Dodaj do ulubionych

Jesien sie zaczyna......

22.09.02, 13:22
mimozami, jak spiewal Niemen_....

:)
Obserwuj wątek
    • kitek1 a nasza nieMENska mimoza chyba juz sie skonczyla.. 22.09.02, 13:54
      i na wszystkich sie obrazila:(((
      • onlyania Re: a nasza nieMENska mimoza chyba juz sie skoncz 22.09.02, 14:04
        powinnismy zbojkotowac jesien moze w zwiazku z tem.....
        • Gość: samanta a mnie IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 22.09.02, 14:28
          jest szkoda lataaaaaaaaaaaaaa...............:(((((((((
          • kitek1 dziewczyny placza, bo skonczylo sie juz lato..... 22.09.02, 14:32
            a samantka,
            ze meniki juz w krotkich spodenkach nie chodza:(
            • ulalka jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 15:08
              powiedzial maly staruszek i podreptal po drozce do domku ;-))))))))
              • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 15:10
                ulalka napisała:

                > powiedzial stary maluszek i podreptal po drozce do domku ;-))))))))


                :)
              • Gość: maryjo2 Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 22.09.02, 15:11
                ale po drodze pozbierał kasztanki, bo to dobre na jesienny reumatyzm
                • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 15:13
                  i jeszcze kotka upolowal, bo skorka z kota tez dobra na reumatyzm....
                  :)
                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 15:19
                    a zonka mu udziergala sweterek na drutach... ooops... ;-))))))
                    • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 15:24
                      sfeterek z drutow kolczastych?????
                      :)
                      • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 15:29
                        h ehe... moze i z kolczastych.. choc mnie siem drut to z czem innem skojarzyl..
                        no ale jak sie czlowiek spotyka z dziecmi lat 14, to mu sie duzo rzeczy
                        przypomina.. ;-))))))
                        • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.dialo.tiscali.de 22.09.02, 17:31
                          Staruszek był jeszcze w sklepiku osiedlowym żeby zajebać aspirynkie na
                          gorączkie i słoiczek miodu żeby z bimberkiem mieszać
                          • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 17:48
                            i wykopal przed jesienia z grzadki koper wloski, na dlugie, jesienne
                            wieczory.......bo proboszcz wykupil ze sklepiku osiedlowego cala wiagre jeszcze
                            na wiosne......
                            • Gość: maryjo2 Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 22.09.02, 20:20
                              proboszcz dbał tylko o parafian, żeby się nadmiernie w czas jesieni i zimy w
                              łóżeczkach nie ogrzewali, od czego przybyłoby znów gąb do wykarmienia.
                              • 0nly Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 21:21
                                ale ze proposzcz osoba nie mogaca pozwolic na zmarnowanie sie jakiegokolwiek
                                dobra, juz od wiosny wykorzystywal wiagre w celu zawierania scisleszych wiezi z
                                parafianami na naukach katechezy w szkole, tudziez na naukach przedmalzenskich,
                                gdzie demonstrowal na kobietach czego nie nalezy robic zeby gab do wykarmienia
                                przybylo a mezczyznom pokazywal, co mozna robic, aby gab do wykarmienia nie
                                przybylo......wielu parafian plci meskiej dzieki temu zapisalo sie juz wkrotce
                                jako ministranci, coby wiernie sluzyc swojemu proposzczowi zarowno do mszy jak
                                i po......
                                • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 21:45
                                  a ze proboszczowi siem spodobalo, to wkrotce zalozyl odmienne wyznanie i nadal
                                  mu nazwe zakonu swietego marcina ;-)))))))))

                                  no.. co jeszcze potrzebne staruszkowi? ;-))))
                                  • 0nly Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 21:46
                                    no pewnie jakas laska, bo stara babcia juz nie daje rady.....
                                    :)
                                    • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 22.09.02, 21:59
                                      0nly napisała:

                                      > no pewnie jakas laska, bo stara babcia juz nie daje rady.....
                                      > :)

                                      a z czego: z buku, czy z debu? ;-)))))
                                      • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 22.09.02, 23:13
                                        A skąd.Dziadkowi potrzebna terpentynka do smarowania plecków,a jak robaki się
                                        zalęgną w brzuszku to można walnąć setę i po robaczkach.
                                        Dziadek wybierał się jeszcze wieczorem do sklepu z przyrządami ogrodniczymi/nie
                                        mylić z narządami/aby zajebać gumowce na pluchę,pelerynkie na deszczyk i
                                        siekierkie maleńką całkiem,aby mieć na chuliganów oręż.
                                        • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 23.09.02, 16:18
                                          siekierka przyda sie rowniez dziadkowi na babcie, jesli ktoregos dnia babcia
                                          wreczy mu laske zbuku, bo dziadek znow taki mlody nie jest. Babcia, wreczajac
                                          dziadkowi ta laske, przeprowadzi nastepujacy monolog, ktory to bedzie ostatnim
                                          monologiem babci:
                                          -ty, dziadek, masz laske stary, zbuku....
                                          Dziadkowi w pewnym sensie bedzie na reke zgladzenie babci, gdyz wszystkie
                                          zimowe zapasy wszelakiego dobra jakim jest piwo, pozostanie tylko do dyspozycji
                                          dziadka, nie wspominajac juz o perspektywie spokojnych, zimowych wieczorow, bez
                                          zrzedzenia babci w kuchni i ciaglego jej narzekania na bole glowy i
                                          korzonkow....
                                          • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 23.09.02, 16:47
                                            a ze chlop bez baby zyc nie moze za dlugo.. wiec Dziadek przygrucha sobie
                                            Babcie - sasiadke, ta nie bedzie umiala gotowac ukochanych flakow jak
                                            nieboszczka, Dziadek zaplacze gorzko, a od tego powstanie nowy rodzaj browarka,
                                            a nazwa jego bedzie................
                                            • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 23.09.02, 16:52
                                              dziadek nie zaplacze gorzko, tylko wsadzi babci-sasiadce garnek z flakami na
                                              glowe i wykopie z chatki, po czym wyjmie z zamrazalnika mieso na kotlety i sam
                                              sobie ugotuje porzadne kolacje.....rzecz jasna odejdzie mu chec na flaki raz na
                                              zawsze....oraz na stare babcie tez.....
                                              • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 23.09.02, 16:57
                                                i juz calkiem przerzuci siem na mlode laski.... brzozowe ;-)))))))))) ktore
                                                teraz bedzie czesciej nawiedzal, straszac spacerujace po parku parki ;-)))))
                                                • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 23.09.02, 17:11
                                                  biorac pod uwage, ze dziadek naprawde oblesny jest i stary, wcale nie wyjdzie
                                                  mu to na zle, poniewaz napadajac parki, wszystkie dziewice beda mdlaly, a
                                                  dziadek je myk, myk do wora, i bedzie mial na zimowe wieczorki dodatkowa
                                                  atrakcje, oprocz piwa.....
                                                  wor, rzecz jasna, zakupil dziadek w sklepie ogrodniczym, o czym nie wspomnial
                                                  leziox, pewnie chcac zataic przynajmniej czesc prawdy o dziadku....
                                                  • Gość: ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: 195.116.200.* 23.09.02, 19:55
                                                    a bo wor nie lezy moze w kregu zainteresowan Lezia ;-)))))
                                                    a dziad lubi ofiary ;-)))))))
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 23.09.02, 19:59
                                                    Dziadek w długie i zimne jesienne wieczory będzie siedział przy kominku,smażąc
                                                    mięsko z oswojonej sarenki,która jeszcze do niedawna była ulubienicą dzieci w
                                                    pobliskim parku.Nogi ogrzewać mu będą laski złowione do worka w parku,bo
                                                    dziadek laskom naopowiadał że ma dużo pieniędzy i chociaż tak naprawdę nie ma
                                                    wcale,to młodzież wierzy jakby i ogrzewa dziadka nadal.Potem na wiosnę dziadek
                                                    wywali na zbity pysk
                                                    z domu laski i zajmie się strzelaniem z kuszy do wróbli,chociaż często nie
                                                    trafia,bo trochę niedowidzi i ostatnio udało mu się załatwić radiowóz
                                                    policyjny jak też tramwaj nr.9,co jeździ w Aleje.Dziadek nie będzie już sobie
                                                    załatwiał nowej babci,bo jesienią znowu będzie łowił młode laski w parku,a na
                                                    razie wystarczy mu terpentynka i młoda
                                                    z Rosji Walentynka co go też lubi,chociaż dziadek obleśny jest i stary.
                                                    A to,że nie wspominam o wszystkich szczegółach dziadkowych,wynika z tego że o
                                                    rodzinie mówi się tylko źle,albo wcale,no chyba się nie pomyliłem z tym
                                                    przysłowiem.
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 24.09.02, 16:45
                                                    a ze Walentynka nie kumata troche, wiec przynajmniej dziadkowi nie truje.. za
                                                    to dobrze wmasowuje terpentynke i robi dobrego grzanca ;-)))))) a jak dziadus
                                                    zaczyna marudzic, to jeszcze i body massage potrafi pod pierzynka zrobic, bo
                                                    tego ja nauczyli ;-)))))))
                                                    tylko tak myslem, po co dziadusiowi tyle lasek brzozowych, jak ma skorke z
                                                    kota...? ale co siem bedziem o szczegoly czepiac... ;-))))))
                                                  • 0nly Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 25.09.02, 22:22
                                                    no bo te panienki robia mu te laski, i robia, to dziadek nie cham, i bierze jak
                                                    popadnie.....zreszta dziadek juz niedowidzacy i skleroze ma, wiec nigdy nie
                                                    pamieta, czy juz mial laske, czy potrzebna mu kolejna laska.....
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 26.09.02, 00:46
                                                    A ta skleroza i roztargnienie to dziadkowi od czasu stanu wojennego się wzięła
                                                    bo wtedy dziadek chodził,cicho kaszlając,nocami po ulicach,zza rogu obrzucając
                                                    granatami patrole zomowców i raz dostał kamykiem,co od huku z dachu spadł i
                                                    potem to tak trochę się dziadek roztargniony zrobił,przynajmniej jeśli o laski
                                                    chodzi.Co mu zresztą nie przeszkadza wcale w proponowaniu małoletnim
                                                    dziewczynkom różnych dziwnych rzeczy,ale nikt nie wierzy że dziadek jeszcze
                                                    może i policyja się nie czepia,a już niejedna małolatka dziadkiem się zdziwiła
                                                    jakby tak trochę.No.
                                                  • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 26.09.02, 00:53
                                                    policja sie nie dziwi, i pozwala dziadkowi na swobodne zabawy z maloletnimi,
                                                    gdyz policja wie, ze dziadek tak jakby zdziecinnial powaznie od czasu kiedy
                                                    dostal kamykiem w glowe, i ze dziadkowi juz same dziecinne psoty i zabawy w
                                                    glowie, i nikt juz nie zwraca na to uwagi, gdyz kazdy siegajac do pamieci
                                                    przypomina sobie te niewinne zabawy w doktora.....i wszyscy, nawet policja sie
                                                    usmiecha, siegajac tak daleko w przeszlosc, zazdroszcac jednoczesnie dziadkowi
                                                    tego uderzenia kamykiem w glowe.....ale coz, nie na kazdym dachu siedzi kamyk
                                                    co spada od byle piardniecia......
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 26.09.02, 00:53
                                                    A dziadek miał dokładnie lat 80,był kiedyś w legionach Piłsudskiego oraz
                                                    ekstremistą też był,chodził zgarbiony i kaszlający ten dziadek w ogóle.
                                                    Mieszkańcy bloku twierdzili że w jego mieszkaniu dzieją się dziwne rzeczy,ale
                                                    kto by tam wierzył pijakom,bo tylko tacy tam mieszkali oprócz naturalnie
                                                    dziadka co raczej mało pił,a jeśli to tylko wyszukane koniaki francuskie i nikt
                                                    nie wiedział,za co je dziadek kupuje.Zresztą na pytania dziadek nie odpowiadał
                                                    i tylko śmiał się demonicznie,wzbudzając szelest grozy na plecach dzieci i
                                                    dorosłych.
                                                  • 0nly Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 26.09.02, 01:12
                                                    no coz, ten demoniczny smiech dziadka spowodowany byl niewatpliwie tym, ze
                                                    dziadek z poblazliwoscia patrzyl na sasiadow, stojacych w kolejkach do sklepu
                                                    na dostawe swiezego jabczoku po 3,50 za butelke, na zapisy oczywiscie bo
                                                    inaczej bylo mordobicie i takie podobne....jak rowniez na wspomnienie o
                                                    walesajacych sie juz od rana sasiaddow w poszukiwaniu butelek pod sklepem, coby
                                                    na wymiane bylo, bo wieczorkiem nikt juz z sasiadow nie byl w stanie myslec o
                                                    butelkach, bedac toczonym na trzecie pietro kamienicy przez zone, dzieci lub
                                                    psa.......
                                                    a dziadek zwyczajnie, zalozyl sobie biznesik, ktory polegal na tym, iz
                                                    wszystkie malolaty, ktore juz sie znudzily dziadkowi, wymienial na granicy
                                                    polsko niemieckiej na skrzynki koniaku.....malolaty rzecz jasna pierwszy sort
                                                    kobitki byly, to brali je niemcy jak swieze buleczki, z pocalowaniem raczki u
                                                    dziadka.....niemcy zreszta tez krecili na tym niezly interes, gdyz w kolejnosci
                                                    przekazywali zuzyte juz nieco kobitki dalej, do niejakiej belgii, gdzie w
                                                    walonskiej czesci belgi, pracowali specjalisci, ktorzy zajmowali sie przerobem
                                                    malolat, zuzytych juz zreszta, na nawoz pod uprawe kopalni, ktore to kopalnie
                                                    juz dawno zamkneli, wyrzucajac brudasow sciagnietych z okolicznych panstw
                                                    afrykanskich na bruk, zeby mial kto stac na opustoszalych przez flamandow
                                                    ulicach brukseli....wiadomo przeca ze jak taka kobite dobrze przerobic na
                                                    nawoz, to niezly wegiel daje, a jak kobieta przez omylke zostala przerobiona na
                                                    nawoz, nie pozbywajac sie wczesniej zlotego zeba, czy tez sztucznego oka, to od
                                                    razu w belgi powstawal rumor, iz wlasnie nowa kopalnia zlota, tudziez diamentow
                                                    zostala odkryta, ktore rzecz jasna jechalo nastepnie do antwerpi, a potem juz
                                                    dalej w swiat.....
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 26.09.02, 16:45
                                                    i dzieki temu dziadek przysluzyl sie do wzbogacenia panstw sasiadujacych z jego
                                                    ojczyzna, jak i krajow sasiadujacych z sasiadujacymi ;-))))) caly wiec
                                                    proceder, przerabiania lasek na nawoz uchodzil mu plazem.. ale do czasu..
                                                    pewnego dnia Walentynka obudzila sie i uslyszala smiech piekielny...
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 26.09.02, 17:58
                                                    To śmiał się maszynista lokomotywy parowej,mały Gienia,zwany też
                                                    krokodylem,który po podpierdoleniu lokomotywy,przebył długą drogę z
                                                    Syberii,zużywając 200 ton kradzionego też węgla,aby zobaczyć Walentynkę.Po
                                                    drodze grzał siebie Gienia metanolem i nie poznał że dziadek jest stary i
                                                    obleśny,tylko wziął go za jej kawalera i z zazdrości zamknął dziadka w piwnicy.
                                                  • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 26.09.02, 19:53
                                                    ups, a to dopiero byla wpadka dla dziadka, z tym jego reumatyzmem, bo przeciez
                                                    w piwnicy wilgotnawo jest z deka, nie mowia juz a zaliczniu przez dziadka
                                                    kilkudziesieciu stopni schodow i wpadnieciu do beczki w ktorej kisily sie
                                                    ogoraski na zime i zadlawieniem sie plywajacym w beczce, mlodym, choc dawno juz
                                                    zdechlym szczurem.....
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 26.09.02, 20:57
                                                    a ze szczurek byl dobrze upasiony.. to dziadka na dobra chwile przytkalo..
                                                    siedzial i sie krztusil, ciagnac za ogon, zeby szczurasa wyciagnac.. potem
                                                    przypomnial sobie, ze gdzies za beczka stoja butelczynki z pyffkiem, tym od
                                                    Wali, co to mu zeszlego tygodnia nie smakowaly :-)))) teraz byly wyborne, do
                                                    tego ogoraski.. a to spowodowalo, ze dziadek zapadl w sen dlugi i przyjemny, a
                                                    byl on nastepujacy....
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 26.09.02, 23:14
                                                    Szczurek dzięki piffku przeszedł dziadkowi gładko przez gardło i nabrał on
                                                    nowej nadziei,bo wiedział on,że już z głodu tu na dole nie umrze,a i na
                                                    reumatyzm rada się znalazła.Albowiem wygrzebał dziadek skórzane spodnie na
                                                    motor z ochraniaczami,używanymi podczas jazdy na motocyklu podczas wojny w
                                                    wehrmachcie,kiedy to dziadek trochę kolaborował i nałożył je,aby reumatyzmu nie
                                                    zdenerwować.Potem wziął do ręki nóż i...nie,nie,nie pobiegł tak od razu na górę
                                                    walczyć z Gienią krokodylem zwanym,tylko podszedł,cichutko kaszlając,do którejś
                                                    z desek w drewnianej podłodze i w szparę między deskami wsadził nóż.
                                                    Ukryta sprężyna ze zgrzytsm odsłoniła skrytkę w podłodze.Gdyby dzielnicowy
                                                    Stanisław J.wiedział,co u spokojnego,starego człowieka leży w podłogowej
                                                    skrytce,doznałby z pewnością nerwowego szoku lub przynajmniej palpitacji
                                                    serca...
                                                    cdn.
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 26.09.02, 23:22
                                                    Staruszek z czułością spojrzał na gromadzone przez lata granaty,broń
                                                    maszynową,miny p-panc.,kostki trotylu i składany moździerz dużego kalibru.Kiedy
                                                    skończyła się wojna,dziadek chodził po lasach,zbierając porzucony sprzęt
                                                    bojowy,bo,jak sam twierdził,nigdy nie wiadomo,jaki skurwysyn dorwie się do
                                                    władzy,a wtedy się trzeba jakoś chronić samemu.
                                                    Dziadzia z namysłem wyjął z ogromnej,kilkumetrowej sterty,leżącej pod ścianą i
                                                    wyglądającej na suche siano,parę źdźbeł,rozkruszył je na stoliku,włożył proszek
                                                    do szklanej lufki i podpalił,zaciągając się głęboko,a słodkawo-kwaśny zapach
                                                    rozszedł się po piwnicy.Po powtórzeniu operacji dziadek podskoczył lekkko,jak
                                                    tego już nie robił od lat,wybrał ze skrytki parę eksponatów,po czym delikatnie
                                                    podszedł do drzwi.
                                                    Tymczasem Gienia i Walentynka gzili się na wyrku dziadka,nie dbając wcale o
                                                    ciszę,bo uważali,że nikt i nic nie jest w stanie zakłócić im spokoju...A o
                                                    dziadku siedzącym samotnie w ciemnicy dawno zdążyli już zapomnieć,pijąc jego
                                                    własne zapasy samogonki.
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 27.09.02, 12:41
                                                    a ze Wala i Giena nie slyszeli nic poza wlasnymi... oddechami ;-))) to tym
                                                    latwiej przyszlo dziadusiowi przygotowanie do wysadzenia drzwi.. tym bardziej,
                                                    ze na tym znal sie jak malo kto (w obecnym ustroju ;-))). Przygotowujac sie do
                                                    usuniecia przeszkody w postaci drzwi, przysiadl jeszcze raz na beczce,
                                                    pociagnal z lufki, wychylil pyffko, odspiewal sobie piosenke kolaborantow, po
                                                    czym zdrzemnal sie, okrywajac swe reumatyczne kosci skorka ze szczura ;-)))
                                                  • 0nly Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 27.09.02, 15:00
                                                    Dziadek slodko drzemal z jakas godzinke i snil o przygodach swojego bohatera z
                                                    lat dziecinnych, o ktorym czesto opowiadal mu jego dziadek, czyli dziadek
                                                    dziadka.....Bohaterem tym rzecz jasna byl niejaki krecik, rozpierdalaka w
                                                    kazdym calu.....ukochana przygoda byla oczywiscie ta, w ktorej krecik
                                                    rozpieprzyl w drobny mak caly burdel, gdyz nie spodobala mu sie kretynka, bo za
                                                    stara byla.....kretynka, w sensie laska krecia pracujaca w burdelu....
                                                    Rowniez i tym razem po raz hen, hen ktory snil dziadek o tym jak krecik
                                                    rozpiernicza burdel....pelen entuzjazmu obudzil sie dziadek w pewnej chwli,
                                                    zakaszlal, odplul co mu do ust nalazlo, zachrzakal, jakby sprawdzajac czy aby
                                                    jego glos bedzie sie nadawal do osiagniecia wlasciwego poziomu chrzekotu, po
                                                    czym dziadek wykrzyknal:
                                                    - Ahooj, bede jak dzielny krecik, bo ja jestem przeca zawodowiec, tak jak i
                                                    krecik!!!!
                                                    W calym tym zamieszaniu zapomnielismy jednak wspomniec jak dziadek mial na
                                                    imie, a dziadek mial na imie Leon....
                                                    - Ahooj, ja Leon zawodowiec jestem!!! - dziadek az podskoczyl z tego entuzjazmu,
                                                    po czym znowu zakaszlal, potknal sie o walajace sie po podlodze butelki, walnal
                                                    glowa o stojaca obok drabine, ktora zwalila sie na dziadka i pozostawila w
                                                    nieprzytomnosci na kolejne kilka godzin......
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 29.09.02, 11:42
                                                    nieprzytomny stan to poniekad stan permanentny u dziadusia, juz przywykl, ze po
                                                    kilku flaszeczkach kwacha, odlata w niebyt. jest to stan o tyle przyjemny, ze
                                                    nie wiadomo kiedy uplywa masa czasu, czlowiek nie martwi sie o to, co sie z nim
                                                    dzieje i pieknych snow przybywa..
                                                    tym razem wszelako, stan ten dziadusiowi sie nie oplacil...
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 29.09.02, 14:15
                                                    A nie opłaciło mu się,bo w tym czasie Gienia z Walentynką zaczęli sprzedawać
                                                    sprzęty domowe,bo wódka kosztuje,a oni mogli wypić całe morze,nie wiedząc nawet
                                                    w swojej bezbrzeżnej głupocie,iż u dziadka w piwnicy stoi aparatura.I to do
                                                    pędzenia bimbru.Aparatura była tak wydajna,że mogła codziennie zaopatrzyć w
                                                    gorzałę 10.000-czne miasto i jeszcze wystarczało dla samego dziadka,by chlapnął
                                                    sobie parę setek po pracy.No ale niewiedza kosztuje.
                                                    Dziadek z bolącą trochę czaszką wstał tym razem na dobre,powtarzając czynności
                                                    opisane trochę wcześniej,bo w ogóle zapomniał przy uderzeniu o drabinę,że już
                                                    to zrobił.Nie stało się już nic,co mogło go pozbawić przytomności,a dziadek
                                                    mógł przystąpić do dzieła.
                                                    Cicho kaszlając,umieścił przy drzwiach ładunek wybuchowy,w tym całym pośpiechu
                                                    zapominając o odpowiednim dobraniu ilości C-4,bo z tym,co założył,mógł wysadzić
                                                    nie tylko drzwi oraz do tego lokomotywę Gienia,ale jeszcze na dokładkę pociąg
                                                    pancerny.Tyle że nerwy dziadkiem deko też trzęsły,bo czuł się zawiedziony
                                                    młodzieżą,stąd ta drobna pomyłka.
                                                    Tymczasem Gienia z Walentynką,po sprzedaniu dziadkowej z alkoholem,raczyli się
                                                    wódką kupioną za pieniądze uzyskane po sprzedaży szafy,pieprząc się
                                                    okazjonalnie.

                                                    Gwałtowny wybuch,drzwi przelatujące nad głową Gieni jak gilotyna,łoskot
                                                    tłukących się na terenie całego osiedla szyb,podmuch zrywający staruszkom
                                                    peruki z głów i podnoszący im spódnice,oraz wrzask wystraszonych kotów i dzieci
                                                    wstrząsnęły sumieniami ludzi mieszkających w okolicy domu dziadka.
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 29.09.02, 14:48
                                                    tym razem dziadunio przesadzil nieco... z drugiej strony, wreszcie sie ten caly
                                                    wredny, otaczajacy go swiat zainteresowal, ze moze jest cos nie tak. jedna ze
                                                    staruszek, wciaz jeszcze ze spodnica na glowie, ukazujaca swiatu swe oklaple
                                                    wdzieki, ale za to w stringach, podbiegla do drzwi wejsciowych. Zobaczyla tam
                                                    Giene, pozbawionego co prawda glowy, ale za to odslaniajacego swiatu cale swe
                                                    meskie wdzieki, jak rowniez futro rodowe. Obok, z rozlozonymi nogami,
                                                    spoczywala Wala, tylko nieprzytomna, czego nie mogla jej babunia darowac. spod
                                                    gruzow wygrzebal sie tez dziadunio.. jego wzrok padl na bacie i wtedy
                                                    wystekal....
                                                  • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 29.09.02, 15:06
                                                    hehehe...-wystekal dziadek,- kupe mi sie chce, bo mnie chyba te ogorki troche
                                                    zaszkodzily...i ten halas jakis tez nie halo. Nie wiesz babciu gdzie tu zostal
                                                    jeszcze jakis wychodek ze swieza dostawa Zycia Warszawy?
                                                    Babcia oczywiscie, troche przytlumiona drobnym halasem jaki po raz pierwszy od
                                                    czasu kiedy to calkowicie ogluchla nie zwrocila uwagi na dziadka tylko zwrocila
                                                    sie ku czesciom Gieni, laseczka poruszala troche zwisajace narzady i zasmiala
                                                    sie radosnie:
                                                    -hehehe, takich zabawek to ja juz od czasow cara nie mialam, ale wiedzialam ze
                                                    dnia pewnego niebo sie nade mna ulituje...po czym wyjela z woreczka zza
                                                    biustonosza scyzoryk, odciela to co miala odciac, schowala do woreczka za
                                                    biustonoszem, i radosnie slaniajac sie na lasce pokustykala w kierunku swojej
                                                    chatki, liczac ze cos z niej zostalo, nie zwracajac uwagi na dziadka, ktory
                                                    stal troche zdziwiony jednoczesnie przestawiajaac nogi, bo wciaz nie uslyszal
                                                    odpowiedzi na swoje pytanie....
                                                  • Gość: ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: 195.116.200.* 30.09.02, 16:44
                                                    a ja sobie przypomnialam, ze dziadunio to wystekal:
                                                    - Misia?? to Ty??
                                                    bo to byla jego milosc z lat szkolnych.. piekna niedostepna Misia, nadal
                                                    wyzywajaco ubrana, nadal miala zamglone spojrzenie (wiec ani chybi nadal
                                                    trabila kwasy w duzej ilosci ;-))) i tak to wybuch sprowadzil na dziadka
                                                    przeklenstwo w postaci Misiuni ;-))))
                                                  • onlyania Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 30.09.02, 16:54
                                                    niestety, ani dziadek, ktory mial skleroze rzecz jasna bo mu kamyczek z dachu
                                                    na glowe padl dnia pewnego, ani babcia Misia, ktora chlala kwasy w takiej
                                                    ilsciach ze w glowie przelewaly sie juz tylko zwiazki siarki, nie mogli
                                                    pamietac nic z czasow szkolnych, a juz na pewno nie mogli pamietac co to niby
                                                    ta milosc jest, bo rzecz jasna w tym wieku czlowiekowi do niczego potrzebna nie
                                                    jest, no chyba ze ma sie wnuczki, to zeby je kochac i ku ich radosci pelnia
                                                    milosci butelkami w nie rzucac, coby sie nie czepialy dziadkowinej (tudziez
                                                    babcinej) renty......
                                                  • ulalka Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 30.09.02, 16:59
                                                    cios ich jednak do sibie ciaglo... Dziadunio odkaszlnal byl.. wstal, tupnal
                                                    oficerkami dla strzepniecia kurzu, sklonil sie chwacko i rozpoczal swoja
                                                    przemowe...
                                                  • 0nly Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... 30.09.02, 17:16
                                                    tzn. chcial rozpoczac, no ale w pewnym momencie znow przypomnial sobie o tym,
                                                    ze ogorki go przepedzily, i na gwalt potrzebuje sobie ulzyc...poniewaz nie bylo
                                                    w poblizu juz zadnego wychodka, ktory bylby sie nadawal, pokickal dziadek za
                                                    ruiny swej chatki, zrobil co nalezalo. poczyl usmiechniety i odprezony mogl
                                                    rozpoczac przemowe.....
                                                  • Gość: leziox Re: jesien idzie.. nie ma rady na to... IP: *.arcor-ip.net 04.10.02, 16:59
                                                    Tylko że nagła myśl,jak błyskawica przypomnienia,przeleciała dziadkowi przez
                                                    głowę,iż
                                                    przecież w szkole Misia puszczała się z każdym innym kapciem oraz woźnym,ale
                                                    tylko z nim nie chciała tego robić,chociaż inni już ją dawno zaliczyli.Jakoś ta
                                                    wizyta za potrzebą pomogła mu zorganizować się trochę.Warknął więc nagle do
                                                    trochę zaskoczonej babci:
                                                    -Spierdalaj!-po czym,po odgruzowaniu resztek mieszkania,wytoczył z piwnicy
                                                    ciężki, poniemiecki motocykl BMW-Sahara z koszem i popędził z okropnym warkotem
                                                    przez miasto po piwo do hurtowni,gdyż znowu przypomnieć mu się udało,że piwka
                                                    braknie w piwnicy.Dziadek niespecjalnie,w przeciwieństwie do innych
                                                    mieszkańców,przejmował się utratą mieszkania,gdyż jeszcze w latach 50-ch za
                                                    sporą łapówkę,dał piwnicę przerobić na całkiem zgrabny schron przeciwatomowy i
                                                    chociaż zagracona trochę piwnica była,to nie straciła dotąd nic ze swoich
                                                    funkcji.Fakt,że dysponowała kilkoma piętrami położonymi pod sobą,też jakoś mu
                                                    poprawiał humor.
                                                  • Gość: 0194 ... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 05.10.02, 02:59
                                                    ...
                                                    I tak pruł przed siebie. Uliczny gwar, odgłosy miejscowej kapeli [uderzenie
                                                    serca] zlewały się ze sobą i mieszały z szumem krwi w naczyniach. Rekalma...,
                                                    druga reklama..., [uderzenie serca], trzecia reklama. Do przodu, rwał do
                                                    przodu. By nie zatrzymać się ani na chwilę. Człowiek z grillowaną kiełbasą. Nie
                                                    potrącić. Gdzieś przed nim majaczyła już wściekle-seledynowa bryła hurtowni
                                                    [uderzenie serca]. Jeszcze tylko trzy skrzyżowania. Pierwsze... [uderzenie
                                                    serca]. Drugie... [uderzenie serca]. Słońce. Oślepiające słońce... Jakiś
                                                    niespieszny przechodzień wypełniony straszliwym lękiem - ten, który szuka po
                                                    ulicach, zaglądając w okna i oczy, ale nie wie kogo szuka, więc nikogo nie
                                                    znajdzie. Oczy dziadka nie skrzyżowały się ze spojrzeniem nieznajomego. Wtem...
                                                    ni stąd, ni zowąd... zgiełk. Tłum. Całe plejady charakterów, poruszające się we
                                                    wszystkich zaułkach ze zwinnością ryb w odmętach oceanu. Prostytutki na rogach
                                                    ulic, nożownicy... Wszyscy. A pośród tego wszystkiego - pośród tłumu i tych,
                                                    których tłum stworzył - jedzie on. Jedyny z tych ludzi na ulicy dla którego ta
                                                    droga jest jednocześnie celem... [kaskada olśnień]. Jedyny z tłumu w pełni
                                                    świadomy, swego losu... Minął trzecie skrzyżowanie, hurtownię... [CO?! Czyżby
                                                    przejechał mimo? Można by ująć to w jednym słowie "objawienie". Z pewnością
                                                    nie stało się to za sprawą fugi Bacha rozbrzmiewającej niemal krystalicznie
                                                    (asz, ten dźwięk silnika!) w dzownku jego komórkowego telefonu...]. Pruł przed
                                                    siebie. A myśli w czaszce kołowały coraz bardziej bezwładnie... pozbawione
                                                    regularności okręgu, po jakim zazwyczaj krążą :) [uderzenie serca]. Ostre
                                                    igiełki pod powiekami i ciepło... Ta cienka linia rozpięta między Światłem a
                                                    Cieniem.
                                                    [kaskada olśnień]

                                                    A skoro cyborgi tworzą naszą ontologię, to stąd również musi wynikać nasza
                                                    polityka - pomyślał dziadek! :)
                                                  • Gość: leziox Re: ...dalszy ciąg IP: *.arcor-ip.net 05.10.02, 17:07
                                                    -Ale grzyb z cyborgami-pomyślał szalony biker.Jego pomyłka stała się
                                                    faktem.Dziadek przejechał obok hurtowni i dopiero teraz,zrozumiawszy swój
                                                    okropny błąd,depnął po hamulcach,aż zarzuciło całym motocyklem.Przerażeni
                                                    kierowcy aut,co dopiero pospłacali 1/4 kredytu za swoje lśniące limuzyny,
                                                    rozpierzchli się na wszystkie strony,jak stado much poganianych końskim
                                                    ogonem,aby nie uszkodzić pieszczonych metalowych dzieci kolizją z maszyną
                                                    dziadka.
                                                    Nawet ford mondeo,należący do organów,wpadł w okoliczne pojemniki na śmieci,co
                                                    akurat w tym wypadku nie bardzo się opłaciło,bo wóz musiał potem być poddany
                                                    kasacji,a za przewinienie wyrzucono naturalnie komendanta.
                                                    Dziadek,niezrażony zamieszaniem,jakie wybuchło na skrzyżowaniu,przejechał na
                                                    przełaj przez trawnik i klomby z późnymi astrami/nie mylić z oplem/,przeciął
                                                    chodnik
                                                    i drogę dla rowerzystów,wypłoszył paru meneli pijących kwachy pod sklepem,
                                                    doprowadził do dzikiego wrzasku mamę i jej 5-ro dzieci,idące z przedszkola,a
                                                    potem,zjeżdżając po ruchomych,nieczynnych już od lat schodach,wylądował
                                                    dokładnie na wjeździe do hurtowni,gdzie zaraz zaparkował z fasonem.
                                                  • Gość: ulalka Re: ...dalszy ciąg IP: 195.116.200.* 05.10.02, 17:54
                                                    tam nabyl kilka skrzynek browca, tylez kwachow, co skrzynek, przyjrzal sie
                                                    przyjaznie mlodej sprzedawczyni, zagladajac jej dyskretnie za dekolt i ze
                                                    zdziwieniem odkrywajac tamze kilka wlosow, ktore dlugoscia dorownywaly jego
                                                    wlosom na klacie ;-)))) jego takt blyskawicznie ulotnily sie, nie wytrzymal i
                                                    zapytal:
                                                    -ekhem... nie masz jakiegos kremu depilujacego??
                                                    po czym wytaszczyl swoj naboj, pozostawiajac sprzedawczynie przytkana, w
                                                    kolorze roz, jakie zostawil jej tego ranka na stole tajemniczy wielbiciel
                                                    (mocny roz...)....
                                                  • Gość: 0194 ... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 05.10.02, 20:00
                                                    Ba! Ale dziadek tematu z ekspedientką nie podjął. Szkoda. Strata to
                                                    niepowetowana. Zgarnął, skubany, zgrzewki z piwkiem i... nonszlancko zatrzasnął
                                                    metalowe wrota hurtowni. Wtem... łubudu! Matko Boska! Wyrżnął nosem o glebę i
                                                    siknęło krwią. I tak, bez niczyjej intencji, grecki nos dziadka przemienił się
                                                    w bokserski kulfon. No no... upominają się pewnie o mnie... - pomyślał..,
                                                    widząc wypadającą protezę, która "rozkwasiła" się na dobre [momentalnie
                                                    komponując się z tłem gruntu]. Podnosi się. O PSIANOGA! Kostka przy każdym
                                                    ruchu strzela suchym trzaskiem. Jest cierpliwy. Wyczekuje. Ból nie mija.
                                                    Wygrzebał kawałek lustra i scezy doń scęki. O żesz, nadwyrężone kawałki protezy
                                                    nie nadają się nawet do recyclingu...
                                                    ..
                                                    - Panie! - zaryczała ekspedientka - było, minęlo!
                                                    ..
                                                    Dziadek ruszył żuchwą i dopiero teraz zdał sobie sprawę, ze pzeciez nie będzie
                                                    z ekspedientką prowadził rokowań w sprawie tak istotnej jaką jest scerba na
                                                    honoze...
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 09.10.02, 00:48
                                                    Hej-więcej szacunku dla dziadka proszę!Ty,zero cóś tam,nie uszkadzaj seniora za
                                                    często,bo on i tak przez życie poszkodowany,please!
                                                    No,a teraz dalszy ciąg...


                                                    Zajrzał więc dziadek,bez zwlekania ale i bez zbędnego pośpiechu do osiedlowej
                                                    dentystki,co przechowywała szczęki sztuczne kupione w cenach hurtowych od
                                                    grabarzy z pobliskiego cmentarza i zaraz dobrał sobie na poczekaniu jeszcze
                                                    ładniejszą szczękę niż miał poprzednio.Dentystka wprawdzie radziła mu,żeby
                                                    przed noszeniem wygotować ząbki w rozpuszczalniku,ale dziadek tak był uradowany
                                                    nową żuchwą,że założył ją sobie zaraz na szczękę i przestał zaraz seplenić.Dla
                                                    próby rzucił zaraz kurwą i chujem,co zabrzmiało nad wyraz poprawnie,aż
                                                    pracujący na czarno u dentystki Rosjanie spojrzeli z wyraźnym uznaniem na
                                                    dziadka.
                                                    Po zapłaceniu 14 zł,50 gr za nabytek,popędził dziadek zaraz z powrotem do
                                                    hurtowni,gdzie zapakował do kosza motocykla skrzynki z piwkiem i parę
                                                    zgrzewek,gdyby młodzież przyszła,co z puszki lubi popijać i z fasonem zapuścił
                                                    silnik motóra.Zagrzmiało w zaułkach hurtowni,tynk posypał się ze ścian,a
                                                    dziadek nacisnął sprzęgło i wrzucił pierwszy bieg.
                                                  • czarowna_ica Re: ... 09.10.02, 19:20
                                                    dojazd do domu, zajal mniej czasu dziadusiowy, niz droga w kierunku przeciwnym.
                                                    tamze czekala juz wyzej wspomniana mlodziez, ktora zajela sie juz
                                                    odgruzowywaniem terenu. Dziadeczek usmiechnal sie z uznaniem i zaczal
                                                    roznosic "prowiant" tymze czym predzej. praca wrzala do poznego wieczora, kiedy
                                                    to interweniowala policja, na wniosek sasiadow. wtedy to, dziadus rozpalil przy
                                                    ruinie ognisko, wyciagnal z plecaka kielbase, ponacinal fachowo i nabil na
                                                    uprzednio zastrugane patyki. mlodziez rozsiadla sie wygodnie, a i panowie
                                                    policjanci przylaczyli sie od razu.. zapowiadal sie mily wieczorek i dluga noc.
                                                    nieopatrznie jeden z mlodziakow napomknal cos o kobitkach....

                                                    ps. ach jak siem cieszem, ze jest ktos kto broni naszego Dziadusia... ;-))
                                                    buziaczek Leziu :-))**
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 09.10.02, 22:48
                                                    Jednemu z policjantów rozpaliły się oczy i błysnęły dziko w podwórzu,na samo
                                                    hasło "kobiety".Potem,z zaślinionymi wargami,wyszeptał,że on wie i zna taką
                                                    Józię,co lubi balety,a jego kolega pośpieszył zaraz z adresem Zosi z dzielnicy
                                                    fabrycznej.I tak rozpętała się giełda możliwych do poderwania za parę
                                                    groszy,chętnych panienek.Młodzież,z wypiekami na policzkach,przysłuchiwała się
                                                    z ciekawością,a jakiś uczeń z pryszczatą twarzą gorączkowo zapisywał w notesiku
                                                    namiary kurewek,bo nigdy nie wiadomo,co może się przydać w przyszłości.
                                                    Dziadek,cicho chichiocząc i gadając do siebie coś w sensie:
                                                    kurewki,hihihi,kurewki,dobre som kurewki,a co to są kurewki?-bo chyba znowu
                                                    zapomniał,po co one właściwie żyją na tym ziemskim padole,otwierał kolejnego
                                                    browarka i wlewał w siebie zawartość,ciesząc się z osiedlowej balangi.
                                                    Ognisko,podsycane szczątkami rozwalonych przy wybuchu mebli sąsiadów oraz
                                                    starymi szmatami,walającymi się wokół,płonęło równo,a płomień wesoło buchał na
                                                    wysokość drugiego piętra pozostałego w jako takim stanie pobliskiego budynku
                                                    administracji bloków mieszkalnych.
                                                    Młodzież.podpchocona browarem,napierdalała się po ryjach,starsi patrzyli z
                                                    rozbawieniem na zakrwawione mordy małolatów,policjanci opowiadali zdarzenia
                                                    ze służby,a dziadek nie opowiadał nic,bo dolewał do motocykla benzyny,którą
                                                    kupił przed chwilą po śmiesznej cenie od ruskiego kierowcy ciężarówki,jadącego
                                                    na zachód z tajemniczym ładunkiem.Dziwne,zielonkawe światło przebijało przez
                                                    ściany kontenera,a gdy się tam kto zbliżył,to miał radochę,bo mógł prześwietlić
                                                    się na miejscu i za darmo.Ot,taki trochę dziwny ładuneczek.
                                                  • Gość: ulalka Re: ... IP: *.chello.pl 11.10.02, 21:28
                                                    kiedy do swiatla zblizyl sie dziadunio, nagle wrocila mu pamiec. pod nogi potoczyl mu sie notesik malolata, wsunal go
                                                    w kieszen i porzucil rozbawiona kompanie.. wsiadl na motor i sprawdzil najblizszy adres w notesie, po czym
                                                    wystartowal.. niestety, kiedy tylko oddalil sie od zbawiennego wplywu poswiaty, ponownie wszystko zapomnial i
                                                    kiedy dojechal do Jozi, juz znow nie wiedzial do czego sluza kurewki...
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 19.10.02, 23:49
                                                    Targnięty jakąś dziwną wizją,pojechał dziadek nad rzekę,nad którą kiedyś
                                                    spędzał swoje młode lata,a teraz zachciało mu się,nie wiadomo dlaczego
                                                    rybek,pieczonych na ognisku.Wyjął więc z małego zawiniątka w koszu motocykla
                                                    poniemiecki granat trzonkowy,wożony zawsze ze sobą na wszelki wypadek i
                                                    odkręciwszy kapselek,szarpnął za sznurek,tym samym odbezpieczając granat i
                                                    szerokim łukiem cisnął granat w kierunku wody.
                                                    Traf chciał,że gałęzie rosnącego tuż nad wodą buka,odbiły granat jak na
                                                    sprężynie,kierując go dokładnie do kurnika gospodarza,mającego swoje obejście
                                                    zaraz nad wodą.
                                                    Pierdolnęło,błysnął ogień jak w piekle,a odłamki posiekły gałęzie drzewa tuż
                                                    nad głową dziadka,co dziadkowi w niczym nie przeszkodziło,bo pod >Stalingradem
                                                    bywało gorzej.
                                                    Na podwórko,wywalone podmuchem z kurnika,wysypały się kury-nieboszczki,które
                                                    dziadek,przypomniawszy sobie lata wojny spędzone po drugiej stronie właściwych
                                                    wojsk,zaczął zbierać i wrzucać do kosza motocykla,rezygnując z rybek,z zamiarem
                                                    zawiezienia łupu na ognisko osiedlowe.
                                                  • ulalka Re: ... 20.10.02, 11:28
                                                    transport dojechal szczesliwie, ale w chwili, kiedy dziadunio dojezdzal do ruin
                                                    swojego domku, ognisko juz przygasalo. cala kompania niemal juz zebrala sie do
                                                    odwrotu, zwlaszcza, ze switalo. mlodziez jeszcze dziarsko przytupywala, ale juz
                                                    bylo widac, ze nie dlugo padna na dzioby i tyle z nich bedzie pozytku.
                                                    dziadunio spojrzal na przywieziony w koszyku towar, pomyslal, ze gdzies tam pod
                                                    gruzami moze uchowala sie lodowka, ale umknelo mu, ze potrzebny jest jeszcze
                                                    prad..
                                                    rozpoczynal sie nowy, piekny dzionek...
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.dialo.tiscali.de 28.10.02, 23:39
                                                    A coś z kurkami trzeba było zrobić i dlatego,niewiele myśląc,wrzasnął dziadek
                                                    na całe osiedle:
                                                    -Luuudzie!Kury przywiozłem,za darmo daję!!
                                                    I nim którykolwiek z zasypiających małolatów się obejrzał,już wielka
                                                    kolejka,ciągnąca się do horyzontu stała przed seniorem i każdy prosząco
                                                    wyciągał spracowane ręce,aby dostać chociaż jedną kurę,marząc o kurczaku
                                                    pieczonym na ognisku.
                                                    Dziadek wlazł z pewnym trudem na kosz motocykla i rzucał raz po raz kury w
                                                    tłum,a gawiedź łapała je w locie,bijąc się o poszczególne piórka.
                                                    Potem,po rozdzieleniu kurzych trupków i wygaśnięciu ostatnich bójek,rozpalono
                                                    wiele ognisk na dzielnicy i zaczęła się wczesnoranna fiesta.
                                                    Nikt nie myślał o tym,aby iść do pracy,wielu skoczyło do sklepu cukierniczego
                                                    po kwachy,żeby lepiej kury przez gardła przechodziły i każdy pił zdrowie
                                                    dziadka,dobroczyńcy osiedlowego,bo w sumie nikt nie wiedział,że zamiana osiedla
                                                    w zgliszcza to była seniora zasługa.No ale po co była tym ludziom taka wiedza
                                                    potrzebna,kiedy niektórzy z nich nie rozumieli nawet,że jeszcze
                                                    istnieją,pogrążeni w codziennym bagnie złożonym z dyngolenia,awantur,wyroków
                                                    sądowych,ich odsiadywania i wracania na łono osiedla i tak w kółko.
                                                  • ulalka Re: ... 29.10.02, 16:02
                                                    impreza wczesnoporanna rozwijala sie dobrze, dziadus podspiewywal pod nosem,
                                                    sam tez patroszac kurke i przygotowujac ja na obiadek. ani sie chlopak
                                                    obejrzal, a minelo poludnie. oblepil zwierzatko glina, umiescil w zarze..
                                                    wtedy, poczul, ze spelnil jakby obywatelski obowiazek i kimnal sobie ;-)) znow
                                                    mial sny o potedze... ;-)))))
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 29.10.02, 21:58
                                                    Znowu przyśniły mu się piękne,pomalowane na zielono motocykle,którymi wraz z
                                                    kolegami jeździł dziadek zwiedzać obce kraje w celu nawrócenia ich mieszkańców
                                                    na porządek i dyscyplinę.Tylko w obcych krajach nie każdy rozumiał dziadka
                                                    zapał i w końcu dziadek ledwie wyszedł z życiem,wylatując z motorem na minie,a
                                                    potem to już dziadek nie wiedział co się stało,bo się obudził jako rencista.
                                                    Czknął nagle potężnie i pierdnął,aż z pobliskiego drzewa,zatrute
                                                    wyziewami,pospadały golębie,wstał,bo wydawało mu się,że już się wyspał,albo
                                                    zapomniał że był śpiący i doszedł do wniosku,że trza by skoczyć na miasto i
                                                    zakupki zrobić do spiżarki,znaczy podpierdolić znowu parę rzeczy ze sklepu,bo
                                                    wydawało się dziadkowi znowu,że on nie musi w sklepach płacić,jako rencista,ale
                                                    tak na wszelki wypadek chował dziadek ukradzione towary do długich kieszeni,
                                                    wszytych pod skórzany płaszcz oficera wehrmachtu z odprutymi dystynkcjami.
                                                    Drzwi supermarketu otworzyły się gościnnie i same przed dziadkiem,chociaż
                                                    pewnie lepiej by było,gdyby zostały zatrzaśnięte na głucho...
                                                  • ulalka Re: ... 30.10.02, 21:37
                                                    widok jaki dziadus zastal nastrajal wszelako optymistycznie - dlugo ciagnace
                                                    sie pole.. nie, nie minowe tym razem, tylko produktow umieszczonych uroczo na
                                                    polkach sklepowych. dziadus nie mial duzych wymagan, wiec skierowal sie od razu
                                                    do browarka. i tu czekalo go spore zdziwienie..! nie bylo jego ulubionego
                                                    trunku, ulubionej marki!.. hanba.. zaklal szpetnie po francusku (bo dziadus byl
                                                    wyksztalcony, tylko o tym zapomnial, ale w dalszym ciagu kiedy mial cos
                                                    drastycznego do powiedzenia, to uzywal jezykow obcych) i poszedl do polek z
                                                    innymi trunkami.. mhmm.. pomruczal znow niejasno.. znal ten sklep, ale jakoby
                                                    go nie znal.. cos mu tu nie gralo...
                                                  • onlyania Re: ... 30.10.02, 21:56
                                                    no myslal ze do polek, bo to wcale polski nie byly bo cos jakby po pierwsze
                                                    primo nie gadaly po polskiemu, po drugie primo, byly cos jakby za
                                                    kolorowe.......o chuj!- niby zaklnal dziadek, ale to wam sie tylko wydawc moze,
                                                    bo tak faktycznie zacial sie dziadek przy powitaniu owych niewiast, bo jako
                                                    czlowiek obyty wiedzial, ze taka ilosc kolorowych kobiet (czytaj murzynek) moze
                                                    sie zdarzyc tylko w jednym kraju, w ktorym bezwzglednie milym powitaniem jest
                                                    dodanie do owczesnie panujacej pory dnia slowa "chuje"....
                                                    -Gdzie jest chuje Warka's!!!! (zapomnial bowiem dziadka, ze jak juz mowic po
                                                    zagramanicznemu, to calym zdaniem, a nie wtracanie jakis tam wulgaryzmow =
                                                    czytaj slow zapozyczonych z jezyka obcego, powinnien poprawnie
                                                    powiedziec "dobra Warka")
                                                    i dopiero wtedy zorientowal sie dziadek ze chyba ta jego maszyna cos za bardzo
                                                    przyspieszyla tempa, albo ze zasnal i w zapale przejechal jakby cos za daleko
                                                    do tego pobliskiego marketu......no albo mu sie to tylko wszystko przysnilo
                                                    rzecz jasna..........
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 31.10.02, 22:34
                                                    Nagle!Jak coś nie przyjebie dziadziusiowi w głowę!Marzenia o podobojach Belgii
                                                    w latach 40-ych prysnęły jak mydlana bańka.Dziadek zatoczył się,wpadając na
                                                    stertę pieluch marki Pampers,stoczył się po niej,przejechał po śliskiej
                                                    podłodze i wylądował z posiniaczoną i trochę krwawiącą głową prosto u
                                                    kierownika marketu,który właśnie prowadził wykład dla swoich pracowników na
                                                    temat ludzkiego traktowania bydła pod tytułem klient.
                                                    Chcąc zaimponować podwładnym,podniósł kierownik dziadka z ziemi,otrzepał z
                                                    kurzu,a jakaś zgrabna i przytomna kasjereczka skoczyła na zgrabnych nóżkach po
                                                    materiały opatrunkowe,żeby dziadek widział,że tu się o niego dba.
                                                    Kierownik posadził jeszcze nieco otumanionego dziadka na swoim fotelu,a
                                                    kasjereczka wzięła się za opatrywanie dziadkowej głowy,co temu się nawet
                                                    całkiem spodobało i od razu włożył swoje spracowane ręce do majtek kasjereczki.
                                                    Ta ostatnia udawała,że nic nie zauważyła,nie chcąc się narazić kierownictwu
                                                    i dalej opatrywała dziadka,tylko trochę teraz szybciej oddychając.
                                                    Palce dziadka wędrowały tymczasem po wszelkich wartych odwiedzenia miejscach
                                                    kasjereczki,schowanych normalnie za majteczkami,aż w końcu kasjereczka
                                                    wyryczała jak tyranozaurus w rui:
                                                    -Panie,coś pan,nie przestawaj pan,ja panu kurwa głowę muszę opatrzyć!!
                                                    Po czym wstrząsana spazmatycznymi drgawkami,dokończyła kasjereczka opatrywanie
                                                    głowy dziadka i z dziwnym,zamyślonym uśmiechem odeszła na swoje miejsce,aby
                                                    dalej się kursić.
                                                    Reszta kursantów poza leniwym spojrzeniem w kierunku kasjereczki,podczas kiedy
                                                    wydawała ona z siebie zwierzęcy ryk,nie raczyła chyba nawet zauważyć,co się
                                                    stało.


                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 31.10.02, 22:47
                                                    Kierownik marketu,myśląc zaraz,że dziadek po tak strasznym wypadku zacznie się
                                                    ubiegać o milionowe odszkodowanie,mrugnął tylko na swoich pomagierów,szepcząc
                                                    coś im na ucho,a oni zaraz skoczyli do wnętrza sklepu,ściągając z półek co
                                                    wartościowsze produkty,na czele z koniakami przedniej jakości i paroma
                                                    buteleczkami piwka na zagrychę,po czym wszystko to rzucili u stóp dziadka,a
                                                    kierownik odezwał się w te słowy:
                                                    -Proszę pana,nasza firma chciała jakoś panu wynagrodzić straty moralne,jakie
                                                    pan poniósł przez swój wypadek u nas.Dlatego wszystko to,co tu leży,należy do
                                                    paan,tylko niech pan tu jeszcze podpisze,że nie ma pan do nas o cokolwiek
                                                    pretensji i nie będzie pan nas podawał do sądu...
                                                    Dziadek spojrzał na kierownika chytrym spojrzeniem chłopa pańszczyźnianego i
                                                    powiedział:
                                                    -Nie podpiszę,kurwa...
                                                    Kierownik,myślący,że z dziadkiem łatwo sobie poradzi,zaniemówił i zapytał tylko:
                                                    -No jak to?tyle dobra wszelakiego...?Nie chce pan?Przecie za darmo...
                                                    Na co dziadek:
                                                    -W Ameryce to byśta już zbankrutowali jakbym was do sądu podał.A tu mogę was
                                                    oszczędzić,ale pod warunkiem dożywotniego wybierania sobie z półek tego,co bym
                                                    chciał raz w tygodniu,znaczy alkohole też,żeby nie było,że litości nad wami nie
                                                    mam.No i kasjereczka mogłaby czasem do mnie przyjść do domu,jakby co.
                                                    I tak wymieniał jeszcze dziadek swoje warunki,sam nie wierząc w ich
                                                    spełnienie,ale oto,kierownik,zmnieniający jak kameleon,kolory twarzy,wysyczał:
                                                    -Dobra.Zgadzamy się.Raz w tygodniu za darmo i kasjereczka,pani Zosia u pana w
                                                    domu...
                                                    Kasjereczka jakoś wcale nie oponowała przeciwko przewidywanym nadgodzinom,a
                                                    dziadek,skończywszy tyradę,powiedział,że dzisiaj przecie jest pierwszy dzień
                                                    darmowego zaopatrzania się i zniknął w sklepie,jeszcze nie całkiem wierząc,że
                                                    ochroniarze przy wytaczaniu pełnego wózka z produktami,nie odstrzelą go jako
                                                    szkodnika.
                                                    Ale nic takiego się nie stało i dziadek,będąc już poza sklepem,w trakcie
                                                    zapełniania kosza motocykla dopiero teraz uzmysłowił sobie,jaki ubił interes.
                                                    Bumagę od kierownika schował głęboko do płaszcza,po czym ruszył na osiedle,
                                                    posprzedawać trochę towaru,bo przecież sam nie potrzebował tego wszystkiego.


                                                  • ulalka Re: ... 01.11.02, 19:06
                                                    uderzenie w glowe wrocilo dziadusiowi pamiec. to, co zdzialal kamyczek w
                                                    przeszlosci, teraz naprawil nagle przypadek w supermarkecie. dziadus poczul
                                                    ulge niejaka, jakies takie nagle poczucie, ze cos odzyskal, rozluznil sie i
                                                    jazda na motorze do domu sprawila mu prawdziwa przyjemnosc. dodatkowo pamietal,
                                                    ze juz wkrotce czeka go wizyta Krysi - kasjereczki, z czym wiazal nadzieje na
                                                    mila przyszlosc.. nagle przypomniala sie mu babcia... przypomnialy mu sie teraz
                                                    same dobre ich wspolne chwile (w koncu nie bylo ich tak duzo, nie musial az tak
                                                    wysilac pamieci.. ;)) taaa... Krysia moze byc nawet lepsza, niz
                                                    babunia.... ;))))
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 05.11.02, 23:26
                                                    Wprawdzie babcię podświadomie wspominał dziadek nadal jako starą kurwę,nawet po
                                                    odzyskaniu pamięci,ale teraz,kiedy seks nie był już dla niego tak ważny jak
                                                    kiedyś i potrzebował go najwyżej 5 razy w tygodniu,jakoś inaczej patrzał na
                                                    babcię.Nie traktował jej już jako obiektu pożądania,bo lepiej było pożądać
                                                    młode dziewczyny niż babcię ze skórą o konsystencji przywiędłej pomarańczy,na
                                                    które to wspomnienie rzucił dziadek profilaktycznego pawia za lewe ramię.
                                                    Tyle że tak naprawdę,to pomyślał dziadek,że na razie skoczy pod budkę z piwem,a
                                                    potem,jak się nagrzeje,to sobie wyjaśni kilka spraw,które mu się nagle
                                                    przypomniały.Zapuścił więc silnik swojego BMW i ze straszliwym rykiem silnika
                                                    wypadł z bramy,powodując zaraz korek złożony z kolizji tramwaju,autobusu i
                                                    furmanki z Grójca,wiozącej prosiaki na targ,które to prosiaki z kwikiem
                                                    rozbiegły się zaraz po ważnych instytucjach,budząc radość gawiedzi i rozpacz
                                                    ważnych urzędasów.A kierowcy uczestniczący w kolizji zaczęli rozpijać
                                                    bimber,też wieziony na targ,żeby uspokoić nerwy.
                                                    Pod budką z piwem wielkiego tłoku nie było,czemu nie należy się dziwić,bo
                                                    większość klienteli leżała już najebana po okolicy,więc kto miał się tłoczyć.
                                                    Dziadek wychlał na szybkiego jedno piwko,potem drugie,pogadał z cycatą
                                                    bufetową,którą kiedyś znał ale zapomniał a teraz sobie przypomniał,że ją znał i
                                                    przypomniał sobie też,że pożyczał paru osobom spore sumy pieniędzy za
                                                    pokwitowaniem,a już wiedział,gdzie są też pokwitowania,więc otarł usta z
                                                    pianki,poprawił trzecim piwkiem i popędził,co koń mechaniczny wyskoczy do
                                                    swojego domostwa w schronie przeciwatomowym,aby tam przejrzeć sterty
                                                    papierów,do których do tej pory nie przywiązywał jakoś wagi.
                                                  • ulalka Re: ... 06.11.02, 14:11
                                                    i tak to, mimo, ze babcie i dziadki sprochniale wiedzom swoje i twierdza, ze
                                                    tak naprawde supermarkety nie sa potrzebne i ze to konkurencja dla pani Jasi z
                                                    osiedla...., dziadusiowi tym razem posluzylo to miejsce i to - jak widac -
                                                    solidnie.. pamiec to jednak skarb :))
                                                    po powrocie do domu, a raczej do jego resztek, tudziez rozbitego namiotu w
                                                    poblizu, dziadus wygrzebal poniemiecka latarke wojskowa. potem odszukal jeszcze
                                                    saperke, a nastepnie zajal sie pracami gorniczymi. w poblizu kominka stala
                                                    kiedys etazerka, w ktorej to byla skrytka, gdzie spoczywaly wszystkie niezbedne
                                                    dziadusiowi dokumenty. weksle tez tu byly. podpisy byly kompletne. problem
                                                    zaczal sie, gdy dziadus zauwazyl, ze adwokat, ktory potwierdzal za zgodnosc,
                                                    niezyje juz od 30 lat.. dziadus pomyslal.. mhmm.. zaraz, zaraz.. jego syn tez
                                                    chiba zostal prawnikiem!.. i w tym momencie uslyszal na gorze, nad soba slodki
                                                    mlody glosik, wolajacy:
                                                    - prosze pana, prosze pana! to ja, Krysia! gdzie pan jest??
                                                  • 0nly Re: ... 06.11.02, 19:47
                                                    no ale rzecz jasna wlasciwe skarby dziadka, czyli te wlasciwe dokumenty o
                                                    zupelnie niezlej wartosci znajdowaly sie w bunkrze, tak sobie dziadek
                                                    przypomnial, wiec udal sie do ulokowanego pod eks-chatka bunkra, uzywajac
                                                    tajemnych kodow, i mylac sie przy tym wielokrotnie (choc i tak dziadek niezly
                                                    byl, bo w koncu do bunkra sie dostal), a tam skierowal sie do sali glownej
                                                    bunkra, gdzie jak sobie dziadek przypomnial tylko jakies wazne dokumenty i
                                                    rzeczy sie znajdowaly, no i troche drobnej sztuki tzw, czyli malarstwa drobnych
                                                    artystow, w stylu Picasso, Rubens (to jego ulubiony), i jeszcze kilka takich
                                                    drobnostek sie znajdowalo.......tam, w owej sali od razu sobie dziadek
                                                    pzrypomnial gdzie sejfa mial, a mianowicie za oryginalem Mony Lisy, bo akurat
                                                    nie mial czym innym tego sejfu zakryc, coby za ciezkie nie bylo do zdejmowania
                                                    za kazdym razem gdy dziadek chcial cos wrzucic tam, wiec budzac sie ktoregos
                                                    dnia w Luwrze bo przez przypadek zdrzemnal sie tam zmeczony po calonocnej
                                                    zabawie z paryzankami, przypomnial sobie (a mial wowczas kilka nowych
                                                    dokumentow dosc istotnych w kieszeni), ze musi cos zabrac na zakrycie owego
                                                    sejfu, wiec zabral to co mu sie pod reke nasunelo, i lekke bylo.....
                                                    po udaniu sie rzecz jasna do sejfu, cos znowu stalo sie dziadkowi z pamiecia, i
                                                    za nic nie mogl sobie przypomniec daty swoich urodzin, co to kodem do otwarcia
                                                    bylo sejfu.....spocony dziadek mysla i probowal, ale nic........troszeczke sie
                                                    zdenerwowal dziadek i wrescie podkurwiony prawde mowiac wykrzyknal: no, kurwa
                                                    zes, otworz sie chuju", na co niespodziewanie sejf otworzyl sie automatycznie
                                                    na oscierz......no bo zapomnial dziadek ze alernatywa dla zamka z kodem bylo
                                                    haslo na glos wymawiane.......no, i tam mial dziadek wrescie dostep do swoich
                                                    szczegolow, czyli czarnej teczuszki z cala jej zawartoscia.......
                                                    i wtedy znow przyszla mu do glowy mysl o adwokacie, co to nadzorowal, no i
                                                    dziadek skojarzyl, ze jak on glupi dziad moze wiedziec ze ow adwokat nie zyje,
                                                    skoro conajmniej przez ostatnie 70 lat dziadek mial skleroze, i nic pamietac
                                                    nie mogl, a juz na pewno tego, czy Stefan, ow adwokat diabla, niezly do
                                                    buteleczki, zyje czy tez nie zyje.....
                                                    postanowil wiec dziadek zadzwonic jak odnajdzie numerek do Stefana, coby sie
                                                    przekonac, czy stefan zyje czy nie, no i czy ten jego gowniarz tez zostal
                                                    adwokatem czy tez nie, no ale na pewno zostal, bo kto inny w tym kraju dostaje
                                                    sie na aplikacje i ja zdaje jak nie dzieci adwokatow, wiec nawet jak stefan nie
                                                    zyje juz, to moze to co wyroslo z synalka, nada sie do przynajmniej odwiedzenia
                                                    w celu wypicia czegos konkretnego, koniaczka czy cos, bo rzecz jasna
                                                    odzyskiwaniem dlugow to dziadek spokojnie sam zajac sie moze, no ale z
                                                    koniaczka cos zrezygnowac nie chcialby, bo w tym pieprzonym kraju to koniaki
                                                    cos wysoko stoja, a zapas koniaczkow dziadkowych, tych co dostawal od celnikow
                                                    germanskich za dostawe panienek na zachod, tych co to je dziadek sprawdzal i
                                                    nastepnie zuzyte przekazywal dalej, no ten zapas koniaczkow to albo sie juz
                                                    skonczyl, no albo dziadek nie pamieta gdzie sie moga one jeszcze platac....no,
                                                    ale jaksie plataja to dziadek wczesnie czy pozniej odnajdzie, a darmowy
                                                    koniaczek to darmowy koniaczek wiec jak okazja jest, to trza korzystac.........
                                                  • 0nly Re: ... 06.11.02, 22:54
                                                    ....postanowil wiec dziadek poszukac tego numerku do stefan, ale za znaleziem
                                                    go nie mial klopotu, gdyz przy dziadkowej sklerozie stefan, co to lubil z
                                                    dziadkiem popijac, zapisywal dziadkowi swoj numer gdzie sie tylko
                                                    dalo.....odnalawszy wiec numer stefana, postanowil dziadek nastepnie znalesc
                                                    jakis telefon, co tez nie bylo trudne bo dziadek juz od dawna mial podlaczenie
                                                    na lewo z urzedem miasta, a drugie z komisariatem, i z tych laczy korzystal i
                                                    mogl dzonic kiedy chce i gdzie chce, i to za pieniadze podatnikow, do ktorych
                                                    rzecz jasna dziadek sie nie zaliczal, bo nigdy podatkow nie placil, wrecz
                                                    przeciwnie wciaz mu jakies podatki zwracali, bo dziadek w swej sklerozie nawet
                                                    chcac byc uczciwym wobec panstwa, tylokrotnie wysylal swe zeznania opiewajace
                                                    to rusz na inne kwoty, iz sami glowni naczelnicy urzedow skarbowych placili
                                                    dziadkowi z kasy urzedu coby im dziadek tylko juz nie przysylal wiecej zeznan,
                                                    bo sie biedni urzednicy z rana do biurek dostac nie mogli z nadmiaru
                                                    przysylanej przez dziadka korespondencji rozliczeniowej......
                                                    a wiec dziadek wykrecl jak najszybciej numerek do stefana, i juz wykrecajac
                                                    numerek poczul dreszyk jak przed laty, bo zazwyczaj imprezki sie szykowaly
                                                    koniaczkowe, gdy tylko dziadek ze stefanem sie stykal......
                                                    numer kazal sie jakby wciaz aktualny, gdyz zaraz uslyszalw sluchawce glos
                                                    sekretareczki, niestety automatycznej, informujacej dziadka iz wkrotce ktos
                                                    przyjmie telefon od dziadka, i puszczajacej co chwila te sama, zaczynajaca juz
                                                    wkurzac dziadka melodyjke.....usiadl wiec dziadek troche poddenerwowany, i w
                                                    miedzyczasie, gdy wrescie ktos raczyl podniesc sluchawke z drugiej strony,
                                                    zdazyl juz dziadek spokojnie oproznic zapas browarka co to go ze sklepu
                                                    przywiozl.......
                                                    z drugiej strony odezwal sie milutki glosik....dziadkiem az wzdrgnelo, po czym
                                                    wyjakal........a po ile za godzine bierzesz kochaniutka??????....rzecz jasna to
                                                    z przyzwyczajenia tez bylo, bo dziadek z telefonu to tylko w wiadomych celach
                                                    dzonil.......no ale zanim panienka zdazyla odpowiedziec, uslyszal tylko w dali
                                                    glos panienki/ aaaa, znowu jakis chuj dzwoni, zaraz lacze.......po czym dziadek
                                                    uzyskal polaczenie z kims.......no myslal ze ze stefanem.....no ale stefan to
                                                    nie byl, tylko ten synalek, jak sie pozniej okazalo......z rozmowy z synalkiem
                                                    dowiedzial sie dziadek, ze stefan zyje, zyje jeszcze, tylko ze go stara
                                                    wypieprzyla z domu juz dawno, bo za malo przynosil adwokackiej pensji do domu i
                                                    pic za co brakowalo, no i ze sobie stara innego znalazla, takiego co go stac na
                                                    picie i to dobrych trunkow, a nie tylko samego koniaka od swieta, no ale ze
                                                    stefan juz nie praktykujacy, no ale ze synalek chetnie sie zajmie sprawa
                                                    dziadka po starej znajomosci dziadka z jego ojcem, no i umowil sie nawet z
                                                    dziadkiem konkretnie na spotkanie w jego kancelarii......ups, udalo sie,
                                                    bedziemy pili - dziadek az potarl dlonie z radosci......teraz tylko do motorka
                                                    i na imprezke.......
                                                  • ulalka Re: ... 07.11.02, 12:48
                                                    dopiero wtedy dziadus wylazl z pod ziemi, a tu: Krysiunia :))))) usmiechnal sie
                                                    szeroko, zatarl rece i zgarnal kasjereczke na swoj motorek..
                                                    - gdzie jedziemy? - wyjakala Krysia
                                                    - na bibkie - odpowiedzial niewzruszenie dziadunio
                                                    Krysia tylko siem poprawila, odgarnela loki za uszko i szepnela:
                                                    - no, to szybciej :)
                                                    Ruszyli. w tym momencie dziadus przypomnial sobie, ze nie pamieta adresu.
                                                    zawrocili. naburmuszona mina Krysi mowila, ze zaczynaja sie klopoty, ale
                                                    dziadus nie dawal za wygrana:
                                                    - poczekaj tu. musze wziac adres gdzie ta bibka.
                                                    - no wiesz, co Ty, nie pamietasz gdzie jedziesz...?!
                                                    dziadus zmrozil ja wzrokiem,ale powoli zaczal sobie uswiadamiac, dlaczego to z
                                                    babunia bylo wiecej chwil zlych, niz dobrych i stad wszystkie dobre pamieta...
                                                    no tak!.. kolejna zrzeda... ehh...
                                                  • Gość: leziox Re: ... IP: *.arcor-ip.net 08.11.02, 16:02
                                                    Krysia przestała się burmuszyć dopiero wtedy,kiedy dziadek klepnął ją w zadek
                                                    i wrzasnął:
                                                    -Trzymaj się Krycha,jaaaaaaaaaaadziem!!!
                                                    Po czym,starym zwyczajem wypadł na maksymalnym gazie z bramy,tym razem
                                                    powodując jedynie całkiem małą kolizję rowerzysty z wózkiem
                                                    tuptusia,załadowanym po brzegi butelkami po denaturacie.Tuptuś,wkurwiony,że
                                                    ktoś mu rozpierdala potencjalny zarobek,wykrzyczał ochrypłym głosem,że on sobie
                                                    nie życzy czegoś takiego i że się poskarży do urzędów,ale rowerzysta już go nie
                                                    słyszał,spierdalając na pełnym rowerowym gazie w najbliższą,ciemną uliczkę.
                                                    Tymczasem dziadek z Krychą śmigali 150 km/h przez Marszałkowską,nie biorąc
                                                    sobie do bani gwizdków przerażonych policjantów,których podmuch motocykla z
                                                    koszem pędzącego jak na wyścigach obracał wokół ich własnej osi i zanim zdążyli
                                                    zaobserwować oraz zapisać numer rejestracyjny pirata,już go nie było.
                                                    Dziadzia,śpiesząc się tak straszliwie,jakby chciał nadrobić w tej chwili długie
                                                    lata całkiem słabej pamięci i podświadomie odbić to sobie na wrednym świecie,co
                                                    go tak pokarał,wchodził w zakręty tak ryzykownie,że aż Krysia zapomniała o
                                                    czymkolwiek i pragnęła tylko jednego:aby przeżyć tą jazdę.
                                                    Lecz zanim zdołała paść na palpitację serca,zazgrzytały bębnowe hamulce
                                                    dziadkowego BMW,zapiszczały koła,a wokoło rozniósł się swąd palonej,solidnej
                                                    gumy, wyprodukowanej jeszcze w latach 40-ch,a wtedy jak wiadomo,starano się
                                                    lepiej w fabrykach,bo każdy chciał wrócić cało spod Stalingradu.
                                                    Bocznym poślizgiem,powodując kolizję tira z Litwy,przewożącego spirytus,
                                                    z tramwajem,wpadł dziadek do bramy,gdzie znajdował sie urząd adwokata,co był
                                                    synem jego znajomego.Zrozumiałe,że sprawcy kolizji nikt nie zauważył,będąc
                                                    zajęty zlizywaniem spirytusu z asfaltu,bo niecodziennie trafia się taka
                                                    gratka,by się najebać wprost na ulicy.I to gratis.
                                                  • 0nly Re: ... 08.11.02, 23:22
                                                    wejzdzajac na podworko kamienicy dziadek poczul sie jak u siebie, pamietajac
                                                    jeszcze lata przedwojenne, i niewielka ilosc stojacych tam maszyn, bo nawet
                                                    stefan jeszcze jezdzil w dorozce wtedy, bo stac go bylo na porzadnego konia, co
                                                    to reprezentacyjny byl, zawinal dziadek zmyslowo motorkiem, no i niestety
                                                    przeliczyl sie troszeczke, bo tak jakby znalazl sie w srodku luksusowego
                                                    samochodu BMW koloru ciemno zielonego.......wjezdzajac w ow samochod nie
                                                    zwrocil zbytnio uwagi na rozpiechrzajace sie w owym momencie banknoty koloru
                                                    zielonego, ktore wydostaly sie z walizeczki znajdujacej sie w bagazniku owego
                                                    zielonego BMW, ktory to dziadek przecial na pol swoim wlasnym BMW-
                                                    motorkiem......troche zdenerwowany dziadek zakrzyknal tylko: kurna, nie
                                                    wiedzialem ze oni teraz z braku zajecia zlomu zbieraniem sie rowniez zajmuja",
                                                    po czym poprosil grzecznie Krysie, coby pozbierala te latajace w te i we wte
                                                    100-dolarowki, bo to szkoda zeby sie i te przy okazji zmarnowaly, bo deszczyk
                                                    zaczynal pokrapiac......a sam nasz dziadek postanowil oszukac wlasciwe drzwi do
                                                    owego urzedu adwokata, bo drzwi tam bylo kilka, no ale wiekszosc ktore dziadek
                                                    otwieral okazaly sie dzwiczkami do smietnikow smierdzacymi w calej okazalosci,
                                                    no ale dziadek wytlumaczyl to sobie faktem, iz prawnicy, sami smierdzacy
                                                    pieniedzmi nie zwazaja zupelnie uwagi na syf wydobywajacy sie tuz pod ich
                                                    okanami......no ale w pewnym momencie postanowil otworzyc jak najmniej
                                                    reprezentacyjne drzwi, bo wydawalo mu sie ze wlasnie kiedys w tym miejscu
                                                    znajdowal sie ustep, do ktorego wspolnie ze stefanem rzygali z rana po
                                                    calonocnej imprezce koniaczkowej, no i wtedy zdziwil sie dziadek, bo owe drzwi
                                                    wlasnie prowadzily do klatki schodowej wymoszczonej marmurem, a schody
                                                    prowadzace na gore zachecily dziadka do wejscia ot tak same w sobie.....i
                                                    dopiero wtedy w sumie uswiadomil sobie dziadek, ze kamienica, ta w ktorej zwykl
                                                    odwiedzac stefana zostala zastapiona budynkiem z betonu, zaopatrzona rowniez w
                                                    winde, no i do kurwy nedzy nie nadajacej ni w jaki sposob atmosfery niezbednej
                                                    do prowadzenia libacji koniaczkowej.......po przejsciu kilku schodow oczom
                                                    dziadka ukazala sie "RECEPCJA", no a w niej....no kurde....to przeciez ciagle
                                                    ta sama Miecia, kurde, zona ciecia z lat 40-tych, ciagle tak sama ubrana w
                                                    swoja zgrabna kufajke, miotla stala rowniez pod szafka z kluczykami, ta sama,
                                                    ktora ciec, jej maz zamiatal ulice.......ach, pomyslal dziadek......no jednak
                                                    sa tu jeszcze rzeczy ktore mnie przypominaja dawne dzieje.......
                                                  • ulalka Re: ... 11.11.02, 16:13
                                                    poczatek byl wiec dobry.. dziadus objal w pol Kryche, pociagnal ja za soba i
                                                    wlezli. recepcjonistka okazala sie byc cieciowa cora, Malgosia, ktora dziadek
                                                    pamietal, jak latala po podworku bez majtek, ale za to z koszulka w zebach.
                                                    teraz wydoroslala nieco, miala pewnie ze 20 lat, piekne niebieskie oczy i
                                                    krociutko przystrzyzone blond wlosy.
                                                    - eee.. - zaczal dziadus
                                                    - witam, panska godnosc? - zapytala chlodno recepcjonistka
                                                    - tego... noo.. ze co? - spytal rzeczowo dziadus
                                                    - panskie nazwisko - spokojnie wytlumaczyla Malgosia i w tym momencie dziadus
                                                    pozalowal, ze nie ma ona znow 5 lat i koszulki w zebach.. zawszec to by sie
                                                    czul bardziej swojsko.
                                                    - tego.. ja dzwonilem.. do Stefankowego synka.. ta no.. sprawa weksli...
                                                    - aaaaaaa.. - Malgosi zablyslo cos dzikiego w oku, po czym zgaslo, - prosze,
                                                    pan spocznie. juz dzwonie po pana mecenasa - dodala chlodno.
                                                    w tym momencie Krysia spojrzala na dziadunia baranim wzrokiem i wyjakala...
                                                    - co Ty!.. nie masz rozwodu? - slowo "mecenas" kojarzylo sie jej bowiem tylko z
                                                    jej bylym, ktory rozwodu dac nie chcial, bo Krysia byla winna pieniadze jego
                                                    bratu...
                                                  • 0nly Re: ... 11.11.02, 16:42
                                                    dziadek udal sie do stojacej w glebi korytarza skorzanej kanapy, na ktorej
                                                    wygodnie sie rozsiadl, nogi usadowil na stojacym obok stoliku, przewracajac
                                                    przy okazji wazonik z kwiatkami, wazonik sie stulk, ochalpujac dziadkowe
                                                    spodnie w miejscu tam gdzie nie powinny, wiec dziadek jakby sie zdenerwowal
                                                    troche i wykrzyknal:
                                                    a wy kurwa to nie macie gdzie tego badziewia stawiac, na grob to wyniesc a nie
                                                    do porzadnego lokalu......
                                                    w te zjawila sie malgosia, z chusteczka i zaczela wycierac dziadka spodnie, co
                                                    jakby podniecilo dziadka jakby, no ale wten pojawila sie krysia, ktora byla
                                                    chwilowo w lazience poprawic burakiem barwe swoich ust, i fakt ten bardzo ja
                                                    obruszyl;
                                                    Jak smiesz zolzo dobierac sie do Leona, Leon, jak mozesz pozwolic!!!!!
                                                    "a co ci kurna przeszkadza, widac ze profesjonalna obsluga tu jest, a nie jak w
                                                    tym twoim wiejskim markecie!!!!" zdenerwowal sie dziadek, no ale malgosia,
                                                    istota plochliwa, zrozumiala swoj nietakt i przestala wycierac dziadka, po czym
                                                    grzecznie spytala: napije sie moze pan czegos, moze wody???
                                                    dziadek wkurzony raz tym ze dziewczyna zaczela i nie dokonczyla dziela, dwa tym
                                                    ze wody jakby mial dosyc na ten dzien juz chccial cos powiedziec, ale sie
                                                    powstrzymal, bo przypomnialo mu sie w sumie po co sie tu udal, wiec zadowolony
                                                    przytaknal, ze oczywiscie ze sie napije.....
                                                    "moze herbaty????-spytala malgosia
                                                    :jakiej kurwa herbaty, czy ja wygladam na zoltka cobym herbate chlal??????
                                                    "no to moze kawy????-
                                                    a co ja na latynosa wygladam, zeby kawe pic, no ale dobra, moze byc kawa, tylko
                                                    co do tej kawy panienka ma????
                                                    "no cukier, mleczko....."
                                                    no jakby dziadka znow rozloscila ta odpowiedz wiec wypowiedzial wprost: dawaj
                                                    mala kawa i duza koniak, kurde, co wy tak zdziadzeli przez te ostatnie
                                                    lata!!!!!!
                                                    na to malgosi jakby bardziej oczka wyszly na wierzch.....: bo prosze pana my tu
                                                    nie mamy koniaku......powiedziala smutno jakby....ale ja poszukam, moze cos
                                                    znajde............
                                                    no, dobre dziecko, powiedzial dziadek i juz spokkojnie usiadl na kanapie nie
                                                    zwracajac uwagi na wciaz wzburzona krysie, niezbyt zadowolona z faktu, iz
                                                    powabna malgosia zaczela stanowic jakby konkurencje dla niej......
                                                  • Gość: leziox Re: ...u mecenasa IP: *.arcor-ip.net 11.11.02, 21:43
                                                    Krysia z tego wkurwienia przez zupełny przypadek też stłukła jakiś wazonik,oraz
                                                    kinkiet na korytarzu,jak też wyjebała wyrwaną z podłogi muszlę klozetową,która
                                                    wylądowała na dachu wspomnianego BMW w którym zdążył zaparkować dziadek
                                                    opancerzony kosz swojego motocykla.Na hałas naturalnie nikt nie zwrócił
                                                    uwagi,bo często klienci adwokata tak się zachowywali,a byli tacy,co strzelali
                                                    do siebie jeszcze przed wejściem do biura,dlatego pani Małgosia nawet rajstopy
                                                    na sobie kuloodporne miała.Kiedy Krysia przestała wreszcie się wkurwiać,a pani
                                                    Małgosia przyśmigała
                                                    z półlitrowym kubkiem koniaku bez kawy,dziadek miłośnie objął kubeczek,a drugą
                                                    rękę włożył za dekolt Małgosi,głośno komentując to,co tam napotkał:
                                                    -No,wy dziewuchy teraz takie chudziutkie,nie to,co przed wojną,ale te cycolki
                                                    macie lepsze,takie twardzioszki przyjemne w dotyku,a ja już zapomniałem,że
                                                    takie są...
                                                    Dziadek oczywiście nie zapomniał,bo teraz już wszystko pamiętał,ale nie
                                                    chciał,żeby Krysia znowu dostała ataku szału i zrobiła sobie albo komuś coś
                                                    nieprzyjemnego.
                                                    Więc żeby już nie przeciągać struny,wyjął łapska zza dekoltu Małgosi,która
                                                    nadal stała jak skamieniała w tej samej pozycji w jakiej podała dziadkowi
                                                    koniaczek i złapał za dupcię Krychę,która w tej samej chwili uśmiechnęła się
                                                    jak anielica i szepnęła cicho:
                                                    -Ty senior,to masz jednak coś w sobie,stary,może wrócim do garażu...
                                                    Ale nie zdążyła dokończyć,bo zaczerwieniona panna Małgosia,jakoś tak też ciężko
                                                    oddychając,powiedziała,poprawiając nie wiadomo po co włosy:
                                                    -Pan mecenas prosi...
                                                  • ulalka Re: ...u mecenasa 18.11.02, 20:03
                                                    pan mecenas, czyli syn Stefana stal juz na progu i przygladal sie z kamienna
                                                    twarza scenie. sklonil tez delikatnie glowa na widok swoich interesantow, ale
                                                    kiedy dziadus pchnal delikatnie przed soba Krysie, przyslonil soba drzwi.
                                                    - pana samego pophosze.. - powiedzial nie wymawiajac dystyngowanie "r".. - ta
                                                    pani to nie hodzina, tak? - dodal dla jasnosci.
                                                    Dziadus skrzywil sie i przygryzl wasa..
                                                    - nie, jeszcze nie.
                                                    - dlatego wlasnie.. - po czym zwrocil sie do Malgosi - phosze zhobic pani jakas
                                                    kawe.. to trohe pothwa.
                                                    weszli do srodka, dziadus przyjgladal sie w zadumie - nic sie nie zmienilo w
                                                    tym gabinecie, tylko Roman, syn Stefana nie byl tu swojski i tak w ogole to nie
                                                    pasowal dziadusiowi. wypieprzyl by go za okno nawet, ale mial sprawe do
                                                    zalatwienia...
                                                  • 0nly Re: ...u mecenasa 19.11.02, 10:46
                                                    po wejsciu do gabinetu mecenasa dziadek rzucil uwazne spojrzenie na wyposazenie
                                                    gabinetu. wielkie biurko na srodku pokoju, na ktorym nie stalo nic poza jakims
                                                    dziwnym posazkiem, zapewne tym samym co go jeszcze stefan mial na biurku, obok
                                                    wielka szafa z jakimis tomiskami, a w rogu pokoju wygodna kanapka, jak kurde u
                                                    psychoterapeuty-pomyslal dziadek, no ale kanapka na dosc wygodna wygladala i
                                                    zapewne musiala sluzyc przede wszystkim do zupelnie innych celow niz siedzenie,
                                                    no i dziadkowi od razu przyszla na mysl Malgosia, i troche smutno sie dziadkowi
                                                    zrobilo, ze to nie malgosia jest tym mecenasem, bo choc syn stefana to nawet
                                                    taki przystojny byl i gdyby dziadek nie byl dziadkiem tylko babcia, juz dawno
                                                    wzialby sie za mecenasa, no ale pomyslal sobie dziadek ze moze tak ze synem
                                                    stefana nie wypadaloby, no zreszta moze stefan tez by sie obrazil ze sie go
                                                    dziadek nie spytal wczesniej o pozwolenie, a ktoz wie, moze stefan bylby tez i
                                                    troche zazdrosny o synalka, tak jak kiedys byl zazdrosny o wlasnego kierowce,
                                                    kiedy to dziadek bardzo czesto wypozyczal od stefana to samochod z kierowca, to
                                                    samego kierowce.......a potem stefan narzekal ze jakis zmenczony bywal ten jego
                                                    kierowca, czesto zasypial za kierownica, i jakby przestal miec ochote na
                                                    igraszki kiedy to trzeba bylo stac w korkach na ulicach warszawy bo furmanki z
                                                    weglem blokowaly ronda, lub przed przejazdem kolejowym......"no coz, pomyslal
                                                    dziadek, zobaczymy co z tego wyjdzie".....
                                                    dziadek rozgladajac sie po pokoju zdenerwowal sie troche gdyz jakby nie
                                                    zobaczyl tego wielkiego barku ktory to stal u stefana, z ogromna iloscia
                                                    koniaczka, ze trzy krzynki sie tam miescily, co to na wieczor w sam raz byly,
                                                    ani za duzo coby kac nie lamal nastepnego dnia, ani za malo, coby nie trzeba
                                                    bylo biegac do ciecia po samogonke.....do ciecia to dopiero nad ranem zwlekali
                                                    sie ze stefanem ........
                                                    "no qwa, a barek gdzie?????"- ne wytrzymal w koncu dziadek.
                                                    "jaki baheh"" zapytal mecenas, ale po chwili dodal..."a bahek, a stahy go wzial
                                                    do hemontu, za maly byl"
                                                    "no to gdzie wy kurna teraz koniaka trzymata, do jasnej cholery???"
                                                    "koniaczka, koniaczka, panie he, jak pana godnosc jesli moge phosic, bo nie
                                                    pamietam, zheszta mam niewiele czasu, moze przejdzmy do sedna sphawy.....
                                                  • Gość: leziox Re: ...rozróba u mecenasa IP: *.arcor-ip.net 20.11.02, 21:50
                                                    Dziadek,zjeżony deko faktem nie zapamiętania przez kauzyperdę Stefana nawet
                                                    jego nazwiska,chociaż niedawno gadali sobie przez telefon,powiedział gniewnie:
                                                    -A kurwa,dzwoniłem przed chwileczką,ale co,tylko kasę byś brał,jebany
                                                    zfrancużony palancie,a w zamian nie chcesz nawet mordy otworzyć,tylko
                                                    zamieniasz te swoje R na H... Pojebało?Gadaj jak człowiek,a przedtem kopsnij
                                                    koniak,bo wyschnę tu zaraz jak wiór!
                                                    Adwokat zamachał jak wiatrak rękami,poczerwieniał jak dupa szympansa w czasie
                                                    rui i wykrzyczał:
                                                    -Ja sobie wyphaszam,kuhwa,to mój gabinet i nie ma koniaku dla byle jakiego
                                                    pospólstwa tu!
                                                    Dziadek,wkurwiony tym razem do białości brakiem poszanowania dla
                                                    klienta,wyćwiczonym ciosem,którego się kiedyś nauczył od chłopaków z formacji w
                                                    czarnych mundurach,fachowo posłał synka Stefana w kąt gabinetu i jeszcze chciał
                                                    mu na ryju rozwalić kopiarkę,ale w tym momencie wlazła do gabinetu Krycha i
                                                    wycharczała zmęczona,że ona szuka reklamówki do tych zielonych banknotów.Bo
                                                    jeszcze trochę się ich po podwórku wala,a ją do porządku przyuczyli kiedyś i
                                                    chciałaby wszystkie pozbierać co do jednego...
                                                    -A to bierz segregatory od tego pacana,jakie ci się podobają i tam chowaj kasę-
                                                    rzekł dziadek,szukając w pobliżu jakiegoś przedmiotu,którym mógłby adwokatowi
                                                    przyjebać,bo z kopiarki zrezygnował ze względu na jej wagę.
                                                    -Ja protestuję...-tym razem z czystym R wybełkotał adwokat,ale jadowite,jak
                                                    wzrok bazyliszka warszawskiego,spojrzenie dziadka zatrzymało jego planowaną
                                                    przemowę w miejscu
                                                  • ulalka Re: ...rozróba u mecenasa 21.11.02, 19:27
                                                    a spojrzenie nabralo tegoz czystego jadu po tym, jak dziadunio tknal pierwszy
                                                    segregator.. tutaj wlasnie dostrzegl swoje wlasne weksle, przedarte na pol i z
                                                    adnotacja o niemoznosci zlokalizowania klienta. Dziadkiem zatrzeslo. wiedzial
                                                    juz, ze ma do czynienia z kanalia, ale ze z taka?? kto by to przypuszczal..
                                                    pamiec dziadka ruszyla jak rumak, kiedy sie go ostroga zahaczy.. juz widzial
                                                    oczyma wyobrazni, przypominal sobie swietnie.. no tak!.. dyc zona Stefana
                                                    puscila go kantem po pierwszej przegranej sprawie, zabrala synalka i wyjechala,
                                                    a potem podrzucila go z powrotem Stefanowi, gdy chciala udawac znow niewinna
                                                    dziewice i wydac sie za tego byznesmana!.. ten gnojek po prostu odziedziczyl
                                                    cechy charakteru po matce, a Stefan? on pewnie zyje jeszcze, tyle, ze go
                                                    synalek wykorzystal i wywalil na zlom!.. o nie!.. on, dziadus, do tego nie
                                                    dopusci, nie pozwoli, zeby ta kanalia rzadzila tu!..
                                                    - Krycha!.. pakuj kase..!! - wydal krotkie polecenie przez zeby.. - nic tu po
                                                    nas. to palant. musimy odnalezc Stefana! - i wyszedl zostawiajac tego miernego
                                                    adwokacine wydlubujacego zeby i szeleszczacego niewyraznym...:
                                                    - jesssli sssie wybieracie na tamten sssswiat...
                                                  • Gość: leziox Re: zakończenie rozróby IP: *.dialo.tiscali.de 21.11.02, 20:54
                                                    Wezwania do pakowania kasy nie były właściwie potrzebne,bo Krycha już dawno
                                                    forsę upakowała,na co dziadek spojrzał z uznaniem w jej kierunku,poklepując po
                                                    jędrnym tyłeczku,co Krysia skwitowała radosnym pokręceniem pupcią i miłosnym
                                                    wyznaniem:
                                                    -Ty stary,pierdolony niewyżyty perwersie,ty...
                                                    oraz westchnieniem,nie pozostawiającym właściwie wątpliwości,co do jej zamiarów
                                                    rozgrzania członków dziadka.Ale na to nie było czasu.Dziadek przypomniał sobie
                                                    jeszcze o adresie Stefana,który zauważył na biurku syneczka swojego
                                                    przyjaciela,wpadł więc z powrotem do gabinetu,z przyjemnością zglanował jeszcze
                                                    tak dla sportu gramolącego się właśnie spod biurka adwokackiego matoła,porwał
                                                    adres,po czym razem z Krychą wypadli na podwórko,kierując się w stronę
                                                    motocykla.Pani Małgosia, domyślając się,że upadek adwokata oznacza również
                                                    koniec i jej kariery,opadła ciężko w fotel sekretarki,otwierając sobie całkiem
                                                    świeżą flaszkę koniaku Hennesy.Nalała sobie neiwielką działkę i podnosząc do
                                                    ust naczynie zawierające połowę butelki 0,7 l rozpoczęła systematyczne upijanie
                                                    się.
                                                    -Małgosiaaaa!-dało się słyszeć z gabinetu adwokata-Małgosia,cho no tu,stara
                                                    kurwo, pomóż mi wstać,w potrzebie jezdem,ruro jedna!!!!!!!
                                                    Małgosia,słysząc te słowa,które zresztą w stosunku do niej używane były oraz
                                                    nadużywane przez kauzyperdę nagminnie,wrzasnęła głośno,aż część zabytkowej
                                                    porcelany stojącej w sekretariacie,rozprysnęła się na drobne kawałeczki:
                                                    -Spieeeeeeeeerdaaaaaaaaaalaj!-po czym nałożyła swój płaszcz,zabrała do
                                                    skórzanej torby stojącej obok biurka swoje osobiste rzeczy,naczynie z koniakiem
                                                    i niedopitą flaszkę,po czym skierowała się ku wyjściu.Tu,jakby sobie coś
                                                    przypomniała.Stanęła,chwilę pomyślała i pobiegła do gabinetu swojego,byłego już
                                                    pryncypała.Z hukiem otworzyła drzwi i widząc szefa,stojącego już na
                                                    nogach,podbiegła do niego i wypłacając potężnego kopa w narządy moczowo-płciowe
                                                    adwokata,dodała cicho cedząc słowa:
                                                    -To za moje marne wypłaty,to za twoje lubieżne paluchy,to za twój brak szacunek
                                                    do kobiet,skurwysynu ty!!!
                                                    Po czym,spluwając efektownie na garnitur znowu leżącego bez specjalnych oznak
                                                    przytomności adwokata,przeskoczyła nad nim i ruszyła w stronę drzwi.

                                                  • ulalka Re: w poszukiwaniu Stefana 21.11.02, 21:43
                                                    Stefan mieszkal dosc daleko, jak sie okazalo.. przez te podroz dziadus
                                                    zglodnial, a Krycha zsiniala lekko na wietrze.. na dodatek dziadus pomyslal, ze
                                                    jak juz wlecze te dziolche za soba, to w koncu powinna sie przydac, no!.. dosc,
                                                    ze zatrzymali sie w moteliku. tu poszli na obiadek, a potem dziadus wstal i
                                                    mruknal:
                                                    - ide do kibelka..
                                                    Krysia wygladala na najedzona i zadowolona, wiec nie zastanawial sie dluzej nad
                                                    jej mina.. jakiez bylo jego zdziwienie, kiedy po powrocie nie zastal jej przy
                                                    stoliku. poczatkowo, pomyslal, ze poszla w jego slady. potem jednak zorientowal
                                                    sie, ze znikal jej tandentny plaszczyk z fioletowym futerkiem przy kolnierzu..
                                                    wtedy sie zastanowil.. nie bylo rowniez adresu Stefana!.. kurza dupa!..
                                                    powiedzial sam do siebie.. ja te wydre skopie!.. kiedy placil za obiad, cisnely
                                                    mu sie na usta najgorsze inwektywy.. wtem!.. jest!
                                                    - gdzie bylas babo??!!
                                                    - szukalam nr telefonu Stefana.. tam jest budka telefoniczna. mam.
                                                    - no.. tego.. dawaj.. - i znow ja przelotnie klepnal w posladek....
                                                  • Gość: leziox Re: powrót do stolicy IP: *.dialo.tiscali.de 23.11.02, 17:02
                                                    Dziadek zaczął powoli się domyślać,że Krycha chciała spierdolić,dlatego już
                                                    wcześniej nie wypuszczał z rąk wielkiej torby wyładowanej segregatorami z
                                                    kasą,mimo namolnego marudzenia Krychy,żeby też dał jej ponosić i po co tak się
                                                    męczy.Ale na razie udawał,że wszystko w porządku.Tylko że w głowie jego powstał
                                                    inny plan,co wymagał szybkiej realizacji.
                                                    -Krycha!-wrzasnął do dziewczyny-Krycha!-jaaadziem!!
                                                    Krycha,chcąc nie chcąc,wskoczyła do kosza motocykla,wyładowanego prawie po
                                                    brzegi pieniędzmi znalezionymi na podwórku.Dziadek,wyjeżdżając na
                                                    trasę,gwałtownie zawrócił w kierunku stolicy,a Krycha,w swojej w sumie
                                                    wrodzonej tępocie nawet się nie zorientowała,że wracają,a nie posuwają się
                                                    naprzód.Dobrze,że postój odbył się gdzieś w okolicach Milanówka,a nie powiedzmy
                                                    już Krakowa,gdzie mieszkał Stefan,bo i do wracania było mniej.Po przekroczeniu
                                                    rogatek stolicy i wystraszeniu jeszcze parunastu funkcjonariuszy policji
                                                    drogowej wpadł,gwałtownie hamując,na podwórko adwokata, gdzie,ku swojemu
                                                    zdziwieniu,zastał parę radiowozów,karetkę pogotowia i wynoszonego na noszach
                                                    adwokata,co ostatnio musiał być jeszcze skopany przez następnego klienta,co to
                                                    go nie chciał przyjąć.
                                                    Adwokat podniósł się na noszach,nienawistnie wykrzywiając mordę i chciał coś
                                                    wykrzyczeć,bez wątpienia obraźliwego,ale zastrzyk Pavulonu,zrobiony przez
                                                    wprawnego sanitariusza z Kalisza,szybko go rozluźnił i opadł adwokat na
                                                    nosze,już więcej nie sprawiając kłopotu panom z pogotowia.
                                                    Tymczasem Krycha,korzystając z zamieszania,pakowała w pośpiechu forsę
                                                    z reklamówek do plecaka turystyczego na stelażu,aby oddalić się z tym wszystkim
                                                    w nieznane.
                                                  • Gość: leziox Re: powrót do stolicy IP: *.dialo.tiscali.de 23.11.02, 17:19
                                                    Wiadomo jednak,że dziadek,wyćwiczony w różnych niemieckich instytucjach w
                                                    czasie wojny,trzymał rękę na pulsie i czuwał nad sytuacją.W efekcie tego
                                                    zauważyl on niecne knowania Krychy,chcącej wyjebać go na forsę i złapał ją
                                                    znienacka za rękę żelaznym uściskiem,jadowicie pytając:
                                                    -A panienka to dokąd się kurwa,wybiera?
                                                    Krycha chciała się wyrwać z uścisku,aby zniknąć w pobliskich bramach,ale nie
                                                    doceniła widać dziadka,który już niejedną bitwę stoczył o pieniądze i
                                                    wiedział,jak w tych momentach się zachować.
                                                    Krótkie kopnięcie Krychy w kostkę,oraz mięsień podudzia posłały ją na ubłocone
                                                    klepisko,a poniemiecki but z klasy oficerek,wykonayche ze znakomitej skóry dla
                                                    oddziałów SS zatrzymały się na milimetr od Krychy twarzy.A tylko dlatego,że
                                                    paru policjantów uczestniczących w interwencji u adwokata z zainteresowaniem
                                                    spojrzało w stronę seniora.Ale że but się zatrzymał na czas,to i nie było
                                                    powodu do interwencji,ani podnoszenia upadłej panienki z kałuży
                                                    błota.Policjanci powrócili więc do normalnych czynności,czyli nic nie robienia
                                                    i dyskutowania,co mają napisać w raporcie.
                                                    Dziadek wkurwiony kolejnym nieudanym związkiem z kobietą,wyjął z reklamówki 100
                                                    zł,rzucając je na ubłoconą Kryche i wysyczał:
                                                    -Kup sobie za to szmatę do czyszczenia,będziesz miała koleżankę równą ci
                                                    poziomem!!!
                                                    I dodał jeszcze uroczo:-ścierwo!!
                                                    Po czym wsiadł na BMW,kopnął silnie,odpalając motocykl.Podczas ruszania jakaś
                                                    postać wybiegła z klatki schodowej i wykonując zgrabny skok tygrysi,wpadła do
                                                    kosza motoru,aż cała konstrukcja zadygotała.
                                                    Dziadek chciał już rozpocząć manewr glanowania nie chcianego pasażera,ale
                                                    cichy,aksamitny głos powstrzymał go od akcji:
                                                    -To ja,Małgosia,niech pan jedzie dalej,bardzo pana proszę...
                                                    No to dziadek pojechał dalej,nie dając zauważyć po sobie,że motocyklowi
                                                    przybyło inwentarza żywego i dodając jak zwykle,gwałtownie gazu,ruszył w
                                                    kierunku dworca zachodniego,skąd ruszały pociągi na południe,również w kierunku
                                                    Krakowa.
                                                    Wpadł mianowicie na pomysł,aby wjechać motocyklem do wagonu i resztę podróży
                                                    odbyć w komfortowych warunkach.
                                                  • ulalka Re: w drodze do Krakowa 23.11.02, 22:36
                                                    taak.. to byl dobry plan i dziadus wiedzial juz o tym zaraz jak tylko dostali
                                                    sie od pociagu towarowego. dopiero wtedy przyjrzal sie pasazerce i jakos mu sie
                                                    cieplo kolo serducha zrobilo. oczywiscie nie dal po sobie poznac, bo przeciez
                                                    wlasnie zostal wyrolowany przez podla Kryche..
                                                    - pan.. nie gniewa sie, ze razem z panem...??
                                                    - daj sobie spokoj.. Leon jestem - odpowiedzial gniewnie dziadek, ze ta mala go
                                                    tak chwyta za serce.
                                                    - no wiem, ja pana, tego.. Ciebie pamietam.. przychodziles do Stefana.
                                                    - a Ty latalas bez majtek w samej koszuli. - na co Malgosia splonela rumiencem,
                                                    bo myslala, ze dziadus nie pamieta tego drobiazgu z jej zyciorysu.
                                                    dziadus zauwazyl, ze Malgosia z tym rumiencem wyglada jeszcze ladniej i jakos
                                                    tak.. usiadl kolo niej i odgarnal jej wlosy za ucho..
                                                    - no nie ma sie czego wstydzic.. fajna z Ciebie babka.. - dodal cicho.
                                                  • Gość: leziox Re: w drodze do Krakowa IP: *.dialo.tiscali.de 26.11.02, 21:04
                                                    Tymczasem pociąg towarowy szarpnął,zazgrzytał,zakołysał się i wypełnił
                                                    atmosferę dźwiękami,tak charakterystycznymi dla podróży za jeden uśmiech.
                                                    Małgosia przytuliła się nieznacznie do dziadka,ale on nadal udawał że tego nie
                                                    zauważa,wkurwiony zachowaniem podłej flądry Krychy,którą oby piekło pochłonęło.
                                                    Trapiony wrednymi rozmyślaniami,wyciągnął z kosza motocykla jedną z wielu
                                                    pełnych butelek tam się walających,które pozostały jeszcze po wizycie w
                                                    hurtowni,odbił fachowo,jak czołowy kwasiarz na dzielnicy,a cierpki odór wina
                                                    owocowego rozsniósł się po wagonie.
                                                    Dziadek zabełtał flaszką i zakręcił,tak,żeby na powierzchni płynu wytworzył się
                                                    wir,zupełnie jak na wezbranej rzece,po czym,odrzuciwszy do tyłu
                                                    głowę,przechylił flaszkę,wkładając ją do ust.Zabulgotało,zasyczało,wielkie
                                                    bąble w butelce zatłukły gwałtownie o szkło,kiedy wirujący płyn wlewał się
                                                    burzliwie do trzewi dziadka.Ale że ten ostatni miał jeszcze jakąś tam
                                                    kindersztubę,to nie dokończył winka,tylko podał dla Małgosi,mówiąc uprzejmie:
                                                    -No pij kurwa,toż nie będę sam zaprawiać,nie?!
                                                    Małgosia,niezwyczajna takich trunków,odparła nieśmiało że ona nie bardzo
                                                    przepada z akwachami,ale zachęcona zachowaniem dziadka,jednak wysączyła powoli
                                                    ćwiartkę flaszki,wprawdzie krzywiąc się przy pierwszym łyku,ale przy ostatnim
                                                    już wcale nie.
                                                    -Hahaha!-ucieszył się jesienny dziadek-ja wiedziałem,że z ciebie niezły
                                                    dyngol,tylko taki kurwa ukrywający się,no wiesz,cichy niby,hehehe!
                                                    Małgosia uśmiechnęła się pod nosem,spłoniona trochę,a potem ryknęła jak
                                                    krowa,bekając potwornie po winku z dodatkiem so2,czyli mówiąc po ludzku z
                                                    zawartością dwutlenku siarki,przyśpieszającego dojrzewanie moszczu.
                                                    Tymczasem pociąg kołysał się,podskakując na rozjazdach,gdzie leżało zboże
                                                    wysypane jeszcze na wiosnę przez kolegów pana Andrzeja,oraz węgiel,nie zebrany
                                                    jeszcze przez złodziei kolejowych,unosząc dziadka i Małgosię w stronę
                                                    niejasnej,ale też i nieciemnej przyszłości...
                                                  • ulalka Re: w drodze do Krakowa 26.11.02, 21:41
                                                    to byl dopiero poczatek podrozy, ale dziadus juz wiedzial, ze nie byl to koniec
                                                    znajomosci z Malgosia.. przysnela ona teraz po kwachu na jego ramieniu wsparta,
                                                    usmiechajac sie przez sen lagodnie. przytulila sie nawet, wiec dziadus
                                                    zaprzestal rozmyslan o wrednej Krysce i przygarnal ja ciasniej do siebie,
                                                    wywlolujac tylko jej delikatne westchnienie.. wtedy zauwazyl, ze Malgosia ma
                                                    blizne za uchem. o cholera!.. pomyslal.. to pewnie ten synalek Stefka, nie
                                                    wygladal na lagodna postac, niech go w trabe.. malo mu nawalilem.. w tym
                                                    momencie caly sklad zahamowal. Malgosia przebudzila sie i zaskoczona zapytala:
                                                    - gdzie jestesmy? co sie stalo? - byla przy tym milo zarumieniona i tak
                                                    rozkoszna, ze dziadus nie mogl sie powstrzymac i pocalowal ja...
                                                  • 0nly Re: w drodze do Krakowa 26.11.02, 21:49
                                                    Ach, mialam straszny sen, wiesz dziadku....nie masz czasem jeszcze z troche
                                                    tego kwacha w zapasie, bo snilo mnie sie jak pierwszy raz trafilam do
                                                    stefana...no z rok temu to bylo....zaraz, zaraz, a ktorego my dzis mamy,
                                                    dziadziuniu???-ty malgosia siegnela do swojej teczuszki z dokumentami, ktora
                                                    rowniez zabrala ze soba wybiegajac do dziadka - no tak, -rzekla malgosia,
                                                    zerkajac do kalendarza - to bylo dokladnie jak w morde strzelil rok temu, no
                                                    nie, musze sie napic, bo az dostaje dreszczy jak sobie pomysle co ja tam
                                                    przeszlam, chuje adwokackie!!!!
                                                  • ulalka Re: w drodze do Krakowa 27.11.02, 20:04
                                                    0nly napisała:

                                                    > Ach, mialam straszny sen, wiesz dziadku....nie masz czasem jeszcze z troche
                                                    > tego kwacha w zapasie, bo snilo mnie sie jak pierwszy raz trafilam do
                                                    > stefana...no z rok temu to bylo....zaraz, zaraz, a ktorego my dzis mamy,
                                                    > dziadziuniu???-ty malgosia siegnela do swojej teczuszki z dokumentami, ktora
                                                    > rowniez zabrala ze soba wybiegajac do dziadka - no tak, -rzekla malgosia,
                                                    > zerkajac do kalendarza - to bylo dokladnie jak w morde strzelil rok temu, no
                                                    > nie, musze sie napic, bo az dostaje dreszczy jak sobie pomysle co ja tam
                                                    > przeszlam, chuje adwokackie!!!!

                                                    taaak.. w tym momencie dziadus obudzil sie i dotarlo do niego, ze choc najpierw
                                                    to on przygarnal Malgosie i pozwolil jej - lekko wzdychajacej przez sen -
                                                    przytulic sie do snu, teraz sam jakos wygodnie spoczywal na jej lonie, a to
                                                    wszystko okazalo sie byc koszmarnym snem jedynie. Jego subtelna i delikatna
                                                    Malgosia gladzila delikatnie jego siwa glowe. bylo mu na tyle przyjemnie, ze
                                                    zapomnial szybko o tym, ze Malgosia ze snu klela, albo, ze pila jak szewc.
                                                    miala po prostu umiec sie z nim napic, a nie chlac, jak chlop jaki!.. no!.. to
                                                    nie licowalo z jego wyobrazeniem o Malgosi, do chuja pana i juz!..
                                                  • ulalka Re: w drodze do Krakowa 28.11.02, 22:47
                                                    dziadus spojrzal dyskretnie w gore, ale Malgosia zauwazyla jego gest i
                                                    sploszona, a takze zaploniona, cofnela swoja dlon. dziadus usiadl i przygarnal
                                                    ja do siebie..
                                                    - dlaczego? - zapytal, a ona - nadal uroczo zarozowiona - zajaknela sie nieco..
                                                    - mhmm.. nie obudzilam Cie?? - tu dziadus nieco sie zacukal, bo patrzyla tak
                                                    ufnie, tak cieplo na niego, ze jakos tak.. znow poczul to mrowienie kolo
                                                    serducha i to juz w ogole mu nie licowalo z jego codziennym zachowaniem.
                                                    przejechal dlonia po wlosach i stwierdzil:
                                                    - niee.. czemu tak sadzisz moj kwiatuszku? - i tu on sie nieco jakby
                                                    zarozowil.. mhmm.. tak to chyba nawet do babci - kiedy jeszcze babcia nie byla -
                                                    nie mowil.. mhmm...
                                                  • 0nly Re: w drodze do Krakowa 30.11.02, 21:24
                                                    -wiesz, kwiatuszku, mam co dla ciebie na oslodzenie wieczorku....-dziadek
                                                    wyciagnal z kuferka przy motorku walizeczke, tala co w niej dokumenty
                                                    trzymal....-o, tutaj- wyciagnal z walizeczki pudeleczko ladnie obwiazane
                                                    kokardka, przy czym wysypalo sie dziadkowi przy okazji kilka innych rzeczy, w
                                                    sensie jakies papierki....malgosia uprzejma jak zawsze rzucila sie pomagac w
                                                    zbieraniu papierkow...... w pewnej chwili spogladajac na jeden z dokumentow
                                                    jakby zamarla.....
                                                    -Alez dziadku, tu jest jakas metryka chrztu.....jakiegos Leona Idasa.....i to z
                                                    bardzo stara data , bo z 15 lipca 1410 roku......to bitwa pod grundwaldem byla
                                                    wtedy......
                                                    -no tak, to moja, zawsze ja nosze przy sobie, zapomnialem tylko ze wsadzilem ja
                                                    z jakimis drobiazgami, zreszta na nic mnie ona ostatnio, nikt w nia nie
                                                    wierzy......
                                                    -no to ty dziadku.....to ty dziadku.....-malgosia jakac jakby sie zaczela...-to
                                                    ty dziadku taaaak dluuuugo zyjesz....?????
                                                    -ano tak jakos, no za osiem latek juz mnie szescsetka pyknie, jakby co, no zyje
                                                    sie troche na tym swiecie, dziecinko......
                                                    -ale jak to sie stalo , dziadku????....no i jakim cudem maasz metryke chrztu z
                                                    tak slynnego dnia.....????
                                                    -a jaki on tam slynny dzien, wszystko przeze mnie sie rozkrecilo ponoc, tak
                                                    mnie moj stary powiedzial, troche ludu sie wybilo i tyle.....tego dnia w
                                                    sensie......
                                                    - alez w jakiz to sposob - na malgosinych lickach zarozowilo sie troche, nie
                                                    wiadomo czy z tego ze zimno w wagonie bylo, czy tez z ciekawosci
                                                    malgosinej.......
                                                    -wiesz co malgoska, nie masz tam troche niepotrzebnych papierkow, ognisko by
                                                    sie jakies rozpalilo, przyjemniej by bylo, kwacha mam jeszcze, i to nie
                                                    jednego, milej bedzie wypic przy ognisku......
                                                    -mamm. mam......oooo prosze....-malgosia wyciagnela z wlasnej teczuszki ogromna
                                                    ilosc kopert juz ze znaczkami nawet pocztowymi nalkejonymi....-to fakurki sa,
                                                    tego adwokata w sensie, mialam je wyslac, no ale ognisko bardziej jakby
                                                    potrzebniejsze jest.......oooo, jeszcze jedna.....
                                                    -no, jakze przydatne sa to rzeczy- rzekl dziadek po czym znaleziwszy w kacie
                                                    wagonow kilka paczuszek z napisanym adresem i z napisem : ostroznie-AJNTYKI,
                                                    rozpakowal je,...-oooo, i nawet kilka gratow jest do rozpalenia ogniska......-
                                                    dziadek z niedajacym sie do ukrycia usmiechem powiedzial to.......
                                                    -antyki???????- malgosia jakby wykrzykla, - toc to antyki, kupe kasy sa
                                                    warte!!!!!!!
                                                    -he he he , zasmial sie dziadek, toc to one nie nasze sa, a nam jedyne co nam
                                                    potrzebne to dobre ogniskpo, no zeby cieplej bylo, malenka....he he he.....po
                                                    czym dziadek przykleknal na chwile tuz obok legowiska ktore sobie z malgosia
                                                    rozlozyl, i zaczal rozpalac ognisko poslugujac sie fakturkami i krzeselkiem
                                                    ktory znalazl w pakunkach, z napisem Ludwik XVII.......
                                                    Malgosia, troche bardziej rozgrzana, to cieplem z ogniska, to z wlasnie z
                                                    podanego przez dziadka otwartego nowego kwasa, zaczela znow swoje.....
                                                    -to ty dziadku masz juz prawie 600 lat?????
                                                    -no tak, widzisz, wlasnie chcialem cie poczestowac pralinkami z belgijskiej
                                                    wioski, Leonidasy sie nazywaja.......no sprobuj, .....smaczne, no nie??????
                                                    -no pyszne sa, dziadku........
                                                    - no tak, nazywaja sie leonodasy po moim ojcu, Leonie Idasie.....
                                                    -ladnie sie nazywaja....a skad taka nazwa...???
                                                    - no po moim ojcu.....w zairze kiedys je produkowal i nadal im swoje imie zeby
                                                    wiadomo bylo ze to on produkuje, a nie jakies czarne
                                                    zwierze.......potem belgi, jak mojego ojca pojmneli to do dzis go trzymaja, no
                                                    i ojciec teraz te pralinki w belgi robi, no i nazywaja sie jak moj dziadek,
                                                    leonidas......w kazdej wiosce belgijskiej znajdziesz sklep z pralinkami
                                                    Leonidasa.......
                                                    -twoj ociec nazywa sie leonidas??????-spytala zaciekawiona malgosia.....
                                                    - a gdzie tam, moj ociec nazywa sie Idas, kiedys byl LeoniDAS, ALE MU UCIELI
                                                    JAK znikly tytuly szlacheckie.......ja tam sam ma Leon, a po ojcu Idas,,,,,i
                                                    sie nie czepiam tytulow szlacheckich.....
                                                    - ladnie tak sie dziadku nazywasz, leonidas......-rozmarzyla sie malgosia
                                                    jakby....
                                                    - a spieprzaj ty z takim mnie okreslaniem, ja tam leon zawodowiec jestem,
                                                    wyrzeklem sie ojca tak jakby, no bo on w tym dzikim kraju jakby pomieszkuje, a
                                                    to juz hanba na honorze jest!!!
                                                    - to twoj ojciec tez stary juz byc musi??????-malgosia probowala podtrzymac
                                                    rozmowe z dziadkiem.....
                                                    - ja tam nawet nie pamietam, ochrzcic ponoc ochrzcil, jakzem z babcia bral slub
                                                    to przynajmniej klopotu nie bylo, a ze ksiadz byl slepy co to nas slubil to i
                                                    daty sie nie czepial, dobrze ze papierek dostal.......zreszta babcia to nawet i
                                                    nie chrzczona byla, dala proboszczowi zamiast metryki chrztu chusteczke
                                                    higeniczna w ktora wlasnie smarkal, i ksiadz przyjal w ogole jako datek na
                                                    kosciol ta zasmarkana chusteczka bo babcia jak smarknela to troche wazylo to,
                                                    proboszcz mysla pewnie ze to talary tak waza......
                                                    -no ale jak to sie stalo dziadku ze ty ochrzczony w tak slynna data????
                                                    - to wszystko przez mojego ojca......on to jako nadworny handlarz mlodych
                                                    dziewczat ze wschodu. w tym przede wszystkim mlodych liwinek troche temu
                                                    jagielle namieszal......no bo wybral sie kiedys z jagiello na ryby....lato to
                                                    bylo.....wszedzie pieknie, oby tylko tego badziewia sie tyle nie wloklo za
                                                    jagiello.......no ale potzrebni byli, bo jagiello zabral swoj mobil phone, w
                                                    sensie komorke ze soba, no i tzreba bylo rozwieszac te kilkaset kilometrow
                                                    kabla na slupach.....no zreszta widzialas te slupy co to na krzyzakach i w
                                                    ogole w bitwie pokazywali......no i mojemu starem kontrakt sie trafil w
                                                    miedzyczasie......krzyzaki chcieli zakupic mlode litwinki....no i liwinki
                                                    zostaly sprowadzone......no niestety wsrod litwinek trafila sie taka jedna co
                                                    moja matka sie okazala, ociec nie mogl zaprzeczyc bo sam jagiello powiedzial
                                                    zem sciagnieta skora z ojca.......no i ojciec przyjal jak syna mnie......no ale
                                                    litwinki na sprzedanie mialy isc, no i umowili sie z mistrzem wielkim
                                                    krzyzackim na spotkanie pod wioska Grundwaldem zwana.......
                                                    jagiello postanowil mnie ochrzcic i pomyslal ze wielki mistrz krzyzacki
                                                    najlepiej sie nadaje.....poslal mu wiec dwa krzyze z zapytaniem czy mnie
                                                    ochrzci......no najpierw sie zgodzil, ale wpierw wymiany towaru chcial.....no
                                                    mlodych litwinek za kasety porno ktore sam dostarczal......wedlug wielkiego
                                                    mistgrza nie byly to byle jakie kaset bo sanm Zbyszko z Jagienka krecili je w
                                                    Hamburgu, za co dostawali nielicha kase w deutch markach......no a kaseta
                                                    Jagienki jagienki jak to z niedzwiedziem robila to w ogole przebuj
                                                    byl........jagiello sie troche wkurzyl ze mistrz krzyacki pirackie kopie chcial
                                                    do kraju przemycic, mistrz sie wkurzyll i nie chcial mnie ochrzcic, no i pobili
                                                    sie troche pod tym grundwaldem.........dobrze ze wladek mial komorke to zwowal
                                                    troche rzeszy ze wschodu.....tak jakos sie w koncu okazlao ze jakis proboszcz
                                                    mnie ochrzcil.......
                                                    - oj,, piekna historia -westchnela malgosia........
                                                    - no wiesz.......jasne ze pikna........nie wiem czy ci mowilem, ale moj
                                                    pierwszy przodek na ziemi to spadl na ziemie w postaci meteorytu, leonid sie
                                                    nazywal, potem dopiero w starozytnej Grecji przemianowano go z Leonida na
                                                    Leonidasa, a pozniej ojca mego nazwano Leonem Idasem.......
                                                    -oj, piekna historia.......- rzekla malgosia prawie usypiajac bo wlasnie
                                                    konczyla druga butelka kwasa, ktora dziadek podawal podczas
                                                    opowiadanmia............
                                                  • Gość: leziox Re: w wagonie IP: *.arcor-ip.net 30.11.02, 22:44
                                                    Komoda z czasów Ludwika właśnie się dopalała,podrzucił więc dziadek jeszcze
                                                    parę drewnianych pierduł z wieloma jedynkami i sporą ilością zer wypisanymi na
                                                    nalepce z boku po czym wygrzał piwko,zapijając kwacha i też go zmogło.
                                                    Oparł głowę na łonie Małgosi,i wdychając zapach jej dziewczęcego ciała,zapadł w
                                                    sen.
                                                    A śnił mu się tym razem nie krecik Ahjoj,tylko wielka bitwa,rozpętana z jego
                                                    powodu,pożogi i pożary.Potem zdawało mu się że jest bakterią z wielkimi
                                                    oczkami, siedzącą i trzymającą się kurczowo kamyczka pochodzącego z
                                                    Leonidów,które co czas jakiś obsypują Ziemię pyłem kosmicznym,wreszcie że ktoś
                                                    zamknął go przez pomyłkę w piecu hutniczym i włączył ogrzewanie...Ale gorąco
                                                    tak mu już zaczęło dokuczać,że postanowił się obudzić,żeby chociaż we śnie się
                                                    nie przypalać,bo wolał raczej miły chłodek ze stepów Stalingradu,niż Saharę za
                                                    czasów generała Rommla.
                                                    Otworzył więc oczy,ale żar nie zniknął,bo okazało się że od płonących antyków
                                                    zajął się cały wagon w którym jechali i sytuacja zaczęła robić się
                                                    dramatyczna.Dobrze że drzwi wagonowe były caąy czas trochę uchylone,to nie
                                                    zatruł się razem z Małgosią tlenkiem węgla,ale z drugiej strony wiaterek
                                                    rozdmuchiwał żar,dochodzący prawie do opancerzonego kosza motocykla.
                                                    -Małgosia,wstawaj,kurwa!Jaramy się,trza spierdalać w chuj z tego wagonu!!!!-
                                                    wrzasnął senior,ale Małgosia,przestraszona jego rykiem,patrzała teraz szeroko
                                                    otwartymi oczyma,nie rozumiejąc jeszcze grozy sytuacji.Senior,niewiele
                                                    myśląc,wpierdolił Małgosię do kosza motocykla,a czas był już najwyższy,bo
                                                    pierwsze butelki z piwem zaczynały z hukiem eksplodować,a nie można było
                                                    dopuścić do tego,żeby dobro się marnowało.
                                                    Po czym zapuścił motor i patrząc,aby nie trafić w słup
                                                    telegraficzny,przygazował i wyskoczył wielkim łukiem z wagonu,wpadając przez
                                                    okno do budki dróżnika,przebił ścianę tylną i nim dróżnik zdążył cokolwiek
                                                    zarejestrować,zniknął dziadek z motorem
                                                    i Małgosią w pobliskim lesie i znowu nie było świadków,którzy mogli coś
                                                    spostrzec ze zdarzenia.
                                                  • ulalka Re: dalsza podroz do Krakowa 02.12.02, 16:54
                                                    Malgosia rozplakala sie dopiero kiedy wyjechali z lasu, ale szybko sie
                                                    opanowala. to zachowanie, o dziwo!.. zamiast dziadka wkurzyc, jeszcze bardziej
                                                    go poruszylo.
                                                    kiedy wyjechali na droge glowa, dziadus zorientowal sie, ze caly asfalt pokryty
                                                    jest cienka warstwa lodu, co nieco uciazliwe bylo. dodatkowo, zauwazyl, ze na
                                                    silnym wietrze, twarz jego Malgosi zsiniala nieco, a nos przybral barwe dobrze
                                                    dojrzalej truskawki. taa... pomyslal dziadus, trzeba by zorganizowac jaki inny
                                                    pociag i ruszyl w kierunku torow...
                                                  • ulalka Re: dalsza podroz do Krakowa 09.12.02, 20:35
                                                    kiedy dojechali do torow, dziadus zobaczyl pociag gnajacy co prawda do Katowic,
                                                    ale po drodze zahaczajacy o cel ich podrozy. dziadus znow rozpedzil sie na
                                                    motorze, krzyknal:
                                                    -trzymaj sie mnie mocno, Malgosia!!!
                                                    i wyladowal na platformie.. podjechali nieco do przodu, zobaczyl, ze sa
                                                    uchylone drzwi do przewozu... (czego? zastanowil sie) i postanowil przeniesc
                                                    sie tam z Malgosia na najblizszym postoju. chwilowo zdjal tylko z szyi szalik i
                                                    opatulil szczelnie Malgosie.. popatrzyla na niego ufnym spojrzeniem sarenki i
                                                    wyciagnela rece, zeby postawic kolnierz od jego plaszcza. znow dreszcz
                                                    przeszedl dziadka, ale tym razem nie ukrywal, ze to wiatr, usmiechnal sie do
                                                    niej i przyciagnal ja do siebie.
                                                    na postoju przeciagnal motor do wnetrza wagonu, gdzie byly listy i paczki,
                                                    potem wrocil po Malgosie.. we wnetrzu panowal mily polmrok, przysiedli na
                                                    listach w kacie, przytulili sie i probowali sie rozgrzac.. zapach Malgosi
                                                    rozpraszal jego mysli. nie wiedzial czy zdola w takim stanie zaplanowac cos
                                                    dalej, wiec poddal sie powstajacej atmosferze..
                                                  • Gość: leziox Re: dalsza podroz do Krakowa IP: *.arcor-ip.net 28.12.02, 14:41
                                                    Zapach Małgosi był na tyle zniewalający,że sięgnął dziadek znowu do zasobnego
                                                    pojemnika przy koszu motocykla i odbił kwacha,a cierpki,jak
                                                    denaturat,zapach,rozszedł się po wagonie,odsuwając na bok zapach Małgosi oraz
                                                    wszelkie inne zapachy.
                                                    Jakoś tak bez winka owocowego dziadkowi nic ostatnio nie szło i zaczął on się
                                                    zastanawiać,czy cudowne ozdrowienie podczas przyjebania w półkę w sklepie nie
                                                    przyczyni się do wpadnięcia w cudowne szpony alkoholizmu.
                                                    Ale pomyślał sobie że potem może o tym podumać i jak zwykle,zakręcił wkoło
                                                    flaszką,aż utworzył się wirek i podał Małgosi,mówiąc:
                                                    -Grzej kwaska,maleńka,bo nie wiadomo,co się jeszcze nam w życiu przytrafi...
                                                    Na te słowa,Małgosia,kształcona nieustannie po drodze przez seniora w
                                                    dyngoleniu,już całkiem wprawnym ruchem przytknęła brązową flaszkę do ust i z
                                                    bulgotem godnym niejednego żula z Targówka,wyrąbała pół flaszki,ledwie
                                                    zatrzymując się na czas.
                                                  • ulalka Re: dalsza podroz do Krakowa 29.12.02, 14:55
                                                    na tyle jednak senior dobrze szkolil, ze Malgosia na czas wystopowala, oddajac
                                                    butelke dziadusiowi, usmiechajac sie przy tym slodko.. widac bylo, ze zaraz sie
                                                    znow przytuli do ramienia dziadusiowego i przysnie, a tu trzeba bylo dzialac..
                                                    zeby nie zasnela!.. dziadus wiedzial dobrze, ze pogawedka moze ja wprawic w
                                                    dobry nastroj i wysilil mozgownice.. co tu moze zaciekawic te delikatna
                                                    istotke...? Malgosia zauwazyla i lypnela okiem z zainteresowaniem...
                                                    - tak?.. - zapytala niesmialo - chciales o cos zapytac?
                                                  • Gość: leziox Re: dalsza podroz do Krakowa IP: *.arcor-ip.net 28.01.03, 22:25
                                                    Zanim jednak dziadek zdążył odpowiedzieć,do przedziału wtoczył się typek w
                                                    mundurze pocztowym i na widok parki z motocyklem,bezczelnie barłożącej się na
                                                    jego listach
                                                    i paczkach wrzasnął głośno:
                                                    -A wy...a wy tu...a wy tu kurwa co robicie?!
                                                    -Jak co,spoko,wnuczek,spoko-odrzekł z niezmąconym spokojem dziadek-kwasibora
                                                    sobie popijamy,bo podróż nasza długa tak co i trzeba sobie jakoś radzić.A
                                                    zamiast jakieś głupoty wnuczek,wywrzaskiwać,to nie napiłbyś się niby z nami
                                                    kapinkę żurku?Ty taki jaki nerwowy jesteś,coby ty przedwczesnego wytrysku nie
                                                    dostał przez ten stress, chłopczyku...-zatroskał się nagle dziadek.
                                                    -Już dobra,dobra-udobruchał się nagle pocztowiec,czując,że załapie się na
                                                    darmowy alkohol-tylko zdziwiłem się deko,że wy tak tu nagle się
                                                    znaleźliście.Jak wychodziłem stąd na chwilkie,to nikogo tu nie było.
                                                    -No,nie było,niebyło,a bo to wiadomo,gdzie człowieka nagle los rzuci.Zresztą i
                                                    dobrze że nie było,bo motorkiem moim mogłem komuś na nóżce wylądować albo inną
                                                    część ciała spłaszczyć i potem poczta pretensiłaby mi że napadam na nią.A
                                                    tak,to możemy nadal
                                                    w pokoju żyć.A wiesz wnuczek,ja też był kiedyś listonosz,pod Stalingradem listy
                                                    dowoziłem dla Paulusa,oj stare dzieje-rozmarzył się dziadek...No ale
                                                    Małgosia,zadbaj o wnuczka,bo to stoi chłop w wejściu i przeciąg robi,jeszcze
                                                    przeziębi sobie co nieco,daj buteleczkę dla pana listonosza,to weselszy nam się
                                                    zaraz zrobi...
                                                    Odkorkowała więc panna Małgosia następną butelczynę z brązowego szkła,zakręciła
                                                    fachowo i podała dla pocztowca,uśmiechając się do niego radośnie.

                                                  • onlyania Re: dalsza podroz do Krakowa 25.03.03, 01:37
                                                    pan pocztowiec bardzo szybko wczul sie w sytuacje, i tak od slowa do slowa, od
                                                    butelki do butelki, nagle padl zmeczony wydajac przy tym jeszcze przed
                                                    zasnieciem obrzydliwe bekniecie, ktore o malo nie wrozylo porzadnego pawia w
                                                    kierunku tez juz niezle nabuzowanej malgosi...
    • Gość: m Re: Jesien sie zaczyna...... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.12.02, 19:18
      ttt
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka