Dodaj do ulubionych

rywalizacja jest OK?

23.01.06, 21:41
Jak to jest z szanownymi Twarkami, czy lubicie rywalizacje, nie koniecznie te
sportowa, ale zwiazana z Wami osobiscie, a nie z tym czemu sie przypatrujecie
jako kibice badz jako jurorzy.
Ze swej strony nadmienie, ze lubie rywalizacje, i te sportowa, zarowno w
pojedynke jak i grupowo, jak i te zawodowa. Nieznosze jedynie, tego jesli
rywalizacja nie jest fair play. Rywalizacja z zastosowaniem zdrowych zasas
jest IMO bardzo OK., dobrze robi na codzienna nude.
Jednakze, z moich obserwacji wynika, ze panie (tzn.zdecydowana wiekszosc moich
kolezanek) przejawiaja mniejsza sklonnosc, zeby nie powiedziec, ze wrecz
zdecydowana niechec do rywalizacji niz panowie. Nie wiem czy to jest jakas
zasada, bo panie bardziej przezywaja swoja ewentualna porazke, czy ja po
prostu trafiam na wyjatkowe osoby.
Jestem ciekawy Waszych opinii.
Obserwuj wątek
    • dr.krisk Nie lubię. 23.01.06, 23:02
      Nie lubię ranknigów, list, głosowań, miejsc, itp. Jak kogos pokonam, to jest mi
      przykro że pognębiłem człowieka, a jak sam przegrałem to też mi przykro - kto
      lubi przegrywać???
      Duch rywalizacji jest mi całkowicie obcy. Wolę sobie siedzieć na murku z boku,
      majtać nogami i obserwować całe zamieszanie. A codzienna nuda nie istnieje.
      Nigdy się jeszcze z sobą nie nudziłem.
    • braineater Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 08:22
      Ni cholery.
      W żaden sposób. I w bardzo niewielu sytuacjach, rywalizacja to pozytyw -
      generalnie jest to zajęcie dla ludzi, którym niskie mniemanie o sobie samym,
      nakazuje udowadnianie całemu światu, że jest się w czyms tam lepszym, że wie
      sie więcej, że skacze się wyżej, czy ze lepiej kopie się gumowy worek. staram
      się zrozumieć, że ludzi to bawi i daje im satysfakcję, ale mnie nie bawi i nie
      daje.
      Oczywiście można ładnie kapitalistycznie stwierdzić, że póki się człowiek nie
      sprawdzi, nie wypróbuje rywalizując z innymi, to nie będzie wiedział, czy tak
      naprawdę cos potrafi, czy tylko mu się zdaje, ale bez takiego samosprawdzania,
      można spokojnie żyć.
      Przy czym, jesli juz przystepowac do rywalizacji, to bez jakis założeń typu
      fair play, miłośc do przeciwnika i takie tam (tyle, że w tym momencie
      zostawiamy temat sport). Jesli mam coś udowodnic, i wierzę, że mam rację, to
      nie ma takich reguł, których nie można złamać, nie ma takiej krzywdy, której
      nie mozna zrobic przeciwnikowi, nie ma takiego chwytu retorycznego, którego nie
      wolno uzyć. Jesli rywalizacja, to tylko na bazie 'cel uświęca środki' a nie
      jakies łagodne poklepywanie sie po tyłkach, z kwasnym usmiechem 'no, tym razem
      ty wygrałeś, gratuluję'. Nie - po trupach, albo wcale.

      P:)
    • brunosch a nie jest 24.01.06, 09:04

      gdzie jest granica wyścigu? Lepszy samochód, większe mieszkanie, bardziej
      rozbuchany dom za miastem, młodsza żona? Itku, toż dopiero nuda - od rana do
      nocy przez całe życie się ścigać...
      Popieram Doktora - a uśiąść sobie na murku, nogami pomajtać, łyknąć z flaszy i
      polekuchnu czytać lub patrzeć sobie w dal!
      I cóż, że inni meybachami jeżdżą. Zbyt wiele czasu im zabiera lęk, że ktoś takie
      cacko skradnie ;)
      • stella25b Re: a nie jest 24.01.06, 09:37
        No wlasnie, granicy nie ma. Konkurencja goni konkurencje. Swiat nastawiony jest
        na wyscigi. Teraz nie mozesz byc tylko dobrym, musisz byc juz lepszym. Nie
        jeden tytul uniwersytecki, od razu 3 lub 4. Nie znajomosc jednego jezyka obcego-
        to juz tylko dla plebsu, 3 conajmniej biegle. O sporcie juz nie wspomne. Ehhh
        chore to wszystko.
    • 3promile Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 09:24
      Ostatno gram sobie na kompie w "Rise Of Nations" - taka sobie strategia
      quasihistoryczna i muszę powiedzieć, że zamiast ładować wirtualną kasę w
      ciężkozbrojnych i napadać na sąsiadów celem złupiena, wolę budować uniwersytety
      i wchłaniać barbarzyńców - oto, co sądzę o rywalizacji...
      ;-)
      • stella25b Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 09:29
        3promile napisał:

        > Ostatno gram sobie na kompie w "Rise Of Nations" - taka sobie strategia
        > quasihistoryczna i muszę powiedzieć, że zamiast ładować wirtualną kasę w
        > ciężkozbrojnych i napadać na sąsiadów celem złupiena, wolę budować
        uniwersytety
        > i wchłaniać barbarzyńców - oto, co sądzę o rywalizacji...
        > ;-)


        A potem tych Magister Artium ustawisz jako tarcze strzelnicze?
        • brunosch Już starożytni 24.01.06, 09:35

          3promile poszedł śladem Greków - co to podbici przez Rzymian, w kilka chwil
          "ugrekowili" tych barbarzyńców znad Tybru.
          • stella25b Re: Już starożytni 24.01.06, 09:42
            brunosch napisał:

            >
            > 3promile poszedł śladem Greków - co to podbici przez Rzymian, w kilka chwil
            > "ugrekowili" tych barbarzyńców znad Tybru.

            A to teraz sie do niego mowi "Cezarze"?
            • 3promile Re: Już starożytni 24.01.06, 09:55
              Cezarze? Wypraszam sobie! Jeśli już, to Panie Boże!
              • stella25b Re: Już starożytni 24.01.06, 11:46
                Wyglada to na jakas manie wielkosci???. A swiatynie 3promila tez masz?
                • braineater Re: Już starożytni 24.01.06, 12:41
                  Promis to ty sobie może od razu ze starych gier Popoulusa ściągnij. Tam masz
                  pozycje boga juz na dzien dobry, a potem musisz wiarę w siebie umacniać
                  zapewniając poddanym dobrobyt.
                  a jak masz luźne 19,90 to kup sobie pierwsza częśc Black&White'a - czyli
                  jakkolwiek by to nie brzmiało - symulatora religii:) Tez jestes bozia, masz
                  swojego Chowańca - takie bydlatko, które może straszyc albo zdobywac ci
                  wiernych, budują ci świątynie i wzrastają w wierze. Rewelacyjna grafika, jak na
                  gierke prehistoryczną (chyba 97 lub 98 rok) no i genialny pomysł - wsysa na
                  całe miesiące - Maryś przez prawie rok nie odpalała nic innego i nawet nie
                  mogłem sobie powyrzynac tysięcy przeciwnikow w moich ulubionych strzelankach:(

                  P:)
        • 3promile Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 09:35
          Ależ skąd - wszak granic bronić trzeba ;-)
    • mamarcela Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 10:06
      To ja jako przedstawicielka płci, co to rywalizacji z założenia ponoć nie lubi
      powiem tak - rywalizacja jest do dupy! Wyscig szczurów jest do dupy!
      I niech mi nikt nie truje o postępie cywilizacyjnym i takich tam - przez takie
      podejście po świecie biega mnóśtwo nawiedzonych, niezadowolonych,
      sfrustrowanych ludzi, którzy juz niby mają prawie wszystko, a tak naprawdę do
      g... mają. I jeszcze ci wszyscy ludzie są mało ciekawi, bo juz po dziesięciu
      minutach z nimi wiesz o nich wszystko. Takie małe zawistne kujony, Ananiasze
      cholerne, "ja wiem", "ja umiem", "ja jestem lepszy, proszę pani"! Fuj.

      Poza tym rywalizacja jako taka kłóci sie z moją wypracowaną przez lata
      filozofia życiową, która zakłada, że jestem dla ludzi ogólnie życzliwa
      ponieważ mam ich głęboko w nosie (tzn. co mają, ile mają, co robią, jakiego są
      koloru, z kim, czy z czym śpią itd. itp).
      Ponadto uczestnictwo w wyścigu szczurów uniemozliwiłoby mi także rezygnację z
      postawy życiowej, która polega na przyglądaniu się światu i udawaniu przez
      większą część życia głupszej niż jestem.

      Ale chociaż nienawidzę rywalizacji w życiu kocham grać i wtedy lubię wygrywać.
      A juz szczególnie z facetami, ktorzy często maja lekceważący stosunek do
      umiejętności kobiet w tej dziedzinie. Chociaz jak przegrywam to też mi dobrze.
      W końcu to tylko gra.

      Jeśli natomiast gram w gry strategiczne to dokładnie tak jak Promil - mury,
      wieże, coby sie bronić, a w środku syci, szczęśliwi zapgradowani na maksa
      obywatele. :)
      • mamarcela Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 10:14
        errata
        uniemożliwiłoby = zmusiłoby mnie do

        Ponadto uczestnictwo w wyścigu szczurów zmusiłoby mnie takżę do rezygnacji z
        > postawy życiowej, która polega na przyglądaniu się światu i udawaniu przez
        > większą część życia głupszej niż jestem.

        Przepraszam, nie naczytałam przed wysłaniem
    • hajota Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 10:30
      Nie znoszę. Właściwie niewiele mogę dodać do wypowiedzi przedpiśców. Może tyle,
      że wyznaję chińską zasadę: siedź spokojnie nad rzeką, a pewnego dnia zobaczysz
      płynące nią trupy twoich wrogów.
      • daria13 Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 10:56
        Ja od dziecka rywalizacji nie znoszę. O tej sportowej już pisałam, żem była
        lapeta, a i inna też była mi wstrętną i tak zostało do dziś, głównie z powodów
        wyżej już opisanych. Ale jak tak głębiej pomyśleć, to chyba nie jest ta
        rywalizacjia tak do końca be, tylko istotne jest może w jakiej ona się odbywa
        dziedzinie. Weźmy takie konkursy dla przykładu. Wszak pisaliśmy kiedyś o
        wygranych w konkursach, z reguły konkursach literackich, lub okołoliterackich.
        Dlaczego braliście w nich udział? Dla sprawdzenia umiejętności tudzież dla
        nagrody. Pamiętam jak myślałam, że pęknę z dumy, gdy moje dziecię wygrało w
        dwóch poważnych dość konkursach poetyckich. Wcześniej jej wiersze traktowałam
        jak zabawę, potem spojrzałam na nie innym okiem, uświadomiłam sobie, że są
        naprawdę dobre. Pisaliśmy o budowaniu wiary w siebie. Wygrane w konkursach
        bardzo wydatnie w tym pomagają.
        Więc ja bym podsumowała następująco: rywalizacji jako wyścigowi szczurów
        zdecydowanie - nie, rywalizacji jako sprawdzeniu siebie - czasami tak.
        Tylko nie zawsze łatwo jest to rozróżnić. Dlatego ja się nie ścigam:)
        Pozdrawiam:)
        • kawa_malinowa Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 14:50
          Wszak pisaliśmy kiedyś o
          > wygranych w konkursach, z reguły konkursach literackich, lub
          okołoliterackich.
          > Dlaczego braliście w nich udział? Dla sprawdzenia umiejętności tudzież dla
          > nagrody.

          blad. po to, zeby nie musiec chodzic do szkoly. przychodzilam i mowilam - ze za
          kilka dni jest termin. to bylam zwolniona ze szkoly ;)
    • beatanu tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 10:42
      W sporcie i tylko tam widzę miejsce rywalizacji. Sama trenowałam, brałam udział
      w zawodach, NIGDY nie wygrałam z żadnego z nich, ale lubiłam pobijać własne
      rekordy życiowe, do tej pory rajcuje mnie, gdy uda mi się przepłynąć jakiś tam
      dystans szybciej, niż ostatnio...

      Nie podoba mi się natomiast rywalizacja w sportach, w których nie chodzi o
      proste "szybciej, wyżej, dalej" tylko o mniej lub bardziej obiektywną ocenę
      jurora. Np. jazda figurowa na lodach. Obserwowałam to wszystko od środka, bo
      przez kilka lat nasze dziewczyny pasjonowały się tą dziedziną i do klubu
      sportowego chodziły często, gęsto. Brrrr! Zawody kojarzyły mi się z wystawą
      psów, to był rodzaj konkursu piękności, w którym obok ubioru, makijażu (!!!
      chodziło o siedmio, ośmioletnie dzieci) i ogólnej gracji oceniano jeszcze to, w
      jaki sposób ktoś podskoczył i wykonał piruet... OK, jestem niesprawiedliwa,
      wiem. Ale nie lube, nie cenię i już! PS. Zeby nie było, że ja tak z zazdrości,
      bo córki nie zdobywały nagród. Akurat jedna z nich zdobywała :)

      A życie pozasportowe? Duch rywalizacji jest tutaj dla mnie nieistotny, co nie
      znaczy, że obcy... Pisaliśmy kiedyś o zazdrości, zastanawialiśmy się, czy
      zazdrość może być motorem napędowym naszych działań... Mam wrażenie, że z
      rywalizacją więcej ma wspólnego zawiść niż zazrdrość... Ale może się mylę.

      Nie wiem, czy ludzie rywalizujący ze sobą przy pomocy materialnych atrybutów
      zamożności i władzy są szczęśliwsi. Jeżeli tak, to niech im to na zdrowie
      wyjdzie.
      Ja czuję się zadowolona z życia, między innymi dlatego, że żyję sobie gdzieś
      obok tej hałaśliwej autostrady, na której odbywa się wyścig szczurów :)

      Problem pojawia się, gdy dorastają dzieci, gdy dokonują pierwszych ważnych
      życiowych wyborów - liceum, studiów... Czy chcemy, żeby nasze dzieci zostały
      outsiderami? Czy będziemy ze spokojnym sumieniem przyglądyć się ich ciężkiej
      przepychance na coraz bardziej kurczącym się rynku pracy?
      Wierzę, że jest jakaś trzecia droga :) W końcu nie bez powodu mianuję się
      niepoprawną optymistką!
      • beatanu ja też z erratą :) 24.01.06, 10:45
        jest
        > Nie podoba mi się natomiast rywalizacja w sportach, w których nie chodzi o
        > proste "szybciej, wyżej, dalej" tylko o mniej lub bardziej obiektywną ocenę
        > jurora.


        Ma być : mniej lub bardziej subiektywną ocenę...
      • brunosch Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 11:03
        > Problem pojawia się, gdy dorastają dzieci, gdy dokonują pierwszych ważnych
        > życiowych wyborów - liceum, studiów... Czy chcemy, żeby nasze dzieci zostały
        > outsiderami? Czy będziemy ze spokojnym sumieniem przyglądyć się ich ciężkiej
        > przepychance na coraz bardziej kurczącym się rynku pracy?

        To pytanie można odwrócić na nice i zapytać: czy chcemy, aby nasze dziecko było
        szczęśliwe? To znaczy - czy pozwolimy iść w nasze ślady - czyli czy pozwolimy na
        dystans wobec skokainizowanych pracoholików (z pełnym kontem, lecz pustką w
        sobie samym), czy pozwolimy na patrzenie w chmury i majtanie nogami na murku.

        Czy dla nas szczęście dziecka ma być tym, przed czym sami się uchroniliśmy?
        • beatanu o szczęściu dzieci 24.01.06, 11:30
          > To pytanie można odwrócić na nice i zapytać: czy chcemy, aby nasze dziecko
          było
          > szczęśliwe? To znaczy - czy pozwolimy iść w nasze ślady - czyli czy pozwolimy
          n
          > a
          > dystans wobec skokainizowanych pracoholików (z pełnym kontem, lecz pustką w
          > sobie samym), czy pozwolimy na patrzenie w chmury i majtanie nogami na murku.

          Truizmem będzie to, co powiem, ale powiem - oczywiście, pragniemy szczęścia
          naszych dzieci! I mamy nadzieję, że będą szczęśliwe niezależnie od tego, czy
          pozostaną na uboczu, czy wciągną się w wir konsupmcyjnego szaleństwa.

          Pisząc o "problemie" miałam na myśli fakt, że rzeczywistość dzisiejszego
          licealisty i studenta wydgląda ciut inaczej, niż wyglądała dwadzieścia kilka
          lat temu... Mój mąż mógł sobie pozwolić na przerwanie szkoły średniej i
          poznawaniu życia spoza ławki szkolnej, bo praca dla niewykwalifikowanej
          młodzieży leżała na ulicy. A gdy znudziło mu się roznoszenie listów i
          rozwożenie paczek, mógł bez problemów nadrobić zaległości w liceum dla
          dorosłych i spokojnie, bez pośpiechu rozpocząć studia. Dzisiaj takiej pracy dla
          młodzieży w zasadzie nie ma (nawet w ferie i wakacje nie jest łatwo o dorywcze
          dorabianie) a i możliwości nauki w liceach zaocznych kurczą się niesamowicie.
          Ja mogłam sobie "pozwolić" na studiowanie czegoś tak abstrakcyjnego jak język
          szwedzki, bez pomysłu na to, co będę dalej w życiu robić. Tutaj i teraz wygląda
          to ciut inaczej... Studenci mogą sobie studiować dla "przyjemności", ale
          zaciągają niesamowite długi i kiedyś będą je musieli spłacić... Cały system
          bazuje na zasadzie - zdobywysz wykształcenie = zdobywasz zatrudnienie. A to
          przecież wcale nie jest oczywiste. Bezrobocie dotyczy również osób z wyższym
          wykształceniem.

          To tyle. Takie sobie lekkie obawy rodziców dorastajcych córek...






          • mamarcela Re: o szczęściu dzieci 24.01.06, 12:13
            Tu ośmiele się wtrącić. Mam dwoje dzieci i dwa kompletnie różne doświadczenia
            związane z radzeniem sobie z wyścigiem gryzoni. Ale poniewaz numero due jest
            stosunkowo młode jeszcze i właśnie się z tym problemem boryka (bardzo boleśnie
            nawiasem mówiąc) skoncentruję sie na numero uno, które właśnie powoli
            przymierza się do różnych życiowych wyborów.
            Dziecię moje starsze jest dodatkowo w tej specyficznej sytuacji, że obserwuje
            dwa światy - mamusi lekkiej outsiderki i tatusia - pracoholika na granicy
            szaleństwa.
            Zacznijmy od tego, że numero uno kończyło prywatną podstawówkę, gdzie
            naobserwowałyśmy sie obie nawiedzonych rodziców i przestymulowanych dzieci,
            które orgazmu dostaja na widok trzepaka, bo wożone z koni na tenisa, z tenisa
            na karate, a z karate na golfa, nigdy czegoś takiego nie widziały. Zresztą o
            rodzicach i moim poglądzie na wychowanie dzieci (jako towarzyszenie im) dużo
            pisałam w brochowym wątku o dzieciach więc sie nie będe powtarzać.
            Po podstawówce numero uno dostało się do świeżo otwartego gimnazjum przy
            szacownym i renomowanym liceum. I tam sie dopiero zaczął cyrk. Łomatko bosko.
            W konsekwencji po pierwszym semestrze dziecię, wymęczone na psychice jak nie
            wiem co, przeniosło się do dobrej klasy w normalnym gimnazjum, a potem radośnie
            złożyło papiery do liceum plasującego się wyżej w rankingu Perspektyw niż
            rzeczone od zabijającego dzieci gimnazjum. Zanim przenosiny zostały dokonane
            moja wówczas trzynastoletnia córka powiedziała mi tak: "Mamo, ja oczywiście
            moge sie przemęczyć, zacisnąć zęby, zapisać się tak jak moje koleżanki na
            korepetycje, ale po co?" I ja w tym momencie zrozumiałam, że to moje dziecię
            da sobie radę w życiu bez względu na okoliczności. Potem się zresztą okazało,
            że wszyscy, którzy w tym nieszczęsnym gimnazjum zostali to albo jadą na korkach
            ze wszystkiego, albo musieli przejść do znacznie gorszych liceów, bo
            psychicznie nie wyrabiali.
            A moje radosne dziecie jedzie sobie na trzecim, czwartym miejscu w klasie, bez
            żadnych korepetycji, nie przemęczając się specjalnie i fajnie jest.
            Drugą poważna rozmowę na temat wyścigu szczurów miałyśmy troche później i
            podczas tej rozmowy ustaliłyśmy, że skoro i tak niewykluczone jest, że będzie
            kiedyś musiała sprzedawać pietruszkę, albo zajmować sie agroturystyką (fajne
            zajęcie swoją drogą) to lepiej, żeby to robiła jako szczęśliwy socjolog,
            etnolog lub filozof niz jako nieszczęśliwy specjalista od marketingu i
            zarządzania. :)
        • daria13 Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 11:46
          Patrzenie w chmury i majtanie nogami na murku jest bardzo miłe, ale za to nie
          da się przeżyć godnie.Beata bardzo dobrze to ujęła: kurczący się rynek pracy.
          Weźmy pod uwagę to, że nasze pokolenie w okresie podejmowania pracy nie
          borykało się z takimi problemami, z jakimi borykają się dziś absolwenci.
          Chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe, żeby nie były materialistami, żeby
          miały czas na własne życie, ale nie chcemy, żeby były bezrobotne. Brak pracy i
          bieda bardzo upakarzają, a wtedy nie ma mowy o szczęściu.
          Problem poruszony przez Beatę jest cholernie trudny. Jeszcze nie teraz, ale za
          kilka lat jestem pewna, że będzie mi spędzal sen z powiek:(
          P:)
          • brunosch Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 12:31
            Piszesz Dario:
            > Patrzenie w chmury i majtanie nogami na murku jest bardzo miłe, ale za to nie
            > da się przeżyć godnie.

            Nie rozumiem. Nic a nic.

            Odwracając problem - czy godne życie zapewnia nam tylko nieprzytomna pogoń za
            forsą i zaszczytami? Czyżby dystansowanie się od wyścigu szczurów odbierało
            możliwość godziwego życia? I w związku z tym - czy wybitny naukowiec, architekt,
            archeolog i Bóg wie kto jeszcze, nie ma prawa wyhamować, bo jego życie
            gwałtownie stanie się marne?
            ***
            Dyskusja dotyczy przecież roli rywalizacji w naszym życiu (od przedszkola do
            grobowej deski) a nie o sytuacji na rynku pracy.
            • daria13 Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 13:26
              brunosch napisał:
              > Dyskusja dotyczy przecież roli rywalizacji w naszym życiu (od przedszkola do
              > grobowej deski) a nie o sytuacji na rynku pracy.
              Kochany Bruno, zauważ, że niemal nigdy nie trzymamy się w naszych rozmowach
              meritum wątku. Z reguły skręcamy w różne strony, tak jak nas dyskusja
              poprowadzi.
              Ja z kolei nie rozumiem dlaczego musimy wpadać w takie skrajności. Ja mówię o
              tym, że bieda upadla i sprawia, że człowiek staje się zgorzkniały, a Ty z
              Brainem, że od razu wyścig szczurów, majbach i nowe piersi dla żony;) A gdzie
              miejsce dla środka, czyli mieć pracę i to taką, która jednak dobrze by było
              gdyby była zgodna z zaitneresowaniami i wykształceniem, ale niekoniecznie
              najlepiej płatna i niekoniecznie zajmująca większą część czasu w życiu. Skoro
              można przeżyć z każdej pracy, to po co właściwie się uczyć, studiować,
              kształcić się, tracić czas, który można poświęcić na zabawę i przyjemości.
              Wciąż skrajności. Nie chcę dzieci uczyć, że mają się zabijać dla kariery i
              pieniędzy, ale też nie chcę zrobić z nich osobników olewających kwestie
              wykształcenia i pracy.
              Dopóki żyjemy sami dla siebie łatwo nam jest olać, żyć po swojemu, siadać jak
              najczęściej na murku. Kiedy jednak pojawia się odpowiedzialność za cudze życie,
              za swoje dzieci jednym słowem, zaczyna się inna bajka. I bardzo boli, kiedy
              musisz odmawiać swoim dzieciom różnych rzeczy, których one pragną i nie mówię
              tu o najdroższym zestawie Lego, czy o markowych spodniach.
              Mówię tu o naturalnym dążeniu człowieka do życia wygodnego, życia w poczuciu
              bezpieczeństwa, niekoniecznie z drogim samochodem i w drogim futrze. Czy to
              jest takie złe?
              Pozdrawiam:)
          • braineater Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 12:59
            Jak Bruno, zupełnie tego nie kumam. Wyjdzie ze mnie naziol i populista, ale ja
            po prostu nie wierze w brak pracy. Wierzę, że może brakować stanowisk za 2k i
            więcej na rękę, ale nie brakuje pracy. Jesli potrzebna mi kasa, podejmuje się
            każdego, nawet najgłupszego zajęcia, za 600 czy 800 zet i mam ją. Nieważne, czy
            to będzie sprzedawanie uliczne kaset discopolwoych, czy będzie to cieciowanie
            po nocach na jakimś zadupiu, obsługa baru, czy udzielanie korków
            przestymulowanym małolatom. Szlag mnie zreszta trafia, jak widze pacjentów z
            moich studiów, ktorzy od magisterki wiszą na swoich rodzicach, bo nie ma pracy -
            żaden sie nie ruszy nawet w okolicy by powiesic pare ogłoszeń o korkach. To
            tez chyba ma związek z ta idiotyczna rywalizacją - no przeciez nie pójde z moim
            wykształceniem i mozliwościami zmieniac basenow za 500 pln. A ch..a tam - praca
            to praca, cos co się wykonuje przez kilka godzin dziennie, żeby miec kasę i
            spokoj i tyle.
            Natomiast jeśli od najwczesniejszych dni przyzwyczaisz dzieciaka do tego, ze ma
            byc najlepszy, najszybszy, najpiękniejszy (bo przecież w Twoich oczach, rodzicu
            hipotetyczny, i tak jest), to on później wpadnie w takie schematy - nie po to
            się tyle uczyłem, tego nie będe robic, to mi się nie podoba. I przewalone - bo
            albo będzie do konca zycia udowadniał wszystkim, że naprawde jest najlepszy i
            przed 30 padnie na zawał serca, z nosem niedroznym od kilogramow spida, albo
            zmieni się w stekająca mymłe i pasożyta, której nikt nie docenia, a ona przeca
            taka mądra, ynteligentna i wykształcona.
            Jako nierodzic mam wrażenie wziete tylko z doswiadczeń na sobie samym i
            obserwacji znajomych, ale cały czas mi wychodzi, że najlepiej poukladane mają
            życie ludzie, którzy wiedza w którym momencie sobie odpuscic, wrzucic wajhe na
            luz i pogrązyc sie w spokojnej obserwacji świata. Tu się coś zrobi, tam się coś
            przyrobi na boku, tu jakas niespodzianka spadnie z nieba (wbrew wrogiej
            propagandzie takie rzeczy zdażają się często) i mozna spędzic zycie tak jak się
            lubi - bez napinania się, bez świrowania za kasą, majbachem, nowymi piersiami
            dla zony i tym podobnymi bzdurami. A dla ludzi po studiach, maturach i nawet po
            zawodówkach, pracy jest od cholery, tyle, że nie należy sobie wmawiać, że praca
            to coś, co nas uszlachetni albo da nam satysfakcję - prędzej wkurwi i wymęczy,
            ale na chleb i fajki da się zarobić zawsze.
            (wszystko powyższe oczywiście odnosi się do 'etatów' i jobów na umowy - bo to z
            czego się czerpie przyjemnośc, a po drodze przynosi jakis dochod to nie praca:)

            P:)
            • mamarcela Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 13:26
              To ja się do was chłopaki przyłączę.
              Ja alergii dostaję na samo stwierdzenie "życ godnie" w odniesieniu do ludzi w
              wieku przedemerytalnym. Bo jesli chodzi o staruszków , co to przez całe życie
              zasuwali to faktycznie nalezy im się "godna emerytura i godne życie".
              Od jakich dochodów zaczyna sie bowiem do "godne życie"? Ja sama "żyję godnie"
              według moich standardów (mam co jeść, gdzie mieszkać, stać mnie na książkę -
              choć nie wszystkie, kino, wakacje, ciuchy, choć wszystko w granicach rozsądku),
              a według standardów większości ludziw tym kraju nawet dostatnio, ale mam takich
              znajomych, którzy twierdzą, że z moim dochodem nie przeżyliby tygodnia. Co
              ciekawsze są to znajomi, którzy jeszcze dziesięć lat temu wpraszali się na
              obiad, żeby trochę zaoszczędzić.
              A poza tym żyję godnie, bo jestem, kurcze blade godną osobą, a przynajmniej
              staram się być.

              godny ~ni, ~niejszy
              1. «wart czegoś lub kogoś, zasługujący na coś; stosowny, odpowiedni, właściwy»
              Godny podziwu, zaufania.
              Syn godny ojca.
              Dzieło godne mistrza.
              Szczegóły godne zapamiętania.
              Nic godnego uwagi.
              Ktoś jest bardziej godny współczucia niż zazdrości.
              2. «pełen poczucia własnej wartości, wyrażający to poczucie, wzbudzający
              szacunek, poważany»
              Godne postępowanie, zachowanie.
              Godna postawa.
              Zachowywać się w sposób godniejszy niż zwierzchnicy.

              I gdzie tu jest miejsce na to życie nie za 500, ale co najmniej 10 000 PL
              miesięcznie?

              A wracając do dzieci to znam kilkoro bezrobotnych absolwentów trzech kierunków
              z czterema językami itd. i kilkoro bardzo "godnie żyjących" radosnych
              chłoptasiów po zawodówkach, albo i nie po, więc nie ma na to "godne życie"
              chyba recepty.
              P:)
              • braineater Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 13:43
                inne postawienie pytania: na ile to, co wydaje nam sie niezbedne, jest nam
                naprawdę niezbedne, a na ile po prostu dalismy sobie to wszystko skutecznie
                wmówić. Wychodzac z założenia, że potrzebe są tylko dach nad głową, jakies
                jedzenie, jakis przyodziewek i fajki, całą reszte traktuje się jako przyjemne,
                ale nie niezbedne drobiazgi. Nie wiem, może to wychowywanie się w klasycznym
                śląskim familoku, gdzie pieniędzy nie było nigdy na to by szaleć, ale zawsze na
                to by coś zjeśc i mieć sie w co ubrać, tak mi zorało psychę, że nie widze
                potrzeby posiadania czegoś więcej.
                Może dobrze mi się gada, bo zawsze miałem jakąś pracę, nauczyłem się zarabiać
                na siebie jeszcze w liceum, ale jakoś nigdy mnie to nie nauczyło fetyszyzowania
                pieniędzy i pracy. Są albo nie - w obu sytuacjach jest równie wiele dróg by
                sobie z tym poradzić. Cieszy mnie zarówno, jak mogę sobie cała kasę ze zlecenia
                puścić w ciągu jednego dnia, na pierdołki sprawiające radość Marysi i mnie, ajk
                równiez cieszy mnie, że potrafie pod koniec miesiąca namówic przygodnego
                człowieka na ulicy, by 'pożyczył' 20 groszy, ktore brakuja mi do najtanszych
                fajek. Obie sytuacje sa po prostu życiem, i trzeba sobie z nim umieć radzić -
                zarówno z bieda, jak przez dwa lata nie bardzo masz gdzie mieszkać oraz
                pojawiają sie rozliczne poboczne problemy, tak i z posiadaniem kasy, tak by z
                niej nie czynić fetysza i jedynego celu. I w obu sytuacjach mozna żyć godnie.
                A temat praca vs satysfakcja już parokroć tłumaczyłem:) Jak się ma satysfakcję
                to znak to, że nie jest to praca po prostu, tylko zajęcie ktore lubimy. A jak
                się ma pieniądze, a nie ma satysfakcji, to jest to praca:)

                P:)
                może jednak nie powinienem miec dzieci....:)
      • stella25b Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 11:49
        beatanu napisała:

        > W sporcie i tylko tam widzę miejsce rywalizacji.

        A ja sie zastanawiam o co chodzi w dzisiejszym sporcie. Czy tylko o wielkosc
        srodkow dopingujacych czy o sportowca tez.
        • beatanu Re: tylko w sporcie a i to nie zawsze... 24.01.06, 11:56
          stella25b napisała

          A ja sie zastanawiam o co chodzi w dzisiejszym sporcie. Czy tylko o wielkosc
          > srodkow dopingujacych czy o sportowca tez.

          Hmm. ja też się czasami zastanawiam, czy to, co nam pokazuje telewizja pt.
          transmisja z Mś czy olimpiady jakiejś tam jeszcze można określić mianem
          sportu...

          Ja sobie tak naiwnie myślałam o klubie sportowym w Wólce Górnej, w którym
          zapalony trener uczy maluchów zasad zdrowej rywalizacji w sporcie właśnie...

          :-)
    • ben-oni Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 13:16
      Rywalizacja jest O.K. ale tylko w zabawie i tylko wtedy gdy nas bawi. Dlatego w
      sporcie oczywiście też. W życiu codziennym nie sprawdza się. Prowadzi do
      konfliktów i z czasem przesłania cel, koncentrując uwagę zawodników na samym
      współzawodnictwie. (zakiwanie się na śmierć) Stąd już tylko mały kroczek do
      świństw, podsrywań, zawiści, kradzieży, zbrodni. Zasada, że wygrywający bierze
      wszystko (podstawa amerykańskich szkół zarządzania), sugeruje, że wysiłek tego,
      który przegrał był głupotą i zbędnym marnowaniem czasu i pieniędzy. Drugi
      to "klęska". No i masz zaraz kupę frustratów strzelających do uczniów i
      nauczycieli w szkole w Kansas, alkoholików - niedoszłych Robertów de Niro w
      knajpach LA, narkomanów sportowców, którzy nie zdobyli mistrzostwa szkoły.

      A co do kobiet. Są wspaniałe... Sorry, odbiegłem myślami od tematu. :))
      Mężczyzn współzawodnictwo to atawizm. Pozostałość życia w stadzie kiedy nasi
      praprzodkowie musieli zdobyć możliwie dużo samic (by skrzętnie wymieszać swoje
      geny), a następnie obronić to stado przed zalotnikami. Tak myślę. :))
      • 3promile Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 13:36
        ben-oni napisał:

        Rywalizacja jest O.K. ale tylko w zabawie i tylko wtedy gdy nas bawi. Dlatego w
        sporcie oczywiście też.

        Eeee tam, bzdura - mylisz sport, którego istotą jest zwycięstwo (a nie sam
        udział, jak to często nam wmawiają sprawozdawcy po kolejnej porażce
        biało-czerwonych) z rekreacją, czyli na przykład poprawianiem własnych wyników w
        wykonaniu beatanu.
        Pytanie, które należy sobie zadać, brzmi: Gdyby ben-oniowe podejście "W życiu
        codziennym nie sprawdza się. Prowadzi do konfliktów i z czasem przesłania cel,
        koncentrując uwagę zawodników na samym współzawodnictwie" było powszechne, to
        czy ten świat posuwałby się do przodu (zakładając, że faktycznie się posuwa, a
        nie np. zbacza w meandry odhumanizowanej technologii i wszechobecnej
        specjalizacji). Czy to nie rywalizacja spowodowała, że nie siedzimy ciągle w
        jaskiniach?
        Reasumując: niech ta niechęć do rywalizacji pozostanie sobie jak fanaberia
        aspołecznych indywiduów, ale w normalnym życiu grupy twarde łokcie, stalowe
        płuca i skóra nosorożca są po prostu niezbędne. Amen.
        • mamarcela Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 13:44
          Czyli na tym forum same aspołeczne indywidua sie zebrały?
          No, prawie same. :)
          Fajnie.
          Uwielbiam aspołeczne indywidua.
          i serdecznie je pozdrawiam
          mamarcela całkiem aspołeczne indywiduum z rooibosem waniliowym
          • 3promile Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 13:54
            Tak jakoś chciałem delikatnie dać do zrozumienia TWAczom, że rozstrząsanie praw
            i zachowań przynależnych społeczeństwu przez grupę zupełnie wobec tego
            społeczeństwa niereprezentatywną jest takie trochę nie tenteges ;-)
        • ben-oni Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 13:57
          Uprawiałem swego czasu półprofesjonalnie dwie dyscypliny sportu, piłkę ręczną i
          szachy. I wyobraź sobie, że nigdy nie stawiałem sobie za cel nadrzędny wygraną.
          Liczyło się to, czy ten sport (jego uprawianie) mnie bawi. W piłce ręcznej jest
          łatwy sposób na wyeliminowanie z gry bramkarza (ja byłem bramkarzem). Wystarczy
          z odległości trzech metrów przydzwonić mu w baniaka lub przyrodzenie. Ale
          funkcjonuje niepisany kodeks honorowy chroniący bramkarzy przed takimi
          zagrywkami. (bo to nie jest faul!) Dziwne, że w USA i GB nie grają w
          szczypiorniaka???
          Gdyby rozwój polegał na współzawodnictwie rozumianym jako walka, Europą
          rządziliby do dziś potomkowie Atylli. Lavoisier ryłby dołki pod Mendelejewem,
          Markoni zabiłby Popowa.
          Postęp związany jest ze współpracą. Wśród goryli jest wieczna rywalizacja a
          nawet pisać nie potrafią.:)))
          • 3promile Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 14:11
            A to dobrze trafiłeś, bo też byłem bramkarzem ;-) O ile w kwestii strzelania w
            torbę pełna zgoda (choć uważam, że dużo większym świństwem był strzał w ucho -
            krwawiło jak cholera, ale to było w czasach, gdy przed meczem zawijało się piłkę
            w taką czarną smolistą taśmę izolacyjną, żeby później lepiej kleiła się do
            ręki), o tyle w kwestii rywalizacji nie do końca - sprowadzanie problemu
            rywalizacji do poziomu ilości posiadanych krów/wiosek/nałożnic jest
            nieuprawnione - rywalizacja Oxfordu i Cambridge pod względem wielkości parkingu
            "tylko dla noblistów" to taka sama rywalizacja, jak między gorylimi samcami; po
            prostu ktoś musi być lepszy i zarówno w naturze ludzi, jak i reszty zwierzyńca
            leży to, żeby jakoś to rozstrzygnąć.

            PS. Współpraca nie wyklucza rywalizacji, ani rywalizacja nie wyklucza współpracy
            - szympansy potrafią się zorganizować w większą grupę składającą się z kilku
            rodzin, żeby powiększyć swoje terytorium, a wśród ludzi istnieją np. sporty
            zespołowe (no i wojskowe sojusze) ;-)
            PS.2. "Uprawianie szachów" to brzmi dumnie! ;-)
    • nienietoperz Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 13:19
      Pozwole sobie poplynac pod prad:-)

      Rywalizacja jest OK, rywalizacja jest w porzadku, dodaje adrenaliny, motywacji,
      zabawy. Wszystko to pod jednym warunkiem - ze samemu sie przedmiot tej
      rywalizacji definiuje, a nie daje sie wcisnac w wyscig dookola siebie bez chwili
      zastanowienia, czy naprawde interesuje mnie nagroda (to mniej wazne) i czy
      ciagnie mnie sam proces scigania sie (to zasadnicze). Kwestia wyscigu
      finansowego mnie nie obchodzi kompletnie; kwestia dobrego samochodu jest
      irrelewantna (anglicyzm, wiem, ale za to jaki wdzieczny), bo i tak nie umialbym
      nim jezdzic i nie chcialo by mi sie go myc.
      Za to jesli mam cos robic w miare wymiernego, cos co lubie robic tak czy
      inaczej, to jestem gotow wyjsc z siebie, zeby robic to jak najlepiej - jesli mam
      grac w pilke czy w karty, nie starajac sie, to po co w ogole zaczynac? Jesli
      mam wybierac problemy w pracy naukowej wylacznie pod katem: latwe i nieciekawe =
      warto sie za to zabrac, bo nikt inny mnie nie uprzedzi i za bardzo sie nie
      zmecze, to po co komu taka praca w ogole? W sprawach, ktore sa dla mnie wazne
      (teraz matematyka, kiedys brydz), zalezy mi na uznaniu ludzi, ktorzy sie na tym
      znaja. Nie chodzi tu o masowa popularnosc, ktora jest nota bene praktycznie nie
      do uzyskania, chodzi raczej o ten sam rodzaj satysfakcji, ktory sie ma, kiedy na
      przyklad ktos, czyje wypowiedzi na forum znasz i szanujesz, doceni Twoj post. A
      przeciez walka o czyjes uznanie to tez rywalizacja, n'est ce pas?

      Stuprocentowo zgadzam sie skadinad z BeataNu, ze 'sporty' w ktorych wygrana
      zalezy od usmiechu pani juror, od tego, czy wypiecie pupy w lewo czy w prawo
      spotkalo sie z uznaniem gawiedzi, sa zalosne.

      Podsumowujac: rywalizacja jako dodatkowa motywacja do starania sie o to, na czym
      Ci zalezy - tak, tak, o yes!

      rywalizacja jako Pawlowowski odruch porownywania sie z sasiadem w kwestii
      dowolnej - blleee.


      Uklony,
      nn

    • itek1 uwagi do przeciwnikow rywalizacji 24.01.06, 13:42
      Wydaje mi sie, ze zeby sie nie pogubic, chwilowo nalezy rozroznic rywlizacje, o
      to zeby wiecej miec kasy od tej, zeby lepiej/szybciej cos zrobic.
      W Polsce obecnie w dalszym ciagu popularniejsza jest ta pierwsza.
      Mnie chodzi o ta druga troche bardziej.
      Wiecie, zastanawialem sie nt. tego co napisal Broch w sasiednim watku, opisujac
      niekompetentna pania prowadzaca koncert i reakcje Amerkancow na nia. Moge sie
      zalozyc, ze ta pani nie lubi rywalizowac, zachowuje sie troche jak na
      podrzednych krajowych konferencjach naukowych niektorzy prelegenci- sprawiajacy
      wrazenie, ze wystepuja jedynie dlatego, ze musza, nie dlatego, bo cos zrobili
      lepiej niz inni. Na konferencjach z udzialem Amerykanow czy Japoncow trend jest
      zupelnie inny. Zastanawialem sie co by mnie uchronilo od zachowania sie tej pani
      i odpowiadam Wam- poczucie zdrowej rywalizacji, zeby jako reprezentant kraju nie
      robic z siebie idioty. I zgadzam sie z tym co Broch napisal, ze Amerykanin
      bedzie ocenial Polske na podstawie tego co sam zobaczy na wlasne oczy w trakcie
      takiego wystepu, gdyz on rywalizacje mawe krwi (podobnie jak np.Japonczyk) i to
      dla nich jest niezrozumiale, ze jakas kaszana ma miejsce (mysli sobie chyba taki
      jeden z drugim, ze ta kobita jest najlepsza sposrod kondydatek do tej roli, a
      taka beznadziejna, albo co gorsze,ze Polacy sa tak niekompetni, ze nie umieja
      wybrac lepszej).
      Jednak mentalnosc Polakow mlodszych jest chyba juz inna. Np. biora udzial w
      prestizowych konkursach programistycznych i je wygrywaja. Jesli o cos zostaja
      zapytani mowia skladnie i na temat po angielsku.

      To tylu, brak mi dzis czasu na wiecej pisania- mam nadzieje, ze nie pokrecilem
      za bardzo swoich mysli na zadany temat.
      P:)
      • braineater Re: uwagi do przeciwnikow rywalizacji 24.01.06, 13:53
        itek1 napisał:

        Zastanawialem sie co by mnie uchronilo od zachowania sie tej pan
        > i
        > i odpowiadam Wam- poczucie zdrowej rywalizacji, zeby jako reprezentant kraju
        ni
        > e
        > robic z siebie idioty.

        Ale kiedy to nie jest w moich oczach żadna rywalizacja. Po prostu nie chcesz
        wyjśc na idotę, bo było by Ci przykro, gdybyś wyszedł. Nikt nie lubi robic z
        siebie głupka, więc to chyba jest najnormalniejsze na świecie. Z czym tu
        rywalizujesz? Nie ze stareotypem, bo go i tak nie zmienisz. Nie z ludźmi, bo
        cokolwiek byś nie powiedział i nie zrobil, oni i tak bedą mieli własne zdanie
        niekoniecznie oparte na racjonalnych przeslankach i jesli beda chcieli Cie
        uważac za idiote, to będa uwazali i nie masz jak tego zmienić. Więc po prostu
        działasz po to, by móc sobie wieczorkiem przed zasnieciem powiedzięc - no, nie
        wyszedłem na głupka.

        > Jednak mentalnosc Polakow mlodszych jest chyba juz inna. Np. biora udzial w
        > prestizowych konkursach programistycznych i je wygrywaja. Jesli o cos zostaja
        > zapytani mowia skladnie i na temat po angielsku.

        Nie to, ze się czepiam, ale skoro sa tak nastawieni na rywalizację to skąd sie
        biora te kilometrowe kolejki 20 latków karnie ustawiających się po po zasiłek?
        Dlaczego nie pójdą chocby do najgorszych prac, żeby udowodnić swiatu - w koncu
        rywalizują - że potrafią cokolwiek?

        P:)


        > To tylu, brak mi dzis czasu na wiecej pisania- mam nadzieje, ze nie pokrecilem
        > za bardzo swoich mysli na zadany temat.
        > P:)
        • itek1 Re: uwagi do przeciwnikow rywalizacji 24.01.06, 14:00
          > Ale kiedy to nie jest w moich oczach żadna rywalizacja. Po prostu nie chcesz
          > wyjśc na idotę, bo było by Ci przykro, gdybyś wyszedł.

          Po pierwsze ja, jako Itek bylbym wyszedl na idiote, po drugie ja, jako czlowiek
          z zadupia- Polak bylbym powodem uzasadnionych zartow. Czlowiek tak juz ma, ze
          ocenia rownoczesnie na wielu plaszczyznach-jako jednostke i jako reprezentanta
          pewnej wiekszej calosci. Czy tego Brainy chce czy nie:)
          • braineater Re: uwagi do przeciwnikow rywalizacji 24.01.06, 14:14
            AAAAAAAAA
            bo ty masz jeszcze właczoną opcje myślenie bardziej globalne, czyli ja jako
            ktoś tam, element czegoś tam, czy tez przedstawiciel jakiejś okreslonej częsci
            społeczenstwa, a nie tylko ja jako ja i tylko ja.
            To faktycznie sie nie dogadamy, bo u mnie takie myślenie nie działa i naprawdę
            gdyby zdarzyło mi się po pijaku prowadzic prelekcje dla jakis zagramanicznych
            elit, to wstyd potem było by mi za Braineatera a nie za jakiś abstrakcyjnych
            Polaków, których miałbym jakoby reprezentować. Między innymi dlatego tez nie
            wypowiadam się w Brochowym watku i zupełnie nie kumam o co ta cała afera, bo w
            sumie jest mi obojetne, że jakas biedna pani zrobiła z siebie pajaca, a ktoś
            będzie na tyle głupi, by jej zachowanie przenosić potem na ewentualny kontakt
            ze mną, czy kimkolwiek innym, kto mial przpadkowo okazje byc częscią tej samej
            społeczności, co ta pani. W ogóle tej formy myślenia nie kumam. Człowiek
            kontaktuje sie z jednostkami, a nie jakimis wymyslonymi na potrzeby nauki
            sztucznymi tworami, typu społeczenstwo, naród, Polacy itp. i do kazdej
            jednostki musi sobie znaleźc własne drogi i własne oceny.
            Czyli się raczej, by zachowac tradycje - nie dogadamy:)

            P:)
            • itek1 Re: uwagi do przeciwnikow rywalizacji 24.01.06, 14:27
              Ja mam tak z ludzmi, jak mniej wiecej z miastem, ktore zwiedzam w czasie
              wakacji. Jedna z kamieniczek, z ktora sie pilniej zaznajomilem np. w Ferrarze
              jest dla mnie reprezentatem calej Ferrary, jak mysle o Ferrarze mysle o tejze
              kaminiczce (czy tego chce,czy nie), jak oceniam Ferrare to troche przez pryzmat
              tej kamieniczki. Tak to u mnie dziala. I czuje sie jak ta kamieniczka. Mam
              nadzieje, ze jestem zrozumialy.
              P:)
              • braineater Re: uwagi do przeciwnikow rywalizacji 24.01.06, 14:38
                to tylko podkresla rózniće miedzy nami. Bedac w ukochanej Barcelonie, nie moge
                jej sprowadzic do jednego elementu - to będa zarówno Ramblas, jak i małe
                blokowe uliczki zamieszkane przez Murzynów i koty, to bedzie pomnik Kolumba,
                ale i szalencze ceramiki Miro, to bedzie i obskurny MacDonalds przy wjeździe do
                miasta i XIX secesyjna kawiarnia, to bedzie i Sagrada i i muzeum Picassa.
                Dopiero te elementy tworza mi jakis obraz, który automatycznie przychodzi mi do
                glowy gdy mysle o tym mieście.
                Całkiem inaczej jestesmy chorzy psychicznie, ale to chyba dobrze:)

                P:)
      • mamarcela bicie własnych rekordów 24.01.06, 13:54
        Czyli zrobił sie nam tutaj kompletny misunderstanding.
        Dobra.
        To ja napiszę tak: w rozumieniu nienietoperzowym i itkowym z drugiego postu -
        jestem za rywalizacją. Ale tylko jeżeli jest ona tożsama z "biciem własnych
        rekoedów" Beaty. I wtedy jeśli się bijąc własny rekord niejako przy okazji
        pobije rekord świata, czy nawet wszechświata, to należy się cieszyć, że nam się
        udało. Kurczę, bo bijąc własne rekordy nie myślimy, żeby nikogo wykosić po
        drodze.
        P:)
    • kawa_malinowa Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 14:49
      nie lubie. ani w zyciu, ani w edukacji. nie lubie musiec czegokolwiek
      komukolwiek udowadniac. nie lubie przegrywac. nie lubie rozmawiac z
      przegranymi, bo widze, ze jest im przykro.

      na olimpiadzie, na centralnym, uslyszalam kilka historii. jedna jest o liceum z
      nad morza nastawionym na masową produkcje olimp[ijczykow. lekcje to fikcja - po
      prostu od pierwszej klasy wybierasz z czego bierzesz udzial w olimpiadzie i
      tyrasz. drugie o liceum wroclawskim - nie bierzesz udzialu w trzech
      olimpiadach, jestes nikim. dziekowac za moje prowincjonalne miasteczko ;)
    • agni_me Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 15:27
      Trochę się nie mieszczę w tych rozważaniach o rywalizacji, bo nie mam na ten
      temat żadnych filozoficznych przemyśleń. Nie lubię rywalizacji bo jestem
      leniwym kanapowcem i to jedyny powód. Wstrętem napawa mnie każdy niepotrzebny
      wysiłek. Obowiązki zawodowe odwalam szybko, solidnie i uczciwie, ale robię to
      tylko po to, żeby potem nie poprawiać i nie tracić czasu przeznaczonego na
      lenistwo. Sport mnie nie interesuje, bo samo patrzenie na pot innych sprawia,
      że się męczę. Brak mi ambicji by coraz lepiej, coraz dalej, coraz mądrzej,
      coraz więcej. Co oczywiście nie znaczy, że nie podziwiam tych, którym się chce.
      Najlepiej, żeby chciało im się też i za mnie.
    • paternostwer Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 16:37
      oj to jeszcze ja się dorzucę, przylazłam tu za waszymi nickami:-)
      Będę się dorzucać w kwestii: rywalizacja jako bicie rekordów, oraz skok na kasę,
      żeby fundnąć nowe piersi mężowi.
      Ja mam za sobą ostry wyścig szczurów, w którym też nieźle popylałam.
      Stało się tak, ponieważ, w przeciwieństwie do większości tu, miałam bakcyla
      wyścigu wżartego pod skórę.
      Cóż nie wspominam tego źle, mimo, że większość współszczurów w okolicach
      trzydziestki zamieniła się w emerytów: no wypalili się i ja w jakimś sensie też.
      Z peryspektywy lat stwierdzam, że walka była bez sensu, nasze wizje bycia
      najlepszymi z najlepszych pokruszyły się. Ale ten etap miał jednak swoje plusy,
      skok na kasę, bo kasa się z tym wiązała, udał mi się o tyle, że mam mieszkanie,
      a nie miałam, mam też różne dobra typu lodówka i mp3 oraz mam na takie jedno
      marzenie, będące też koniecznością, muszę ze względu na dzieci, wynieść się poza
      miasto.
      No, a teraz konkrety: rywalizacja rozumiania jako doskonalenie siebie i
      ładowanie kabzy, tudzież kolekcjonowanie stanowisk zabija. Zabija przyjemność
      życia. To wirus, który toczy człowieka aż po grób. Tymczasem jak mówi
      przysłowie: nikt jeszcze na łożu śmierci nie cierpiał, że za mało pracował.
      Rozmawiałam z wieloma staruszkami i oni zawsze użalali się nad niespełnionymi
      miłościami, nad tym, że zabrakło im czasu na takie czy inne marzenie. Nigdy
      natomiast nie mieli do siebie pretensji, że wzięli L-4, a mogli przecież pójść
      do roboty.
      Ponieważ już powiedziałam, że rywializacja to wirus, dodam jeszcze, szczepiony
      nam przez oficjalną propagandę, uważam, że powinno się go zwalczać. Również dla
      dobra dzieci, wiem co mówię, bo mam dwoje. Łatwo wpaść albo w szaleństwo: "mój
      syn jest lepszy od Stasia" i paskudzić synowi charater, albo w inne "Mój syn
      musi sobie poradzić, więc od pieluch na konie go i na korki", albo co bardzo
      częste " Muszę być, kruca bomba, najlepszą mamusią". Wszystkie te choroby, z
      jednego wirusa, kończą się nie teges.
      Po latach ostrego wyścigu dochodzę do wniosku, że trzeba żyć tak, żeby było
      fajnie. Rozumiem ludzi, którzy mordują się, bo zbierają na dom. Jak im w domu ma
      być fajnie to ok. Gorzej jak wpadną w pułapkę, że nie tylko dom, ale i odlotowe
      kafelki i takież wakacje. Rozumiem też ludzi, co jak brain, chcą mieć na fajki i
      książki. A czemu nie.
      Ludzi, którzy najpierw gonią za piersiami szefowych, żeby zrobić skok na
      stanowisko, a potem za piersiami dla żony nie rozumiem. Żal mi ich, będa mieli
      problem na emeryturze, jeśli swoje człowieczeństwo definiują przez pracę i
      zdobyte tam zaszczyty. Zwłaszcza, że zaszczyty, władza, koneksje, wszystko to
      jest nietrwałe.
      Dłużej mi zeszło z rywlizacją rozumianią jako doskonalenie samego siebie. To też
      nie jest dobre, a to dlatego, że w rywalizację wpisana jest ocena wyników. Ta
      zaś często frustruje, nawet jeśli nie mamy widzów i to nie oni nas oceniają,
      sami też możemy dać sobie przecież po pysku, za fatalny efekt. No chyba, że ktoś
      lubi sam proces i ma frajdę z drogi, nie celu. Ale takich znam mało, to bogowie
      z parnasu dla supernormlanych.
      Aktualnie więc blisko mi do większości tu wypowiadających się, choć w
      przeciwieństwie chyba do was, jestem "kobietą z przeszłością i mężczyzną po
      przejściach".
      A tak prawdę mówiąc temat rywalizacja to w istocie pytanie: jak żyć i co jest w
      życiu najważniejsze. Stare dobre pytanie, które zadajemy sobie na początku i na
      końcu drogi.pozdro.
      • nienietoperz Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 16:50
        Alez oczywiscie, ze frustruje, i ze po pysku sobie dajemy osobiscie. Nadal
        jednak cos z tego ciagu do autodoskonalenia wynika, przyjemnosc po drodze i
        ewentualny efekt na koncu. W domu mamy jasno podzielone poglady na ten temat:
        Nienietoperzowa, ktora na dzwiek slowa rywalizacja dostaje wysypki i wysokiej
        temperatury, frustruje sie rzeczywistoscia wewnetrznie i czesto bez potrzeby
        porownywania swoich dokonan z innymi. Moje frustracje maja czesto przyczyny
        zewnetrzne - kolejny dowod na to, ze Uffe rozumie na biezaco to, co mi zajmuje
        miesiac, ze Gilles pisze do roku taka ksiazke, ktorej ja nie napisze do konca
        zycia, ze w porownaniu z ojcem zalozycielem czytam dziesieciokrotnie mniej
        ksiazek i dociera do mnie z nich dwudziestokrotnie mniej tresci. Tylko bez
        takich frustracji i dawania sobie po pysku nic mi by sie chyba nie chcialo...

        Przy okazji uklony dla Agni, ktorej sie najwyrazniej chce tak czy inaczej (bo na
        to, ze Ci sie nie chce i jest Ci wszystko jedno, wskazuja posty - i za to uklony
        podwojne).

        Nntpz



        paternostwer napisała:

        > Dłużej mi zeszło z rywlizacją rozumianią jako doskonalenie samego siebie. To
        też nie jest dobre, a to dlatego, że w rywalizację wpisana jest ocena wyników.
        Ta zaś często frustruje, nawet jeśli nie mamy widzów i to nie oni nas oceniają,
        > sami też możemy dać sobie przecież po pysku, za fatalny efekt.
    • paternostwer Re: rywalizacja jest OK? 24.01.06, 16:44
      ekhm, a tak mi się jeszcze przypomiało: w Polsacie, po Kubie W, puszczają w
      niedzielę taki amerykańskie reality: grupa babek i facetów walczy o posadę w
      wielkiej korporacji. Egzaminuje osobiście szef. Szef jest zmyślony, to aktor,
      korporacja fikcyjna, zadania bzurne, a drużyny, złożone z ludzi na stanowiskach,
      różnych tam specjalistóq, key coś tam, merketingowców itp. Szef robi z nich
      wała, rany jest potworem, gada bzdury, a oni próbują i próbują, bo przecież tak
      ma być: trzeba się wykazać kreatywnością, pomysłowością, w ostatnim odcinku
      robili prezentację przed dzieciakami wiecie czego? Cjanku. I wiecie co? Ten
      program zdjęto USA z anteny. Po kilku odcinkach. I nie dziwię się. Uderza w
      podstawę kapitalistycznej filozofii, we wszystkie te poradniki, trenerów, co
      uczą spontaniczności itp. W wyścig szczurów i rywalizację. Obejrzyjcie sobie. Warto.
    • staua Re: rywalizacja jest OK? 25.01.06, 06:06
      Wychodzi na to, ze powinnam to raczej wpisac w watku kompromitacyjnym.
      Bo lubie rywalizacje. A nawet nie to, ze lubie, ale mam ja w charakterze. Zawsze i wszedzie (w sporcie,
      o dziwo, nie, pewnie dlatego, ze nie mam szans na wygrana) staram sie wypasc lepiej od innych. I
      wiem, ze ludzie tez rywalizuja ze mna.
      Bylam taka od dziecka i nie uswiadamialam sobie tego bardzo dlugo. Teraz (joga) nie zgadza sie to z
      moja filozofia zyciowa i tym, co chce osiagnac w rozwoju osobistym (ale w karierze - czemu nie).
      Chyba okazuje sie, ze jestem jednak bardzo niedojrzala...
      • dr.krisk Przypomniała mi się 25.01.06, 09:06
        .. pewna moja znajoma. Już gdzieś o niej pisałem: uwielbiała rywalizację - w
        sporcie, pracy naukowej - wszędzie. Pamiętam jak kiedyś jechałem z nia
        rowerem... zaczęliśmy dostojnie i pomaluśku a skończyliśmy pędząc co rower
        wyskoczy. Cały czas przyspieszała.
        To samo było na kajakach - zamęczyła swojego współwioślarza (na szczęscie ni
        aja to byłem).
        Startowała we wszystkich konkursach na prace naukowe, stypendia, nagrody
        ministra, itp. A że jest bystra i pracowita jak mróweczka, wiele z nich
        wygrywała w cuglach.
        Przy tym ładna, bardzo sympatyczna i skromna.
        Ideał po prostu.
        Wszyscy się w niej kochali - ja nie, bo nie posiadała poczucia humoru.
        KrisK

        • itek1 Mnie tez sie przypomniało :) 25.01.06, 09:33
          Ja jestem podobny do Twojej znajomej.
          Jesli plyne na basenie swoim tempem, a sasiad plynie szybciej przyspieszam, tak
          zeby byc co najmniej tak szybki jak on. To samo dzieje sie jak sobie biegam, czy
          jak jezdze rowerem np. pod gorke- nie pozwole, zeby ktos byl szybszy niz ja.
          Zawodowo tez jest tak samo- jesli kolega1 zrobi cos dobrego staram sie zrobic
          cos lepszego. Jesli kolega2 docenia staram sie byc doceniony rowniez.
          To mi nie przeszkadza, bo od dziecka rywalizowalem i taki mam charakterek.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka