quarantina
14.09.06, 08:40
Kiedy byłam dzieckiem, często słyszałam argument: nie można wyrzucać
jedzenia, ponieważ dzieci w Afryce głodują. Naówczas widziałam w wyobraźni
duże brzuchy małych Murzynków i po prostu robiło mi się ich żal. Dzisiaj
zaczynam rozumieć to inaczej. Jeśli będę szanować jedzenie, nie będę musiała
kupować więcej. Nie będę trybkiem poruszającym mechanizm produkcji,
transportu, dystrybucji produktów. Nie będę przyczyniać się do nadmiernej
eksploatacji naturalnych surowców.
Cały ten post brzmi chyba trochę naiwnie. Wydawać by się mogło, że nadmierna
konsumpcja dóbr nie jest jeszcze naszym problemem.
Ciekawi mnie, czy możliwa jest globalna zmiana stylu życia bogatych
społeczeństw, a co za tym idzie także naszego?. Czy możliwe jest wprowadzenie
w życie haseł głębokiej ekologii? Czy są to tylko pobożne życzenia
nawiedzonych działaczy ekologicznych?
Nie mam tu na myśli populistycznych zagrań typu, zabronimy budowy autostrady
biegnącej przez jakiś tak park narodowy, czy nie pozwolimy składować odpadów
jądrowych w kosmosie. Myślę o totalnej zmianie postrzegania świata i co za
tym idzie zmianie stylu życia.
Na przykład: decentralizacja (cokolwiek to znaczy) wszystkiego. Pracuję w
małej firmie oddalonej od miejsca zamieszkania na tyle, że mogę pójść na
piechotę lub dojechać rowerem. Nie muszę pracować wiele, ponieważ nie
potrzebuje zbyt wielu pieniędzy. Rozumiem, że mogę obejść się bez kolejnej
pary butów. Czy jednak mogę obejść się bez kolejnej książki, płyty?
Muszę przecież coś robić, skoro mam więcej wolnego czasu. Mogę spotykać się z
ludźmi, kontemplować naturę, uprawiać jakąś sztukę? O czym ja w ogóle mówię??
Przecież zakupy dostarczają mi tyle radości. Po co to zmieniać?
Poza tym, muszę przecież mieć wyprasowaną koszulę i to bez kanta. Nieważne,
ile prądu zużyję, nie może być kanta na rękawie. Dobrze przynajmniej, że
życzenia świąteczne mogę wysłać mailem. Być może uratuję jakąś milionową
część lasu, który mogłabym kontemplować, ale przecież muszę do tego lasu
jakoś się doczołgać.
Itd,itp.
:)