Gość: Thunderbolt
IP: *.echostar.pl
03.05.03, 01:44
Przez całe dziesięciolecia pielęgnowano w Niemczech pamięć o nieskazitelnej
armii uwikłanej przez Hitlera w brudną wojnę. Duża w tym "zasługa" procesu w
Norymberdze. Wprawdzie skazano tam paru najwyższych rangą oficerów, ale ponad
stu członków dowództwa Wehrmachtu uwolniono od zarzutu przynależności
do "zbrodniczej organizacji". Sentencję wyroku, który jednocześnie
potwierdzał udział Wehrmachtu w zbrodniach bądź milczące przyzwolenie na nie,
łatwo puszczono w powojennych Niemczech w niepamięć.
Sprzyjali temu politycy. Kanclerz Konrad Adenauer, sam więziony przez
nazistów, ogłosił w 1951 roku w Bundestagu, że liczba odpowiedzialnych za
zbrodnie oficerów była tak mała, iż nie stanowi żadnej ujmy na honorze
Wehrmachtu. Pod naciskiem doradców Adenauera nawet zdecydowany orędownik
twardej polityki wobec Niemców, amerykański generał Dwight D. Eisenhower,
wezwał, by odróżniać "niemieckich żołnierzy i oficerów jako takich" od
kryminalnej bandy Hitlera.
Jak trudno o jednoznaczną ocenę przeszłości, świadczy fakt, że w późnych
latach 50. jedna trzecia Niemców potępiała dokonany przez Clausa von
Stauffenberga zamach na Hitlera. Przeciwnego zdania było niewiele więcej. Do
dziś żołnierze Wehrmachtu, którzy odmówili złożenia przysięgi na wierność
führerowi albo zdezerterowali, walczą o pełną rehabilitację. "Przez lata
byliśmy tak lżeni, że zaczęliśmy czuć się winni" - mówił jeden z nich w maju
podczas uroczystości w byłym obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Jego
koledzy, którzy służąc w Wehrmachcie albo Waffen--SS, zostali ranni,
otrzymują tymczasem "rentę dla ofiar wojny".
Zwykli żołnierze
Chcąc uhonorować rodaków poległych na wojnie, Niemcy stanęli przed drażliwym
problemem, jak jednocześnie nie urazić ofiar nazizmu i ich rodzin. Podczas
gdy wznoszone po I wojnie światowej pomniki sławiły "bohaterów wojennych", te
budowane po II wojnie poświęcano "zwykłym żołnierzom". Oprócz symboli
religijnych częstym motywem na tych monumentach stał się Żelazny Krzyż -
"zdenazyfikowane" i przywrócone w 1957 roku do łask najwyższe niemieckie
odznaczenie wojenne. Szokiem było więc, gdy na metalowych tablicach
ustawionych w kształcie Żelaznego Krzyża na wystawie w Hamburgu zawisły sześć
lat temu zdjęcia "zwykłych żołnierzy" dokonujących mordów na cywilach.
Fotografie młodzieńców z Wehrmachtu pozujących na tle powieszonych czy
rozstrzelanych cywilów albo z zawadiackim uśmiechem obcinających Żydom pejsy
i brody uzupełniono fragmentami rozkazów, listów żołnierzy do rodzin i innych
dokumentów. Jednoznacznie oskarżycielska wymowa ekspozycji miała pozbawić
widzów wszelkich wątpliwości. Kontrowersje wokół tak ułożonej wystawy
zaogniali jeszcze jej autorzy. - Od 60 do 80 procent żołnierzy Wehrmachtu
bezpośrednio uczestniczyło w przestępstwach wojennych - mówił odpowiedzialny
za ekspozycję Hannes Heer. Zważmy, że w Wehrmachcie służyło 20 milionów
ludzi.
Sceptykom nie pozostawiono wyboru - albo są za wystawą, albo hurtem zaliczono
ich do jej przeciwników, czyli "neonazistów". Irytowały mentorskie pozy i
moralizatorski ton autorów ekspozycji, korzystających z dobrodziejstwa
późniejszego urodzenia i rozliczających winy nie swojego pokolenia. Oponentów
zakrzykiwano i nie dopuszczano krytyki. W tej atmosferze wystawa objechała
ponad 30 niemieckich i austriackich miast. Obejrzało ją 800 tysięcy widzów.
Towarzyszyły jej manifestacje i protesty byłych żołnierzy, konserwatywnych
polityków z CDU i CSU oraz neonazistów. W Saarbrücken doszło nawet do zamachu
bombowego.
Decydujący dla losów wystawy cios wymierzono z nieoczekiwanej strony - zadali
go historycy ze wschodniej Europy, którym trudno było zarzucić sympatię wobec
nazistów. Polak Bogdan Musiał i Węgier Krisztián Ungváry udowodnili twórcom
wystawy liczne fałszerstwa: przedstawieni na zdjęciach rzekomo pomordowani
przez Wehrmacht byli w rzeczywistości ofiarami NKWD, cytaty pozbawiono
kontekstu, zmieniając w ten sposób ich znaczenie, fotografie z różnych miejsc
zestawiono tak, by sprawiały wrażenie, że są zapisem jednego wydarzenia,
jako "świadectwa" zbrodni Wehrmachtu prezentowano wymuszone przez NKWD
zeznania niemieckich jeńców. Posunięto się nawet do tego, że zdjęcie
opatrzone w archiwach informacją, iż prezentuje egzekucję dokonaną przez SS i
SD, pokazano jako zbrodnię SD i Wehrmachtu. Podobnie fotografię żołnierza,
który - jak wynikało z archiwaliów - padł w boju, przedstawiono jako zdjęcie
zamordowanego jeńca. Nie były to więc tylko "błędy przy pracy", ale
świadome "pomaganie" prawdzie. Zarzuty okazały się na tyle poważne, że w
końcu 1999 roku, na krótko przed planowanym pokazem w Stanach Zjednoczonych,
wystawę zamknięto.
Stara teza, nowe zdjęcia
Choć autorzy ekspozycji upierali się, że "parę" źle podpisanych zdjęć nie
fałszuje całości, nowa, dwa razy większa wystawa zawiera zaledwie 10 procent
pokazywanych wcześniej fotografii. Reszta prezentowana jest po raz pierwszy. -
Nie ma zmian w tezie wystawy, są duże zmiany w argumentacji - zastrzega
Reemtsma. Niewielkie tym razem fotografie giną niemalże wśród innych
dokumentów - listów, rozkazów, relacji świadków. Pisanych materiałów jest tak
wiele, że złośliwi narzekają, iż to "wystawa dla profesorów". W
przeciwieństwie do pierwszej ekspozycji, druga unika formułowania
kategorycznych oskarżeń. Zachowuje powściągliwość w komentarzach i prowokuje
raczej do samodzielnych sądów. Zrezygnowano też z obciążania żołnierzy
Wehrmachtu zbiorową winą za zbrodnie. Najciekawsza część wystawy dokumentuje,
jak odmienne były postawy niemieckich oficerów - jedni gorliwie wykonywali
rozkazy i rozstrzeliwali cywilów, inni robili to z ociąganiem albo wręcz
odmawiali. Różne były też konsekwencje okazywania sprzeciwu. Członków
plutonów egzekucyjnych, którzy zamiast strzelać do cywilów, celowali w
ścianę, nie stawiano obok rozstrzeliwanych, tylko wymieniano na innych. Z
kolei podoficer, który pomagał w Wilnie Żydom, został stracony.
Pozostałe części wystawy prezentują masowe morderstwa na Żydach, śmiertelność
wśród rosyjskich jeńców, gospodarczą eksploatację podbitych terenów
prowadzącą do głodu, deportacje robotników przymusowych do Niemiec,
bezwzględną walkę z partyzantką, a także represje i rozstrzeliwanie
zakładników. - Widać, że autorzy wystawy starali się odbudować nadszarpniętą
reputację hamburskiego Instytutu Badań Społecznych. I to im się udało -
komplementuje ich tym razem Bogdan Musiał. Choć dopatrzył też się błędu:
ponoć niezgodnie z faktami napisano, że latem 1941 roku Wehrmacht nie
przeciwdziałał pogromowi Żydów we Lwowie.