noida
10.10.06, 17:03
Moje podejście do kina jest całkowicie zgodne z tym, co napisał Zygmunt
Kałużyński (cytuję za książką "Bankiet w domu powieszonego"): "Sam na siebie
jestem zirytowany, że dałem w siebie wmówić, że kino ma być ‘z wymaganiami’;
czyli szare, zapiekłe, posępne, mdlące, otępiające, wlokące się, glutowate,
gnojące, wstydzące, ale referowane przez docentów i profesurów od filmu,
którzy mnie zmuszają, bym docenił ‘ważną pozycję nie nadającą się do
oglądania’. Co jest do cholery, co jest psiakrew, i mówię sobie: dosyć tego
terroru snobo-snujków, dosyć dętego marmuru, dosyć załganego seminarium. Kino
– jak sama nazwa wskazuje – to jest kino, i za podwyższoną cenę biletu życzę
sobie być ucieszony, pocieszony, zabawiony, podtrzymany na duchu; życzę sobie
dotknąć żywiołu, uczestniczyć w ruchu, wzruszeniach, fantazjach i oglądać
dziewczynki".
Kałużyński to mój idol.