Wybrałam się wczoraj do kina na przedpremierowy pokaz "Rebound" z
Catherine Zeta-Jones w roli głównej. Film, jak się na miejscu
okazało, pokazywany był w ramach tzw. Ladies Night - seans WYŁĄCZNIE
dla kobiet, okraszony pewnymi atrakcjami, za które do normalnej ceny
biletu trzeba dopłacić 5 euro.
Przy wejsciu do kina czeka kieliszek płynu szampanopodobnego, potem
w nabitej ciżbie kobiet daje sie wyodrębnić kolejkę do
manikiurzystki, kolejki do stoisk z kosmetykami, koralikami i
osobnego z imponujaca kolekcją wibratorów we wszytkich kolorach
teczy, kształtów i wielkości. Konferansjer występujący przed filmem
gorąco sumitował się, że tym razem nie wystapi striptizer (sala
buczała), za to ogłosił konkurs na złośliwe dowcipy o facetach.
Niestety, większość była tak nieprzyzwoita, że ich w ogóle
niezrozumiałam...
Sala była nabita, co w obecnych czasach nie zdarza się zbyt czesto.
Widownia w 100% damska rózni się od zwykłej zasadniczo -
niekontrolowanym wyrażaniem emocji. W pewnym momencie troche mnie
poraziło - jest taka scena w filmie (chyba najlepsza zresztą) kiedy
główna bohaterka zniesmaczona napaścią ekshibicjonisty idzie z
dziećmi na kurs samoobrony dla kobiet. W napastnika wciela się
główny bohater, ubrany we wdzianko upodabniające go do Barbapapy.
Prezentuje zgodnie ze skryptem szereg typowych sytuacji w których
kobieta współczesna musi wykazać się umiejętnością samoobrony (mnie
najbardziej podobała się scenka z ginekologiem komentującym biust...)
a prowadząca pokazuje na nim różne chwyty.
W pewnym momencie prosi o ochotniczkę (oczywiście zgłasza sie
Catherine)i wygłasza tekst, że w chwili ataku każda kobieta może
sięgnąć do oceanu emocjonalnych krzywd wyrządzonych przez facetów w
ciagu historii ludzkości. Poczuć w sobie emocje kobiety zdradzonej,
porzuconej, maltretowanej, molestowanej, wykorzystywanej w pracy czy
wręcz zmuszanej do pracy niewolniczej, i korzystając z tych emocji
walnąć na odlew... (co zresztą uważam za bardzo cenną technike,jako
że kobiety instynktownie w ostatniej chwili osłabiaja siłe ciosu,
żeby napastnika nie zabolało - tak czytałam kiedys w wywiadzie z
jakims specjalista od samoobrony). Catherine rzuca piękną wiązankę
trwajaca chyba z okrągłe dwie minuty, po czym faceta po prostu
roznosi w drzazgi.
Ciekawa była reakcja sali - napierw w kompletnej ciszy wszystkie
słychały(śmy) wywodu instruktorki, a jak przyszło do bicia, to był
jeden żywiołowy krzyk - "tak, przypieprz mu mocniej !"...
W sumie refleksje mam dwie - po pierwsze przy facetach kobiety
cenzurują się znacznie, po drugie są w nich niesamowite pokłady
frustracji i złości...