reniferek1
28.04.05, 14:51
Niewysoka, krucha, bardzo drobna - rozmiar garderoby 34. Weronika Rosati
będzie gwiazdą, wielką gwiazdą, zobaczycie. Wszyscy zobaczymy.
W jej pokoleniu jest sporo utalentowanych aktorek, wiele z nich jest bardziej
popularnych, kilka zagrało już bardziej ambitne role. Więc właściwie trudno
mi powiedzieć, dlaczego w trakcie rozmowy w kawiarni hotelu Sheraton przyszła
mi do głowy myśl, że gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, która z nich ma
największą szansę zrobienia światowej kariery, odpowiedziałabym bez namysłu -
Weronika Rosati. Może dlatego, że w niej najbardziej wyczuwa się determinację
i nieustępliwość w dążeniu do celu.
W jednym z wywiadów pani ojciec powiedział, że była pani dzieckiem zbyt
wymagającym. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ teraz sprawia pani wrażenie
osoby wręcz zbyt układnej. Jak na 20-latkę jest pani raczej mało młodzieżowa -
i w wyglądzie, i w zachowaniu...
Może nadal jestem trudna? Trudna do zaszufladkowania? Ja nigdy nie byłam
trudną młodzieżą w takim potocznym znaczeniu. Oczywiście, mam swoją muzykę,
swoje kosmetyki, rzeczy, które są charakterystyczne dla mojego pokolenia, ale
przede wszystkim mam własne zdanie. Ja zawsze wystawałam z grupy. Myślę, że
tata właśnie to miał na myśli. Kiedyś np. jako jedyna osoba w klasie
przeciwstawiłam się naszemu katechecie. To było tuż po śmierci Lady Diany,
kiedy w mediach pojawił się pomysł, by uznać ją za świętą i dyskutowaliśmy o
tym na lekcji religii. Ksiądz bardzo ją skrytykował, a ja ostro
zaprotestowałam.
Niech policzę: miała pani wtedy 13 lat. I jak to się skończyło? Co zrobił
ksiądz?
Nie wybaczył mi tego. Do końca szkoły miałam tróję z religii, mimo że byłam
jedyną uczennicą, która cytowała z pamięci obszerne fragmenty Pisma Świętego.
Ja dość wcześnie zauważyłam, że budzę w ludziach skrajne emocje. Zawsze tak
było - część klasy mnie bardzo lubiła, część nie. W obu przypadkach nie było
w tym mojej zasługi.
Prasa boi się takich osób, bo wywołują u czytelników nieprzewidywalne
reakcje. Tak jest postrzegana Liz Taylor czy Madonna. Może to jest cena, jaką
się płaci za niezależność, komfort bycia sobą?
Myli się pani - nietuzinkowe postacie zawsze wywołują emocje, bo wyrastają
ponad przeciętność. Elizabeth Taylor akurat jest moją ulubioną aktorką. Ona,
Vivien Leigh - kiedy się ogląda ich filmy, widać, jak bardzo były inne niż
reszta aktorek w ich czasach. A niezależność? Myślę, że to w dużej mierze
jest wrodzone - niektórzy nie umieją zabiegać o sympatię, udawać uczuć. Ja
się nigdy nikomu nie podlizuję...
Może dlatego, że nigdy pani nie musiała?
Ja powinnam! Z moim nazwiskiem?
Nie zestresowała pani wiadomość, że w ?Pitbullu? Weronika Rosati zagra główną
rolę kobiecą, a aktorki: Danuta Stenka, Małgorzata Foremniak i Jolanta
Fraszyńska epizody?
To było bardzo duże wyzwanie zagrać w tak znakomitej obsadzie. Nie bardzo
uwierzyłam Patrykowi, że będzie to główna rola. Kiedy pojawiłam się na
ekranie już w pierwszej scenie, musiałam od razu silnie nakreślić tę postać.
Nie myślałam o tym, że to główna rola, tylko o tym, jak najlepiej tę postać
zagrać. Ze scenariusza nie wynikało, że film będzie aż tak mocny, wręcz
porażający. Stresowała mnie oczywiście już sama wizja bardzo intymnej sceny z
Marcinem Dorocińskim. I później, na planie, sparaliżowała mnie myśl, że mam
zagrać z samym Januszem Gajosem. Na szczęście Patryk to zauważył, pomógł mi
przezwyciężyć napięcie.
"Pitbull" to dobry film. Ale łapałam się w kinie na myśli: co ja tu robię?
Dlaczego 60 lat po wojnie mężczyźni ciągle latają po ekranie z pistoletem?
Dlaczego najlepsze aktorki robią za tło dla policjantów i złodziei? Dlaczego
to takie brutalne?
To prawda, że główne role grają mężczyźni. I są bardzo brutalni. Ale w tym
filmie najsilniejsze są kobiety. I widać, jak bardzo jesteśmy im potrzebne,
że oni w życiu nie radzą sobie bez nas!
Bez wódki też nie...
...
Gdzie się pani nauczyła ormiańskiego akcentu, z jakim mówi Dżemma?
Nagrałam na taśmę znajomą Ormiankę czytającą dialogi Dżemmy i uczyłam się
wymowy. A potem ćwiczyłam przed zdjęciami pojechałam z mamą na urlop na Wyspy
Kanaryjskie i tam tam byłam Dżemmą, a nie Weroniką. Nosiłam olbrzymie
kolczyki ? złote koła ? obcisłe topy, dżinsy dzwony, gapiłam się wyzywająco
na ludzi i bez przerwy żułam gumę...
...z szeroko otwartymi ustami, słyszałam. Zdaje się, że nieco to
konsternowało matkę pani?
Mama jest przewrażliwiona na punkcie wizerunku Polski i Polaków. Więc jak
tylko zobaczyła, że ktoś się nam przygląda i przysłuchuje, w jakim mówimy
języku, to szeptała: "No idź już, idź, poćwicz sobie sama". Żartowała też,
żebym osobno schodziła na posiłki - ale poza tym bardzo mnie wspierała, też
wierzy w skuteczność metody Stanisławskiego.
"Nie graj bohatera, żyj, czuj, myśl jak on, aż się nim staniesz"? Myślałam,
że Stanisławski jest popularny głównie w USA, uczy się tego w polskich
szkołach teatralnych?
Już pani mówiłam, że nie interesuje mnie, co jest popularne, co robią inni.
Jako nastolatka przeczytałam wszystko o Stanisławskim i powiedziałam tacie,
że kiedyś pojadę do Stanów, do aktorskiego studia Lee Strasberga, studiować
jego metodę.
Przez Lee Strasberg Actor's Studio przewinęły się największe gwiazdy: od
Marlona Brando i Meryl Streep po Kevina Spaceya i Meg Ryan. Czy pani obecny
pobyt w Nowym Jorku ma być przymiarką do kariery w Ameryce?
Nie traktuję tego w ten sposób. Staram się skupić na tym, co robię teraz, tym
się cieszyć. Styczeń ubiegłego roku był najgorszym okresem w moim życiu -
miałam mnóstwo pracy na pierwszym roku studiów i bardzo przeżywałam, że nie
wolno mi było jechać do domu, do rodziców. Po raz pierwszy w życiu miałam
kłopoty zdrowotne. Myślałam, że to już koniec, że tego nie przeżyję - a potem
w marcu zadzwonił Patryk Vega, zaproponował mi rolę Dżemmy i przeżyłam coś
cudownego.
Co jest najbardziej ekscytującego w zawodzie aktora?
Magia. To, że na chwilę wychodzi się ze swego życia, zostawia wszystko i
wchodzi w zupełnie inny świat.
W jakich filmach chciałaby pani grywać? I u kogo?
Fascynują mnie filmowe biografie. Bardzo chętnie zagrałabym młodą Claudię
Cardinale albo Vivien Leigh, której życie jest gotowym materiałem na
scenariusz. A u kogo? U ludzi obdarzonych wielką pasją, jak Polański czy
Scorsese.
A jak pani trafiła do dokumentu o Davidzie Lynchu?
Wygrałam casting. Potem stałam godzinami na planie w nocnej koszuli - w
olbrzymiej, nieogrzewanej łódzkiej fabryce. Dlatego nie mogę słuchać, kiedy
słyszę, jak ktoś mówi: "Gdybym ja miała pieniądze, to też bym sobie tak
chodziła na te aktorskie kursy!". Mam ochotę zapytać: też byś wstawała o
piątej rano, zarywała noce i weekendy? Od dziecka chciałam być aktorką, od
sześciu lat nieprzerwanie się tego uczę. To ja poznałam moich rodziców z
Romanem Polańskim, Davidem Lynchem, Adrianem Brodym - a nie na odwrót!
A gdyby było na odwrót, to co? To normalne, że dzieci korzystają ze wsparcia
rodziców. I u nas, i na świecie są całe klany aktorskie, telewizyjne. Pani
rodzice są postaciami publicznymi, ale niezwiązanymi z branżą filmową. Skąd
te opowieści o ciążącym pani nazwisku?
Miałam przykre doświadczenia ze szkoły w Szwajcarii, gdzie, jako cudzoziemka,
byłam dyskryminowana. Ale mam wrażenie, że w żadnym innym kraju bardziej niż
u nas nie osądza się innych tak często, tak pochopnie i nieprzychylnie...
Proszę mi wierzyć, w Polsce jest to bardzo silne! Mnie to bardzo boli, bo za
jeden z ważniejszych wersetów w Biblii uważam: "Nie sądźcie, byście nie byli
sądzeni".