wyraz twarzy miał pełen zadumy, w ręku trzymał otwartą kopertę i kartkę papieru. - Babciu, ty nie wiesz czasem, skąd się wziął ten list? - spytał podejrzliwie. Babcia od razu poznała otrzymana korespondencję. - Znikąd się nie wziął - odparła z lekkim zdziwieniem. -Przyszedł pocztą. Listonosz przyniósł. - Tak zwyczajnie przyniósł listonosz? - upewnił się Rafał. - Zupełnie zwyczajnie, sama go odbierałam. A co się stało? - Nic. Jakieś głupie dowcipy... - Jakie dowcipy? Rafał nie zdążył odpowiedzieć, bo do kuchni zajrzała pani Krystyna, szukająca swoich dzieci. Zamierzała wysłać je do sklepu po pieczywo. Była sobota, na jutrzejszą niedzielę mogło zabraknąć. - Kto pójdzie, Pawełek czy Janeczka? - spytała. - Możemy iść razem, ale zaraz - odparł Pawełek zajęty Rafałem. - To znaczy za chwilę. Ty. A co jest w tym liście? - Nie wiem - mruknął Rafał. - Głupawy dowcip. - Jaki głupawy dowcip, powiedzże wreszcie! - zdenerwowała się babcia. - A o co chodzi? - zainteresowała się pani Krystyna. - Co się stało? Rafał westchnął. - Nic się nie stało, tylko dostałem idiotyczny list i myślałem, że ktoś o nim coś wie. Ale jak nie, to nie. Do kuchni zajrzała ciotka Monika. - Rafał, na stole leżał list do ciebie... - zaczęła i urwała, widząc kopertę w ręku syna. - A, już go dostałeś? - Słuchaj, on mówi, że ten list jest idiotyczny - powiedziała pośpiesznie babcia. - A co się stało? - zaniepokoiła się ciotka Monika i weszła do kuchni. - Co to za list? - O rany boskie, niech skonam, nic się nie stało, przestańcie się czepiać! - zniecierpliwił się Rafał. - Nic takiego, dostałem list, a w liście kartka. Napisane jest na niej: "Uprzejmie zawiadamia się, że dzisiaj jest czwartek". Drukowanymi literami, bez podpisu. Pomijając już wszystko inne, dzisiaj jest sobota. Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego w milczeniu. - To co to znaczy? - spytał Pawełek z szalonym zaciekawieniem. - A skąd ja mam to wiedzieć? Jakiś kumpel się pewno wygłupił... - I ja po to leciałam za tym psem, żeby Rafał się dowiedział, że dzisiaj jest sobota! - wykrzyknęła z oburzeniem babcia. - Babciu...! - zawołała ostrzegawczo Janeczka. - Nie sobota, tylko czwartek - sprostował Rafał. - Jaki czwartek, co ty opowiadasz! - zaprotestowała mimo pani Krystyna. - Przecież jest sobota! - To ja wiem, że jest sobota, ale tu jest czwartek. Przez kilka minut wydawało się, że do końca życia rodzina nie wybrnie z problemu czwartku i soboty. Jedna niewinna kartka wprowadziła potężny zamęt, przestawiając dni tygodnia. Ciotka Monika oprzytomniała wreszcie, oświadczając, że jest pewna soboty, bo dziś właśnie ma się zacząć remont jej kuchni na górze, a w ogóle przyszła tu po to , żeby spytać, gdzie jest jej brat, który o tym remoncie zadecydował. Pan Chabrowicz, jak się okazało, pojechał gdzieś po dachówkę. Nie wiadomo było, kiedy wróci. Można by zacząć ten remont bez niego, bo narzeczony ciotki Moniki już przyniósł narzędzia, Rafał mu pomoże, ale zdaje się, że on miał jakiś pomysł... - Żadnego pomysłu nie miał, tylko kazał z daleka omijać krany - oświadczył Rafał. - Mówił, że niech was ręka boska broni wymontować choć jeden. - To w ogóle sobie nie wyobrażam, jakim cudem ten remont kiedykolwiek skończycie - rzekła z rozgoryczeniem ciotka Monika. - Krystyna, przygotuj się na to, że przez całe wieki będziemy na twoim wikcie. - A, właśnie - ocknęła się pani Krystyna. - Dzieci, idźcie po ten chleb, bo potem nie dostaniecie! Janeczka odezwała się pierwszy raz dopiero na ulicy. - Przestań się już tak dziwić, to ja napisałam ten list - powiadomiła Pawełka. - Zupełnie zapomniałam ci o tym powiedzieć. Wysłałam zwyczajny, bo chciałam się przekonać, czy babcia zdąży. Poza tym bałam się, że listonosz akurat nie przyjdzie i Chaber będzie miał przerwę. - A dlaczego mu napisałaś, że jest czwartek? - spytał Pawełek z zainteresowaniem. - Bo był czwartek. Napisałam w czwartek, a wysłałam w piątek. Proszę, jeden dzień idzie. Cena: 5 euro plus przesylka Odpowiedz Link
astarte7 Re: "Nawiedzony dom" 15.05.06, 11:48 Jezu, to mi przeszkadza w poslugiwaniu sie umyslem! Ale poplatane.. Odpowiedz Link
mister1 Re: Ksiazki do sprzedania 18.05.06, 15:22 do sprzedania nie tylko ksiazki Chmielewskiej, ale setki i innych ... ( takze biale kruki - jak wydawnictwa Giedoyca) Odpowiedz Link
astarte7 Re: Ksiazki do sprzedania 18.05.06, 16:01 jasne,tylko najpierw na to stado bialych krukow trzeba zarobic. Odpowiedz Link
mister1 Re: Ksiazki do sprzedania 18.05.06, 17:00 astarte7 napisała: > jasne,tylko najpierw na to stado bialych krukow trzeba zarobic. moze byc "black money" ... Odpowiedz Link
astarte7 Re: Ksiazki do sprzedania 18.05.06, 18:33 Black money za biale kruki??To juz szara strefa. Przeciez pisalam, ze jestem uczciwa! Odnosnik: ktorys post Odpowiedz Link
mister1 Re: Ksiazki do sprzedania 18.05.06, 18:54 to sa wydatki na kulture wiec zmienia to postac rzeczy Odpowiedz Link
astarte7 Re: Ksiazki do sprzedania 18.05.06, 18:58 Tylko co to za kultura co sie miesza z blotem. Odpowiedz Link
mister1 ciekawe ksiazki 18.05.06, 19:41 nie przesadzaj,astarte7, ja sobie zartuje, aty to zdaje sie bierzesz powaznie. Glodem nie przymieram, bym mial za wszelka cene sprzedac kolekcje ksiazek Hlaski,Mrozka z 1970 roku czy "Na nieludzkiej ziemi" Czapskiego wydane przez Editions-Spotkania specjalnie do celow przemytniczych... Odpowiedz Link
astarte7 Re: ciekawe ksiazki 18.05.06, 20:09 He he, zmoralizowal sie Pan, co? Ok, dosc juz na dzisiaj z Internetem. Slonce wyszlo! Odpowiedz Link
mister1 ende 18.05.06, 20:16 nie.Sprawa beznadziejna. Z natury jestem czlowiekiem zlym.A w ogole to jeszcze jutro do pracy a potem urlop.Mam nadzieje, ze slonce dopisze. Odpowiedz Link
astarte7 Re: ende 19.05.06, 00:17 No bez przesady! Jakie Ende? Przeciez nie zamierzalam tu nikogo nawracac ani katechizowac! To by ZART, do licha. Bo mnie tu zaraz wszystkie kobiety z blotem zmieszaja za jakies bluznierstwa a juz sie tak wiosennie robilo.. Odpowiedz Link
mister1 Re: ende 19.05.06, 07:00 ende bylo na wczorajszy internet - dzisiaj juz o 10 bedzie koniec z praca na nastepne 10 dni ( praca to pol biedy, najgorsze wczesne wstawanie) Odpowiedz Link