Dodaj do ulubionych

Czy można już o Ishiguro?

31.01.06, 19:28
Stello skończyłaś czytać?
Możemy zaczynać?
Albo?

Beata radosna z powodu tak prozaicznego jak działająca bez zarzutu mysza :)
Obserwuj wątek
    • stella25b Re: Czy można już o Ishiguro? 31.01.06, 21:23
      Nie skonczylam. Jestem dokladnie w polowie. I tak jestem Wam wdzieczna za
      cierpliwosc wiec zaczynajcie. Ja zarywam nocke.
      • beatanu Re: Czy można już o Ishiguro? 01.02.06, 08:46
        nieno, nic nie zarywaj, ja mogę jeszcze poczekać :)
        B
        • stella25b Re: Czy można już o Ishiguro? 03.02.06, 08:46
          Melduje ze, wczoraj skonczylam.
          • daria13 Re: Czy można już o Ishiguro? 03.02.06, 19:19
            Skoro nikt się nie kwapi z rozpoczęciem i ponieważ byłam pomysłodawczynią idei
            omówienia Nie opuszczaj mnie, pozwolę sobie zacząć.
            Dla mnie to książka o wymiarze fundamentalnym, bo poruszająca chyba
            najistotnieszy aspekt życia, a mianowicie problem istoty człowieczeństwa.
            Czytając tę książkę od początku mieliśmy świadomość, że narratorką jest klon
            (jak to strasznie brzmi w tym kontekście) i jeśli chodzi o mnie, ani przez
            chwilę nie odebrałam jej tego, co rozumiem przez człowieczeństwo. Ishiguro
            poprzez przedstawienie najbardziej głębokich i intymnych sfer życia głównej
            bohaterki i jej przyjaciół pokazał, że nie ma między nimi i nami najmniejszej
            różnicy, w sferze duchowej rzecz jasna, choć w sferze fizycznej poza
            sterylnością chyba też tych różnic nie było. Zachwyca mnie drobiazgowość, z
            jaką Ishiguro oddaje mentalność dziecka, a później dojrzewającej dziewczyny, bo
            to wydaje mi się niezwykle trudne w przypadku pisarza-mężczyzny. Chyba łatwiej
            nawet jest facetowi opisać uczucia i doznania dorosłej kobiety, jeśli
            oczywiście jest pisarzem z prawdziwego wydarzenia, niż młodej dziewczyny.
            Dla mnie rzeczą, którą najbardziej cenię u Ishigury jest subtelność jego prozy.
            Bardzo podoba mi się to, że on snuje opowieść i pozbawia ją niemal całkowicie
            komentarza odautorskiego, który w tym przypadku burzył by tę właśnie
            subtelność. Autor jest schowany bardzo głęboko za kulisami, jest pokorny wobec
            swoich bohaterów i swojej opowieści i tak się dzieje w przypadku wszystkich
            jego książek. Itek powiedział niedawno, że to utrudnia nam nieco odbiór jego
            prozy, bo nie daje najmniejszych wskazówek ułatwiających interpretację lektury,
            ale mi to właśnie odpowiada, bo bardziej mnie stymuluje, bardziej porusza i
            jest właśnie wyrazem tej pokory autora, także jakby wobeć czytelnika, któremu
            zostawia całkowitą swobodę w odbiorze dzieła.
            Tyle na razie luźnych i nieuporządkowanych moich wrażeń, choć mogłabym jeszcze
            długo, ale chcę poczytać o Waszych opiniach i refleksjach, które doprowadzą mam
            nadzieję do żywej dyskusji:)
            Pozdrawiam:)
            Ps.
            Kurcze, weekend to nie jest dobry moment na rozpoczynanie rozważań, bo w tym
            czasie bardzo spada nam zawsze aktywność forumowa, z racji wzrostu aktywności
            życiowej, a pozapracowej, czyli tej najmilszej, i tak powinno w sumie być:)
            • beatanu Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 00:13
              daria13 napisała:

              > Skoro nikt się nie kwapi z rozpoczęciem i ponieważ byłam pomysłodawczynią
              idei
              > omówienia Nie opuszczaj mnie, pozwolę sobie zacząć.

              Fajnie Dario, że zaczęłaś! Kwapić, to może się i kwapiłam, ale dopiero przed
              godziną wróciłam do domu i odtajała, i mogę zacząć myśleć...

              Kilka wspomnień...
              Wiedziałam, z czytanej wiosną chyba recenzji, że będzie o klonach. I tyle. Od
              samego początku lektury towarzyszył mi bardzo dziwny, nieostry w zarysach
              niepokój. Pierwszej nocy kilkakrotnie budziłam się i za każdym razem miałam
              niejasne przeczucie, że śniłam o książce. Ale nic nie pamiętałam. Niesamowita
              proza! Subtelna, jak najbardziej! Sącząca się z wolna. Niespieszna. I jak
              wspaniale potęgująca napięcie i ten cholerny niepokój... Do końca nie
              opuszczało mnie poczucie zagrożenia, albo przynajmniej czegoś w tym rodzaju.

              Kilka niewygodnych pytań, które pojawiły się w trakcie lektury i drążą dziurę w
              brzuchu do tej pory.
              Co jest miarą człowieczeństwa? Czy kreatywność, tworzenie sztuki - jak chciały
              panie eksperymentatorki? Czy zdolność do uczuć wyższych? Czy jeszcze coś innego?
              Czy przemilczanie prawdy jest oznaką miłosierdzia, czy okrucieństwa?
              Dlaczego w niektórych "beznadziejnych" sytuacjach nie wzniecamy buntu, tylko
              godzimy się ze swoim (okrutnym)losem?

              W ogóle sporo przemyśleń o śmierci a niekoniecznie o etycznych aspektach
              klonowania... Może to zboczenie zawodowe, nie wiem. Bo fasycynowała mnie
              bezwolność tych sklonowynych ludzi-nieludzi. Ich pogodzenie się z losem. No ale
              czyż my, ludzie-ludzie nie znajdujemy się w podobnie absurdalnej sytuacji? Czyż
              nie żyjemy ze świadomością własnej nieśmiertelności? I nie buntujemy się. I
              nieuchronnie zmierzamy ku końcowi...

              To tyle na gorąco.
              Dobranoc!
              • beatanu o przejęzyczeniach freudowskich... 04.02.06, 00:18
                beatanu napisała:

                > Czyż nie żyjemy ze świadomością własnej nieśmiertelności? I nie buntujemy
                się. I nieuchronnie zmierzamy ku końcowi...

                No i stało się... Ach, te marzenia o nieśmiertelności ;)

                Miało oczywiście być: Czyż nie żyjemy ze świadomością własnej śmiertelności? I
                nie buntujemy się. I nieuchronnie zmierzamy ku końcowi...

                I jeszcze nie apropos - jakiego słowa-eufemizmu użyto w polskim przekładzie,
                gdy mowa była o śmierci klonów, po "spełnieniu zadania"?

                B

              • itek1 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 10:29
                Dla mnie glowna wartosc tej ksiazki tkwi w tym, ze porusza ona fundamentalne
                zagadnienie jak zyc, zeby zyc w miare prawdziwie i sie w nim w jakims stopniu
                spelnic (BTW. kto sie wg Was najbardziej spelnil sposrod trojki bohaterow?).
                Tematy moich przemyslen w trakcie i po lekturze zainspiorwane trescia ksiazki
                (czytalem na poczatku listopada, zatem na tyle dawno, zeby nie pamietac chwilowo
                niektorych szczegolow):
                1.czy (i o ile) bunt z uwagi na tzw. okolicznosci zewnetrzne ma sens? jaka jest
                jego rola?
                2.(wiaze sie z powyszym) czy racji nie maja przypadkiem pogodzeni ze swoim
                losem? (to pytanie jest dla mnie klasycznie "ishigurowate").
                3.jaka jest rola mitu w zyciu kazdego czlowieka? czy mozna bez tego zyc? jakie
                to byloby wowczas zycie? jak sie to wiaze z buntem?- czy im fantastyczniejszy,
                bardziej nierealny mit to tym wiekszy bunt?
                4.czy istota czlowieczenstwa nie nie tkwi przypadkiem w umiejetnosc przekucia
                naszych slabosci,ograniczen oraz wszystkiego tego co niesie ze soba paskudny los
                w cos wyzszego? (trudno mi to precyzyjniej w tej chwili ujac), moze inaczej,
                krocej- czy cierpienie nie uszlachetnia i czy ta umiejetnosc uszlachetnienia
                poprzez cierpienie nie jest istota czlowieczenstwa?
                5.dlaczego nie chcemy pogodzic sie z tym, ze w dobrej wierze czynimy z reguly zlo?
                6. czy mozna w nauce (ale chyba nie tylko) robic cos nie patrzac na koszty, a
                tylko na rezultat koncowy?
                7.czy mozemy radykalnie zmienic swoje zycie? jesli tak to o ile jest to mozliwe
                i jakie to przynosi konsekwencje?
                8.czy jestesmy w stanie przyjac wiadomosc, ze zostalismy bardzo skrzywdzeni i
                nikt nam tej krzywdy nie wynagrodzi?
                9.czy my jako jednostki jestesmy wyjatkowi i w czym tkwi ta nasza wyjatkowosc?

                Tyle na poczatek.
                PS. Beato, po polsku mamy "zejscie".
                • daria13 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 11:40
                  Bardzo ciekawe pytania Itku. Spróbuję odpowiedzieć na nie, ale bardzo na razie
                  lapidarnie, bo po pierwsze jeszcze nie do końca się obudziłam, po drugie
                  rozwinięcie odpowiedzi na wszystkie te pytania stworzyło post więcej niż
                  przydługi. Odpowiedzi są wynikiem lektury i własnych obserwacji tudzież
                  przemyśleń. Ale takie krótkie odpowiedzi też mogą być przyczynkiem do dyskusji,
                  bo każdy może mieć zupełnie inne zdanie. Do rzeczy zatem:
                  1. Bunt ma sens i jego rolą jest podtrzymywanie nadziei, jest motorem działania
                  i pełni życia.
                  2. Bierne godzenie się z losem robi z nas bezwolne narzędzia w rękach innych i
                  dlatego nie mogę przyznać racji pogodzonym.
                  3. Mit daje nadzieję, dlatego jest nieodzownym składnikiem życia. Bez niego
                  trudno mi jest wyobrazić sobie sens ponoszenia trudu istnienia, zwłaszcza w
                  momentach kryzysowych, z pozoru beznadziejnych.
                  4. W zasadzie i w teorii tak, ale nie w każdym przypadku. Jestem w stanie
                  wyobrazić sobie sytuacje, w których cierpienie upadla. Nie, to chyba za trudne
                  pytanie. Muszę pomyśleć.
                  5. Bo dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Zła, zwłaszcza takiego, jakie
                  prezentuje Ishiguro w Nie opuszczaj mnie, nic nie może tłumaczyć.
                  6. Nie można.
                  7.Myślę, że nie możemy. Warunki zewnętrzne tak, wewnętrzne tylko w niewielkim
                  stopniu.
                  8. Do końca nie jesteśmy. Zawsze gdzieś w środku żywimy nadzieję na choćby
                  minimalne wynagrodzenie, lub naprawienie krzywd.
                  9. To jest pytanie, które mnie dręczy od niepamiętnych czasów, na punkcie
                  którego mam nawet lekką schizę, więc pozwolę sobie tymczasem na nie nie
                  odpowiadać.
                  A co do spełnienia bohaterów, to chyba jest dość oczywiste, że najbardziej
                  spełnioną jest narratorka, bo właściwie tylko na jej temat mamy najwięcej
                  danych i chyba tylko ona miała możność niesienia pomocy innym, co mogło dawać
                  jej satysfakcję i to minimum spełnienia. Tak myślę, ale może się mylę.
                  Na pytanie Beaty, czy miarą człowieczeństwa jest sztuka, czy uczucia wyższe
                  odpowiedziałabym, że to drugie. Jestem totalnie pozbawiona jakichkolwiek
                  uzdolnień artystycznych:(.
                  Pozdrawiam niecierpliwie oczekując na dalsze komentarze i odpowiedzi na itkowe
                  i beatowe pytania, lub pytania, które jeszcze się pewnie pojawią:)

                  • itek1 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 12:09
                    Sorry, ale bede mnozyl pytania:):
                    > 1. Bunt ma sens i jego rolą jest podtrzymywanie nadziei, jest motorem działania
                    > i pełni życia.
                    Pomietajmy, ze Ishigoro to Japonczyk. Tam (i nie tylko tam) ceni sie bardziej
                    pokore. Moge chyba powiedziec o sobie, ze bunt nie jest motorem mojego
                    dzialania. Czy cos ze mna jest nie tak?
                    > 2. Bierne godzenie się z losem robi z nas bezwolne narzędzia w rękach innych i
                    > dlatego nie mogę przyznać racji pogodzonym.
                    Dlaczego bezwolne? Czy lepiej byc uczestnikiem czy wiecznym kontestatorem? Czy
                    nie mozna zmienic czegos bez buntu i rewolucji?
                    > 3. Mit daje nadzieję,
                    Czy nadzieja nie ma takiej podstawowej wady, ze jest iluzoryczna i w zwiazku z
                    tym jej ciezar wzrasta w miare jak sie nie spelnia. A w zwiazku z tym, czy mozna
                    oprzec sie na czyms alternatywnym do nadziei?
                    > 5. Bo dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane.
                    Nie chodzi mi o nasze intencje, ale o nasze przyznanie sie do porazki. co w
                    zwiazku z tym tracimy? Co zyskujemy?
                    > 6. Nie można.
                    To dlaczego tak sie nagminnie dzieje? Jakie sa przyczyny? Pycha naukowcow?
                    > 7.Myślę, że nie możemy. Warunki zewnętrzne tak, wewnętrzne tylko w niewielkim
                    > stopniu.
                    Dlaczego nie mozemy sie zmienic wewnetrznie? Co nam w tym przeszkadza? Moze
                    jednak mozemy?
                    > 8. Do końca nie jesteśmy. Zawsze gdzieś w środku żywimy nadzieję na choćby
                    > minimalne wynagrodzenie, lub naprawienie krzywd.
                    Czy nadzieja to matka glupich?

                    Pozdrawiam tez nie do konca obudzonyy:)




                    • daria13 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 13:06
                      Zaraz dziecko zajmie komputer, bo musi napisać referat o Solidarności (niezły
                      przykład buntu;), więc bardzo krótko:
                      1. Odpowiadałam przez pryzmat książki, czyli przez pryzmat skrajnych
                      przypadków. Twoim motorem nie jest bunt, bo na dobrą sprawę, nie musisz się
                      buntować, nie jesteś postawiony w sytuacji wymagającej bezwzględnie dokonania
                      wyboru pomiędzy buntem, a pokorą.
                      2. Bierne pogodzenie = bezwolne poddanie, czyż nie? Poza tym nie określiliśmy
                      jaką formę ma przybrać bunt, przecież niekoniecznie rewolucji. Buntować się
                      można na różne sposoby, czasami nawet dość subtelnie.
                      3. Nadzieja wszak nie zawsze musi, co więcej, nie zawsze jest iluzoryczna.
                      Alternatywa do nadziei to beznadzieja.
                      5. Przyznanie się do porażki, pomaga nam uniknąć na przyszłość błędów, które
                      doprowadziły do niej. Przyznanie takie zawsze jest twórcze.
                      6. Bo bez tego postęp nie szedłby tak szybko naprzód. Machina postępu jest
                      nieubłagana.
                      7. Pytałeś o radykalną zmianę. Możemy zmienić niektóre poglądy, nawyki,
                      mentalność i światopogląd, ale swojego wnętrza, charakteru radykalnie zmienić
                      nie możemy. Podkreślam - radykalnie.
                      8. Może nadzieja jest matką głupich, ale nieco szczęśliwszych, niż ci, którzy
                      się jej pozbawiają zdecydowanie i nieodwracalnie.
                      Uff, to nie takie proste.
                      Pozdrawiam głęboko zamyślona z burzą myśli i zmienną pogodą za oknem. Rano -
                      śnieżyca, niemal zamieć śnieżna, w południe - piękne słońce, a teraz znowu -
                      chmury:)
                      • itek1 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 22:37
                        > Twoim motorem nie jest bunt, bo na dobrą sprawę, nie musisz się
                        > buntować, nie jesteś postawiony w sytuacji wymagającej bezwzględnie dokonania
                        > wyboru pomiędzy buntem, a pokorą.
                        Czy ~100mln Japonczykow nie musi sie buntowac czy tez nie chce sie buntowac? to
                        raczej wybor srodka dzialania.

                        > Poza tym nie określiliśmy
                        > jaką formę ma przybrać bunt, przecież niekoniecznie rewolucji.
                        dla mnie bunt=rewolucja (jakas jej forma)

                        > Alternatywa do nadziei to beznadzieja.
                        Niekoniecznie chyba.
                        Czy alternatywa dla milosci jest nienawisc?

                        > 5. Przyznanie się do porażki, pomaga nam uniknąć na przyszłość błędów, które
                        > doprowadziły do niej. Przyznanie takie zawsze jest twórcze.

                        To dlaczewgo w praktyce tak trudno osiagalne:) Co tracimy w zwiazku z tym, ze
                        sie przyznajemy do bledow?

                        > 6. Bo bez tego postęp nie szedłby tak szybko naprzód. Machina postępu jest
                        > nieubłagana.
                        Czy czlowiek steruje postepem, czy postep czlowiekiem. Moze nie doceniasz
                        ludzi:) A moze ja ich przeceniam:)

                        > 8. Może nadzieja jest matką głupich, ale nieco szczęśliwszych, niż ci, którzy
                        > się jej pozbawiają zdecydowanie i nieodwracalnie.
                        Czyz nie moze byc tak, ze nadzieja (a faktycznie jej iluzorycznosc) moze byc
                        zrodlem cierpienia?

                        Pozdrawiam cieplutko
                        PS.Czy szalenstwa pogodowe okolowarszawskie trwaja nadal? U nas w miare
                        spokojnie, moglem wyjsc na chwile na balkon i bylo calkiem, calkiem przyjemnie:)
                • beatanu Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 16:51
                  itek1 napisał:
                  > PS. Beato, po polsku mamy "zejscie".

                  Po szwedzku ludzie-klony "wypełniają", "dokonują", "spełnają", bo tak
                  przetłumaczyłabym słowo "fullborda", czasownik, który pojawia się w ustach
                  umierającego Jezusa: "Wypełniło się" ( J 19, 30)
                  Nie mam pojęcia, czy to zamierzoe czy tylko kwestia przypadku... Nie wiem na
                  ile Ishiguro wyrósł w tradycji chrześcijańskiej, jeżeli w ogóle w takiej
                  wyrósł. Nie mam pojęcia, czy angielskie "complete" ma podobne do szwedzkich
                  konotacje. A jak jest po niemiecku?

                  Polskie "schodzą" wzbudza zupełnie inne skojarzenia... Ale to może wcale takie
                  nie istotne, chociaż - odpowiadając na pytanie Itka taka bardzo bardzo
                  brutalnie, cynicznie i dosłownie - to najbardziej spełnili się i Ruth i Tommy,
                  bo właśnie wypełnili (swoją misję?)

                  Tak strasznie dużo myśli pląta mi się po głowie w związku z tą lekturą, że
                  zacznę chyba od środka :)

                  ad.4 - niewykluczone Itku, że istotą człowieczeństwa jest umiejętność przekucia
                  zła, okrucieństwa, ograniczeń itd na złoto, a przynajmnej na srebro. I o tym
                  chyby mówiliśmy trochę przy okazji "brudnych" emocji, które istnieją, ale nie
                  muszą zwyciężać. Ale absolutnie nie zgadzam się z tezą (i w tym kontekscie
                  szalonym uproszczeniem), że cierpienie uszlachetnia! Nie i jeszcze raz nie!
                  Może i Hiob stał się bardziej szlachetny, może i miał naśladowców, ale mam
                  wrażenie, że szlachetny to on był już od samego początku, zanim spadły na niego
                  wszystkie nieszczęścia świata. I cud, że w swej szlachetności wytrwał!
                  Cierpienie (a zwłaszcza cierpienie fizyczne) potrafi z człowieka uczynić
                  szmatę, dobić go i upodlić, i zamienić w wyjące z bólu zwierzę. Cierpiący
                  człowiek nie staje się szlachetniejszy (=lepszy) tylko dlatego, że cierpi. O
                  wiele ważniejsze jest, moim zdaniem to, kim był tym człowiek, zanim spadło na
                  niego nieszczęście = przyczyna cierpienia, jakie ma możliwości walki z
                  przeciwnościami losu - wewnętrzne i zewnętrzne, w jakiej jest kondycji
                  psychiczno-fizycznej, czy jest sam, czy czuje wsparcie innych itd itp.
                  Cierpienie samo w sobie nie potrafi nikogo uszlachetnić, takie jest moje
                  przekonanie.


                  > 5.dlaczego nie chcemy pogodzic sie z tym, ze w dobrej wierze czynimy z reguly
                  zlo?

                  Nie rozumiem...
                  No jak to, ZAWSZE w dobrej wierze czynimy tylko zlo?
                  W dobrej wierze można czynić bardzo dużo dobra, chociaż oczywiście namącić też
                  w dobre wierze można sporo:)

                  > 8.czy jestesmy w stanie przyjac wiadomosc, ze zostalismy bardzo skrzywdzeni i
                  > nikt nam tej krzywdy nie wynagrodzi?

                  Na pewno jesteśmy w stanie taką wiedzę przyjąć. Problem - co z tą wiadomością
                  uczynimy? Możemy uciec w mechanizmy obronne, co w zasadzie kończy się tym, że
                  tej wiedzy jednak nie przyjmujemy. Możemy pałać chęcią zemsty i na przykład
                  krzywdziciela (czyli kogo? życie? system? upierdliwą nauczycielkę w szkole?)
                  zamordować. Możemy z tą świadomością nauczyć się żyć. Bo nawet po ogromnych
                  cierpieniach ludzie potrafią się podnieść. Niekoniecznie szlachetniejsi. Ale
                  zdolni do życia.

                  > 9.czy my jako jednostki jestesmy wyjatkowi i w czym tkwi ta nasza wyjatkowosc?

                  Jesteśm wyjątkowi poprzez nasz układ genów - powtarzalny przez klonowanie - ale
                  niepowtarzalny ze względu na WSZYSTKIE okoliczności, w jakich przyszło nam
                  wzrastać. Od samego początku, od niepowtarzalnych dźwięków dochodzących przez
                  wody płodowe, poprzez moment narodzin i setki tysięcy dni, w których wydarzyły
                  się niepowtarzalne kombinacje zdarzeń, zapachów, dźwięków jeszcze raz,
                  kombinacji słów i dotyku dłoni, a później przeczytanych lektur, odbytych rozmów
                  i podróży i tak dalej i tak dalej. No i jak możemy nie być wyjątkowi? Możemy
                  powielać pewne schematy, możemy używać tych samych perfum co sąsiadka - ale w
                  dalszym ciągu - przez mieszankę genów i doświadczeń życiowych - jesteśmy
                  jedyni, wyjątkowo i niepowtarzalni.


                  Wrócę jeszcze do wspomnianego wcześniej niepokoju... Nie dawała mi spokoju
                  bezwolność sklonowynach ludzi, owszem. Ale dopiero po pewnym czasie dotarło do
                  mnie, że ta bezwolność i pogodzenie się z losem może mieć związek z faktem, że
                  nie było alternatywy! Ci ludzie zostali wychowani w przekonaniu, że istnieje
                  tylko taka a nie inna możliwość. Indoktrynacja w najgorszym tego słowa
                  znaczeniu. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym. Nowomowa. Brrr, mam bardzo
                  brzydkie skojarzenia. I tutaj zataczam kółeczko i dochodzę do pytania 1 o sens
                  buntu. Sens widzę ogromny :) Potrzeba wyrwania się z istniejącego stanu rzeczy.
                  Brak zadowolenia z obecnego stanu rzeczy. Próba zmiany, przełamania konwencji,
                  odejścia od tradycji. Bez buntowania się ciągle jeszcze siedzielibyśmy w
                  jaskiniach...
                  Ale bunt zakłada wyjście z jaskini. Albo przynajmniej świadomość, że poza
                  jaskinią istnieje coś innego. Coś lepszego?

                  Nie czytałam "Nowego wspaniałego świata" Huxley'a - chyba sobie przeczytam dla
                  porówniania...

                  pozdrawiam!
                  • monikate Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 17:25
                    Beato, oni niby byli izolowani i nie byli. Przecież wyjeżdżali na wycieczki
                    poza szkołę, do innych miejscowości, rozmawiali z ludźmi nie-klonami. Ale to
                    nie ma nic do rzeczy, oni faktycznie byli przekonani, że alternatywy nie ma. Że
                    tak musi być. Że ludzie mają takie przeznaczenie, a oni inne. Ponieważ mnie sie
                    zawsze dużo kojarzy, to tutaj mi się kojarzy poza innymi rzeczami ugruntowana
                    teoria o nierównościach społecznych i wynikającym z niej przekonaniu, iż trzeba
                    znać swoje miejsce w szeregu.
                    Kiedy czytałam powieść, wkurzałam się, że Tommy czy tam kto inny otrzymuje
                    wezwanie na donację i jedzie, niczym cielę na rzeź... a gdyby nie pojechał, to
                    co by się stało?! Bohaterowie co najwyżej rozważają kwestię, aby złożyć
                    stosowne podanie o przesunięcie swojej misji. Potem pomyślałam: "a ty co, ze
                    śmiercią się będziesz targować i to tak, że wygrasz wieczność"? Tak, u nich
                    było to na podobnej zasadzie.
                    Poza tymi kwestiami zachwyciło mnie przedstawienie przez Ishiguro świata
                    alternatynego. Żadnego budulca, żadnego tłumaczenia "technicznego". Wszak nie
                    chodziło o stworzenie świata fantasy. Paradoksalnie, to szkicowe przedstawienie
                    owego świata sprawia, iż zdaje się kompletny i na tych samych prawach, co świat
                    ludzki.
                    • beatanu Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 19:42
                      monikate napisała:

                      > Beato, oni niby byli izolowani i nie byli. Przecież wyjeżdżali na wycieczki
                      > poza szkołę, do innych miejscowości, rozmawiali z ludźmi nie-klonami. Ale to
                      > nie ma nic do rzeczy, oni faktycznie byli przekonani, że alternatywy nie ma.
                      >Że tak musi być. Że ludzie mają takie przeznaczenie, a oni inne. Ponieważ mnie
                      > sie zawsze dużo kojarzy, to tutaj mi się kojarzy poza innymi rzeczami
                      ugruntowana teoria o nierównościach społecznych i wynikającym z niej
                      przekonaniu, iż trzeba znać swoje miejsce w szeregu.

                      Też się nad tym sporo zastanawiałam. Przecież nie tylko jeździli na wycieczki.
                      Oglądali telewizję. Czytali. Czy nigdy nie przyszło im do głowy, że to
                      cholernie niesprawiedliwe, że oni służą jedynie za chodzące przechowalnie
                      części zamiennych dla "prawdziwych" ludzi? Ze nigdy nie będą mogli przeżyć
                      swojego (nawet tak krótkiego) życia po swojemu, inaczej niż im to zaplanowano?

                      A myśl o nieprzekraczalnych kastach/klasach społecznych bardzo ciekawa!

                      Pozdrawiam!
                  • itek1 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 17:43
                    > najbardziej spełnili się i Ruth i Tommy, bo właśnie wypełnili (swoją misję?)

                    no nie!!!, nie stawialbym rownosci pomiedzy Ruth i Tommym. Oni byli tak rozni od
                    siebie. Czy Ruth sie spelnila w takim sam sposob jak Tommy. Mam powazne obiekcje.

                    > Ale absolutnie nie zgadzam się z tezą (i w tym kontekscie
                    > szalonym uproszczeniem), że cierpienie uszlachetnia! Nie i jeszcze raz nie!
                    > Może i Hiob stał się bardziej szlachetny, może i miał naśladowców, ale mam
                    > wrażenie, że szlachetny to on był już od samego początku, zanim spadły na niego
                    >
                    > wszystkie nieszczęścia świata. I cud, że w swej szlachetności wytrwał!
                    > Cierpienie (a zwłaszcza cierpienie fizyczne) potrafi z człowieka uczynić
                    > szmatę, dobić go i upodlić, i zamienić w wyjące z bólu zwierzę. Cierpiący
                    > człowiek nie staje się szlachetniejszy (=lepszy) tylko dlatego, że cierpi. O
                    > wiele ważniejsze jest, moim zdaniem to, kim był tym człowiek, zanim spadło na
                    > niego nieszczęście = przyczyna cierpienia, jakie ma możliwości walki z
                    > przeciwnościami losu - wewnętrzne i zewnętrzne, w jakiej jest kondycji
                    > psychiczno-fizycznej, czy jest sam, czy czuje wsparcie innych itd itp.
                    > Cierpienie samo w sobie nie potrafi nikogo uszlachetnić, takie jest moje
                    > przekonanie.

                    To co piszesz trzyma sie kupy. Samemu zadajac takie pytanie nie umiem
                    odpowiedziec w sposob jednoznaczny i zarazem uczciwy. Dwie rozne odpowiedzi na
                    to samo pytanie daja ludzie, ktorzy w zyciu sporo przecierpieli- pierwszy z nich
                    to Fiodor Dostojewski. Twierdzil on, ze cierpienie uszlachetnia ludzi (zarowno
                    ich samych, jak i (co moze wazniejsze) innych ludzi- jest takim krzykiem
                    sprzeciwu wobec dokonujacego sie w swiecie zla) (Idiota, Bracia Karamazow),
                    drugi- Warlam Szalamow, byl przeciwnego zdania- mniej wiecej podobnego do
                    Twojego. Kto ma racje? Czy jest 1 racja? IMO to chyba problem nieroztrzygalny,
                    za bardzo bazuje na woli przyjecia jednej z prawd, niz na rzetelnej analizie
                    problemu (niemozliwej-za malo mamy danych).

                    > 5.dlaczego nie chcemy pogodzic sie z tym, ze w dobrej wierze czynimy z re
                    > guly
                    > zlo?
                    >
                    > Nie rozumiem...
                    > No jak to, ZAWSZE w dobrej wierze czynimy tylko zlo?
                    Z reguly nie znaczy przeciez zawsze. Chyba nie zaprzeczysz, ze zlo jest
                    powscechniej produkowane w swiecie i nie bedac zbyt zadufanymi w siebi musimy
                    przyznac, ze my takze wiecej go produkujemy, chociaz oczywiscie chcemy jak
                    najlepiej (ale czy do konca tak chcemy? czy jest jakas granica naszego chcenia
                    poza ktora nie chcemy juz?). Jestem przeciwnikem takiego myslenia-jestem dobry
                    bo chce dobrze , swiat jest zly bo INNI sa zli.

                    > Jesteśm wyjątkowi poprzez nasz układ genów - powtarzalny przez klonowanie - ale
                    >
                    > niepowtarzalny ze względu na WSZYSTKIE okoliczności, w jakich przyszło nam
                    > wzrastać.
                    Czlowiek= okolicznosci+genotyp.
                    Gdyby zaszly odmienne okolicznosci na ile bysmy nie byli soba?
                    Dla nie to ryzykowna teza.
                    Choc moze nie do konca rozumiem Twoj wywod.

                    Pozdrawiam serdecznie
                    • beatanu Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 19:33
                      itek1 napisał:
                      > no nie!!!, nie stawialbym rownosci pomiedzy Ruth i Tommym. Oni byli tak rozni
                      >od siebie. Czy Ruth sie spelnila w takim sam sposob jak Tommy. Mam powazne
                      >obiekcje.

                      Itku, tutaj zaszło nieporozumienie W kontekście językowych przemyśleń o
                      tłumaczeniu angielskiego "complete" zażartowałam sobie po prostu. Też językowo!
                      Ponieważ po szwedzku klony nie "schodziły", tylko "spełniały" ("wypełniały"),
                      to "najładniej" i najpełniej spełnili się właśnie Ruth i Tommy, bo oni - w
                      odróżnieniu od Kathy - już umarli = spełnili. Może głupi żart, ale w dalszym
                      ciągu tylko żart (i gra słów :)

                      > Z reguly nie znaczy przeciez zawsze. Chyba nie zaprzeczysz, ze zlo jest
                      > powscechniej produkowane w swiecie i nie bedac zbyt zadufanymi w siebi musimy
                      > przyznac, ze my takze wiecej go produkujemy, chociaz oczywiscie chcemy jak
                      > najlepiej (ale czy do konca tak chcemy? czy jest jakas granica naszego chcenia
                      > poza ktora nie chcemy juz?). Jestem przeciwnikem takiego myslenia-jestem dobry
                      > bo chce dobrze , swiat jest zly bo INNI sa zli.

                      Ależ Itku, wcale nie stawiam znaku równości między dobrymi chęciami a
                      czynieniem tylko i wyłącznie dobra. Przecież napisałam, że sporo można namącić
                      działając właśnie w dobrej wierze. Ale absolutnie nie podpisuję się pod
                      twierdzeniem, że "zło jest powszechnie produkowane", albo że "z reguły czynimy
                      zło w dobrej wierze"... No kurczę, gdy w dobrej wierze dzwonię do przyjaciółki,
                      bo wiem, że jest chora i ma się cieńko na duszy - to czynię zło? Gdy w dobrej
                      wierze piszę list do redakcji gazety reagując na jakiś artykuł, który mnie
                      wkurzył czynię zło? Gdy w dobrej wierze wpłacam pieniędze na konto organizacji
                      pomagającej dzieciom ulicy w Rumunii czynię zło?

                      Wracając do książki - guardians (po polsku?)w szkole-internacie działając w
                      dobrej wierze nie wyjawiały dzieciom całej prawdy, co do ich zaplanowanego
                      życia i śmierci. Tutaj można się spierać, czy czyniły zło czy nie. Ale to nie
                      znaczy, że "z reguły czynimy zło w dobrej wierze"!

                      I daleka jestem od stwierdzenia, że w swych dobrych intencjach jestem anielicą
                      a piekło to inni...

                      W swoim wywodzie, niezbyt jasnym może, o niepowtarzalności i unikalności
                      jednostki chciałam przede wszystkim podkreślić, że pozostając ludźmi różnimy
                      się od siebie właśnie z powodu pomieszania genów i naszych życiowych
                      doświadczeń. Chociażby dyskusja na temat tej książki jest przykładem na to, jak
                      różnie postrzegamy jedną i tę samą lekturę...
                      A gdybym wychowała się w innej rzeczywistości, w innych czasach, w innych
                      okolicznościach? Oczywiście, że byłaby w pewnym sensie inną osobą. Ale takie
                      gdybanie o cioci, co to gdyby miała wąsy niewiele wnosi do dyskusji, tak mi się
                      wydaje ;)

                      pozdrawiam!

                      • itek1 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 22:01
                        > Ależ Itku, wcale nie stawiam znaku równości między dobrymi chęciami a
                        > czynieniem tylko i wyłącznie dobra. Przecież napisałam, że sporo można namącić
                        > działając właśnie w dobrej wierze. Ale absolutnie nie podpisuję się pod
                        > twierdzeniem, że "zło jest powszechnie produkowane", albo że "z reguły czynimy
                        > zło w dobrej wierze"... No kurczę, gdy w dobrej wierze dzwonię do
                        > przyjaciółki,
                        > bo wiem, że jest chora i ma się cieńko na duszy - to czynię zło? Gdy w dobrej
                        > wierze piszę list do redakcji gazety reagując na jakiś artykuł, który mnie
                        > wkurzył czynię zło? Gdy w dobrej wierze wpłacam pieniędze na konto organizacji
                        > pomagającej dzieciom ulicy w Rumunii czynię zło?
                        Wiesz Beato co mnie w tej ksiazce zachwycilo- sportretowanie naszych klonow jako
                        istot niewinnych, takich dobrych i jednoczesnie prawdziwie-normalnie-ludzkich
                        (BTW.Katty bardzo przypomina mi jedna dziewczyne, ktora bardzo-bardzo-bardzo
                        lubie- to takie przyjemne, jesli czytasz ksiazke, a w niej znajdujesz, kogos
                        kogo znasz i na kim ci zalezy). Wszystko to w opozycji do zla w ktorym przyszlo
                        im zyc. Moze wiaze sie to z tym, ze sa dobrzy, bo sa mlodzi i slabi (po stronie
                        slabych), poddani w zwiazku z tym machinie, ktora ich zniszczy?
                        Masz racje, ze potrafimy czynic dobro (majac dobre intencje) w swoim zyciu (to
                        co robisz jest na pewno godne nasladowania i budzi moj szacunek), ale jedynie
                        (przede wszystkim) wowczas, gdy znamy swoja powinnosc (z powinnosciami
                        prostymi-prosto, trudnymi- super trudno). Jednakze mysle, ze obok tych rzeczy
                        dobrych czynimy, moze przejde na czynie niestety zlo, rzadko majac tego
                        swiadomosc (bo intencje moje sa z reguly dobre), a czesciej dzialajac w dobrej
                        wierze (nie rozpoznajac swojej powinnosci lub raczej rozpoznajac ja blednie).
                        Przeciez zlo jakie istnieje na swiecie jest realne i nie bierze sie znikad. To
                        skutek pewnych dzialan, pewnych zaniechan, naszych dzialan/zaniechan, i uczciwie
                        mowiac czuje sie w jakiejs mierze (bardzo bardzo malej, oczywiscie) za nie
                        odpowiedzialny, a im jestem starszy tym bardziej sie usprawieliwiam, i
                        jednoczesnie wiem, ze mam coraz wiecej powodow, zeby czuc sie bardziej
                        odpowiedzialny, a coraz mniej, zeby sie usprawiedliwiac (to takie banalnie
                        proste). Wiaze sie to na pewno z tym, czy nalezymy do grupy silnych
                        (decydujacych (w jakims stopniu) o losach innych), czy slabych. Chociaz w zyciu,
                        jak to w zyciu, raz jestesmy pod wozem, raz na wozie- w pracy silni, po pracy
                        slabi, badz na odwrot. Zatem, piszac, ze czynimy z reguly zlo majac dobre
                        intencje chodzi mi o to, ze nie potrafimy wlasciwie rozpoznac co powinnismy w
                        zyciu czynic, aby nie dokladac sie do zla (chodzi mi glownie o te bardziej
                        skomplikowane rozpoznania). Moze nie jestem zbyt precyzyjny (12h przy kompie-
                        przy okazji na TWA- zrobilo swoje:)), ale mam nadzieje, ze jeszcze zrozumialy.
                        Pozdrawiam
            • aaneta Re: Czy można już o Ishiguro? 06.02.06, 12:19
              daria13 napisała:
              > Czytając tę książkę od początku mieliśmy świadomość, że narratorką jest klon

              A skąd ta świadomość? Z samej powieści nie można tego wywnioskować od razu, na
              tym cały dowcip polega. Jest to sztuczka Ishiguro, która mi się bardzo podoba,
              chociaż sama w sobie nie jest szczególnie oryginalna. Ciekawe są dopiero jej
              konsekwencje, bo czujemy się tak, jak bohaterowie, którzy nie od początku
              wiedzą, że nie są "zwykłymi" ludźmi, ta prawda jest odkrywana przed nimi
              stopniowo i nie wprost.
    • kwiecienka1 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 13:26
      abstahując na chwilkę od Kazia
      z jaką zazdrością przeczytałam Dario, że jeszcze jesteś zaspana (wpis o
      11:40)...
      nie żebym krytykowała, sama bym tak chciała...
      niestety, w te soboty, w które nie zrywam się bladym świtem (6:00) na pociąg do
      Krakowa (7:30), opornie jednak, ale wstaję (o 7:30) i udaję się do sklepu
      rodziców w celu popracowania (do 12:30, potem siostra)
      właśnie wróciłam do domu, jestem już po pracy, przede mną cały dzień...
      i co tu robić? chyba pójdę do Empiku, rzucę się na kanapę i poczytam Kazia
      (bo ja jeszcze nie...)
      pozdrawiam
      Kwiecienka na Sobotę

      • daria13 Re: Czy można już o Ishiguro? 04.02.06, 20:27
        Kwiecienko - współczuję i podziwiam, bo pewnie pracować w sklepie u rodziców
        nie musisz, ale chcesz, bo masz poczucie obowiązku i potrzebę niesienia pomocy.
        Zawsze czuję wielki podziw, na myśl o Twoich wszystkich aktywnościach.
        A wracając do Ishigury, myślę, że tę ksiązkę mógł napisać tak dobrze chyba
        tylko właśnie Japończyk, bo ludzie-klony są pokorni i pogodzeni ze swoim losem
        wedle tradycji i standardów japońskich. Podobnie jest chyba w tradycji
        żydowskiej i było to doskonale pokazane u Szczypiorskiego w Grze z ogniem.
        Dowodzi to tego, że człowiek odpowiednio wychowany może zostać ukształtowany
        według pewnych wzorców, które są niezwykle silnie zakodowane. To nie tylko
        indoktrynacja, to coś, co jest zaszczepione od urodzenia, prowadzące do
        głębokiej wiary w nieuchronność i niemożność zmiany losu.
        Pozdrawiam:)
    • blue.berry inaczej... 04.02.06, 22:29
      „Nie opuszczaj mnie” jest książką bardzo piękna i bardzo smutną.
      mimo że na tylniej stronie okładki opisana jest jako antyutopia o miłości i
      dorastaniu w świecie alternatywnym, tak naprawdę opowieścią jest o dzisiejszym
      świecie i o tym że właściwie większość z nas dorasta niczym jakaś kształtka w
      warsztacie jakiegoś rzemieślnika, który żmudnie nadaje jej kształt, aby nadać
      jej sens istnienia czyli spełniania określonej funkcji.
      metaforyczność klonów i ich przeznaczanie, nieuchronne zresztą, to opis
      dzisiejszych ludzi którzy rodzą się aby być kimś. to „bycie kimś” zazwyczaj
      określane jest nie po przez nich samych, lecz poprzez ich otoczenie. to ono
      narzuca im gotowe formuły dorastania.
      w dzisiejszym świecie ludziom nakłada się określone schematy, pewne
      konieczności, które trzeba spełniać. współczesne szkoły, gimnazja, studia
      wypuszczają na świat ludzi którzy w dużej mierze zatracają swoja oryginalność i
      wyjątkowość. wszyscy umieją to co warto umieć, wyglądają tak jak warto
      wyglądać, żyją tak jak warto żyć. wartości te, podobnie jak w powieści, wnikają
      w nas niepostrzeżenie, podobnie jak w Hailsham. bez „bezpośredniowości”, bez
      mocnych słow. dookoła sączy się jedynie cichy szept, poza granica świadomości,
      który tworzy z nas klony, bezrefleksyjnie przyjmujące swoje życie. przecież
      współcześni ludzie też właściwie przyjmują opcje że alternatywy nie ma, że to
      współczesny świat wymusza na nas takie a nie inne życie. to my, dzień w dzień
      dokonujemy donacji na rzecz tego świata, na rzecz pracy która nas osacza,
      której coraz częściej nie chcemy, nie lubimy ale nie mamy nic poza nią, my
      dokonujemy donacje na rzecz wymagań jakie stawia przed nami rzeczywistość.
      coraz częściej nawet rzeczy które powinny być przyjemnościami stają się
      obowiązkiem, staja się elementem wzorca, który wykonujemy bo tak wypada, bo tak
      trzeba, bo nie można inaczej. ileż ludzi w szkołach językowych, klubach fitnes,
      na kursach jogi, na sztucznych skałkach robi to bo rzeczywiście tak chce. a nie
      dlatego że im się wydaje że tak chcą, a nie dlatego że tak wypada, tak trzeba,
      że tak jest modnie.

      klony w powieści są z jednej strony pełne uczuć, wątpliwości i pytań a z
      drugiej strony są tak bezbarwne, jednowymiarowe, bezwolne w tych wszystkich
      uczuciach. historia snuje się raz w jedna raz w druga stronę, ale właściwie to
      bez znaczenia, bo koniec i tak jest ustalony. zresztą on nas aż tak nie
      zajmuje. uczestniczymy w tym wolnym procesie codziennego życia, które właściwie
      nie ma sensu. co jakiś czas zrywamy się, niczym Tommy, do jeszcze jednej próby
      uratowania samego siebie, ale zazwyczaj jest ona równie żałosna ja te wymyślone
      rysunkowe stworzonka. i tak naprawdę nikogo nie obchodzi, bo dla nikogo nie ma
      ona znaczenia. i mimo że ma dla nas samych, obojętność całego świata dookoła
      czyni ja (tę próbę) całkowicie bezsensowna i bezużyteczną.

      dla mnie „Nie opuszczaj mnie” jest o beznadziejności. o niemożności wyrwania
      się z zaklętego kręgu. o tym ze to wokół ciebie zapadają decyzje o tobie, a nie
      w środku ciebie samego. że tak naprawdę coraz częściej jesteśmy jak te części
      zamienne. pytanie tylko dla kogo? czy dla siebie samych?

      bo nawet jeśli kiedyś zdecydujemy się pojechać nieznana nam drogą, i znajdziemy
      to czego szukamy, to i tak wsiądziemy z powrotem do samochodu i wrócimy tam
      gdzie na nas czekają.
      • itek1 Re: inaczej... 04.02.06, 23:15
        Ciekawa interpretacja, naprawde.
        Mam tutaj 2 pytania.
        1. Dlaczego uwazasz, ze klony i ich przeznaczenie to metafora tylko czlowieka
        zyjacego w swiecie wspolczesnym? Czy moze zawsze tak bylo, ze czlowiek sam nie
        do konca o sobie decyduje, ze jego zycie i przeznaczenie jest w jakims stopniu
        wypadkowa kontaktu z innymi ludzmi, sytacji spolecznej, poltycznej, rodzinnej, etc.
        2. Nie zgodzilbym sie jeszcze z tym, ze to jest ksiazka o beznadziejnosci. O nie
        moznosci przeskoczenia swoich ograniczen-tak, o beznadziejnosci-nie.
        Pozdrawiam
        • daria13 Re: inaczej... 05.02.06, 12:14
          Jagódko, świetna ingterpretacja. Dała mi bardzo dużo do myślenia i myślę, że
          zgadzam się z nią, a jednocześnie bardzo mnie ona boli i wolałabym, żeby była
          mniej radykalna.
          Myślę, że są jednak na świecie ludzie, którzy korzystają z alternatywy, ludzie,
          którzy wybierają własną, odrębną drogę, ludzie, którzy nie dają się wpasować w
          ramy współczesności. Pytanie tylko, czy są oni szczęśliwi? Chyba jednak nie.
          Takimi ludźmi są na przykład wybitne jesnostki, wielcy artyści, czy szaleni,
          genialni naukowcy na przykład, ale historia pokazuje, że są oni z reguły
          naznaczeni albo chorobą umysłową, szaleństwem, wieczną kontestacją, która wszak
          jest bolesna.
          Gdyby złudna szansa, na jaką liczyli bohaterzy Nie opuszczaj mnie była możliwa
          do zrealizowania, czy umieliby z niej w pełni skorzystać? Czy to by ich nie
          przerosło w jakimś sensie? Czy nie jest trochę tak, że dla człowieka, który
          chce uciec od współczesnych (ale chyba nie tylko współczesnych, bo to zawsze
          istniało), stereotypów, jedyną szansą, jaka istnieje jest szaleństwo?
          To właśnie w dzisiejszych czasach stawia się na indywidualizm, ale czy ludzie,
          którzy się jemu oddają, są szczęśliwi? Jednak wątpię. Czyż podstawową potrzebą
          człowieka nie jest poczucie bezpieczeństwa, a nakładanie pewnych ram, w jakimś
          sensie to poczucie gwarantuje? Czy człowiek, który zrealizuje swoje odrębne i
          odmienne od ogółnych ideały, człowiek wierny swojej indywidualności, bo o tym
          mowa, nie staje się w gruncie rzeczy zagubiony i samotny?
          To tylko kolejne pytania do przemyślenia, niekoniecznie już uformowane moje
          opinie, to tylko wątpliwości.
          Pozdrawiam zimowo:)
          • blue.berry Re: inaczej... 05.02.06, 14:04
            dla itka
            1. nie uwazam ze dotyczy to tylko i wylacznie czlowieka wspolczesnego. pisze o
            czasam nam obecnych dlatego ze w nich zyje i dlatego ze to one wlasnie nas
            dotykaja. autor ksiazki wysuwa sie w przyszlosc, ja nie cofam sie w przeszlosc.
            poza tym czasy wspolczesne wydaja mi sie o tyle bardziej odpowiednie ze niby sa
            naznaczone indywidualizmem i wolnoscia wyboru ale zazwyczaj sa to chyba jedynie
            pozory. nawiazujac do tego co napisalam - my, dzień w dzień dokonujemy donacji
            na rzecz tego świata - my ludzie, ktorych zycie z gory jest zaplanowane, ktorzy
            maja juz swoje miejsce w przedszkolu zanim sie narodza, a wybrane studia zanim
            pojda do podstawowki, to my ludzie, ktorzy umieramy na zawal w wieku 45 lat, za
            mahoniowym biurkiem wielkiem korporacji, z pieniedzmi na koncie, bez zycia
            prywatnego i bez wyboru ktory zostal zbudowany z wyborow calego anszego zycia.
            umieramy dobrowolnie bo tak zostalismy wychowani, tak nas niczym klony
            zaprogramowano. i majac mozliwosc wyboru nie dokonujemy go, bo nie potrafimy?
            nie umiemy? wydaje nam sie to niestosowne? pisze w odniesieniu do wspolczesnych
            czasow bowiem one mnie bola, one mnie dotykaja, one tworza ze mnie kolna z
            powiesci Ishiguro.
            2. mysle ze jest to ksiazka o wielu interpretacjach, kazdy znajdzie w niej to
            czego poszukuje. ja znalazlam to o czym pisze. dlatego tez dla mnie to jest
            ksiazka o beznadziejnosci. i dlatego tez kiedy skonczylam ja czytac, dlugo
            plakalam.

            dla darii
            wspolczesny swiat daja nam iluzje indywidualizmu. duzo sie o nim mowi ale tak
            naprawde wszytsko co dzieje sie w okol nas prowadzi bardziej do tego by ludzi
            tego indywidualizmu pozbawic. wszystko staje sie bolesnie takie same, nie tylko
            taka sama jest naszawioska, miasteczko, kraj. powoli caly zachodni swiat
            zatapia sie w jednej formie. ten wychuchany, wydumany indywidualizm z lat 60-
            tych aktualnie gdzie jest? w wielkich korporacjach? w centracch handlowych? w
            salach jogi? nawet formy ucieczki od tego staja sie z gory narzucone, bo nagle
            okazuje sie ze trendy jest porzucac prace, przeprowadzac sie na wies, zamieniac
            prace w City na winnice we francji...
            masz racje, tylko szalenstwo moze nas od tego uratowac....
            • itek1 Re: inaczej... 05.02.06, 18:00
              > pisze w odniesieniu do wspolczesnych
              >
              > czasow bowiem one mnie bola, one mnie dotykaja, one tworza ze mnie kolna z
              > powiesci Ishiguro.
              To bardzo smutne co napisalas:(
              Jednak wydaje sie, ze jednak przesadzasz. Zadne czasy, rowniez wspolczesne nie
              maja nieskonczonej wladzy nad czlowiekiem. Zgoda, ze w wymiarze zewnetrznym
              nieraz jestesmy skazani na nienasycenie naszych pragnien i nadziei (nieraz
              calkiem skromnych). Jednak istnieje obok losu zewnetrznego, los wewnetrzny. Ten
              pierwszy moze wygladac beznadziejnie (patrz bohaterowie Ishiguro), ten drugi
              niekoniecznie(patrz bohaterowie Ishiguro).Pierwszy nam jest budowany, drugi my
              sami budujemy.
              Pozdrawiam serdecznie
              • staua Itku O/T 06.02.06, 02:31
                Przepraszam z gory za wtret nie na temat (ksiazki, oczywiscie, jeszcze nie przeczytalam), ale chcialam
                zapytac o pochodzenie Twojej sygnaturki, ktora bardzo mi sie podoba... Zdradzisz?
                • itek1 Re:Staua O/T 06.02.06, 08:26
                  Podsylam linka ze strona nt.jogi, na ktorej znajdziesz cytat z mojej sygnaturki
                  oraz pare innych, mysle interesujacych.

                  Pozdrawiam:)

                  PS.Zrewanzuj sie,prosze przetlumaczeniem Twojej sygnaturki (chcialem juz
                  wczesniej o to prosic, a teraz mam dobra okazje)
                • itek1 link 06.02.06, 08:26
                  www.edeneastyogastudio.com/yoga-info.htm
                  • staua Re: link 06.02.06, 16:19
                    Wielkie dzieki - niestety ja nie potrafie przetlumaczyc swojej wlasnej
                    sygnaturki (co za wstyd!). Szczegolnie druga linijka sprawia mi problem...
                    (pierwsza to chyba "nadszedl czas, zeby umrzec" a trzecia "nikt nigdzie na nas
                    nie czeka") Moze Kwiecienka mi pomoze? Wybor byl wylacznie intuicyjny, jest to
                    fragment piosenki (to tez straszny wstyd) "Umoran sam", ktora spiewa Jasmin
                    Stavros, jedna z gwiazd chorwackiego disco polo :-) Ale piosenka, z tego co
                    rozumiem, jest o zmeczeniu i rozczarowaniu zyciem. Tutaj jest tekst:
                    www.crolinks.com/cromusic/u/umoran.htm
                    Jak widzisz, nawet nie mialam chorwackich znakow...
                    Piosenke moge wyslac, bo skopiowalam ja juz na komputer. A mam ja w rumunskiej
                    skladance kabaretowej (oczywiscie tam jest umieszczona dla smiechu).
                    Pozdrawiam ze wstydem!
                    • itek1 Re: link 06.02.06, 16:25
                      > Piosenke moge wyslac, bo skopiowalam ja juz na komputer.
                      Wyslij na skrzynke gazety.
                      Pozdrawiam serdecznie
            • monikate Re: inaczej... 05.02.06, 18:06
              Jagódko, jestem porażona trafnością Twojej interpretacji.
              Tak właśnie jest. Ja nie umiałam tego ubrać w słowa.
              Nie umiemy, boimy się dokonać wyboru. Bo wybór poza ustalone ramy wyrzuca nas
              poza nawias społeczny, a poza grupą tracimy swoje poczucie bezpieczeństwa, o
              czym już wyżej wspomniano.
              Poza tym, jeśli jesteśmy już zaprogramowani, to nie jesteśmy indywidualnymi
              osobowościami. Program, aparat z definicji nie może wybrać czegokolwiek poza
              przypisanymi mu funkcjami. On nie myśli, on wykonuje przewidziane zadania. Tak,
              jak ludzie-klony w powieści. Ich myśli i uczucia są wpisane w grę, nie są
              objawem ich wyjątkowości.
              Bardzo smutna książka.
              • daria13 Re: inaczej... 05.02.06, 18:32
                Ale bohaterowie Ishigury godząc się ze swoim przeznaczeniem pozostają już poza
                nawiasem społecznym i umierają, natomiast my buntując się sami usuwamy się poza
                ten nawias i też skazujemy się tym na życie poza stadem i w efekcie na samotną
                śmierć, bo wilk odrzucony przez stado nie ma żadnych szans na przeżycie,
                przetrwanie. Pytanie, czy lepiej żyć w stadzie, czy opuścić to stado i przeżyć
                choć krótkie chwile swobody?
                Jagódka przedstawia sytuacje osób, które całymi sobą oddają się machinie
                współczesności, ale na szczęście nie jest ich tak dużo i my, osoby myślące,
                osoby wybierające nieraz emigrację wewnętrzną, może nie jesteśmy aż tak bardzo
                zniewoleni.
                Tak się łudzę, coby się nie załamać kompletnie, czego i Wam życzę:)
                • monikate Re: inaczej... 05.02.06, 19:04
                  Oj, Dario...
                  Jesteś tego pewna?
                  • daria13 Re: inaczej... 05.02.06, 19:17
                    Toć napisałam, że się łudzę. Pewności brak, niestety:(
                    P:)
              • itek1 Re: inaczej... 05.02.06, 19:47
                > Nie umiemy, boimy się dokonać wyboru. Bo wybór poza ustalone ramy wyrzuca nas
                > poza nawias społeczny, a poza grupą tracimy swoje poczucie bezpieczeństwa
                Jakos to sie rozmija z tym co mysle nt.tej ksiazki. Bo dla mnie jest to glownie
                ksiazka o przygotowaniu (nie powiem wychowaniu, bo byloby to naduzycie) do
                wykonania okreslonej misji- niehumanitarnym, ale czynionym w dobrych intencjach.
                To, ze ludzie wspolczesni sa zagubieni i kieruja sie schematami to inna rzecz.
                Czy oni byli wychowywani w sposob analogiczny do tego w Hailsham?

                > jeśli jesteśmy już zaprogramowani, to nie jesteśmy indywidualnymi
                > osobowościami. Program, aparat z definicji nie może wybrać czegokolwiek poza
                > przypisanymi mu funkcjami. On nie myśli, on wykonuje przewidziane zadania. Tak,
                >
                > jak ludzie-klony w powieści. Ich myśli i uczucia są wpisane w grę, nie są
                > objawem ich wyjątkowości.
                Mozesz uscislic o jakim konkretnym wyborze piszesz- co takiego musieliby zrobic,
                pomyslec czy odczuc Katty,Tommy czy Ruth, zeby mozna bylo stwierdzic, ze
                dokonali swiadomego wyboru spoza narzuconego im schematu.
                Pytam, bo nie bardzo rozumiem o czym piszesz.
                Pozdrawiam
            • blue.berry Re: inaczej... 05.02.06, 20:08
              itku
              czasem wymiar/los zewnetrzny z pozoru wyglada bardzo dobrze i nie budzi
              zastrzezen, za to los wewnetrzny wyglada beznadziejnie.
              oczywiscie ze generalizuje przesadzam i wyolbrzymiam. ale w ten sposob prosciej
              opowiedziec mi o moich odczuciach zwiazanych z ta ksiazka.
              ksiazka ktora genialna w swojej prostocie, moze byc o wielu rzeczach, w
              zaleznosci od potrzeb czy danje chwili w zyciu. o istocie czlowieczenstwa, o
              milosci, o przyjazni, o beznadziejnosci wspolczesnego zycia.
              jak to sie mowi - dla kazdego cos milego.

              dario
              jestes pewna ze osób, które całymi sobą oddają się machinie współczesności na
              szczęście nie jest ich tak dużo?
              bo ja z dnia na dzien coraz mniej....

              nie wiem czy swoja interpretacja wprowadzilam jakis pomieszanie czy nie.
              odebralam ta ksiazek tak a nie inaczej bp wpisala sie w moje rytmy mysli i
              watpliowsci z jakimi teraz zyje. byc moze moja interpretacja jest przerostem
              formy nad trescia. sama nie wiem. ale tak wlasnie ja odebralam.
              • stella25b Re: inaczej... 06.02.06, 11:31
                Widze, ze zaczeliscie wiec szybko dolaczam. Niestety moge pisac tylko z pracy
                gdyz w domu mam odciety internet.

                Dziwne odczucia miotaly mna po przeczytaniu tej ksiazki. Z jednej strony mialam
                wraznie, ze to pamietnik dziecka z sierocinca, ktore probuje odnalezc swoja
                tozsamosc, z drugiej strony przypomninala mi ta ksiazka film o Frankensteinie-
                ktory zyl wsrod ludzi ale nie mogl zyc tak jak ludzie. Dla mnie to takze
                ksiazka, powtorze za Blue Berry o beznadziejnosci, o przeznaczeniu, ktorego nie
                da sie ominac czy oszukac. O misji dla ktorej zostalo sie stworzonym.
                Ta ksiazka nie zawierala definicji, kto jest czlowiekiem ale wyraznie mowila o
                roznicy, kto uwazany jest za czlowieka.
              • aaneta Re: inaczej... 06.02.06, 11:34
                Nie zgadzam się z tezą, że to właśnie my, współcześni, jesteśmy zmuszeni żyć
                według narzuconych nam schematów i nie możemy (nie chcemy?) realizować własnych
                indywidualnych pomysłów na życie. To absolutnie nieprawda, że dotyczy to tylko
                naszych czasów. Czyżby kiedyś było lepiej? Czy niewolnik mógł robić co mu się
                podoba? Albo chłop pańszczyźniany? To w zdecydowanej większości przypadków jest
                niemożliwe ze względu na warunki zewnętrzne, a jeśli nawet są one sprzyjające,
                to i tak większość ludzi nie ma potrzeby albo wręcz nie umie żyć po swojemu.
                Łatwiej jest żyć zgodnie z narzuconymi zasadami, nie myśleć, nie podejmować
                decyzji i nie brać odpowiedzialności za własne życie. Po to są między innymi
                religie i mody, dla takich ludzi, i zdecydowanej większości najwyraźniej to
                odpowiada, zawsze tak było. Indywidualistów, ludzi, którzy wolą żyć po swojemu,
                niezależnie od ryzyka i kosztów, jakie w związku z tym muszą ponieść, jest
                garstka, ale są, a to, czy się jest indywidualistą, czy nie, zależy przede
                wszystkim od konstrukcji psychicznej, od osobowości, trochę od kultury i
                warunków zewnętrznych, i nie należy oceniać, co jest lepsze, a co gorsze. Po
                prostu w każdych czasach i w każdym miejscu na świecie są ludzie wolni i
                niewolnicy, tacy, którzy myślą samodzielnie i tacy, którym jest wygodnie, kiedy
                inni myślą za nich, buntownicy (kontestatorzy?) i konformiści. Chociaż nie,
                konformizm wynika ze świadomego wyboru, a większość wcale go nie dokonuje,
                automatycznie i bezmyślnie robi to, co wszyscy, bo „tak trzeba” albo bo „co
                ludzie powiedzą”.

                Wszyscy bohaterowie Ishiguro, nie tylko w „Nie opuszczaj mnie”, należą do tej
                drugiej grupy, przynajmniej postacie pierwszoplanowe. Wydaje mi się, że
                rzeczywiście wynika to z japońskich korzeni Ishiguro, ale jednak zawsze gdzieś w
                tle są postacie, które dokonują świadomych wyborów. I chyba o to właśnie chodzi,
                to wyróżnia twórczość Ishiguro, to jest jej istotą, co mnie w niej w jakiś
                perwersyjny sposób pociąga, bo ja sama jestem niby buntowniczką i
                nonkorformistką, ale przecież jednak, żeby przeżyć, nie mogę robić wszystkiego
                na przekór światu, dlatego do pewnego stopnia rozumiem jego bohaterów. W
                przypadku „Nie opuszczaj mnie” rozumiem szczególnie, bo jestem przekonana, że
                jest to metafora ludzkiego życia w najogólniejszym sensie, że niezależnie od
                szczegółów, o których można długo i namiętnie, tak naprawdę chodzi o to, że
                każdy człowiek żyje w określonych warunkach, których nie może zmienić, a jeżeli
                nawet, to w bardzo ograniczonym stopniu i zakresie, większość prawd i zasad
                przyjmuje bezkrytycznie i w końcu umiera, bo nie ma innego wyjścia. Taka jest
                banalna prawda i choćby nie wiem jak się buntować, to tak wygląda w skrócie
                życie każdego człowieka, dlatego, nie da się ukryć, strasznie mnie ta książka
                zdołowała. Chociaż ostatnio wpadłam na pomysł, że można by los jej bohaterów
                zinterpretować pozytywnie: że ich życie ma głęboki sens z uwagi na to, że żyją,
                a właściwie oddają życie po to, żeby mogli żyć inni. Wydaje mi się, że byłaby to
                interpretacja w duchu chrześcijańskim, powinna więc być naturalna w naszej
                kulturze, a jednak nie jest. Pytanie, dlaczego.
                • stella25b Re: inaczej... 06.02.06, 11:43
                  aaneta napisała:

                  > Chociaż ostatnio wpadłam na pomysł, że można by los jej bohaterów
                  > zinterpretować pozytywnie: że ich życie ma głęboki sens z uwagi na to, że
                  żyją,
                  > a właściwie oddają życie po to, żeby mogli żyć inni. Wydaje mi się, że byłaby
                  t
                  > o
                  > interpretacja w duchu chrześcijańskim, powinna więc być naturalna w naszej
                  > kulturze, a jednak nie jest. Pytanie, dlaczego.



                  Ale przeciez ta trojka bohaterow chce zyc. I na dodatek ich wielkim pragnieneim
                  jest zyc jak inni ludzie. Nie chce sie pogodzic ze swoim losem. Probuje cos
                  zmienic. W tym wlasnie jest sek, ze te klony wcale nie czuja swojej misji jako
                  najwyzszego celu w zyciu.
                  • aaneta Re: inaczej... 06.02.06, 11:49
                    Z ostatnim zdaniem się zgadzam, z poprzednimi ani trochę :)
                    Co próbują zmienić? Tylko odsunąć w czasie, i to bez większego przekonania.
                    • stella25b Re: inaczej... 06.02.06, 11:54
                      aaneta napisała:

                      > Z ostatnim zdaniem się zgadzam, z poprzednimi ani trochę :)
                      > Co próbują zmienić? Tylko odsunąć w czasie, i to bez większego przekonania.


                      Marzeniem Ruth byla praca w biurze. Ruth zdobywa adres Madame. Tom zaczyna
                      malowac swoje obrazki wierzac, ze oddajac je do galerii, zmieni swoj los. Moze
                      nie rewolucja na wielka skale ale jednak cos probowali zrobic.

                  • daria13 Re: inaczej... 06.02.06, 12:10
                    > Ale przeciez ta trojka bohaterow chce zyc. I na dodatek ich wielkim
                    pragnieneim
                    >
                    > jest zyc jak inni ludzie. Nie chce sie pogodzic ze swoim losem. Probuje cos
                    > zmienic. W tym wlasnie jest sek, ze te klony wcale nie czuja swojej misji
                    jako
                    > najwyzszego celu w zyciu.

                    Otóż to. Oddawanie życia za innych jest rzeczywiście w duchu chrześcijańskim,
                    ale pod warunkiem, że jest to dar z wyboru (ojciec Kolbe dla przykładu), ale
                    jeśli to życie jest odbierane pod przymusem, nijak nie jest w tym duchu, w
                    którym każde życie ma wartość nadrzędną. Dlatego ani w naszej kulturze nie
                    możemy tego interpretować pozytywnie, ani w innej nie powinno się tego robić.
                    Ishiguro chyba jednak nie daje żadnej nadziei, dlatego zgadzam się z Jagódką,
                    że to książka o braku nadziei:(
                    Pozdrawiam
                    • aaneta beznadzieja 06.02.06, 12:29
                      Z tym brakiem nadziei to też na początku tak mi się wydawało, ale teraz nie
                      jestem pewna. Bo przecież oni wcale nie cierpią, są pogodzeni z losem, robią
                      swoje, bo mają świadomość, że tak musi być. Gorzej by im było, gdyby się
                      rzucali, próbowali coś zmienić za wszelką cenę, a gdyby się nie udało, to byliby
                      nieszczęśliwi. Skądś to znamy? Była już taka filozofia, nawet niejedna.
                • blue.berry dla aanety 06.02.06, 12:35
                  nie twierdze ze wspolczesni ludzie sa zmuszeni zyc wg. schematow. pisze o
                  wspolczesnosci bowiem to w niej zyje i one mnie dotyczy, ona mnie determinuje.
                  czy kiedys bylo lepiej?
                  kiedys zawsze bylo lepiej, kiedys zawsze bylo gorzej. nie ma to znaczenia
                  bowiem i tak nie wplywa to na nasza terazniejszosc. tez sie nad tym
                  zastanawialam (i dokladnie takie przyklady jak niewolnik czy chlop przyszyly mi
                  do glowy) ale stwierdzilam ze nie bede rowijac juz i tak pokretnego wywodu. ale
                  ze temat ten sie pojawil to przedstawie moj punkt widzenia oczywiscie trzymajac
                  sie kontekstu interpretacji ksiazki. a wszytsko to bedzie straszna lopatologia
                  i uproszczeniem.
                  generalnie mnie nie chodzilo o to o czym piszesz. troche ciezar jest gdzie
                  indziej. ale nie umiem tak do konca tego sprecyzowac. trzymajac sie przykladu
                  donacji ktore dajemy na rzecz tego swiata - chlop czy niewolnik rodzili sie
                  chlopem czy niewolnikiem i kompeltnie nie majac wyboru zyli i umierali
                  dokonujac donacji na rzezc swego pana bo tak by skonstruowany swiat. dzis
                  czlowiek wspolczesny doklada wszelkich staran takich jak dobre szkoly, studia,
                  kursy aby dostac swoja upragniona prace, ktora zabierze mu jego zycie, czasem w
                  przenosni, czasem doslownie. wydawaloby sie - wolnosc wyboru i do tego
                  okraszona ciezka praca... tylko na koga ta donacja? na nas samych? na naszych
                  panow? (kim oni sa?) na wspolczesny swiat?

                  temat jest o tyle "sliski" ze zawsze mozna powiedziec ze jest tak i tak, ze tak
                  bylo, jest i bedzie, ze biale i czarne, a posrodku szare:)))) jak napisalam
                  ksiazke te odbieram przez pryzmat moich aktualnych watpliowosci, problemow, czy
                  po prostu zycia jakim zyje. i dlatego tez ta interpretacja jest jednostronna i
                  w konkretnym temacie. i absolutnie nie oczekuje ze ktos bedzie sie z nia
                  zgadzal, poniewaz jest sluszna tylko dla mnie:)))

                  pozdrawiam
                  • aaneta Re: dla aanety 06.02.06, 13:09
                    Jagódko, przecież na tym polega cała zabawa, że każdy odczytuje tę czy inną
                    książkę/film/obraz/muzykę po swojemu, i nikt - przynajmniej w tym gronie, jak
                    sądzę - nie uważa, że jego interpretacja jest jedynie słuszna :)

                    A tym przypadku wydaje mi się, że akurat wcale się nie różnimy zbytnio, ja tylko
                    to, co napisałaś o współczesnym życiu, rozciągam na życie w ogóle. Chociaż
                    rzeczywiście, chłop pańszczyźniany nie był nim z własnej woli, natomiast
                    niektórzy z nas stają się niewolnikami (systemu, stylu życia) z własnej woli i,
                    żeby było śmieszniej, wydaje im się, że jest to wolny i korzystny dla nich
                    wybór, he, he...
    • braineater Votum Separatum 06.02.06, 12:31
      po dłuższej chwili zastanowienia się, jednak postanowiłem dać głos w tym watku,
      mimo powziętego dawno temu, by nie pisać o tekstach, których nie lubię, które
      mi się nie podobają.
      A to właśnie ma miejsce w przypadku pana Ishiguro i tej ksiązki. Dawno niczego
      tak nie męczyłem, dawno juz nie miałem ksiązki przed którą uciekałem (ostatni
      raz pewno w szkole jeszcze jakas lektura obowiązkowa to była) i dawno sie tak
      nie cieszyłem, ze wreszcie skonczyłem to czytać. Jak dla mnie (i to po
      przeczytaniu Waszych analiz) nadal jest to tekst pusty, nie wzbudzajacy zadnych
      refleksji. Ot, bardzo, aż do bólu sztampowa opowiastka w SF kostiumiku, jakich
      dziesiątki, omawiajaca problemy omawiane juz przez wielu innych i prowadząca
      dokładnie donikąd. Odbijało mi się czkawka po wspomnianym tu juz Nowym
      Wspaniałym Huxleyu, a jeszcze bardziej po Zmieniakach Marschala Smitcha i
      Długiej Nocy zimowej Elisabeth Hand - ksiązkach, które dotycza dokładnie tego
      samego problemu, ale potrafiących postawic go w sposób o wiele ciekawszy, nie
      utopiony w rozlazłej stylistyce zdań i akapitów - ta metoda, która sprawdzała
      sie w poprzednich ksiązka pana Kazia i była przyczynkiem do jego całkiem
      zasłużonego uznania, tu kompletnie kladzie jak dla mnie cały tekst, rozwala go
      w jakies niewiadomoco i niewiadomopoco.
      Czyli, jak dla mnie absolutna porażka, porównywalna z Niepocieszonym.

      P:)
      • blue.berry Re: Votum Separatum 06.02.06, 12:42
        no i wyszlo na to ze przejelimy sie jakas marna ksiazczyna, nie warta
        przejmowania sie:)))
        • daria13 Re: Votum Separatum 06.02.06, 13:10
          Pozwolę sobie nie zgodzić się z Brainem, ale jego prawo tak uważać, tak jak
          moje prawo mieć podobne zdanie jak Brain ma na temat Nie opuszczaj mnie, na
          temat książek pana Murakamiego, tak z kolei uwielbianego prze ojca-założyciela,
          i nie tylko. To znaczy Kronika ptaka nakręcacza jest dobrze napisaną książką,
          którą się świetnie czyta, ale dla mnie jej lektura nie daje nic oprócz
          przyjemności, nijak nie podbudza mnie do żadnych refleksji, jest jak pięknie
          pomalowana wydmuszka, kompletnie pusta w środku. A u Ishigury jest odwróceniem
          tych proporcji. Język prosty, klarowny i jasny, a opowiedziana subtelnie
          histria porusza do samej głębi (niektórych).
          I tak to się toczy:)
          Pozdrawiam:)
      • aaneta Re: Votum Separatum 06.02.06, 12:43
        braineater napisał:
        > Odbijało mi się czkawka po wspomnianym tu juz Nowym
        > Wspaniałym Huxleyu, a jeszcze bardziej po Zmieniakach Marschala Smitcha i
        > Długiej Nocy zimowej Elisabeth Hand - ksiązkach, które dotycza dokładnie tego
        > samego problemu

        To znaczy jakiego problemu? Bo z tego, co wymieniłeś, znam tylko Huxleya, ale
        żadnego podobieństwa problematyki nie widzę, nie wiem, jak reszta.
        • braineater Re: Votum Separatum 06.02.06, 12:47
          Huxley - wizja świata lepszych i gorszych
          Pozostałe dwie - dokładnie takie same opowieści o dzieciakach hodowanych na
          części, z opisanymi dokładnie tymi samymi mechanizmami.
          Blue - nie chodzi o to, ze przejęliście się 'marna książczyna' bo marna ona nie
          jest - on po prostu nie trafia do mnie, co nie oznacza, ze jest jakims
          badziewiem, a skoro udało jej sie wywołac taką dyskusje jak powyzsza, to
          oznacza, że to raczej ja jestem gupi i nic z niej nie zrozumiałem, a nie Wy.

          P:)
          • aaneta Re: Votum Separatum 06.02.06, 12:54
            W dalszym ciągu twierdzę, że Huxley dotyczy czego innego, natomiast co do
            pozostałych dwóch - jakie "dokładnie te same mechanizmy", proszę o szczegóły :)
            • braineater Re: Votum Separatum 06.02.06, 13:03
              rozważania o tym, czy cos, wyhodowane jako bank częsci zamiennych, moze być
              człowiekiem
              pytania o to gdzie zaczyna się człowiek
              Pytania czy zmieniakom nalezy sie szacunek i opieka, czy tez są tylko
              przedmiotami.
              I oczywiście zgodnie z ideologia 'pokochaj nienarodzone' wszystko, co ma
              rącZki, nóżki i głowkę, jest człowiekiem.
              • aaneta Re: Votum Separatum 06.02.06, 13:16
                Dzięki, potwierdziłeś moje przypuszczenia, i teraz mogę z całym przekonaniem Ci
                się sprzeciwić, bo Ishiguro jest nie o tym. Klony są tylko pretekstem.
      • mamarcela Re: Votum Separatum choć trochę słabsze 06.02.06, 13:11
        Bo mnie ta książka okropnie zdenerwowała. Nie jako książka, ale jako
        opowiedziana historia. Abstrahując bowiem od wszelkich metafor, których można
        się w niej dopatrywać (życie nieuchronie zakończone smiercią, życie w
        określonym systemie, życie współczesnego człowieka uwikłanego w kulturę, w
        ogóle opozycji natura - kultura, bo klony są w końcu tworem kultury) to nie
        jest dla mnie książka o beznadziejności, a raczej o "bezrefleksyjnym" (słowo
        żart)podawaniu się temu, co wydaje się nieuchronne, ale chyba w świecie
        stworzonym przez Ishiguro wcale takie nieuchronne nie jest. Wystarczy skręcić w
        inną ulicę w końcu. Nikt tego nie próbuje. Dlaczego? Gdyby spróbował i ta próba
        zakończyłaby się klęską to może uwierzyłabym w nieuchronność, a tak...
        Tu zacytuję moje pierwsze refleksje po lekturze
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28749&w=31481485&a=31586593
        P:)
        • blue.berry OO!!!!! 06.02.06, 13:15
          buk zaplac ci dobra kobieto!
          "bezrefelksyjnosc"
          wlasnie tego slowa mi brakowalo w moich wynurzeniach. dlatego tez uczepilam sie
          tej beznadziejnosci. bowiem nie do konca o beznajdziejnosc bohaterow mi
          chodzilo (czy o to ze zyli bez nadzieji) tylko o beznadziejosc jaka odczuwalam
          czytajac te ksiazke. bo wlasnie ten brak reflkeksji, ta monotonia, to
          przyzwolenia z malutkimi zalosnymi elemntami buntu wlasnie wywolalo we mnie
          takie odczucie bznadziejosci. i smutku. i tez ze wlasnie tak czasem wyglada
          zycie. zycie z wlasnego wyboru:(
          • staua Re: OO!!!!! 20.03.06, 20:52
            W koncu przeczytalam (nie, zebym meczyla, jak zaczelam, to poszlo szybko i
            gladko, wciagnelo mnie i nie moglam przestac czytac, az nie odlozylam). Wpisuje
            sie pod postem aanety, bo mialam takie samo pierwsze uczucie: zlosc,
            zdenerwowanie, nie moglam patrzec, jak ludzie (ja nie mam watpliwosci co do
            tego, ze to normalni ludzie) nie moga wyjsc poza ustalone ramy. I to NIKT!
            Nikt, ani jedna osoba (a przeciez bylo ich tysiace w wielu szkolach i
            osrodkach) - jestem pewna, ze gdyby ktos sie zbuntowal, uciekl albo odmowil
            zostania dawca, to Miss Emily lub Madame wspomnialyby o tym w koncowej rozmowie
            z Tommym i Kathy. Proby zrozumienia - owszem, swietnie, kolejny dowod na
            czlowieczenstwo, zadawanie sobie pytan, ale ta akceptacja wlasnego losu - dla
            mnie to niemozliwe. Zwlaszcza, ze nie ma zadnych przykladow tego, co staloby
            sie z kims, kto by sie wylamal.
            I opiekunowie probujacy "dowiesc, ze w ogole macie dusze". Jakos bez
            przekonania tego dowodzili, chyba wsrod nie - klonow nie bylo nikogo, kto by
            NAPRAWDE wierzyl w czlowieczenstwo klonow!I to mi sie wydaje podejrzane, bo
            pzreciez nawet w spoleczenstwach rzadzanych przez pieniadz, mody, trendy,
            propagande czy cokolwiek znajdzie sie grupa opozycjonistow (nie mowie tu o
            klonach, ale o ludziach korzystajacych z ich "uslug" - i nie trafia tu do mnie
            wyjasnienie Miss Emily, ze kazdy bedzie przedkladal zdrowie i zycie czlonka
            rodziny czy swoje nad rownosc klonow. Otoz nie kazdy.
            Tyle emocjonalnie, jesli chodzi o sama tresc. Oczywiste, ze metafora i nie
            dotyczy klonow, takie mechanizmy spoleczne istnieja i juz powyzej o tym bylo,
            wiec nie bede sie powtarzac. Niestety mialam jak Braineater poczucie deja vu
            (moze dlatego, ze oprocz ksiazek przez niego wymienionych obejrzalam Wyspe :-)).
            Nie uwazam, ze to zla ksiazka, ale sam pomysl na pewno nie ejst nowy, natomiast
            swiadomosc ta nie odebrala mi przyjemnosci czytania, podobaly mi sie aluzje,
            opisy nie-wprost (chyba az do opisu Chrissie i Rodneya nie ma tam zupelnie
            opisow wygladu bohaterow), introspekcje Kathy. Chetnie siegne po wiecej
            Ishiguro, aczkolwiek "Never Let Me Go" nie powalilo mnie na kolana. Ale
            zainteresowalo.
            • staua Mamarceli, przepraszam 20.03.06, 20:53
              oczywiscie, o jej, nie Aanety, post mi chodzilo.
            • itek1 Re: OO!!!!! 20.03.06, 20:59
              >Chetnie siegne po wiecej
              >Ishiguro, aczkolwiek "Never Let Me Go" nie powalilo mnie na kolana. Ale
              >zainteresowalo.

              W przypadku Ishiguro wazna jest kolejnosc przeczytanych ksiazek. Jesli nie
              czytalas The Remains of the Day to przeczytaj- rozni sie znacznie od wersji
              filmowej. Jesli ja czytalas najlepszy bedzie debiut A Pale View of Hills.
              Pozdarawiam
              • staua Re: OO!!!!! 20.03.06, 21:24
                Nie czytalam, znam tylko film (bardzo mi sie podobal). Chyba teraz wypozycze
                ksiazke. Zaczelam od "Never Let Me Go" ze wzgledu na forum wlasnie...
                A dlaczego kolejnosc jest wazna? Czy ze wzgledu na ewolucje autora a jakims
                kierunku, czy wczesniejsze ksiazki sa lepsze (gorsze) od pozniejszych?
                • itek1 Re: OO!!!!! 20.03.06, 21:36
                  > A dlaczego kolejnosc jest wazna? Czy ze wzgledu na ewolucje autora a jakims
                  > kierunku, czy wczesniejsze ksiazki sa lepsze (gorsze) od pozniejszych?
                  Pierwsze 3 ksiazki, czyli wspomniane plus An Artist of the Floating World
                  najlepiej wprowadzaja w klimat i styl jego prozy, tematyke poruszanych problemow.
                  Pozniej Ishiguro zaczal troche eksperymentowac i rozwijac wczesniejsze motywy.
                  Dla mnie jest on znakomitym pisarzem i nie bardzo potrafie ocenic, ktore sa
                  lepsze wczesniejsze czy pozniejsze (podobnie jak z Kundera). Sa troche inne.

                  Polecam bardzo ciekawy wywiad nt.m.in.Never let Me Go
                  tygodnik.onet.pl/1563,10461,1299961,tematy.html
                  Pozdrawiam (ogladam wlasnie Okruchy dnia w TV:))
                  • itek1 Re: Link 20.03.06, 21:40
                    tygodnik.onet.pl/1563,10461,1299961,tematy.html
                    • staua Re: Link 20.03.06, 21:44
                      Przeczytalam juz wywiad (dotarlam do linku, ktory kiedys zamiesciles lilka
                      postow nizej). Ciekawy.
                      Na pewno musze poczytac go wiecej, bo zupelnie nie rozumiem na razie porownania
                      do Kundery (caly ten watek, gdzie dyskutowales o tym z Daria, przeczytalam
                      jesczze zanim przeczytalam "Never Let Me Go", ale teraz jestem jeszcze dalsza
                      od zrozumienia). Kundere znam niezle i lubie, "Niesmiertelnosc" kiedys bya
                      ksiazka dajaca mi wytyczne, ale z tym Ishiguro namieszaliscie mi w glowie...
        • aaneta Re: Votum Separatum choć trochę słabsze 06.02.06, 14:09
          mamarcela napisała:
          > Nikt tego nie próbuje. Dlaczego?

          Jeśli życie klonów w "Nie opuszczaj mnie" jest metaforą życia w ogóle, a donacje
          zinterpretujemy jako choroby czy starość, to łatwo zauważyć, że przecież my, w
          naszym realnym świecie próbujemy się tej nieuchronności przeciwstawić, na
          wszelkie możliwe sposoby, począwszy od aerobiku i kosmetyków, poprzez operacje
          plastyczne, a skończywszy na całej medycynie, w szczególności tej ratującej
          życie. Ale czy rzeczywiście na tym dobrze wychodzimy, czy to naprawdę zawsze ma
          sens? Czy dzięki temu jesteśmy bardziej szczęśliwi? Przecież żeby mieć kasę na
          aerobik, kosmetyki i operacje plastyczne zaharowujemy się jak wariaci, tracąc
          przy tym z reguły to, co ma największą wartość, a ratowanie życia w wielu
          przypadkach powoduje przedłużanie umierania. Więc może nie warto skręcać?
          • mamarcela Re: Votum Separatum choć trochę słabsze 06.02.06, 14:36
            Nie. Nie zgopdzę się tak łatwo na to, że jest to metafora życia w ogóle. nie
            tak po prostu. Klony są bowiem z definicji pozbawione tego, czego większość
            ludzi doświadcza, a mianowicie poczucia ciągłości życia realizowanego przez
            rodzicielstwo. I to nawet niekoniecznie własne.
            Można posunąć sie jeszcze dalej i stwierdzić, że donacje sa dla klonów
            substytutem rodzicielstwa, że robią to dla "przedłużenia" ludzkości. Ale to
            jest chyba naduzycie.
            Klony nic nie budują, ich relacje są oparte na seksie, nie realizuja sie
            poprzez pracę, nawet twórczość jest twórczościa na zamówienie. Może jest to
            metafora tego do czego dąży ludzkość. Ale w żaden sposób nie moge się zgodzić,
            że jeśli nasze życie ma tak wyglądać to nie warto skręcić w inna ulicę.
            chociażby po to, aby dać się rozjechac przygodnej ciężarówce.
            P:)

            • aaneta Re: Votum Separatum choć trochę słabsze 06.02.06, 14:54
              Ja sama mam skłonności do ryzyka i uważam, że życie ma smak tylko wtedy, kiedy
              się idzie własną drogą. Ale jeśli mówimy tylko o powieści, to nie sposób nie
              zauważyć, że jej bohaterowie mimo wszystko są szczęśliwi, nie pragnąc niczego
              więcej ponad to, co jest im dane (przeznaczone?). To postawa stoicka, nad którą
              czasami się zastanawiam, choć jest ona niezgodna z moją naturą, ale wcale nie
              jest taka głupia :)

              > Klony nic nie budują, ich relacje są oparte na seksie, nie realizuja sie
              > poprzez pracę, nawet twórczość jest twórczościa na zamówienie.

              Może dlatego się nie buntują? Nic ich specjalnie nie trzyma przy życiu, nie mają
              żadnych zobowiązań, nie zostawiają nikogo naprawdę bliskiego.
              • mamarcela Re: Votum Separatum choć trochę słabsze 06.02.06, 14:57
                Może dlatego się nie buntują? Nic ich specjalnie nie trzyma przy życiu, nie maj
                > ą
                > żadnych zobowiązań, nie zostawiają nikogo naprawdę bliskiego.

                Tu się mogę z Toba zgodzić.
                Ale nadal; nie zgadzam się, że to jest metafora życia ludzkiego w ogóle.:)
                • aaneta ale 06.02.06, 15:30
                  Ale to, co napisałaś wyżej, wcale Twojej niezgody nie uzasadnia. To tylko
                  świadczy o tym, że klony nie nie spełniają takich samych funkcji życiowych, jak
                  "zwykli" ludzie, że ich życie wygląda inaczej. Ale jeśli nie będziemy wnikać w
                  takie szczegóły, tylko spojrzymy na to bardziej syntetycznie, to mamy:
                  - dzieciństwo, o którym nic nie wiadomo, tak jak w życiu nie pamięta się swojego,
                  - okres wczesnoszkolny porównywalny z młodością,
                  - okres licealny (w jakiś sposób wyróżniony w opowieści Kathy, choć nie pamiętam
                  jak, ale podkreśla granicę pomiędzy tymi etapami) symbolizujący życie dojrzałe,
                  - życie na farmie jako emerytura,
                  - donacje jako choroby albo starość.
                  Na dokładkę mit związany z możliwością odsunięcia donacji w czasie, jeśli jakaś
                  para udowodni, że naprawdę się kocha. Czyż nie wierzymy w to czasami? W każdym
                  razie poeci wierzą ;)
                  • mamarcela Re: ale 06.02.06, 15:54
                    OK. Metafora życia. Tylko jeżeli tak wygląda nawet w znacznym uproszczeniu,
                    albo ma wyglądać życie ludzkie to ja naprawdę wybieram ciężarówkę za zakrętem.
                    Bez marzeń, bez radości, bez perspektyw, bez dzieci, bez perspektywy wnuków,
                    bez kota do głaskania na starość, bez książek, bez tego wszystkiego, co
                    przynosi każdy dzień. Nawet bez zmartwień. A przede wszystkim bez ciekawości
                    świata za zakrętem.
                    Sorki, ale przy całej sympatii do Kazia nie pozwolę sobie wmówić, że życie
                    ludzkie nie ma sensu. :)
                    • aaneta Re: ale 06.02.06, 16:02
                      A kto mówi, że nie ma sensu? Na pewno nie Kazio. Ani nie ja :)
    • nienietoperz O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechetnie. 06.02.06, 13:03
      Mam z 'Nie opuszczaj mnie' problem.
      Kwestie poruszane przez Ishiguro sa niewatpliwie istotne, dylematy tragiczne,
      interpretacji mozna sobie szukac wszedzie, dyskutowac o autentycznosci,
      analogiach z rzeczywistoscia, konsekwencjach filozoficznych.
      Tyle tylko, ze tak samo moglbym o tym wszystkim dyskutowac, gdyby ktos 'Never
      let me go' strescil mi w dziesieciu zdaniach. Nie bylem w stanie odnalezc w
      Kathy nic, co pozowoliloby mi sie z nia zaprzyjaznic/ja znielubic. Proba
      przekonania mnie, ze powierzchowna automatycznosc i plytkosc reakcji wychowankow
      na wydarzenia wokol nich jest wylacznie wytresowana, zawiodla na calej linii.
      Przedstawienie sytuacji, w ktorej nie ma milosci, a jest 'uprawianie seksu', nie
      ma nadziei, ale moze jest 'odroczenie', nie ma smierci, ale jest 'zejscie', a w
      ktorej z drugiej strony wciaz jest pelnia czlowieczenstwa i odczuwania, choc
      trudna, nie jest skazana na niepowodzenie. Wszystko jednak w takim przypadku
      zalezy od slow, od sposobu komunikacji. Jezyk, jakiego Kath uzywa, jest czasami
      kolokwialny i niezgrabny, czasami plynny i pasujacy do, bylo nie bylo,
      absolwentki szkoly o wysokich standardach. Moze tu akurat wiecej winy p.Szulca
      niz p.Ishiguro (nota bene, nie nazywajmy go Japonczykiem, skoro sam przedstawia
      sie jako brytyjski pisarz japonskiego pochodzenia), niemniej jednak doklada sie
      to do efektu, a raczej do braku efektu koncowego. Nie jestem w stanie podjac gry
      z autorem, jesli co kilkanascie stron uwaga ucieka w strone zastanawiania sie,
      co tu zgrzyta, czemu cos mi nie pasuje.

      Sam pomysl rzeczywistosci hodowania ludzi w celu pobierania z nich narzadow nie
      wydaje sie nader odkrywczy; znacznie ciekawsze jest juz pytanie: czy jesli
      wprowadzajac nowa 'technologie' zawieszamy czesc tradycyjnych zasad moralnych,
      czy jest sens podtrzymywac pozostale. W zwiazku z tym bardzo chetnie podyskutuje
      z Wami o tym, co do glowy Wam po lekturze przyszlo. Bardzo jednak szkoda, ze
      'Never let me go' nie napisal P.K.Dick. I ze autor 'Okruchow dnia' napisal
      ksiazke tak slaba.

      Uklony,
      Nienietoperz
      • braineater OT Toperzu! 06.02.06, 13:08
        KOCHAM CIĘ:)

        P:)
        • nienietoperz Re: OT Toperzu! 06.02.06, 13:14
          Kochasz, nie kochasz, ale gdzie my sie teraz schronimy?
          • blue.berry Re: OT Toperzu! 06.02.06, 13:15
            w jakiejs norce?
        • mamarcela Re: OT Toperzu! 06.02.06, 13:22
          Nie żebym się w związki uczuciowe pomiędzy oboma panami wtrącała, ale pragnę
          jedynie zaznaczyć, że ja swój obojętny stosunek do "Never let me go" już w
          listopadzie zwerbalizowałam, a jakoś nikt mnie nie kocha. :(
          P:)
          mamarcela smutna czegóś
          • nienietoperz Re: OT Toperzu! 06.02.06, 13:26
            MMrcele kochamy poniekad z definicji, bezrefleksyjnie, zaden pro- czy
            anty-Ishiguro nic tu nie zmienia.

            Nienietoperz przed przeprowadzka
          • braineater Re: OT Toperzu! 06.02.06, 13:27
            ja tam Mamarceli nie kocham..
            Ja tam zapatrzony weń jestem jak w świnty łobrozicek

            P:)
            • mamarcela eeetam 06.02.06, 13:36
              Bo wyszło na to, że ja się komplimentów i duserów domagam.
              A ja tylko chciałam swój prekursyzm (sic) podkreślić. Zeby nie było.
              P:)
              mamarcela bez definicji
      • itek1 Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 06.02.06, 13:29
        > Proba
        > przekonania mnie, ze powierzchowna automatycznosc i plytkosc reakcji wychowankow
        > na wydarzenia wokol nich jest wylacznie wytresowana, zawiodla na calej linii.
        Wiesz, niesamowicie to co piszesz skojarzylo mi sie z opowiadaniami kolymskimi
        Szalamowa do ktorych caly czas przyrownuje powiesc Ishiguro. Tam mamy sytacje
        troche jak w Hailsham, tylko jest taka roznica, ze tu wszyscyc chca dobrze, tam
        wszyscy chca zle, a wychodzi... podobnie. To jest dla mnie w tej ksiazce
        niesamowite, to podobienstwo losu bez wzgledu na ideologie, ktorym przyswieca
        budowa nowego swiata.
        A podsumowanie, w stylu, ze wystarczy Tobie 10 zdan, zeby zrozumiec specyfike
        tej ksiazki uznaje za bardzo krzywdzaca.
        To samo mozesz napisac o calej literaturze lagrowej, Zbrodni i karze, Dzumie- i
        bedzie to rownie sprawiedliwe
        z najlepszymi pozdrawieniami
        PS.Genialnosc tej ksiazki polega na jej uniwersalizmie- to w ktorym miejscu w
        zyciu jestes i co wczesniej przeczytales i przemyslales wkomponowuje sie w
        przemyslenia nt. jej
        To zdecydowanie moja ulubiona ksiazka Ishiguro.
      • aaneta Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 06.02.06, 13:29
        No przecież piszemy, co nam do głowy przyszło po lekturze, niektórzy nawet od
        piątku piszą...
        Zgadzam się, że bohaterowie, zwłaszcza Kathy, są bezbarwni i baznamiętni. I to
        wkurza. Ale wydaje mi się, że nie mogą być inni. Nie wiemy nic o ich wczesnym
        dzieciństwie, ale można się spodziewać, że skoro nie mieli kochających rodziców,
        tylko opiekunów (w domu dziecka czy czymś w tym rodzaju), to nie byli przytulani
        i nikt nie nauczył ich emocji, bliskości, czułości, miłości itd.
        • nienietoperz Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 06.02.06, 14:05
          O tym wlasnie Aaneto, Dario, Itku staralem sie napisac. Naprawde rozumiem, ze
          nasi bohaterowie w opisanej rzeczywistosci nie moga byc inni, ze 'chodzi o'
          pokazanie tego, ze mimo braku werbalizacji sa w nich uczucia, mimo skazania na
          brutalny los jest w nich czlowieczenstwo. Tyle tylko, ze dla mnie nie jest to
          odkrycie wywolane przez Ishiguro, nie jest to cos, co on mi pokazal; z uwagi na
          ogolne koncepcje zyciowe to jest dla mnie tak czy inaczej interpretacyjny punkt
          wyjscia, a lektura nie budzi we mnie watpliwosci (przywolujac znow Dicka -
          jestem pewien, ze kiedy on napisalby te powiesc, moja pewnosc co do
          czlowieczenstwa klonow moglaby zostac narazona na serie powaznych ciosow).
          'Never let me go' nie zadaje tez zadnego nowego pytania na plaszczyznie
          emocjonalnej.

          Wciaz towarzyszy mi przekonanie, ze wystarczyloby mi to, zeby ktos mi te
          historie krotko opowiedzial; po przeczytaniu Ishiguro moge sobie co najwyzej
          wyliczyc liste uzytych efektow literackich, chwytow fabularnych, etc.. Samo w
          sobie nie jest to rzecz jasna zarzutem, to samo mozna zrobic po przeczytaniu
          'Okruchow dnia'. Tylko, ze nadal mimo swiadomosci uzywanych przez autora
          technik, glos Stevensa byl dla mnie glosem czlowieka z krwi i kosci. Nawet kiedy
          moglem go podejrzewac o przedstawianie falszywej z gruntu rzeczy koncepcji
          swiata, Stevens byl klamca autentycznym, zywym, realnym.
          A Kathy nie.

          Wasz
          nntpz
          • mamarcela Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 06.02.06, 14:19
            mamarcele dopowiedzenie do NNtoperza
            To jest dokładnie to, co wzbudziło mój protest i to, co
            nazywam "bezrefleksyjnym" poddawaniem się. System, w ktory uwikłani są
            bohaterowie "Okruchów" jest dla mnie znacznie bardziej wbrew wszelkim
            pozorom "szczelny". Oczywiście bunt jest również możliwy, ale jego brak jest
            znacznie lepiej umotywowany psychologicznie i zrozumiały. To sa prawdziwe osoby
            uwikłane w pewne mechanizmy.
            Natomiast Kathy nie jest "prawdziwą osobą". Jesli o pokazanie tego Ishiguro
            chodziło to jest to powieść SF (dość nudna w tej kategorii). Natomiast jesli
            zakładamy, że bohaterowie "Never" czują jak "prawdziwi ludzie' to ja nie
            rozumiem ich bezwolności, ich przyzwolenia na taki, a nie inny los. Bo nie ma
            tu mowy o systemie zależności ograniczających bunt, a jedynie o braku tego
            buntu z własnego wyboru.
            P:)
          • aaneta Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 06.02.06, 14:21
            No bo Stevens był człowiekiem z krwi i kości, a Kathy jest klonem ;)
            Rozumiem Cię, ja też miałam problem z tym, że nic mnie nie poruszyło, zero
            emocji poza przygnębieniem, ale to raczej nastrój, nie emocje. Miałam już tak
            choćby z "Broken Flowers", o którym kiedyś rozmawialiśmy, czy z koreańskim
            "Wiosna, lato, jesień, zima...", po którym pogodziłam się z faktem, że dzieło
            może mieć dla mnie wartość, nawet jeżeli mnie nie rusza i pomimo że powoduje
            pewien dyskomfort, ale przez to zmusza do głębszej analizy i refleksji.
        • staua Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 20.03.06, 21:27
          A mnie sie wydaje, ze Kathy opowiada tak beznamietnie, bo sama nie moze jakos
          sie polapac w swoich uczuciach, ale jednak one istnieja (ja je czuje pod ta
          powloczka suchej relacji).
      • daria13 Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 06.02.06, 13:45
        nienietoperz napisał:
        . Nie bylem w stanie odnalezc w
        > Kathy nic, co pozowoliloby mi sie z nia zaprzyjaznic/ja znielubic. Proba
        > przekonania mnie, ze powierzchowna automatycznosc i plytkosc reakcji
        wychowanko
        > w
        > na wydarzenia wokol nich jest wylacznie wytresowana, zawiodla na calej linii.
        Ale czy u Ishigury znajdujesz kiedykowliek postać jednoznaczną, postać do
        polubienia, lub znielubienia. Powierzchowna automatyczność i płytkość reakcji
        też jest bardzo charakterystyczna dla tego pisarza, tylko że ja nazywam ją
        lapidarnością i subtelnością stylu. Toż pisarz nigdy nie mówi wprost o miłości,
        o uczuciach, o cierpieniu. To wszystko jest u niego między wierszami,
        nieczytalne, ale wyczuwalne. Przecież Kathy kocha Tommiego, ale tego nie
        werbalizuje, tak jak Hopkins kocha Emme Thompson, ale to stwerdzenie nigdy nie
        pada ani w książce, ani w filmie. To znak firmowy Ishigury i za tę subtelność
        ja między innymi go kocham.
        Pozdrawiam serdecznie:)
        • staua Re: O dylematach tak, o Ishiguro niestety niechet 20.03.06, 21:29
          Wlsnie :-)
    • itek1 wywiad z Ishiguro nt. Never Let Me Go (i innych) 06.02.06, 14:14
      tygodnik.onet.pl/1563,10461,1299961,tematy.html
      Jesli oczywiscie nie znacie i macie ochote. moze podgrzac jeszcze dyskusje :)
      • aaneta Re: wywiad z Ishiguro nt. Never Let Me Go (i inny 06.02.06, 14:33
        No, na to nie wpadłam, i nikt z nas, jak widać powyżej:

        "Tak więc książka jest nie tyle wyrazem optymizmu, co pochwałą ciekawości i
        dociekliwości. A optymizm bierze się być może stąd, że postaci są sympatyczne,
        ciepłe. Ci ludzie zachowują się godnie."

        I tu mnie Kazio zaskoczył na całej linii.
        • monikate Re: wywiad z Ishiguro nt. Never Let Me Go (i inny 06.02.06, 15:50
          Czyżby Ishiguro nie zdawal sobie sprawy, co napisał?
          Albo my go nie doceniliśmy :)
          • blue.berry Re: wywiad z Ishiguro nt. Never Let Me Go (i inny 06.02.06, 16:11
            mysle ze wie co napisal:)))
            takoż mysle ze to ja wprowadzilam tutaj element pesymizmu i tej juz slynnej
            beznadziejnosci. byc moze gdybym przeczytala ta ksiaze 10 lat temu a moze za 10
            lat bylaby ona dla mnie tym o czym mowi autor. ale dzis jest tym o czym jest i
            nawet wywiad z K.I tego nie zmieni:)))
            • monikate Re: wywiad z Ishiguro nt. Never Let Me Go (i inny 06.02.06, 16:55
              Jagódko, Ty nie wprowadziłaś. Nazwałaś istniejący stan rzeczy po imieniu.
              Myślę, że w świetnej książce każdy znajdzie coś dla siebie, bo wiele jest
              możliwości interpretacji. Twoja, pod którą się podpisuję. Powieść SF. Powieść o
              dawaniu siebie innym w duchu chrześcijańskim. Powieść o nieuchronności
              przeznaczenia, o nierównościach społecznych, o filozofii akceptacji życia
              takim, jakim jest. O dojrzewaniu. Rozważania o powyższych to temat na odrębną
              powieść :)
          • aaneta Re: wywiad z Ishiguro 06.02.06, 16:16
            Ja bym raczej powiedziała, że to akurat mu nie wyszło. Albo my go nie zrozumieliśmy.
            • beatanu Re: wywiad z Ishiguro 07.02.06, 11:34
              aaneta napisała:

              > Ja bym raczej powiedziała, że to akurat mu nie wyszło. Albo my go nie
              zrozumieliśmy.

              A mnie nagle "olśniło", że może być i tak i tak. Boże, jakaż odkrywcza myśl! To
              była autoironia, teraz przechodzę do myśli właściwej.

              Dla mnie, jak już wcześniej napisałam, to w dużej mierze książka o
              nieuchronności śmierci i o tym, co z naszym (przeciez prawie zawsze w
              subjektywnym odczuciu za krótkim) życiem zrobimy. Czy podamy się bezwolnie
              biegowi rzeki, czy będziemy płynęć pod prąd, czy spróbujemy wydrapać się na
              brzeg i pójdziemy dalej pieszo, czy jeszcze jakoś inaczej. Albo trochę tak i
              trochę tak :)

              Wczoraj w pracy rozmawiałam długo z pięćdziesięcioletnią kobietą, która właśnie
              dowiedziała się, że niedługo umrze, że wszelkie próby leczenia zawiodły. Miała
              cały weekend w domu na przemyślenia, rozmowy z mężem i dziećmi. Wróciła
              spuchnięta od przepłakanych nocy ale z jakąś nieokreśloną wewnętrzną siłą...
              (nie jest osobą wierzącą) i w pewnym momencie powiedziała mi mniej więcej
              tak: "Wiem, że nie zostało mi dużo czasu. Okrutnie nad tym boleję. Ale
              strasznie mi szkoda tego czasu na użalanie i zagrzebywanie się w żalu i
              rozpaczy. Wiesz, próbuję dostrzec w tym wszystkim MOZLIWOSCI, nie ograniczenia
              i przeszkody. Nie mogę zawrócić biegu rzeczy. Ale mogę, koncetrując się na tym
              co możliwe, zapomnieć (przynajmniej od czasu do czasu) to, co niemożliwe i
              nieuchronne."

              Dla mnie to kwintesencja życia.
              Dla mnie też o tym jest "Never let me go".

              • monikate Mała refleksja 07.02.06, 19:47
                Dwa razy mieliśmy na tepecie wybrane lektury obowiazkowe. I dwa razy wybraliśmy
                powieści antyutopie (najogólniej mówiąc), w których świat przedstawiony jest
                pretekstem do opowiedzenia prawd ogólniejszych. Ciekawe, jaka będzie nasza
                kolejna lektura?
                • stella25b Re: Mała refleksja 13.02.06, 12:06
                  Kys wydal mi sie rzeczywiscie antyutopia, jednak jesli chodzi o Ishiguro to juz
                  niestety nie problem oddalony w czasie tylko rzecz jak najbardziej aktualna.
                  Ogladalam program o instytucie w Holandii ktory zajmuje sie badaniami genetyki
                  i w ktorym mozna zamowic sie sobie wymarzone dziecko. Definiuje sie cechy
                  zewnetrzne: kolor oczu, wlosow, skory. Niestety w programie nic nie bylo na
                  temat cech charakteru i IQ.Ale to pewnie tez sie da obrobic "medycznie".
    • eva.68 Re: Czy można już o Ishiguro? 13.02.06, 09:35
      Chyba wszystko w temacie zostało już powiedziane. Ja skończyłam lekturę wczoraj
      a dzisiaj poczytałam jak Wy odebraliście tę książkę.
      Napiszę krótko:
      1. Kwestia uczuć, a raczej ich braku wynika wg mnie właśnie z tego, że oni byli
      raczej hodowani a nie wychowywani. Kto wie, jak potoczyłyby się losy każdego z
      nich, gdyby był wychowywany w "normalnym" domu, w cieple i miłości. Ja
      rozumiem, że oni nie potrafili werbalizować tego co czują. Kathy kochając nie
      wiedziała o tym, że kocha. Bo skąd miała to wiedzieć? Wcale nie trzeba być
      klonem żeby zachowywać się w pewnych sytuacjach tak jak bohaterowie.
      2. Trochę off ale niezupełnie - podczas lektury plątało mi się po głowie, że
      hodowanie klonów wcale nie takie dalekie od realności. Wpadła mi w ręce jakiś
      czas temu książka-opowieść dziecka, które zostało powołane do życia przez
      rodziców w celu ratowania życia starszego brata(lub siostry). Nie pamiętam
      tytułu. Nie czytałam jej. Przeczytałam tylko na okładce i gdzieś w środku o
      dzieciństwie podporządkowanym operacjom, zabiegom, badaniom. Ważne było tylko
      to, żeby pierwsze dziecko przeżyło. Drugie miało być "dawcą" właśnie. To duże
      uproszczenie ale nie znam całej książki. Być może zupełnie niesłusznie kojarzy
      mi się z przeczytaną właśnie? Ale skojarzyła się.

      P:)
      • beatanu o "designer babies" 13.02.06, 10:26
        eva.68 napisała:
        podczas lektury plątało mi się po głowie, że
        > hodowanie klonów wcale nie takie dalekie od realności. Wpadła mi w ręce jakiś
        > czas temu książka-opowieść dziecka, które zostało powołane do życia przez
        > rodziców w celu ratowania życia starszego brata(lub siostry).

        Hmmm. Zaciekawiła mnie ta książka, o której wspominasz, bo żyłam w przekonaniu,
        że metoda powoływania do życia tzw "designer babies" jest na tyle nowa, że
        żadne z tych stworzonych na zamówienie dzieci nie jest jeszcze na tyle dorosłe,
        żeby napisać, albo przynajmniej współtworzyć książkę... Ale widocznie się mylę.

        Ale problem etyczny istnieje tak czy owak... Na razie tylko raz w pracy
        spotkałam się z rodzicami, którzy powołali do życia kolejne dziecko, z myślą o
        ratowanu pierwszego. Nie wiem (bo wtedy dla mnie to było zupełnie bez
        znaczenia) czy dziecko przyszło na świat w "trybie normalnym", z nadzieją, że
        jego komórki macierzyste (pobrane z pępowiny przy porodzie) będą "pasowały" dla
        starszego brata, czy też zastosowano metodę zapłodnienia pozaustrojowo kilku
        komórek jajowych, wybierając do przeżycia embrion o najbardziej odpowiedniej
        zgodności tkankowej. Metoda "designer babies" nie jest w Szwecji dozwolona (na
        razie, bo jesienią zaproponowano zmianę prawa o nienaruszalności genetycznej),
        ale nikt nie może zabronić rodzicom udać się np. do USA czy Belgii (i chyba
        ostatnio też do Danii), gdzie takie dziecko na zamówienie można stworzyć, a
        potem wrócić i urodzić w Szwecji.

        Możliwości niesione przez najnowsze metody diagnostyczne, nieznane wcześniej
        metody leczenia, manipulacja materiałem genetycznym - wszystko to i jeszcze
        trochę przyczynia się do powstawania nowych dylematów etycznych. Nie będziemy
        mogli przejść obok nich obojętnie. A wybór, przynajmniej moim zdaniem, jest
        szalenie trudny...
        • mamarcela Re: o "designer babies" 13.02.06, 10:47
          Strasznie mnie zaciekawiłaś, Beato. Czytałam kiedyś artykuł (gdzie oczywiście
          nie pomnę, ale na pewno był popularno, a nie stricte naukowy) o tej metodzie i
          tam nie było śladu wątpliwości etycznych. Zresztą nie była nawet przedstawiona
          możliwość manipulacji genetycznej dotycząca "zgodnych" dzieci. Nastomiast był
          postulat, co do przechowywania krwi pępkowej w ogóle jako zasady, "na wypadek"
          jak mówi moje numero due.
          A jak to jest W Szwecji, gdy dziecko powołane do zycia zostaje jak
          najbardziej "naturalnie", a jego komórki są zgodne z komorkami chorego
          starszego rodzeństwa? A w Polsce, czy tego typu leczenie jest w ogole
          dopuszczone i stosowane? Osobiście znam rodzinę, w której dziecko chore na
          białaczkę umarło, podczas gdy jego matka była w trzeciej ciąży. Oczywiście ani
          nie zapytam, ani nie będę spekulować.
          pozdrawiam
          mamarcela zainteresowana teoretycznie
          • beatanu krew pępkowa a dzieci na zamówienie 13.02.06, 11:55
            mamarcela napisała:
            Zresztą nie była nawet przedstawiona
            > możliwość manipulacji genetycznej dotycząca "zgodnych" dzieci. Nastomiast był
            > postulat, co do przechowywania krwi pępkowej w ogóle jako zasady, "na
            wypadek"
            > jak mówi moje numero due.

            Bo to są w zasadzie dwie różne rzeczy...

            Krew pępkowa, a dokładniej "wybrane" z niej komórki macierzyste mogą być
            pobierane (za zgodą rodziców oczywiście) i przechowywane w specjalnych bankach,
            do ewentualnego wykorzystania w przyszłości, i niekoniecznie tylko dla
            rodzeńswa. Ot, taka dobrowolna darowizna, na podobnej zasadzie jak darują krew
            honorowi dawcy krwi albo ludzie donujący swój szpik kostny (albo pobrane z
            niego komórki macierzyste) Ale tu zaczynają się schody i to wygląda pewnie
            różnie w różnych krajach...
            Bo - zanim powstanie taki "sprawiedliwy" bank dla wszystkich (jak powstały
            świeżutko w Szwecji, w Göteborgu bodajże) to mnożą się firmy prywatne,
            ofiarujące rodzicom nowonarodzonego dziecka zachowanie krwi pępkowej, "na
            wypadek". Wg. mnie to paskudne żerowanie na niewiedzy rodziców i bezgranicznej
            troski o swoje maciupeńkie dziecko. Za jedyne kilkadziesiąt tysięcy koron...

            Gdy rodzi się w rodzinie ("w trybie naturalnym")nowy człowiek, a starsza
            siostra/brat jest kandydatem do przeszczepu szpiku/komórek macierzystych bada
            się oczywiście możliwość wykorzystania krwi pępkowej ( o ile brat czy siostra
            mogą czekać z przeszczepem aż do narodzin dzidziusia, czasami nie można czekać
            tak długo... Dziecko przyjmujące krew pępkową nie może być też zbyt duże,
            komórek macierzystych starcza dla człowieczka do mniej więcej 40 kg ) Jeżeli
            nie rodzi się człowiek, bada się możliwości przeszczepu szpiku/komórek
            macierzystych rodzeństwa. Jest to jak najbardziej legalne, aczkolwiek, ponieważ
            w grę wchodzi "wykorzystanie" nieletnich, musi wyrazić zgodę Socialstyrelsen
            (Główny Zarząd Zdrowia i Opieki Społecznej) - ale to zazwyczaj formalność.

            Nie wiem jak wyglądają w Polsce regulacje prawne, jeżeli chodzi o zbiórkę krwi
            pępkowej, czy pobieranie szpiku/komórek m. od niepełnoletnich. A fakt, że
            wspomniane przez Ciebie dziecko zmarło może mieć wiele przyczyn, niekoniecznie
            dlatego, że nie zbadano możliwości przeszczepu szpiku/komórek m. od rodzeństwa.
            Mogła być tak duża niezgodność tkankowa, że rodzeństwo nie mogło być
            donatorami, choroba dziecka mogła być tak agresywna, że żaden przeszczep nie
            dawał najmniejszych szans na wyleczenie, nie było pieniędzy na przeprowadzenie
            podstawowych badań... Nie wiem.

            A dzieci na zamówienie to próby "uszycia dziecka na miarę", tzn stworzenie
            istoty, która ma jak najbardziej podobny układ genów do czekającej na komórki
            macierzyste siostry czy brata. Pozaustrojowo zapładnia się kilka komórek
            jajowych, wybiera ten najbardziej odpowiedni embrion i po wszepieniu go do
            macicy, czeka na rezultat. Przy porodzie pobiera się komórki m. z pępowiny i
            przekazuje rodzeństwu. Problemy natury moralnej? Dla mnie przede wszystkim -
            jak czuje się dziecko, które dowiaduje się, że przyszło na świat tylko dlatego,
            żeby uratować brata/siostrę? Jak czuję się, gdy przeszczep nie przyniósł
            rezultatu i brat/siostra zmarł /-a? jak czują się rodzice?

            Dziecko na zamówienie, to również dziecko, które na pewno nie ma tej samej
            skazy genetycznej, co starsze rodzeństwo...

            Dopóki chodzi o ratowanie rodzeństwa, czy możliwość urodzenia dziecka
            nienaznaczonego jakąś paskudną chorobą dziedziczną, to metoda taka może być i
            jest (przynajmniej w Szwecji) całkiem akceptowalna (nie przez kościół
            katolicki, który przekreśla możliwość zapładniania pozaustrojowego tak na dzień
            dobry). Ale gdy rodzice dziecka na zamówienie zażyczą sobie, żeby dzidziuś miał
            prosty nos i niebieskie oczy, że nie wspomnę o wyborze płci? Którędy przebiega
            granica, co możemy zaakceptować a co nie?

            Beata z zupą z soczewicy, dlatego taka nieskładna?


            • mamarcela Re: krew pępkowa a dzieci na zamówienie 13.02.06, 12:27
              Dzieki, Beato, za naświetlenie sprawy. Jesli dotrę do informacji, jak to
              wyglądaw Polscenie omieszkam sie podzielić.
              W przypadku tego konkretnego chłopczyka chyba stan był zbyt ostry, aby próbować
              przeszczepu. Wszystko poszło naprawdę błyskawicznie. Były zbierane pieniądze,
              ktore poszły w końcu na inne dziecko (fundacja U. Jaworskiej). Nawet niektórzy
              spoza rodziny się zarejestrowali jako dawcy. Dziecko to było mi o tyle
              bardzo bliskie, że znałam je od poczęcia - poznałyśmy się z jego mamą
              odprowadzając moje młodsze, a jej najstarsze dziecko do przedszkola.
              pozdrawiam
              mamarcela ze sniegiem (znowu sypiącym) za oknem
        • eva.68 Re: o "designer babies" 13.02.06, 11:06
          Rzuciłam się do bazy i znalazłam. A potem już google. Jest to powieść li i
          jedynie. Nie wiem nawet czy oparta na jakiejś konkretnej historii.
          Tu linka: ksiazki.wp.pl/katalog/ksiazki/ksiazka.html?kw=78530

          P:)
          • beatanu Re: o "designer babies" 13.02.06, 12:09
            eva.68 napisała:

            > Rzuciłam się do bazy i znalazłam. A potem już google. Jest to powieść li i
            > jedynie. Nie wiem nawet czy oparta na jakiejś konkretnej historii.
            > Tu linka: ksiazki.wp.pl/katalog/ksiazki/ksiazka.html?kw=78530

            Dziękuję:)

            Wygląda na to, że książka porusza ważne tematy dotyczące funkcjownowania
            rodziny, w której jedno z dzieci jest śmiertlnie chore. Bo dylematów w takich
            rodzinach są dziesiątki, nawet jeżeli nie ma żadnego "dziecka na zamówienie".
            Wystarczy, że jedno z rodzeństwa zostaje donatorem szpiku/komórek m. dla
            brata/siosry. Ale co do faktów dotyczących leczenia, to mam pewne
            wątpliwości... Nie wiem, może w Stanach ponawia się transplantacje szpiku do
            oporu, ale w Szwecji bardzo bardzo rzadko dokonuje się więcej niż dwóch (u tej
            samej osoby), a i to z tak marnym rezultatem, że można poddać w wątpliwość sens
            takich diałań...
    • nienietoperz Re: Czy można już o Ishiguro? 16.03.06, 12:43
      Dla anglojezykowcow, sobotni 'Guardian' rozpoczal sesje swojego book-clubu o
      'Never let me go'. Link:
      books.guardian.co.uk/bookclub/story/0,,1728398,00.html
      Wasz
      nn
      • monikate A ja... 03.09.06, 23:30
        ...podnoszę watek, jako że bliska mi osoba kończy czytać "Nie opuszczaj mnie" i
        chcę jej ułatwić znalezienie naszej dyskusji.
        Może doda coś od siebie? :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka