Dodaj do ulubionych

Expatriackie zwierzaki

18.07.05, 20:23
Na campach z reguły były jakieś zwierzaki.
Psy (ku zgrozie muzułmanów), koty, osły, w Sudanie kierownik grupy
agrolotniczej trzymał małpę...
Osobiście nigdy zwierzaka nie trzymałem, ale dokarmiałem resztkami z moich
posiłków campowe psiaki. A że tak samo postępowało wielu, to w krótkim czasie
były one najlepiej utuczonymi zwierzakami w okolicy.
Obserwuj wątek
    • stanrick Re: Expatriackie zwierzaki 19.07.05, 08:29
      Slyszalem ze muzulmanie nie lubia psow.Pogryzl jaden taki ponoc proroka:-)
      • pam_pa_ram_pam Re: Expatriackie zwierzaki 19.07.05, 18:14
        A kot (również podobno) Mu ranę wylizał...
        Psy w Kairze śpią na dachach samochodów, bo tam czują się bezpieczne. Gdy pies
        leży na ziemi, łatwo kotś może rzucić w niego kamieniem. Gdy leży na dachu
        samochodu, to obawa przed uszkodzeniem pojazdu skutecznie zniechęca różnych
        uliczników przed podobnymi czynami...
        • stanrick Re: Expatriackie zwierzaki 19.07.05, 19:19
          To i tak w Kairze dobrze sie im wiedzie.W Emiratach bezpanskie,czy bez smyczy
          chodzace luzem psy sa likwidowane.Dzikie,bezpanskie koty sa jeszcze
          tolerowane.Czesto spotykalem kocury podczas wedkowania.Kreca sie namolnie w
          oczekiwaniu na darmowa rybke drac sie czesto przy tym niemilosiernie i jezeli
          cos drobnego sie zachaczy to z reguly dopinaja swojego:-)
          • chaladia Re: Expatriackie zwierzaki 19.07.05, 22:25
            Ja mieszkałem w Egipcie na pustyni. ledwo 28 km za miastem Asyut, ale przecież
            na pustyni. Wokół miasta włóczą się ogromne stada (po kilkadziesiąt jak nie
            kilkaset) psów. Wynika to z paskudnego zwyczaju Egipcjan, jakim jest ładowanie
            sobie na talerz nie tyle, ile mogą zjeść, ale tyle, ile się zmieści. Oczywiście
            dotyczy to tych, których na jedzenie stać. My, Biali, w campowej kantynie
            nakładaliśmy sobie na talerze tyle, ile zamierzaliśmy zjeść, bo w kraju, gdzie
            wielu jest głodnych naprawdę nie wypada marnować żywności. Czasami zdarzało się
            nam jednak "eat out" w mieście. Knajpki są tam niemal wszędzie i jedzenie nie
            jest złe. A porcje nakładają ogromne. Jak Egipcjanin taki kopiasty talerz
            dostanie (nie ma szans by to zjeść, zwłaszcza w upalny dzień, a takich jest 99%
            dni w roku), to trochę podje, resztę zbełta tak, żeby to się nie dało
            recyrkulować i zostawi na wyrzucenie... w efekcie tego, za miastem są ogromne
            hałdy jadalnych odpadów, na których hodują się dziko watahy psów. Nominalnie
            rząd utrzymuje "pustynnego gajowego", czyli starego ex-żołnierza z karabinem
            Enfielda jeszcze starszym niż on, żeby te psy strzelał. Ale jemu się ganiać za
            psami nie chce i całe dni przesypia w jakimś przepuście pod drogą, gdzie jest
            troszkę wody i daje to złudzenie chłodu. A psy się mnożą...
            Są na tyle niebezpieczne, że w razie awarii samochodu noca na pustyni lepiej
            jest uważać, żeby nie dać się zaskoczyć na zewnątrz.

            Równocześnie nasz gafir Mahmoud miał domowego psiaka, który pomagał mu strzec
            campu i widać było, że zarówno on, jaki i jego zięć, Said, który był
            zmiennikiem Mahomuda bardzo tego zwierzaka lubili...
            • survey06 Re: Expatriackie zwierzaki 15.09.05, 14:11
              W początku lat 80-ych, na zlecenie francuskiego Technip, Instalexport Warszawa
              siłami Instal Kraków i Instal Rzeszów budował kompleks LNG w Khor Al Zubair na
              południe od Basrah. Przy realizacji tego kompleksu stale pracowało około 35-40
              Francuzów, 600-640 Polaków i ponad 1,500 Filipińczyków. Każda narodowość miała
              własny wydzielony i ogrodzony camp ze stołówkami, pralniami i pozostałymi
              facilities. Przy polskiej stołówce zawsze kręciło się stadko psów mogące liczyć
              na codzienną porcję ochłapów kuchennych. Z czasem, nasi spawacze, monterzy
              operatorzy sprzętu i pozostali pracownicy zaczynali miewać swoich faworytów i
              ulubieńców w tej gromadzie. Pieski radośnie merdały ogonami i łasiły się na
              zawołania: Burek, Azor, Grymas, Kuwejt, Baba itd. Jednakże, po pewnym czasie
              zaobserwowano, że pieski w tajemniczy sposób znikają, czym poszczególni psi
              opiekunowie byli szczerze zmartwieni. Dość szybko się wydało, że psy łapią
              Filipińczycy i to wyłącznie w celach konsumpcyjnych . Polskich psiarzy tak ten
              fakt wstrząsnął do głębi, że byli gotowi stoczyć regularną bitwą z "żołtkami"
              na pręty, kije i kamienie. Francuzi musieli dołożyć dużo starań, aby załagodzić
              mocno nabrzmiałe stosunki między obydwiema nacjami.

              Wszystko wróciło do normy wtedy, gdy Filipińczycy zaproponowali naszym chłopcom
              po 10-20 US$ za każdego dostarczonego psa. Wtedy naszym nic już nie
              przeszkadzało wyposażyć się w klatki i lassa i urządzać „psie safari” na
              pustyni i zapuszczać się land-cruiser’ami w pogoni za psami hen aż pod Safwan.
              • chaladia Link... 09.05.06, 20:16
                Link do wątku na Forum Kraje Arabskie:
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=41472626
              • masaha Re: Expatriackie zwierzaki 17.07.06, 23:44
                Pyszne ;)

                Pod wzgledem stosunku do zwierzat Jemen nie rozni sie od innych krajow
                arabskich. Watahy wychudlych i zdziczalych psow, bedacych wladcami ulic nocnych
                miast i wiosek, dzikie koty krolujace w smietnikach i zaulkach.
                Na poczatku mojego pobytu dziwily mnie drewniane palki w rekach jemenczykow. Jak
                sie pozniej okazalo, to ochrona przed psami wieczorowa pora.
                Choc nieufne i w grupie grozne, po okazaniu im odrobiny serca i przelamaniu
                paroma ochlapami strachu przed czlowiekiem, okazywaly sie wiernymi strozami
                "terytorium".
                Ja swoje zwierzaki trzymalem w ogrodzie. Pierwszym byl Azor- uwielbial morskie
                kapiele i aportowanie. Nie pozwalal jednak na zbytnia poufalosc miejscowym
                poszukiwaczom przygod, trzymajac ich na plazy na dystans od naszej grupy
                plazowiczow (a przede wszystkim plazowiczek). Raz omal nie przyplacil tego
                zyciem, broniac naszej sfery prywatnosci przed nachalnym askari z Polnocy.
                Zostal otruty pare miesiecy pozniej przy probie wlamania do mojego domu.
                Po nim byly Bianka i Burek: dwa laciate stwory, ktore opiekowaly sie moja kotka
                Matylda(tricolor) i ogrodem.
                Burek byl maniakiem samochodowym: spal pod nim, na nim i czekal tylko na
                zaproszenie na przejazdzke. Bianka uganiala sie za obcymi kotami i ryla nory w
                ziemi. Wrocilem kiedys po kilkudniowym urlopie i zauwazylem, ze z moja psiarnia
                cos jest nie tak. Bardzo cieszyly sie z mojego powrotu, ale... pojedynczo.
                Nawet na karmienie pojawialy sie pojedynczo i po kolei. Kie licho?
                I dlaczego siedza ciagle pod tym samym drzewem? Jeszcze w nocy doszly do mnie
                jakies rozpaczliwe miauczenia. Jednak dopiero za dnia odkrylem ich zrodlo- obcy
                kocur zapuscil sie w swych milosnych ciagotach zbyt daleko w glab ogrodu i
                wybral nieszczesliwie drzewo, ktore stalo sie jego wiezieniem.
                Ani dozorca, ani gosposia nie zwrocili na to uwagi. I siedzialo to kocisko
                pewnie juz kilka dni o suchym pysku (przy 40°C).
                Moja psiarnia poczula sie bardzo dotknieta darowaniem wolnosci temu kocurowi i
                dopiero na drugi dzien, udalo mi sie odzyskac z nia wiez duchowa ;-)
                A kotka Matylda? Skonczyla wlasnie w czerwcu dziesiec lat, zamiast ryby i papaya
                karmi sie kocia karma i gotowana fasolka szparagowa i lasi sie wlasnie do mych nog.
                Gdyby chcialo sie jej pisac, pewnie sporo mialaby do opowiedzenia o swojej
                wedrowce z Adenu via Djibutti, Moskwa, Warszawa, Opole do Berlina.
                No i calkiem nieswiadomie, pomogla mi znalezc zone:-) Pewnie dlatego rozpycha
                sie teraz tak bezszczelnie w naszym lozku...
    • stanrick Re: Expatriackie zwierzaki 18.07.06, 21:53
      Sprawe znam tylko z opowiesci,ale do rzeczy.Otoz sprawa miala miejsce w
      Vietnamie.Do grupy polakow budujacych jakis obiekt jako dar Polski dla
      bratniego kraju przyplatal sie podobno calkiem fajny psiak,rzecz jasna bardzo
      szybko sie ze wszystkimi zaprzyjaznil z pelna wzajemnascia.Po zakonczeniu
      pracy nasi postanowili wiec zabrac go do kraju,co rozwniez oznaczalo uratowanie
      dobrze odkarmionego psiaka od niechybnej roli glownej atrakcji obiadu.Po
      przybyciu na lotnisko sluzby celne za nic nie pozwalaly jednak zwierzecia
      zabrac na poklad samolotu,a i dogadac sie nie bylo jak ze wzgledu na brak
      tlumacza.Na szczescie blisko zamieszania znalazl sie vietnamczyk studiujacy w
      Polsce wiec wytlumaczyl polakom iz przepisy nie pozwalaja,ale jak mowil celnicy
      powiedzieli tez ze jak juz tak lubia tego psiaka i koniecznie chca go zabrac to
      przeciez moga go sobie zabrac w sloikach:-)O reakcji na to rodakow mowic nie
      trzeba,ale jakis przedstawiciel firmy dla ktorej pracowali przyzekl ze pies w
      garnku nie wyladuje i rzeczywiscie slowa dotrzymal.Jeden z polskiej grupy po
      kilku latach mial okazje przebywac w tej firmie i psiak mial sie bardzo
      dobrze,a nawet lepiej gdyz zrobili z niego psa rozplodowego co oczywiscie
      musialo mu bardzo odpowiadac:-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka