Dodaj do ulubionych

Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :)

11.07.10, 20:34
Może ktoś będzie chciał sobie poczytać jak to było na naszej
ostatniej wyprawie :) a smiesznie było jak zwykle.


Dzienniki podróży motocyklowej Kreciuli i Porzeczki w 2010 :)
Planowana podróż to Toskania i Korsyka od 19.06 do 04.07. pod
namioty w 5 osób i w cztery maszyny.
Dzień -0
Piątek to dzień poprzedzający nasz wyjazd a tu się tyle dzieje ,
sprawdzamy od rana pogodę na najbliższe dni i wcale nie jest różowo,
załamanie pogody w całej Europie, deszcze, burze i tam gdzie miało
być 30 zapowiadają 12-15 a w nocy poniżej 10 stopni, hmm ...jakoś
nam miny markotnieją no przecież wybraliśmy południe aby nie martwić
się o pogodę. Adama moto odstawione we wtorek do serwisu nadal nie
jest zrobione, uszczelniaczy nie ma ale ciągle jest nadzieja że
zaraz już będzie. W południe telefon że SVka będzie gotowa ale w
środę w przyszłym tygodniu eeeeeee.....Na szczęscie są jeszcze
dobrzy ludzie i z Trójmiasta w pociągu jedzie już do Adama brakująca
część ( wykręcona zresztą z innej SVki jednego z Braci z Bractwa
Suzuki ).
Wieczorem w pełnym gronie burza mózgów co robić ... jechać nie
jechać...? co jak część z SVki nie zda egzaminu...? jechać mimo złej
pogody...? godzina 22:00 a my nadal przy piwku myslimy, rzeczy nie
spakowane leżą na fotelach ...

Dzień -1
Południe ... wyjazd był planowany na 6:00 a ciuchy ciągle luzem,
chłopaki w warsztacie śledzą losy motocykla a my czekamy na info. W
międzyczasie sprawdzamy oferty biur podróży, takie cudowne mają
oferty, szczególnie że możemy ruszać z tzw: last minute, wszędzie
cudownie to wygląda, a ceny nie przekroczą nawet połowy naszego
budżetu wakacyjnego ... no ale miało być motocyklowo przecież,
wątpliwości ciąg dalszy ...
Godzina 18:00, ruszamy jednak w drogę, Svka działa bez zarzutu,
pogoda marna ale przecież dalsze prognozy moga się nie
sprawdzić.. :) ( ech Ci motocykliści, wieczni optymiści :),
ruszajmy ... jeszcze tylko krótki apel do Aniołów ( tak jak zawsze
pisze mój ulubiony "bloger" Przemek-Scyzor :)) Anioły proszę zebrać
siły...ruszamy...może nie być łatwo..., jeden z nich ziewając
odpowiada: a kiedyś było? :)
Oczywiście pierwszy posiłek w Mc, sprawdzenie ciśnienia no i jak tu
ruszać w drogę bez buły :).
Pierwszy nocleg w Cieszynie czyli po 380 km z naszej 1680
kilometrowej podróży do Livorno, w międzyczasie jeszcze zrobiło się
tak zimno że włożyliśmy przeciwdeszczówki a co się później okazało
zdjeliśmy je dopiero pod koniec podróży przed Livorno we
Wloszech :). Zostajemy na nocleg w hotelu ( a miało być tanio
przecież :) i okazuje się że jest tutaj akurat impreza pt: LATA PRL
i jest cudownie, fajerwerki i pyszna wielka pizza, chcemy tu
zostać :). Wypijamy po piwku i spać bo rano traska a jak narazie
pogoda nas nie rozpieszcza...
cdn.
Obserwuj wątek
    • marsv Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 11.07.10, 21:24
      Kto zalozyl przeciwdeszczowke ten zalozyl....ale ubiegajac w kolejny dzien w
      koncu przeciwdeszczowka pod Wiedniem zostala zalozona ;)
    • swojsky Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 11.07.10, 22:42
      Fajne, fajne, fajne !!!

      kolejna raza sprobujcie zwachac sie z ekipa ze slaskiej
      DesmoSilesii... ekipa hanysow Ducatami czesto na poludnie pomyka...
      Czechy, Slowacja, Wegry, no i mekka - Wlochy. Asysta do Cieszyna tez
      zawsze jest mozliwa, wszak znamy tu kazde drzewo z radarem ;-)


      czekam na cdn...



      porzeczka00 napisała:

      > Może ktoś będzie chciał sobie poczytać jak to było na naszej
      > ostatniej wyprawie :) a smiesznie było jak zwykle.
      >
      >
      > Dzienniki podróży motocyklowej Kreciuli i Porzeczki w 2010 :)
      > Planowana podróż to Toskania i Korsyka od 19.06 do 04.07. pod
      > namioty w 5 osób i w cztery maszyny.
      > Dzień -0
      > Piątek to dzień poprzedzający nasz wyjazd a tu się tyle dzieje ,
      > sprawdzamy od rana pogodę na najbliższe dni i wcale nie jest
      różowo,
      > załamanie pogody w całej Europie, deszcze, burze i tam gdzie miało
      > być 30 zapowiadają 12-15 a w nocy poniżej 10 stopni, hmm ...jakoś
      > nam miny markotnieją no przecież wybraliśmy południe aby nie
      martwić
      > się o pogodę. Adama moto odstawione we wtorek do serwisu nadal nie
      > jest zrobione, uszczelniaczy nie ma ale ciągle jest nadzieja że
      > zaraz już będzie. W południe telefon że SVka będzie gotowa ale w
      > środę w przyszłym tygodniu eeeeeee.....Na szczęscie są jeszcze
      > dobrzy ludzie i z Trójmiasta w pociągu jedzie już do Adama
      brakująca
      > część ( wykręcona zresztą z innej SVki jednego z Braci z Bractwa
      > Suzuki ).
      > Wieczorem w pełnym gronie burza mózgów co robić ... jechać nie
      > jechać...? co jak część z SVki nie zda egzaminu...? jechać mimo
      złej
      > pogody...? godzina 22:00 a my nadal przy piwku myslimy, rzeczy nie
      > spakowane leżą na fotelach ...
      >
      > Dzień -1
      > Południe ... wyjazd był planowany na 6:00 a ciuchy ciągle luzem,
      > chłopaki w warsztacie śledzą losy motocykla a my czekamy na info.
      W
      > międzyczasie sprawdzamy oferty biur podróży, takie cudowne mają
      > oferty, szczególnie że możemy ruszać z tzw: last minute, wszędzie
      > cudownie to wygląda, a ceny nie przekroczą nawet połowy naszego
      > budżetu wakacyjnego ... no ale miało być motocyklowo przecież,
      > wątpliwości ciąg dalszy ...
      > Godzina 18:00, ruszamy jednak w drogę, Svka działa bez zarzutu,
      > pogoda marna ale przecież dalsze prognozy moga się nie
      > sprawdzić.. :) ( ech Ci motocykliści, wieczni optymiści :),
      > ruszajmy ... jeszcze tylko krótki apel do Aniołów ( tak jak zawsze
      > pisze mój ulubiony "bloger" Przemek-Scyzor :)) Anioły proszę
      zebrać
      > siły...ruszamy...może nie być łatwo..., jeden z nich ziewając
      > odpowiada: a kiedyś było? :)
      > Oczywiście pierwszy posiłek w Mc, sprawdzenie ciśnienia no i jak
      tu
      > ruszać w drogę bez buły :).
      > Pierwszy nocleg w Cieszynie czyli po 380 km z naszej 1680
      > kilometrowej podróży do Livorno, w międzyczasie jeszcze zrobiło
      się
      > tak zimno że włożyliśmy przeciwdeszczówki a co się później okazało
      > zdjeliśmy je dopiero pod koniec podróży przed Livorno we
      > Wloszech :). Zostajemy na nocleg w hotelu ( a miało być tanio
      > przecież :) i okazuje się że jest tutaj akurat impreza pt: LATA
      PRL
      > i jest cudownie, fajerwerki i pyszna wielka pizza, chcemy tu
      > zostać :). Wypijamy po piwku i spać bo rano traska a jak narazie
      > pogoda nas nie rozpieszcza...
      > cdn.
    • wiolaszpilazapominalska Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 11.07.10, 23:59
      Wreszcie jakiś fajny temat do poczytania.Super Porzeczka.
      Czekam(y) na dalszy ciąg przygód.
      I ciekawe czy Leo coś namazgrze? ;-)
      • goha66 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 12.07.10, 07:09
        wiolaszpilazapominalska napisała:

        > Wreszcie jakiś fajny temat do poczytania.Super Porzeczka.
        > Czekam(y) na dalszy ciąg przygód.
        > I ciekawe czy Leo coś namazgrze? ;-)

        ... podpisuję się pod tym co nastukała Szpila :) chcemy jeszcze!
        Porzeczka, Leo ... piszcie :)
        P.S.
        mam nadzieję, że i bliźniaczki po powrocie ze Szkocji opiszą
        wakacyjne przygody ... hm ... w sumie jakbyście chcieli to ja też
        mogę jakoś "streścić" te 2300 po Polsce zrobione w czerwcu ...
        • umek150 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 12.07.10, 09:40
          Piszcie koniecznie o swoich wyprawach większych i mniejszych. Mi się tak
          strasznie marzy pojechać gdzieś dalej na moto chociaż po Polsce a tak
          najbardziej to gdzieś na południowy zachód tam gdzie cieplutko i milutko. Na
          razie mogę tylko poczytać i pomarzyć ale kto wie może kiedyś się uda a opowieści
          mnie natchną gdzie pojechać. Najgorsze jest to, że ja bym chciała wszędzie ale
          tak się nie da i na coś trzeba będzie się zdecydować. Czekam na relacje z
          utęsknieniem.
          • kreciul01 Re: dzien 2-3 12.07.10, 11:21
            Dzień 2

            Pobudka o 7, szybkie śniadanko i w drogę, dalej pada, więcej lub
            mniej i zimno. Napewno standart drogi nam się poprawił no bo
            przecież autostrady tu mają, mijamy Czechy ( motocykle darmowo
            smigają ) i wjeżdżamy do Austri. Dojeżdżamy do Alp i tam dopiero
            jest "raj", leje i jest 8 stopni, marznące paluszki na manetkach
            odmawiają posłuszeństwa, postoje co 100 km bo odmarzać trzeba. Na
            jednym z nich spotykamy parkę lecącą na Korsykę i Sardynię.
            pogawędka o tym jak jest zimno i rzut oka na to że "plecaczek "
            jedzie w białych adidaskach ( no fakt moze być w nich zimno :)).
            Mimo iż przejazd przez Alpy jest moim ulubionym ( tunele, fajne
            łuki. przełęcze i fantastyczne widoki) tym razem jest trochę mniej
            przyjemnie. Około 19:00 stwierdzamy że na dzisiaj mamy juz dosyć i
            zaczynamy szukać noclegu, niedaleko Villach udaje nam się dostrzec
            mały pensjonat z przemiłą włascicielką która z cenę 25 euro za osobę
            daje nam ładne pokoiki z łazienkami, garaż dla motocykli i poranne
            śniadanko. Dzisiaj udało na się przejechać kolejne 680 km i prawie
            dojechać do Włoch :). Jeszcze wieczorne piwko z telewizorem w tle
            gdzie właśnie pokazują że niedaleko nas w Tyrolu spadł snieg, widać
            motocyklistów stojących na parkingu wśród białego puchu z
            zdezorientowanymi twarzami :). Nadal w głowie kołacze się pytanie :
            PO Co TO WSZYSTKO ? Anioł wtrąca swoje : a inni grają w szachy przy
            kominku....eeeee może kiedyś .... :).

            Dzień 3
            Pobudka o 7 ( nawet teraz to pisząc śmieję się bo jak komuś opisać
            urlop gdzie codziennie prawie nastawiasz budzik :)), śniadanko z
            ciepłymi bułeczkami i w drogę, mamy jeszcze 600 km do Livorno,
            jeszcze Alpy i chłodek, trochę pada ale już za Wenecją robi się
            cieplej i prawie przestaje padać. Mamy w Boloni zamówione zwiedzanie
            fabryki Ducati ale jż wiadomo że nic z tego bo zwiedzanie na 11:00 a
            my o 15:00 jesteśmy w Boloni, mimo to podjeżdzamy chociaż pod
            fabrykę ( bo motocykliści optymiści liczą na cud :)) niestety nie
            udało się, mają kolejne grupy ale nic, spróbujemy w drodze powrotnej
            a nasz tym razem "telefoniczny" przyjaciel z Paryża ( Marek który
            nas pilotował później kilkakrotnie w różnych sytuacjach) zarezerwuje
            nam kolejny termin :), dzięki Mareczku za wszystko :*.
            Jedziemy dalej i yes, yes , yes udało się, dojechaliśmy do Livorno,
            navi wskazuje u Adama pierwszy camping i tam jedziemy. Jest miejsce,
            dopłacamy za taras z widoczkiem na morze i rozbijamy się ( za 3
            namioty, 5 osób i 4 moto płacimy 60 euro za dobę, za widok z
            taraskiem dopłacamy 15 euro dziennie) napewno warto i jak się
            później okazuje te leżaki z tarasu bardzo się przydały ale narazie
            ciiiiii :). Po tej podróży wszystko jest fajne no i w końcu można
            użyć namioty, maty i śpiwory ( namioty firmy Hannach 3 osobowe żeby
            kufry i sakwy zmieścić, kupione na wyprzedaży po 230 zł, maty
            samopompujące z Tesco po 49 zł, bardzo fajne a miejsca zajmują tyle
            co zwykłe karimaty ).

            cdn.. :)
            • porzeczka00 Podróży ciąg dalszy 4-5 dzień :) 13.07.10, 10:09
              Dzień 4
              I tu chciałabym napisać że wstaliśmy normalnie, jak ludzie na
              urlopie tzn: późno ale nie mogę :), pobudka dość wcześnie i tak już
              będzie prawie codziennie bo jakoś tak w namiocie wcześnie się robi
              cieplutko a kolej wstawania mieszkańców zależy od tego komu
              wcześniej słoneczko na namiot grzeje :).Idziemy spokojnie z Ulą do
              sklepu po podstawowe produkty czyli pieczywko, coś do pieczywka no i
              oczywiście piwko :), robimy zakupy ekonomiczne czyli znajdujemy piwo
              które ma 10% i uznajemy że tak będzie mniej noszenia ( później
              okazuje się że to nie najlepszy pomysł bo może i mało noszenia ale
              dziwne w smaku i ścina z nóg szybko :)). Mamy już wtorek więc po
              zapoznaniu się z terenem campingu ( luksusowy ten był , basen,
              restauracja, sklep i usługi fryzjerskie ) postanawiamy coś zwiedzić
              bo w czwartek przecież mamy prom na Korsykę. Jedziemy do Pisy i
              pobliskiej miejscowości Lucca. W Pisie wieża okazuje się naprawdę
              krzywa i pstrykamy ją z każdej strony, potem Lucca okazuje się
              pięknym miastem, kamienne wąskie uliczki z mnóstwem knajpek i takim
              włoskim klimatem :). Droga kręta, piękne widoki jakie znamy z filmów
              o Toskani, zakochałam się w tym miejscu. Krajobraz pofalowany
              wzgórzami winnic, poprzecinany alejkami cyprysów, chcę tu
              zamieszkać :). W dzien mamy już ładną pogodę, wieczorami i nocą jest
              chłodno i tutaj właśnie odkrywamy bardzo wiele zastosowań zwykłej
              bluzy ( których mamy niewiele bo to przecież to południe Europy
              jest :) ja właściwie mam jedną ). Bluza moi kochani może być :
              - poprostu bluzą na chłodny wieczór
              - piżamą bo nocki zimne
              - szlafrokiem bo po prysznicu wieczornym trzeba przejść się do
              namiotu
              - poduszką bo troszkę twardo a dmuchane jakoś się zepsuły
              - rodzajem siedziska przy śniadanku na ziemi :)
              - strojem na wieczorne wyjście do restauracji :) itd.

              Dzień 5
              Dzisiaj w planie przedpołudniowym jest plaża, trzeba zejśc do niej
              schodami i okazuje się kamienista z dosyć rześką wodą, w zasadzie
              moczymy nogi a na opalanie wybieramy piaszczysty taras koło
              namiotów, wreszcie lenistwo i w tej części opowieści nic się nie
              dzieje więc mogę napisać o czymś innym. Tak sobie myślałam że ta
              wycieczka mogła by mieć dla mnie tytuł "Ojej" bo był to często
              używany wyraz przez nas, Ojej jaka pogoda, Ojej nie zdążyliśmy, Ojej
              skończyła mi się woda pod prysznicem a mam włosy w szamponie a żeby
              ją włączyć trzeba wyjśc na zewnątrz :), Ojej namydliłam się a nie
              mam ręcznika,Ojej źle skręciłam a reszta pojechała gdzieś indziej i
              odnajdziemy się dopiero po 80 km, Ojej wypadł mi papier i potoczył
              się po mokrej podłodze do innej kabiny,Ojej znowu gdzieś jedziemy a
              miało być leżenie na plaży, Ojej jak ja lubię różowe winko :), tak
              to zdecydowanie fajny wyraz ten Ojej :).
              Popołudniu wybieramy się na kolejną wycieczkę, Mamy w planach
              Voltera, fajne miasto z czasów etrusków, mroczne i kamienne, nic
              dziwnego że w literaturze znane jako miasto rodu Volturi ( ród
              wampirów z książki "Księżyc w nowiu"), potem cudowne niesamowite San
              Gimignano, miasteczko 14 wież położone na wzgórzu, wpisane na listę
              Unesco i znane w całych Włoszech z najlepszej lodziarni przy głowny
              rynku, naprawdę polecam bo jest bardzo urokliwe. Wszystko pięknie
              ale wracamy bo przecież jutro pobudka o 4:00, bo trzeba rano "domki"
              złożyć i o 6:00 już byc w porcie, grzecznie w kolejce :) na prom na
              Korsykę. Spać ...

              cdn. :)
              • swojski_fr_1 Re: Podróży ciąg dalszy 4-5 dzień :) 13.07.10, 11:45
                zazdroszcze Toskanii na motorze...

                porzeczka00 napisała:

                > Dzień 4
                > I tu chciałabym napisać że wstaliśmy normalnie, jak ludzie na
                > urlopie tzn: późno ale nie mogę :), pobudka dość wcześnie i tak
                już
                > będzie prawie codziennie bo jakoś tak w namiocie wcześnie się robi
                > cieplutko a kolej wstawania mieszkańców zależy od tego komu
                > wcześniej słoneczko na namiot grzeje :).Idziemy spokojnie z Ulą do
                > sklepu po podstawowe produkty czyli pieczywko, coś do pieczywka no
                i
                > oczywiście piwko :), robimy zakupy ekonomiczne czyli znajdujemy
                piwo
                > które ma 10% i uznajemy że tak będzie mniej noszenia ( później
                > okazuje się że to nie najlepszy pomysł bo może i mało noszenia ale
                > dziwne w smaku i ścina z nóg szybko :)). Mamy już wtorek więc po
                > zapoznaniu się z terenem campingu ( luksusowy ten był , basen,
                > restauracja, sklep i usługi fryzjerskie ) postanawiamy coś
                zwiedzić
                > bo w czwartek przecież mamy prom na Korsykę. Jedziemy do Pisy i
                > pobliskiej miejscowości Lucca. W Pisie wieża okazuje się naprawdę
                > krzywa i pstrykamy ją z każdej strony, potem Lucca okazuje się
                > pięknym miastem, kamienne wąskie uliczki z mnóstwem knajpek i
                takim
                > włoskim klimatem :). Droga kręta, piękne widoki jakie znamy z
                filmów
                > o Toskani, zakochałam się w tym miejscu. Krajobraz pofalowany
                > wzgórzami winnic, poprzecinany alejkami cyprysów, chcę tu
                > zamieszkać :). W dzien mamy już ładną pogodę, wieczorami i nocą
                jest
                > chłodno i tutaj właśnie odkrywamy bardzo wiele zastosowań zwykłej
                > bluzy ( których mamy niewiele bo to przecież to południe Europy
                > jest :) ja właściwie mam jedną ). Bluza moi kochani może być :
                > - poprostu bluzą na chłodny wieczór
                > - piżamą bo nocki zimne
                > - szlafrokiem bo po prysznicu wieczornym trzeba przejść się do
                > namiotu
                > - poduszką bo troszkę twardo a dmuchane jakoś się zepsuły
                > - rodzajem siedziska przy śniadanku na ziemi :)
                > - strojem na wieczorne wyjście do restauracji :) itd.
                >
                > Dzień 5
                > Dzisiaj w planie przedpołudniowym jest plaża, trzeba zejśc do niej
                > schodami i okazuje się kamienista z dosyć rześką wodą, w zasadzie
                > moczymy nogi a na opalanie wybieramy piaszczysty taras koło
                > namiotów, wreszcie lenistwo i w tej części opowieści nic się nie
                > dzieje więc mogę napisać o czymś innym. Tak sobie myślałam że ta
                > wycieczka mogła by mieć dla mnie tytuł "Ojej" bo był to często
                > używany wyraz przez nas, Ojej jaka pogoda, Ojej nie zdążyliśmy,
                Ojej
                > skończyła mi się woda pod prysznicem a mam włosy w szamponie a
                żeby
                > ją włączyć trzeba wyjśc na zewnątrz :), Ojej namydliłam się a nie
                > mam ręcznika,Ojej źle skręciłam a reszta pojechała gdzieś indziej
                i
                > odnajdziemy się dopiero po 80 km, Ojej wypadł mi papier i potoczył
                > się po mokrej podłodze do innej kabiny,Ojej znowu gdzieś jedziemy
                a
                > miało być leżenie na plaży, Ojej jak ja lubię różowe winko :), tak
                > to zdecydowanie fajny wyraz ten Ojej :).
                > Popołudniu wybieramy się na kolejną wycieczkę, Mamy w planach
                > Voltera, fajne miasto z czasów etrusków, mroczne i kamienne, nic
                > dziwnego że w literaturze znane jako miasto rodu Volturi ( ród
                > wampirów z książki "Księżyc w nowiu"), potem cudowne niesamowite
                San
                > Gimignano, miasteczko 14 wież położone na wzgórzu, wpisane na
                listę
                > Unesco i znane w całych Włoszech z najlepszej lodziarni przy
                głowny
                > rynku, naprawdę polecam bo jest bardzo urokliwe. Wszystko pięknie
                > ale wracamy bo przecież jutro pobudka o 4:00, bo trzeba
                rano "domki"
                > złożyć i o 6:00 już byc w porcie, grzecznie w kolejce :) na prom
                na
                > Korsykę. Spać ...
                >
                > cdn. :)
                • goha66 Re: do SWOJSKI - prośba 13.07.10, 20:18
                  ... jeśli to nie jest konieczne, nie kopiuj proszę całości wypowiedzi na którą odpowiadasz (tylko wybrany fragment) ... lub nic - strasznie (i niepotrzebnie) długaśne robią się nam wątki ;). pozdr. :)
              • marsv Re: Podróży ciąg dalszy 4-5 dzień :) 14.07.10, 09:25
                Oj tam narzekacie ze chlodno bylo...;) mi bluza niepotrebna byla, wystarczylo ze
                Kreciula obok spala :) chociaz na Korsyce raz zmarzlem....
                A co do piwka 10voltowego to bylo ono zabojcze.....
    • lukasskawasaki Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 13.07.10, 20:24
      Ja Ciebie nigdy nie podejrzewałem, że w tak daleką trasę mogłabyś
      pojechać Porzeczka :)

      Pięknie! :)
      • porzeczka00 Kolejne dni 6-7 :) 14.07.10, 15:30
        Dzień 6
        Pobudka o 4:00, jest jeszcze ciemno i wszyscy mało przytomni,
        pakujemy dobytek który jakoś dziwnie nie chce się zmieścić po
        wcześniejszym rozpakowaniu ( dobrze że Paweł ma miejsce w kufrach i
        jemu nasze nie mieszczące się graty stale podrzucamy :)). Zwijamy
        namioty, maty, śpiwory i tysiące różnych mniejszych przedmiotów, w
        końcu niczym ( auta z reklamy Ikea) ruszamy o 5:30 do portu ,
        jeszcze przed wyjazdem z campingu okazuje się że bramę na noc
        zamykają i zostaje tylko furtka ( nie mieści się załadowane moto),
        więc trzeba odpiąć kufry boczne i sakwy, przejechać przez furtkę i
        znowu je zapiąć ( drobnostka :)). O 6:00 jesteśmy już w porcie i
        grzecznie się ustawiamy w kolejce, jest trochę aut ale nie będziemy
        się przepychać, snujemy się po porcie i powoli rozbudzamy. O 6:30
        widzimy że pojawia się facet z czytnikiem do sprawdzania biletów,
        idzie kolejno i w końcu dociera do nas, ja siedzę z boku, reszta
        stoi przy moto, widzę jak facet sprawdza raz bilet, coś nie gra,
        drugi raz i znowu nic, zaczyna się wczytywać w bilet i patrząc na
        nas z uśmiechem mówi: TOMORROW!
        Widok naszych min chyba był bezcenny :D, potem śmiech i ubaw po
        pachy bo CO MY TU O ŚWICIE ROBIMY! Jakoś tak jedno powiedziało że w
        czwartek a reszta nie sprawdziła i tak poszło :D. No nic, zawracamy
        i lądujemy na pysznym śniadanku w lokalnym barze ( swoją drogą to
        fajny kraj gdzie już od 6:00 można zjeść cieplutkie kanapki i wypić
        kawkę ). Naradzamy się co dalej, jednogłośnie : wracamy na camping
        bo przecież jutro mamy prom :). Postanawiamy również nie rozkładać
        już namiotów ( na jedną noc nie warto :)) i spać na leżakach pod
        gołym niebem obok motocykli. Fajnie spać z własnym moto :).

        Dzień 7
        I tutaj mamy takie małe deja vu :), znowu pobudka o 4:30 , małe
        pakowanko i ruszamy na prom, o cudzie – tym razem płyniemy :). O
        12:30 przybijamy do portu już na Korsyce, to Bastia . Jedziemy do
        Ajaccio, tnąc środkiem wyspy, przez góry ( które tutaj wcale
        malutkie nie są, najwyższy szyt 2700 m.n.p.m. ), do przejazdu
        jedynie 150 km ale za to jakie malownicze, to dla mnie najładniejsza
        droga na Korsyce. Dziwny spokój, pustka, domy z kamienia, droga pnie
        się coraz bardziej pod górę, cudowne krajobrazy, przepaście, dzicz ,
        łagodne łuki, las i tak na zmianę. Momentami trasa przypomina mi tą
        z Yellowstone ( oglądałam zdjęcia ostatnio), cudo. Co jakiś czas
        droga wchodzi do miasteczek i tam z szerokiej wstęgi staje się
        wąziutkim paseczkiem, gdzie nie mieszczą się dwa samochody :).
        Zjeżdżamy w dół na wybrzeże i naszym oczom ukazują się cudowne
        zatoczki z jasnym piaskiem i lazurową wodą, mijamy Ajaccio i
        docieramy do pierwszego campingu z navi, hmm jakiś taki nieciekawy,
        nie można parkować koło namiotu, marne sanitariaty, mimo upału
        decydujemy się jechać dalej, navi pokazuje że następny jest tylko 30
        km. ( potem ta liczna będzie naszą magiczną tzn. jak 30 to źle
        wróży ). Droga na mapie w kolorze żółty no ale są jeszcze białe
        czyli ta nie może być najgorsza, a jednak...Ta była fatalna, bardzo
        wąska, bardzo kręta ( same agrafki ), ciągle ostro pod górę lub
        ostro w dół i baaaardzo bardzo dziurawa, wiele chyba tłumaczy to że
        jechaliśmy te sławetne 30 km przez 1,5 godziny. Dojechaliśmy do
        kolejnego campingu i tak czy inaczej zostajemy, potem okazuje się że
        fajnie trafiliśmy bo cały zalesiony i mamy upragniony cień :), jest
        sklep i restauracja a do plaży tylko przez uliczkę. Cena podobna do
        poprzednich czyli około 50 euro za wszystkich. Rozkładamy domki i
        można już leniuchować.



        cdn. :)
        • kreciul01 Re: Kolejne dni 6-7 :) 14.07.10, 16:30
          i tutaj dodam od siebie...
          te wlasnie nasze 30 km okazalo sie najgorszym odcinkiem jakim
          jechalam na moto. maksymalny spad lub ostry wjazd; serpentynka za
          serpentynka; wasko, brak widocznosci czy cos jedzie, brak barierek w
          wyzszych partiach (cudny widok w dol - polecam dla majacych lek
          wysokosci;)) a do tego zryty asfalt, jakies garby czy cos...
          tak - ta droga jest w rankingu najgorszych tras na 1-szej pozycji!!
          i nie ma znaczenia ze to tylko 30 km..
          ostatecznie udalo sie dojechac, przejechac i to najwazniejsze:)

          pozdrawiam kreciULA
          • porzeczka00 Podróż trwa 8-9-10 dzień 16.07.10, 10:28
            Dzień 8
            Pobudka wyjątkowo późno i tylko tutaj udało nam się pospać do 10:00,
            to sosny dały nam upragniony cień i poranny chłodek w namiocie.
            Potem szybkie pranko w czasie gdy jemy śniadanie i lecimy na plażę
            wyczekaną :). Jesteśmy, plaża długa, szeroka, drobny żwirek i tylko
            my ( tzn. gdzieś w oddali widać kilka osób ), raj :). Rozkładamy
            ręczniki, smarowanko bo przecież motocyklistki dbają o urodę.
            Chłopaki w tym czasie z rozpędu biegną do morza, słychać pluski,
            bulgotania i westchnienia rozkoszy w kontakcie z wodą :),
            słychać.... “ o k....a” i jakby tak w przyśpieszonym tempie wracają
            do brzegu. Wychodzą i pokazują, poparzenia od meduz, każdy ma dwa co
            najmniej, szczypie, boli ale są twardzielami i nie jęczą :).
            Oglądamy brzeg, fakt że meduz jest całe mnóstwo, pływają całymi
            ławicami, hmm... już wiadomo dlaczego ta plaża jest tak uroczo pusta
            i nikt się nie kąpie :). Ojej nie tak miało być :) i tutaj jak nic
            przypomina się po raz kolejny piosenka zespołu Happysad z
            refrenem ..” a miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam i
            ociekać szczęściem....”, ta piosenka często była śpiewana w kaskach
            podczas podróży :D. Tak na przyszłość, poparzenia meduzy nie wolno
            zmywać słodką wodą, to uaktywnia parzące igiełki które jeszcze są w
            skórze, należy przemyć słona wodą albo octem i przetrzeć czymś
            szorstkim, ręcznikiem lub tylko piaskiem aby usunąć parzydełka.
            Poparzenia goją się dosyć długo, od kilku do kilkunastu dni.
            Wracając do tematu to mamy cudowną plażę, słoneczko i wodę, do
            której nie da się wejść, hmm... Paweł który myślami jest gdzieś
            indziej budzi się widząc nasze pakowanie dobytku z plaży, pyta: to
            już? A co nam nie pasuje? Odpowiedź : meduzy :) Pytanie: to co
            przenosimy się ?, TAK ! chórkiem :), śmiejemy się z tych ciągłych
            przenosin :). Gnani gdzieś w poszukiwaniu czegoś co być może nawet
            nie istnieje :). Wieczorkiem jedziemy jeszcze obejrzeć pobliskie
            miasteczko Propriano, malutki port, wąskie uliczki, nadmorska
            promenada z setką uroczych knajpek, sielankowa atmosfera. Wracamy
            późnym wieczorkiem i jeszcze na naszym campingu lecimy na imprezkę w
            restauracji, lokalne klimaty :). Jutro jedziemy na drugą, wschodnią
            część wyspy w poszukiwaniu wolnej od meduz plaży :).
            Dzień 9
            Pobudka normalnie ale do 12:00 trzeba opuścić camping więc składamy,
            po raz już nie wiem który namioty i znikamy przed rozpoczęciem
            kolejnej doby, śniadanie jemy już na kamieniu przed bramą campingu
            ponieważ czasu nie starczyło :). Jedziemy na plaże Rondinara ( w
            przewodniku wygląda na rajską :)) za Bonifacio, to jakieś 80 km
            pięknych widoków a trasa biegnie samym wybrzeżem. Docieramy do
            miejsca które wygląda naprawdę rajsko, błękitna woda i zatoczka z
            bielutkim piaseczkiem i... nie ma meduz , hurrrra !! Zostajemy
            tutaj, ciasno na campingu ale znajdujemy niedużą parcelę z jednym
            drzewem, które być może podaruje nam trochę cienia i prąd jest
            niedaleko ( tak mamy długi przedłużacz i ładujemy komórki i
            interkomy :)). Rozbijamy się i biegiem na plażę, tym razem wszyscy
            wpadamy do wody, bajka, jest tak jak miało być, tutaj chcemy żyć :).
            W końcu można spokojnie spróbować tutejszych wyrobów ( tzn. winko
            korsykańskie smakuje nam :)).
            Dzień 10
            Pobudka dość wcześnie, tutaj słonko mocno grzeje rankiem. Budzę się
            około 7:00, przeciągam leniwie i dociera do mnie jakiś taki dziwny
            dźwięk który wzmaga się wraz z moim nasłuchiwaniem , hmm coś jakby
            takie buczenie, brzęczenie, coś mi świta w głowie ... wiem taki
            dźwięk wydaje rój os , oj czyżby na tym drzewie było gniazdo ?
            Powoli wychodzę z namiotu i widzę dużo os ( później Adam uświadomił
            mnie że to pszczoły :)) krążące koło gałęzi nad naszym namiotem,
            oddalam się i już z bezpiecznej odległości patrzę o co chodzi,
            mieszkają tu czy tylko przyleciały do kwiatów, ale aż tyle? Hmm...
            no nic trzeba przenieść namiot ( mamy już wprawę :)) bo dużo ich i
            jakoś tak za blisko, szybkie przenosiny trochę dalej i już jest ok.,
            zresztą potem już jakoś ich nie zauważamy. Dzisiaj jest lenistwo na
            plaży a wieczorkiem jedziemy do Bonifacio na małe zwiedzanko.
            Przecudny port z budynkami poustawianymi na wysokich skałach, wiszą
            nad brzegiem morza jak zatrzymane w czasie i przestrzeni, pięknie.
            Stąd odpływają promy na Sardynie ale tym razem nie mamy czasu ;),
            może kiedyś. Spędzamy tu leniwie popołudnie, trójka płynie
            stateczkiem obejrzeć miasto od strony morza a ja z Sebastianem
            decydujemy się na piesze zwiedzanie, naprawdę fajnie. Sebastian
            niespodziewanie odnajduje tu swój mały prywatny raj, sklep pt: świat
            żelków. To ogromny sklep gdzie w wielkich drewnianych beczkach są
            żelki wszelkich rodzajów i kształtów :), nakłada się samemu z każdej
            beczki i on oczywiście chciałby tam zamieszkać ( to fan żelków) :).
            Wracamy spokojnie wieczorkiem z świeżo zakupionym winkiem w
            ekonomicznym kartonie, zdecydowanie lepiej wozić karton niż
            butelki :).
            • termit16 Re: Podróż trwa 8-9-10 dzień 16.07.10, 21:41
              Super, prosimy o jeszcze.
    • qwaroslaw Re: Podróż trwa 8-9-10 dzień 17.07.10, 10:08
      a zdjęcia będą :)... czekamy na fotorelacje :)
      • kreciul01 Re: Podróż trwa 8-9-10 dzień 17.07.10, 15:51
        zdjecia beda juz na koniec :)
        • porzeczka00 Re: Podróż trwa 8-9-10 dzień 19.07.10, 10:31
          Dzień 11
          Kolejna wczesna pobudka ale atmosfera cudownie leniwa, chłopaki
          decydują się na objazd wyspy ( Korsyka jest przecież znana jak raj
          motocyklistów ), sporą trasę planują. Ja z Ulą w planach mamy tylko
          lenistwo, żadna siła nie zmusi nas do ubrania się w ciuchy moto :),
          idziemy zgodnie na plaże, radośnie pluskamy się w zatoczce, jest nam
          cudnie. Nie będę wam opisywać pobytu, każdy wie jak to wygląda,
          jedna z rozrywek na plaży to były krowy które z pobliskiego
          pastwiska właziły sobie na plażę i leniwie przechadzały się między
          plażowiczami, być może w poszukiwaniu towarzystwa albo rozrywki :).
          Może Adam opisze wam później ich trasę, ze zdjęć widać że ciekawa i
          różnorodna to wyspa. Wracają szczęśliwi po 22:00 i przejechaniu 400
          km. Jutro kolejne przenosiny, jedziemy do Basti na ostatni już
          camping na Korsyce bo pojutrze, znowu mamy rankiem prom do Livorno.
          To około 100 km od naszego miejsca pobytu ale droga jest prosta więc
          szybko pójdzie :).
          Dzień 12
          Pobudka, wyjazd przed 12:00 i spokojnie do Basti, zapomniałam
          napisać że codziennie robiło się coraz goręcej i teraz to już mamy
          naprawdę upał, zatrzymać się można tylko w cieniu, inaczej czujesz
          jak wypływasz z kombinezonu :). Mamy camping kilka kilometrów od
          portu i jest ok. Niestety tego campingu nie mogę polecić z czystym
          sumieniem, Bastia jest portem a więc morze wokół niej przypomina
          śmietnik ( duży ruch promów pasażerskich chyba załatwia sprawę),
          naprawdę nie da się wejść do morza nie brodząc w pływających
          wszelkiego rodzaju śmieciach. Porównując wodę zaledwie 100 km dalej
          to jest to” niebo i ziemia „, cena taka sama jak wszędzie 50 euro.
          Dzisiaj dzień na pakowanie już tak na drogę i nie powiem że ostatnie
          zakupy bo moto skutecznie ogranicza tego typu szaleństwa. Ula na
          Korsyce hamowała jeden raz na żwirku i parkowanie odbyło się tak na
          leżąco bardziej :), efektem jest złamana klamka sprzęgła, na
          szczęście tylko sama końcówka więc można jechać dalej ale tak na
          powrót przydała by się nowa. Dzwonimy więc do naszego przyjaciela
          Marka o znalezienie w necie sklepu w Basti z częściami do Hondy ,
          oczywiście znajduje i nawet cenę znamy wcześniej. Nachodzi mnie
          tutaj refleksja że na tym wyjeździe oprócz naszych własnych Aniołów,
          mieliśmy jeszcze takie skrzydlate Bsowe :). Karola która już przed
          wyjazdem oferowała własne moto Adamowi, wiedząc że jego może nie być
          zrobione na czas, wielkie dzięki dla Ciebie. Cziton z Trójmiasta
          który wykręcił uszczelniacz z własnej Svki i wysłał ją tego samego
          dnia pociągiem do Wawki, ukłon dla Ciebie. I wreszcie nasz Mareczek
          z Benią ( paryscy rezydenci :)) którzy towarzyszyli nam cała drogę.
          Benia nieustająco dostarczała nam najnowszych raportów pogodowych
          gdy było ciężko, Buziaki Beniula i Mareczek który miał do nas
          anielską cierpliwość. Telefony z pytania i prośbami miał często np.:
          Marek czy mógłbyś nam zamówić kolejne wejście do fabryki Ducati bo
          teraz się spóźniliśmy :) odpowiedź : dobrze spróbuję, Mareczku a
          dlaczego sklepy z alkoholem na Korsyce zamykają o 18:00 ?,
          odpowiedź: we Francji tak jest :). Mareczku a dlaczego jak pytamy o
          coś po angielsku to mimo iż rozumieją odpowiedź mamy po francusku ?
          i czy oni nas czasem nie obrażają ? :) odpowiedź: we Francji tak
          jest :), Mareczku zobacz proszę gdzie jest sklep z częściami do
          Hondy bo klameczka się złamała :) odpowiedź: jest tu i tu , za tyle
          i mają czynne do tej godziny, po naprawdę głupie typu, Marek
          kupiliśmy pasztet ale on dziwnie smakuje i ma napisane po
          francusku ...... odpowiedź : to pasztet z gęsich wątróbek ,
          bleeee :). Dziękujemy wam za wszystko, bez was byłoby dużo trudniej
          a nawet mogłoby się wogóle nie udać. Jesteście wielcy,
          bezinteresownie z uśmiechem pomagacie „ maluczkim” i już wiemy że
          można na was liczyć zawsze :* .
          • porzeczka00 dzień 11-12 19.07.10, 10:34
            Kurcze jakoś tak zapomniałam w nowym wpisie zmienić tytuł :). Nowy
            wpis jest pod starą nazwą :)a dni już kolejne 11-12.
            • porzeczka00 Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 00:00
              Dzień 13
              Kolejna nasza pobudka o 4:30 :), może już ostatnia jeżeli nic nie
              pokręciliśmy z promem. Składamy namioty, pakujemy resztę rzeczy i
              jedziemy na prom, ustawiamy się na początku kolejki bo już wiemy że
              motocykle wjeżdżają pierwsze i czekamy, zbiera się coraz więcej
              motocykli. Podpływa prom, wypluwa pasażerów ( dużo ich przyjechało
              ale mamy początek sezonu więc na Korsyce zrobi się ciaśniej ) i
              możemy już wjeżdżać. Nie wiem czy pisałam ale moto na promie
              ustawiają gdzieś pod ścianą albo barierką i tak zwyczajnie sznurkiem
              przywiązują do jakiś stałych elementów, to wszystko :). Prom w
              obydwie strony kosztował nas po 35 euro ( motocykl plus osoba).
              Dopływamy około 12:30 do Livorno i według naszego planu jedziemy do
              Florencji. Nie udało nam się zwiedzić jej w tamtą stronę to teraz
              chcemy spróbować. Ula wyjeżdża pierwsza z promu, Adam jeszcze
              nakleja na kufer naklejki, ruszamy z opóźnieniem za Ulą i widzimy że
              źle skręciła, no nic trzeba jechać za nią bo zgubimy się całkowicie,
              Niestety Adam i Paweł którzy jadą jeszcze później, dobrze skręcają
              ale dla nas jest już za późno, szybki telefon i mamy zobaczyć się na
              pierwszej stacji na autostradzie. Jedziemy, jakoś dziwnym trafem nie
              udaje nam się wjechać na autostradę, jedziemy równoległą drogą
              szybkiego ruchu i jak się później okazuje znajdujemy się dopiero we
              Florencji :). Tak na przyszłość, drogi które biegną obok autostrady
              są równie dobre, czasami nawet nie warto jechać inną tym bardziej że
              są bezpłatne. Autostrady we Włoszech są drogie, nas droga z granicy
              Włoch do Livorno kosztowała około 30 euro w jedną stronę ( tak wiem,
              że można w ogóle nie jechać autostradami ale my nigdy na to nie
              mieliśmy czasu :)), porównywalnie w Austri winieta na 2 miesiące
              kosztuje 11 euro. Jest obłędnie gorąco i już przed miastem zaczyna
              się robić ciasno, gotujemy się w naszych ubrankach, marząc o
              odrobinie cienia i chłodu ( na każdej stacji wpadamy do środka i
              klimatyzujemy się choć chwilkę :)). Skręcamy w pierwszą ulicę z
              cieniem i tutaj poczekamy na Adama, Paweł już nas opuścił, jedzie na
              Grossglockner, winkle i widoczki to jego cel :), my wybraliśmy
              miasto cudów :). Dojeżdża Adam i zaczynamy debatę, gdzie nocować,
              jest nam tak gorąco, wczesne popołudnie i na razie chłodniej nie
              będzie i jakoś nikomu nie śpieszy się na gorący camping, może uda
              nam się coś taniego znaleźć w mieście, jakiś hotelik, klima
              mmmmm..... Dzwonimy do kilku miejsc, B&B wszędzie zajęte albo cena z
              kosmosu, sieciówki nas ratują, nocujemy w Ibis koło lotniska. O
              mamuniu co to była za radość, normalne duże łóżko, klima, łazienka
              tylko dla nas, jak to się człowiek umie cieszyć z małych rzeczy :).
              Rozkoszujemy się luksusem i wieczorem ruszamy na zwiedzanie.
              Jedziemy w letnich strojach na starówkę, powolnym krokiem zwiedzamy,
              chłonąc te wszystkie wspaniałości, katedra Duomo w promieniach
              zachodzącego słońca rzuca na kolana, szkoda że jest już zamknięta i
              nie zobaczymy fresków ani grobowca Michała Anioła, dalej most Ponte
              Vecchio z malowniczo stłoczonymi sklepami, w zasadzie za każdym
              rogiem czeka coś wspaniałego, tak, trzeba tu jeszcze wrócić bo jeden
              wieczór to zdecydowanie za mało. Wystawy kuszą ale nie można
              skorzystać z wyprzedaży bo co z tym zrobimy, ech szkoda :). Wracamy
              późno do hotelu i na cudownie wygodnym łóżku, wyciągamy zmęczone
              ciała. Jutro nie trzeba się zrywać rano, jedziemy tylko do Bolonii
              na zwiedzanie fabryki Ducati.

              Dzień 14

              Leniwa pobudka, śniadanko normalnie przy stole a nie na
              kamieniach :) i zbieramy się do Bolonii. To tylko 100 km a my mamy
              Ducati o godzinie 14:00. Jest obłędnie gorąco i mamy nadzieję na
              klimatyzację w fabryce. Wchodzimy, jest mała grupa 10 osób, to skąd
              przyjechali ludzie szokuje mnie, jest Kanada, USA, Australia i
              my :). Zwiedzamy całą linię produkcyjną, to co wydawało mi się dosyć
              nudne szybko staje się interesujące. Widzę jak powstaje motocykl,
              tak po prostu od małej części silnika po gotowy produkt. Już pod
              koniec Sebastian szepcze mi na ucho: „ Zobacz, własnie byliśmy
              świadkami jego narodzin, pierwszy raz stanął na kołach” normalnie
              wzruszenie jak przy narodzinach J. Potem muzeum i dziesiątki
              motocykli, każdy ze swoją historią, naprawdę super i polecam
              wszystkim. Koszt to 10 euro od osoby, trzeba tydzień wcześniej
              zarezerwować termin w necie i czekać na potwierdzenie, nie można się
              spóźniać ;). Jeszcze szybka wizyta w sklepie Ducati i pamiątkowe
              koszulki, jedziemy dalej. Ruszamy już w stronę domu, zobaczymy gdzie
              uda nam się dojechać bo wyjeżdżamy z Bolonii około 17:00. Około
              23:00 zaczynamy szukać noclegu i przed 24:00 lądujemy u naszej już
              znajomej pani, w pensjonacie w Villach. Oczywiście jest gorąco,
              oczywiście że w Alpach padało, oczywiście że jadę w
              przeciwdeszczówce i mam wrażenie że się uduszę :), przejechaliśmy
              400 km.

              Dzień 15
              Wstajemy o 7:00, śniadanko i ruszamy do Polski, mamy do przejechania
              1100 km i chcemy dzisiaj dotrzeć, może nam się uda. Mamy ładną
              pogode i kilometry szybko przelatują nam przed oczami. Trochę
              objazdu koło Brna spowalnia nas ale mamy dobry czas. Nie będę już
              wam opisywać dokładnie drogi bo w zasadzie tylko jedziemy ale około
              24:00 jesteśmy już na miejscu czyli lądujemy na imprezie u
              Scyzora :). Ma urodziny i dostalismy już wcześniej zaproszenie,
              udało się i robimy mu niespodziankę. Reszta też zaskoczona, uściskom
              i powitaniom nie ma końca. Krótkie opowieści jak było ale zmęczenie
              daje znać o sobie i około 01:30 lądujemy już w domu. Ula z Adamem
              zostali jeszcze, chcą widocznie pożegnać się ze spaniem na matach
              ostatni raz :).
              Kochani moi to była naprawdę fajna podróż, trochę męcząca ale będzie
              miło wspominana. Na pytanie czy w przyszłym roku pojedziemy na moto
              na urlop, na razie odpowiadam : Nie :), w zeszłym roku Chorwacja,
              teraz Korsyka, narazie wystarczy, może jak normalni ludzie spakować
              walizkę, samolot i już. Ale kto to wie co będzie, jak zimą znowu
              zatęsknimy za moto i spontanicznie zorganizujemy wyjazd. Dziękuję
              raz jeszcze wszystkim naszym Aniołom, towarzyszom wyprawy za cudowne
              chwile i uśmiech każdego dnia a wam za wytrwałe śledzenie naszej
              wyprawy :).
              Tutaj link do naszej ulubionej piosenki zespołu Happysad która
              towarzyszyła nam w ciężkich chwilach :):
              www.youtube.com/watch?v=irnIiWKIYcU
              A tutaj link do zdjęć które może choć trochę pokazują piękno tej
              wycieczki, jak i jej trudy :):
              picasaweb.google.pl/116419395216939123458/ToskaniaIKorsyka2010?feat=directlink
              • goha66 Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 08:42
                porzeczka00 napisała:

                > A tutaj link do zdjęć które może choć trochę pokazują piękno tej
                > wycieczki, jak i jej trudy :)

                ... dzięki dziewczyny - za opowieść, za foty :) ...
                P.S.
                i tu aż się prosi by zacytować tylko dwa słowa (wyrwane też z
                piosenki Happysad) ... czyli: "jeszcze, jeszcze" ;)
              • yacey Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 08:49
                Suuuper, brawo! :)
              • alut-ka71 Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 10:31
                Foty rewelacja! Ojej, zazdraszczam Wam tej eskapady okrutnie ;)
              • wiolaszpilazapominalska Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 11:31
                Cholernie Wam zazdroszczę...
                Przyznam,że jak tylko wstawałam z łóżka to biegłam do kompa czytac
                Wasze przygody.Brawo!!
                Życzę Wam jeszcze ,jeszcze(:-)) więcej!!!
                Pzdr
                P.S.Foty super.I dzięki za te relacje.Takich tematów więcej na
                forum!!!
                • umek150 Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 18:07
                  Relacja rewelacyjna, zdjęcia rewelacyjne. Jak ja wam zazdroszczę. Ale dzięki za
                  możliwość poczucia choć trochę tej wspaniałej atmosfery, krajobrazów i całego
                  otoczenia.
              • grazyna1pl Re: dzień 13-14-15 20.07.10, 22:00
                dzięki,
                czytałam i oglądałam z uśmiechem i nutką zazdrości ;)
                • carrymoon Re: dzień 13-14-15 21.07.10, 08:31
                  ech i ja Wam zazdroszcze, gratuluje i ogolnie zachwycona jestem.
                  Wspaniała przygoda. Dzięki relacji mogłam choć odrobinę odczuć jej
                  smak :D
    • ishka Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 21.07.10, 08:06
      Super wyprawa! A teraz Goha niech opisze koło kogo przejeżdżała w
      czasie oblotu po kraju i się nie przyznała :P
    • joanna515 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 21.07.10, 09:56
      Wow! :) wszystko piękne ale woda najpiękniejsza! :) mimo że fanem nie jestem to
      sklep z żelkami zrobił na mnie wrażenie ;))
      • porzeczka00 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 21.07.10, 10:19
        Normalnie aż zawstydzona jestem tak chwalicie :D ale cieszę się że
        wam się podobało, teraz pozostaje nam znowu jechać bo trzeba coś
        opisać :). Albo nastepnym razem zabrać wszystkich i sami
        zobaczycie :D.
        • goha66 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 21.07.10, 18:25
          porzeczka00 napisała:

          > teraz pozostaje nam znowu jechać bo trzeba coś opisać :)

          ...a nie wiesz czy bliźniaczki pojechały do Szkocji? ... bo jeśli tak, to jest nadzieja na kolejną relację z tego sezonu :)
          • porzeczka00 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 23.07.10, 09:56
            Z tego co się orientuję to trochę im się plany pozmieniały ale to
            pewnie same napiszą jak wrócą :). Ale Szkocja Szkocją a Ty mogłabyś
            opisać swój rajd po Polsce :). W sierpniu sama planuję małą włóczęge
            po naszym pięknym kraju i może coś fajnego widziałaś i możesz
            polecić, pisz Kochana :).
            • goha66 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 23.07.10, 12:37
              porzeczka00 napisała:

              > może coś fajnego widziałaś i możesz polecić

              ... tja ... zachód słońca w Dziwnówku ;)... niewiele skorzystasz
              praktycznie z moich wypocinek, ale zaczynam pisać. pozdr :)
    • efjot1200 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 24.07.10, 22:35
      Przeczytałem całą relację kilka razy i bardzo Wam zazdroszczę tak wspaniałej
      wyprawy.
      Nie ma to jak zdobywać kolejne piękne krainy na swych wiernych stalowych rumakach.
      :)
      • megi847 Re: Dzienniki motocyklowe Kreciuli i Porzeczki :) 28.07.10, 11:36
        zajebiscie. Gratuluje:) i zazdrosze...Mialam w tym roku pojechac do
        Bulgarii...Rumunii...ale wyjazd raczej przelozymy za rok....Super Wam bylo
        pomimo tylu przeszkód.ale na pewno milo beda wspominane.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka