nioma
28.07.06, 10:48
zlapal plusa
i dam sobie tym razem glowe uciac ze nie zrobil tego dla taniego poklasku
Wyczerpana łyska przewieziona do zoo przez p.o. prezydenta Warszawy dziś
nabrała wigoru i już czuje się dobrze. Ptak przypomina łysą kaczkę
Historia ptaka, który po ustaleniu płci będzie się nazywać Marcin albo
Syrenka, zaczęła się dramatycznie, ale skończyła happy endem. Młodą łyskę
wyczerpały zapewne zbyt wysokie loty. Ale wiedziała, gdzie zasłabnąć - obok
siedziby czwartej władzy. Leżała, ledwie zipiąc, przy siedzibie koncernu ITI
u zbiegu ulic Wiertniczej i Augustówki. Znalazła ją przechodząca obok
dziewczyna. Postanowiła szukać pomocy w budynku nadającym programy TVN. -
Skontaktujcie się z lecznicą - prosiła.
Dwaj dziennikarze TVN 24 - Norbert Dumański i Damian Kuraś - natychmiast
pochylili się nad losem ptaka. Włożyli go delikatnie do tekturowego pudełka,
po czym dowiedzieli się, że najbezpieczniejszym miejscem dla niego jest ogród
zoologiczny. Ktoś tam musiał łyskę zawieźć. Ale kto?
Studio TVN 24 akurat opuszczał były premier, a p.o. prezydenta Warszawy
Kazimierz Marcinkiewicz. Dziennikarze podbiegli do niego i poprosili, by
pomógł. Premier bez wahania przejął ptaka. Włożył go na tylne siedzenie
swojej czarnej limuzyny i zawiózł do praskiego zoo. Jak podkreślił w rozmowie
z "Gazetą" doradca prezydenta Konrad Ciesiołkiewicz, Kazimierz Marcinkiewicz
przyniósł wyczerpaną łyskę pracownikowi zoo osobiście.
- Byłam zaskoczona, że to sam pan premier zajął się ptakiem. Do tego nie
oddał go, ot tak sobie, i nie poszedł, ale wyraźnie zainteresował się stanem
zdrowia łyski. Pytał, czy przeżyje i co dalej z nią będzie - opowiada Mika
Miecznikowska, pielęgniarz warszawskiego zoo, która odebrała ptaka z rąk
prezydenta.
Łyska zdechłaby bez natychmiastowej pomocy weterynarza. Teraz czuje się już
dobrze. - Ze względu na młody wiek trudno jest określić jego płeć. Pracownicy
zoo mówią, że jeżeli będzie to samiec, nazwą go Marcinem, jeżeli będzie płci
żeńskiej - Syrenką. Łyska po okresie odkarmienia będzie mogła opuścić zoo,
chyba że zapragnie zostać w swoim nowym domu - konkluduje Konrad
Ciesiołkiewicz.