Dodaj do ulubionych

Wątek inicjacyjny

29.11.05, 14:06
Nie wiem, czy temat chwyci, ale może. Chodzi mi o pierwszy raz, wszystko
jedno jaki. Ale nie taki banalny jak pierwszy papieros, czy pierwszy
kieliszek. Np. pierwszy lot balonem, albo pierwsze żywe zwierzę zjedzone na
surowo. Macie jakieś takie wspomnienia? Chociaż, pierwszy papieros tkwi w
pamięci bardzo wyraźnie.
Obserwuj wątek
    • blue.berry Re: Wątek inicjacyjny 29.11.05, 15:26
      ja mam potencjalnie takie jeden pierwszy raz ale nie wiem czy go moge
      opowiedziec bo on wiaze sie z uzywkami zakazanymi prawnie:)))
      moge czy nie?
      • braineater możesz:) 29.11.05, 15:36
        zresztą jestem ostatnia osoba na tym forum, ktora mogłaby miec coś przeciwko:)
        Najwyżej napisz pod pseudonimem...
        • griszah Re: możesz:) 29.11.05, 15:47
          braineater napisał:

          > Najwyżej napisz pod pseudonimem...

          Np. blue.raspberry - nikt się nie domyśli ;)
          • mamarcela Re: możesz:) 29.11.05, 15:56
            Musisz:)
      • blue.berry pod pseudonimem czyli inkognito 29.11.05, 16:09
        bo ja (inkognito) wlasciwie to srednio pamietam cokolwiek (to taka dygresja:).
        nie przywiazuje wielkiej wagi do pierwszych fajek czy piwa czy lotu samolotem
        czy inszych. czesc pamietam, czesc nie. to co pamietam srednio godne jest
        opowiesci bo chyba malo emocjonalne. (oprocz tego prawdziwego pierwszego
        pierwszego razu kotry jak najbardziej godzien jest opowiesci:))))
        a ten pierwszy raz inkognito pamieta. nie dlatego ze wiaze sie on z substancja
        palna czyli mowiac krotko matrycha (a wlasciwie jej starszym bratem haszem)i
        znamionuje element zakazany a przez co idzie bardziej pikantny. zdecydowanie
        nie. po prostu dlatego ze wszystko bylo jakies takie pokrecone i... no dobra po
        co ja opowiadam opowiesc. do rzeczy.
        otoz ow pierwszy raz zdarzyl sie dosc wczesnie bo w czasach licealnych.
        inkognito mialo wtedy przefajnych znajomych w katowicach i bytomiu gdzie czesto
        czynilo wycieczki (z wroclawia). z reguly na rozne koncerty. i raz po takim
        koncercie nocleg trafil sie u jednego znajomego (co mial gesta czarna brode,
        dlugie czarne wlosy i chadzal w skorzanym czarnym plaszczu do kostek:). odebral
        ten dobry czlowiek inkognito spod Spodka wieczorowa pora i udali sie w kierunku
        Bytomia (gdzie byl dom w ktorym straszyla zmarla niedawno babcia drugiego
        znajomego). czesc trasy przebyli na piechote - co wieczorowa pora dawalo dosc
        upiorny efekt. w koncu bedac juz w bytomiu powstal pomysl zeby zanim do domu z
        babcia to najpierw do znajomych. bo tam zreszta byl tez gospodarz owego domu -
        wnuczek ducha.
        czyli bylo 5 sztuk luda. jak wszyscy sie wygodnie rozsiedli, dostali cieple
        herbaty i in. to zostala wyciagnieta fajeczka i poszla w ruch. gospodarze
        odmowili a pozostala trojka nie:) inkognito tez nie odmowilo bo jako dziewcze
        mlode nie mialo smialosci powiedziec ze to pierwszy raz a poza tym zawsze bylo
        łase na nowosci. i dlatego nikt inkognito nie poinformowal ze w srodku fajeczki
        nie ma zwyklego ziela tylko gesta czarna ociekajaca olejkiem bryla. po jakims
        czasie gospodarze (z urocza staropolska goscinnoscia) stwierdzili ze aktualnie
        mamy sie zamknac bo oni beda w tv ogladac swoj ulubiony film. i na ekranie
        odpalil sie OMEN. powiem wam jedno - NIGDY zaden film tak nie UBAWIŁ inkognito.
        cala spalona trojka bawila sie wysmienicie, zarykujac sie co chwila gromkim
        śmiechem, nie zwazajac na gromne spojrzenia gospodarzy i proby uciszania.
        pamietam ze w pewnym momencie wpadlismy na pomysl zeby pozbawic brody i dlugich
        wlosow naszego przyjaciela bo on napewno ma gdzies wytatulowane 666. to juz
        chyba bylo za duzo i z domu zostalismy wyniesieni na kopach. potem byl dlugi
        marsz przez nocny bytom a na koncu nocleg w domu w ktorym staszyla niedawno
        zmarla babcia.
        po tym wyjezdzie inkognito stwierdzilo ze hasz (starszy brat marychy) jest
        czyms bardzo zacnym a omen do dzis zalicza sie do ulubionych filmow ktore
        wywoluja mile wspomnienia.
        i to byloby na tyle.

        inkognito dziekuje za uwage
        • kawa_malinowa Re: pod pseudonimem czyli inkognito 29.11.05, 17:30
          Kapitalne ;)
          Ale ten film naprawdę jest zabawny.
          • staua Re: pod pseudonimem czyli inkognito 30.11.05, 00:40
            Mam z tej samej branzy inicjacje z LSD (pierwszy raz byl zarazem ostatnim), chyba jednak nie odwaze
            sie opisac. Zreszta opisane wygladaloby to chyba bardzo glupio.
    • braineater braineater & palma 29.11.05, 17:44
      Nie pociagnę wątku inkognito.blue, choc histroyj przeróżnych moc, ale wszystkie
      mocno niecenzuralne, więc sobie daruję:)

      Natomiast napiszę sobie o tym, jak śląskie dziecie braineater pierwszy raz
      zobaczył palmę.

      Braineater urodzony w latach nierealnego socjalizmu, chowany na czytankach o
      Murzynku Bambo i trzymany z dala od telewizora przez troskliwa rodzicielkę, od
      momentu, kiedy pierwszy raz przeczytał 'W niewoli u Matabelów' pana Behounka,
      zakochał się w palmach. W jego młodocianym umyśle wielka, słupiasta palma,
      koniecznie z czterema liśćmi, symbolizowała niedosiężny świat, gdzie zawsze
      jest ciepło, gdzie słonko operuje 24 godziny na dobę, gdzie Zima, to imię z
      bajki o okrutnych wiedźmach, gdzie znaczenie słowa śnieg, znają tylko dilerzy
      nielegalnych substancji. I tak latami narastała w nim tęsknota, by choć raz
      palmę zobaczyć i dotknąć, wzmacniana co i rusz, pozdrowieniowymi kartkami od
      ciotki z EFu, która wojażowała po całym świecie, zasypując mieszkanie
      braineatera landszaftami na których od palm aż sie roiło. I piękna tych obrazów
      nie burzyły nawet gromadzące się stadnie pod owymi palmami grube Niemki w
      bikini, gdyż w takich kręgach ciotunia, sama zresztą dośc przysadzista, lubiła
      sie obracać i z takim towarzystwem podrózować.
      braineater rósł i dorastał, nabywał experiencji i tracił rozum, a palmy w jego
      zasięgu, poza tanimi doniczkowymi podróbami, jak nie było, tak nie było.
      Aż nastał pamiętny rok 1997, kiedy to, założywszy szczęsliwe stadło małżeńskie,
      braineatery, tym razem juz oba, knuć zaczęły na jakąż to poślubna wycieczkę się
      wybrać, jak każe obyczaj i dokąd. Długie wodzenie palcem po mapie i kilka
      godzin sporów doprowadziły do kompromisu, którego nazwa brzmiała Hiszpania. Do
      kraju Don Kichota braineater męski czuł nieodparty pociąg od dawna, większy
      jedynie miał zawsze sentyment do królestwa Sex Pistols, no ale kto by w
      kwietniu jechał do Anglii - Eskimosi chyba tylko. Tedy Hiszpania. 35 godzin
      telepania sie autobusem - bo jak podróż poślubna, to wiadomo, że bez wygód, by
      się człowiek zaraz na poczatku nie rozbestwił i wreszcie osiągamy cel.
      braineater wyładowuje bagaż przed hotelem i nagle, jego oczom, coraz bardziej
      rozdziawionym nieprzytomnym zachwytem, ukazuje się PALMA. Stoi sobie, jak gdyby
      nigdy nic, troszkę dalej kilka jej koleżanek i najnormalniej w świecie
      pokrywają sie przydrożnym kurzem i szumią z cicha, jakby były jakimis
      normalnymi głupimi drzewami. Bagaże poleciały na ziemię parkingową, Marysia
      została cokolwiek osłupiała i zapatrzona w obrazek męża, który radosnym galopem
      podbiegł do najbliższej palmy i zrobił z nią najklasyczniejszego w formie,
      breżniewowskiego misia. I tak tkwił do tej palmy przytulony, nie zważając na
      zaciekawione spojrzenia przechodniów i już wiedział, że choćby dla tej palmy,
      warto się było żenić.

      To tyle:)
      • beatanu Re: braineater & palma 30.11.05, 00:00
        braineater napisał:

        > Nie pociagnę wątku inkognito.blue, choc histroyj przeróżnych moc, ale wszystki
        > mocno niecenzuralne, więc sobie daruję:)

        A ja sobie pozwolę ten wątek pociągnąć ku przestrodze czytaczy... Bo mam
        zupełnie inne doświadczenie pierwszego i ostatniego razu z marysią (wolę
        zdrobnienia od zgrubień:) Jest takie ładne szwedzkie słowo: dödsångest = lęk
        przed śmiercią, lęk w obliczu śmierci. Coś takiego poczułam lat temu ponad
        dwadzieścia. Poczułam cholernie mocno. Do tej pory pamiętam ten paniczny lęk po
        wypaleniu na świeżym powietrzu papierosa domowej roboty. O zawartości
        wiedziałam, to miało być tak dla spróbowania w towarzystwie przyjaciół, na
        wycieczce w górach. Co gorsza: ja nie tylko - jak pan Clinton - paliłam, ja się
        proszę twaczy zaciągałam :) W efekcie "wyszłam" ze swojego ciała i zaczęłam nad
        nim krążyć, co z kolei wzbudziło we mnie paniczny lęk... Takie odklejone
        uczucie, że odpływam i nigdy nie wrócę. Czarne i cholernie ostre kontury drzew,
        górskich szczytów i jakiejś chałupy. I to powtarzane wielokrotnie "nie chcę
        umrzeć! ja nie chcę umrzeć!" Mam nadzieję, że nie zrobiłam swemu chłopakowi
        krzywdy, tak mocno go trzymałam za rękę... To trwało może tylko minutę, może
        półtorej, ale wydawało się koszmarną wiecznością. Później było już tylko
        uczucie ulgi i... pustka. Nigdy więcej nie sięgnęłam po marysię ani jej
        rodzeństwo. I nikomu nie polecam.

        Ale polecam gorąco kąpiel w saunie! Bo o saunowej inicjacji w zasadzie chciałam
        napisać :) Rok ten sam, 1983, wakacje, ni z gruchy ni z pietruchy wylądowałam
        na ufundowanym przez uczelnię (? nie pamiętam, w każdym razie jakiś stypendium)
        trzytygodniowym kursie języka fińskiego w Åbo. Przez tak krótki czas nie można
        się nauczyć języka nie-indoeuropejskiego, można za to świetnie poszaleć w
        towarzystwie imprezowych Skandynawów. Jedną z atrakcji kursu była wycieczka
        stateczkiem i kąpiel w stateczkowej saunie + schładzanie się w Bałtyku. Dla
        większości uczestników kursu obtrzaskanych z sauną atrakcją było jej
        usytuowanie. Dla nas - dwóch polskich studentek atrakcją było wszystko. Bo
        żadna z nas wcześniej w saunie się nie pociła. A tu się jeszcze okazało, że
        kąpiel (na golasa of course) zaplanowano koedukacyjną :) Hmm. Przymusu nie
        było, ale nie skorzystać z takiej okazji... Nikt nikogo nie zgwałcił i było
        naprawdę niesamowicie przyjmnie. Jednego wtedy nie mogłam zrozumieć. Dlaczego
        ci ludzie - tak pięknie sauną oczyszczeni brukają swoje ciało piwskiem w
        ilościach sporych? Bo piło się dużo (i przy każdej okazji). A jeszcze bardziej
        przerażały mnie wskakujące do głębokiej przecież wody tabuny saunowiczów w
        stanie wskazującam na spożycie. Uff! Na szczęście nikt się nie zaczął topić.
        Nie, to nie znaczy, że ja tam nie imprezowałam ostro. Owszem, ale na lądzie. Bo
        alkohol i pływanie nie idą w parze. Tak już mam zakodowane...

        Dobranoc!
    • brunosch Re: Wątek inicjacyjny 30.11.05, 20:54
      Pierwszy raz?
      Palmy, owoce egzotyczne, windsurfing?
      I to nie na antypodach, ale w Jugosławii AD '85
      Przyjechaliśmy do najdziwniejszego (bo najweselszym była niewątpiwie Polska)
      baraku w obozie czarną nocą, jeszcze rozbijanie namiotów i ogólne prostowanie
      kości po dwudniowej podróży. Budzimy się... a tam inna planeta.
      Z jej uroków zaczęliśmy na potęgę korzystać jak dzieci w pustej lodziarni.
      Dziś jesteśmy zblazowani i światowi, ale wówczas targ z warzywami (porównywalny
      z bazarkiem pod Halą Mirowską) oszałamiał. Owoce jak z obrazka - arbuzy, figi,
      fioletowy czosnek(!), biała cebula, pomarańcze a przede wszyskim ananasy! Znane
      tylko w wersji pancernej, puszkowej kupowane w Peweksie a tam leżały stosami.
      Kupiliśmy więc kosz wszelkiego dobra (śliwki, purpurowe brzoskwinie no i
      oczywiście ananasy) i urządziliśmy sobie nocną ucztę przy ognisku na plaży.
      Plaża kamienista, z wielkich płyt skalnych, ognisko, niebo gwiaździste nade mną,
      bezprawie moralne we mnie. Tak sobie można było wyobrażać Raj.
      Nazajutrz wyprawa do sklepu samoobsługowego poprodukty. Kolejny szok - stoisko z
      alkoholami. Wybór wszystkiego i jeszcze więcej, ale nie ma jeszze 13.oo Po
      chwili kontemplacji etykietek dotarła myśl błoga, że tu godzina 13.oo nie jest
      datą graniczną między Być a Mieć.
      I do tego PALMY.
      B. wie,co to są PALMY zwłaszcza w marzeniach, jako obraz pod powiekami. A tu
      sobie rosły byle jak, nie przymierzając jak wierzby nad strugą...
      • daria13 Re: Wątek inicjacyjny 01.12.05, 23:12
        Długo się zastanawiałam czy opisać tu moją najważniejszą inicjację, bo to
        bardzo intymne i dla niektórych może zbyt osobiste, ale co tam. Jestem bardzo
        wyluzowana, bo wzięłam dziś wolny dzień na zresetowanie się, spałam do 13,
        dokończyłam trzecią część Autostopem przez galaktykę (I love it!!!), wypiłam
        dwa mocne piwa, obejrzałam doskonały film Happy together (najsmutniejszy film w
        moim życiu) więc mogę się wywnętrznić.
        Otóż chcę powiedzieć o moich doznaniach na sali porodowej. Spokojnie, nie będę
        epatować szczegółami. Powiem jedynie, że Julka od początku była
        indywidualistką, więc zamiast po ludzku wychodzić główką, wypięła się na świat
        pupą. Dobre dusze w szpitalu dały mi w związku z tym odpowiednią dawkę środków
        znieczulających,co pozwoliło mi cieszyć się chwilą, bo ból nie doskwierał zbyt
        mocno. Doznania, jakie odczuwa się po zobaczeniu wydanej na świat istoty nie da
        się porównać z niczym. Euforia nie dająca się porównać z żadną inną, ulga,
        której nie opiszą żadne słowa i szczęście w najczystszej postaci, to uczucia
        niezapomniane, doskonałe, najpiękniejsze. Julka urodziła się w porze
        dobranocki, po całym dniu oczekiwania, ale nocy po tym wszystkim nie dane mi
        było przespać właśnie z uwagi na emocje rozsadzające moje ciało i duszę. Nie
        zmrużyłam tej nocy oka, tak bardzo byłam naładowana szczęściem. Nigdy nie
        zapomnę tych chwil i wiem, że dla nich warto było się urodzić. Wybaczcie patos,
        ale tak właśnie u mnie to wygląda:)
        Pozdrawiam:)
        • griszah Też intymnie 02.12.05, 12:16
          Mateusz urodził się przez cesarskie cięcie. Wszystko zaczęło się planowo. Wody,
          skurcze itp. To my w samochód (ale bez paniki) do szpitala, wstępne badanie
          wykazało że powinno dosyć szybko pójść. No i zaczęły się parcia itd. ale po
          kliku godzinach okazało się, że mały nie spieszy się do wyjścia a na dodatek
          zmierzono mu puls, który zaczął spadać. Szybka decyzja lekarzy – tniemy. Za
          kilkanaście minut żonka już leży na stole a mnie wpuszczono na salę operacyjną.
          Próbowałem odruchowo zajrzeć za parawanik zakrywający dolną część żonki ale mi
          grzecznie zabroniono (i chyba dobrze). No więc ja z żonką po jednej stronie
          parawanika sobie gawędzimy a lekarze po drugiej wyłuskują malucha. I jak go
          wyłuskali, przebadali i zważyli to opatulonego wręczyli tatusiowi (czyli MI) bo
          mamusia pod znieczuleniem nie była w stanie. No i trzymałem berbecia – 3,500
          żywej wagi – i byłem baaaardzo wzruszony. :).
          Ojciec Ry...Griszah
    • quarantine Moja noc poślubna 10.12.05, 16:27
      Pamiętam jak dzisiaj, chociaż wcale nie z powodów seksualnych. Ciepła, lipcowa
      noc, po tygodniach nerwowych przygotowań i kulminacji w postaci obrzędu
      religijnego i przyjęcia, w którym uczestniczyło mnóstwo obcych mi ludzi. Oboje
      marzyliśmy tylko o tym, żeby wreszcie to wszystko się skończyło. Pobierając
      się, byliśmy jak na warunki polskie, starymi prykami z nawykami, do których
      wcale nie należy balowanie do białego rana.
      Udało nam się wyjść z przyjęcia po angielsku i udać do domu naszych przyjaciół,
      którzy nam go wspaniałomyślnie użyczyli, nie mówiąc nikomu nic. Szliśmy
      piechotą, środkiem ulicy, pamiętam to wyraźnie. Ja już wtedy w tenisówkach i
      białej sukience, bez welonu, mąż natomiast w krawacie (jak już go ma, to nie
      zdejmie). Spotykani ludzie życzyli nam wszystkiego dobrego. Wołali do nas. Ten
      pierwszy małżeński spacer pamiętam, jakby to było wczoraj. Pierwszy i ostatni w
      białej sukience.
    • zapalniczka Re: Wątek inicjacyjny 14.12.05, 22:10
      duzo bylo tych "pierwszych" od przedszkolnego zalozenia nogi za kark i ryku ze nie umiem z powrotem az po zrzucenie samemu 3 ton wegla itp. itd. :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka