chaladia
13.07.04, 22:02
Jak sięgnąć pamięcią, ME nigdy nie był oazą spokoju. I często zdarzało się,
że jakiś nasz kontrakt ni z tego, ni z owego znajdował się w środku tego, co
w opisie "force majeure" w warunkach kontraktowych z reguły było opisywane
jako "war, riots and civil commotion".
O ile takie coś dla autochtonów na pewno jest tragedią (wystarczy wspomnieć
nasz 13 grudnia 1981), to expatriaci z reguły nie narzekali - w takim wypadku
nie było pracy przez parę dni, była jakaś "rozrywka", można było poplotkować
ze współexpatami o tym, co się przeżyło...
Dla mnie pierwsza taka większa ruchawka to były zamieszki w Kairze późnym
latem 1986. Kontrakt właściwie jeszcze na dobrze się nie zaczął, więc w
biurze siedziało się krótko i zaraz potem szło się do miasta na piwo. Tego
dnia łatwo było zauważyc, że "coś wisi w powietrzu", choć trudno było
powiedzieć, co. Dopiero post factum zorientowałem się, że praktycznie nie
było widać na ulicach lepszych i nowszych samochodów, tylko same graty. Jak
już jechał lepszy, to zawsze z chaładzią w środku. Podobnie znikły eleganckie
kobiety i dzieciaki "z lepszych rodzin". Oczywiście liczba uliczników wcale
się nie zmniejszyła, bo gdzie niby mieli się oni podziać.
Zaczęło się "to" gdzieś w centrum, na ulicach pojawili się policjanci pieszo
i w ciężarówkach, na początek uzbrojeni w bambusy i wiklinowe tarcze. Białych
ignorowali, więc mogliśmy się temu przyglądać z kawiarnianego ogródka. Po
chwili zaczęła się bijatyka z jakimiś "studentami". Jedna ciekawostka: bambus
we wprawnych rękach jest dużo efektywniejszy od naszej pałki gumowej.
Policjant tłukł na naszych oczach jakiegoś demontranta po twarzy tak szybko,
że nie widzać było samego bambusa, tylko wyskakujące na twarzy chłopaka
sińce. Po dosłownie kilku sekundach policjant rzucił się na następnego, a
jego ofiara stała całkowicie zamroczona z twarzą koloru denaturatu. Potem
ktoś gdzieś strzelił, zaczął lecieć ze wszystkich straon gaz, więc zaczęliśmy
się ewakuować. Policjantów z bambusami zastąpiłi polcjanci ze śrutówkami i,
co gorsza, z Kałaszami. Egipcjanie pomyśleli o ewakuacji znacznie wcześniej,
za to Biali, jak jeden mąż i jedna żona, wybrali o wiele lepszą trasę
ucieczki: w tym czasie budowano w Kairze metro - więc wszyscy pognaliśmy do
niewykończonej jeszcze stacji. Gafirzy z budowy oczywiście uciekli i nie było
tak żywej duszy. Zeszliśmy więc do tunelu i tunelem, a potem odkrytym
torowiskiem przeszliśmy aż do Maadi. Nad nami słychać było bijatykę i
strzelaninę, ale już nikt nie miał ochoty sprawdzać, kto wygrywa.
Ciekawe, że po torach uciekało 90% Białych i ledwo kilku Egipcjan, którzy się
z chaładziami "zabrali". Brak wyobraźni, że to najlepsza dorgoa uciecki, czy
co? Na koniec po tych torach doszliśmy do Maadi (straszny kawał drogi). Tam
już było spokojnie, choć zadziwająco pusto. Więc do knajpek, na lody, żeby
trochę się ochłodzić, po tych przezyciach...