last.free.man
02.01.08, 00:34
W sumie nie wiem czego oczekuję po tym temacie. Może oczyszczenia, a może po prostu podzielenia się z kimś obcym o moich problemach. Zresztą być może ten problem istnieje tylko w mojej głowie, ale ja w to nie wnikam. Niech to będzie wyznanie człowieka, który zakochał się po raz kolejny bez celu i bez sensu.
Z podmiotem moich głębokich uczuć znam się od ładnych paru lat - konkretnie trzech z małym okładem. Pracujemy w jednej firmie. Już od pierwszego spotkania poczułem do Niej nić sympatii, która z czasem przerodziła się w fascynację, by zmienić się w końcu w lekkie psychiczne uzależnienie. Od samego początku jednak sytuacja była względnie klarowna - Ona ma chłopaka, a ja jestem Jej kolegą. Przez dość długi czas nie byłem pewien co tak naprawdę mnie z Nią łączy. Świetnie się dogadywaliśmy, lubiłem Jej towarzystwo, uwielbiałem wręcz rozmowy z Nią i odpowiadał mi Jej styl zachowania się. Imponowała mi swoją niezwykłą umiejętnością pogodzenia wrażliwości z twardym stąpaniem po ziemi. Czasem była demonem realizmu, a czasem deklarowała chęć pobujania w obłokach i podywagowania o sprawach nieuchwytnych, metafizycznych.
Wszystko to we mnie dojrzewało wraz z Jej miłością do chłopaka, później narzeczonego, a od niedawna męża. Nigdy nie miałem w sobie dość odwagi, by wprost powiedzieć Jej, że się w Niej zadurzyłem, choć jestem przekonany, że mój altruizm i absolutna bezinteresowność jaką Ją obdarzyłem nie pozostała niezauważona, a interpretacja mojego zachowania pewnie już od dawna jest oczywista. Musiałbym w tym momencie pozwolić sobie na dłuższą dygresję dotyczącą przyczyn stanu, który budzi we mnie tchórza i dopuszcza do głosu wszystkie kompleksy świata, ale niech za maksymalnie skondensowany skrót tej dygresji posłuży sformułowanie: zawód miłosny. Zawód z którego długo nie mogłem się otrząsnąć i który wzbudził we mnie ogromne poczucie winy. Ów zawód prawdopodobnie leży u przyczyn mojego emocjonalnego masochizmu.
Wracając do tematu. Kocham Ją - jestem tego niemal pewien pomimo niebogatego doświadczenia. Znam swoje reakcje i wiem do czego jestem zdolny, kiedy kocham. Nic nie sprawia mi takiej radości jak drobne przysługi Jej świadczone, często dobrowolnie, a zawsze bezinteresowne. Gdy Jej nie ma, to mam błędny wzrok, jestem bez Niej zagubiony. Jeśli nie mogę z Nią porozmawiać choć przez chwilę dziennie, to tak jakbym nie zjadł głównego posiłku albo wyszedł na pustynię bez butelki wody. Kiedy zasypiam - widzę Ją, kiedy się budzę - też. Rozmawiam z Nią przed snem, choć to tylko monolog.
To uczucie jest trucizną nie dlatego, że komuś chcę zaszkodzić, ale dlatego, że przez chęć nieszkodzenia innym, zatruwam sam siebie. Nie umiem budować pałacu na piasku - analogicznie - własnego szczęścia na nieszczęściu innych. Poza tym moje serce jest autentycznie uradowane, gdy widzę Ją szczęśliwą i uśmiechniętą, a taka jest odkąd wyszła za mąż. Chcę zachować się przyzwoicie i tłumię w sobie ten trawiący mnie jad, choć on mnie rozprasza, przeszkadza coraz mocniej. To klasyczny motyw rozdarcia - gdy Twoje szczęście wiąże się z bólem innych i na odwrót. Doszedłem do tego momentu, że nie potrzebuję Jej w wymiarze erotycznym ale wyłącznie emocjonalnym. Czuję podświadomie - bo to wdarło mi się w głowę - że jestem Jej bezgranicznie oddany. Jestem skorelowany z Jej emocjami i na nich buduję swój rytm życia.
Nie móc kochać kogoś, kogo się uwielbia i kto determinuje Twoje życie - to gorsze niż nie kochać wcale.
Powiedzieć Jej to otwartym tekstem, czy nie ?