Dodaj do ulubionych

Miłość jak trucizna

02.01.08, 00:34
W sumie nie wiem czego oczekuję po tym temacie. Może oczyszczenia, a może po prostu podzielenia się z kimś obcym o moich problemach. Zresztą być może ten problem istnieje tylko w mojej głowie, ale ja w to nie wnikam. Niech to będzie wyznanie człowieka, który zakochał się po raz kolejny bez celu i bez sensu.

Z podmiotem moich głębokich uczuć znam się od ładnych paru lat - konkretnie trzech z małym okładem. Pracujemy w jednej firmie. Już od pierwszego spotkania poczułem do Niej nić sympatii, która z czasem przerodziła się w fascynację, by zmienić się w końcu w lekkie psychiczne uzależnienie. Od samego początku jednak sytuacja była względnie klarowna - Ona ma chłopaka, a ja jestem Jej kolegą. Przez dość długi czas nie byłem pewien co tak naprawdę mnie z Nią łączy. Świetnie się dogadywaliśmy, lubiłem Jej towarzystwo, uwielbiałem wręcz rozmowy z Nią i odpowiadał mi Jej styl zachowania się. Imponowała mi swoją niezwykłą umiejętnością pogodzenia wrażliwości z twardym stąpaniem po ziemi. Czasem była demonem realizmu, a czasem deklarowała chęć pobujania w obłokach i podywagowania o sprawach nieuchwytnych, metafizycznych.

Wszystko to we mnie dojrzewało wraz z Jej miłością do chłopaka, później narzeczonego, a od niedawna męża. Nigdy nie miałem w sobie dość odwagi, by wprost powiedzieć Jej, że się w Niej zadurzyłem, choć jestem przekonany, że mój altruizm i absolutna bezinteresowność jaką Ją obdarzyłem nie pozostała niezauważona, a interpretacja mojego zachowania pewnie już od dawna jest oczywista. Musiałbym w tym momencie pozwolić sobie na dłuższą dygresję dotyczącą przyczyn stanu, który budzi we mnie tchórza i dopuszcza do głosu wszystkie kompleksy świata, ale niech za maksymalnie skondensowany skrót tej dygresji posłuży sformułowanie: zawód miłosny. Zawód z którego długo nie mogłem się otrząsnąć i który wzbudził we mnie ogromne poczucie winy. Ów zawód prawdopodobnie leży u przyczyn mojego emocjonalnego masochizmu.

Wracając do tematu. Kocham Ją - jestem tego niemal pewien pomimo niebogatego doświadczenia. Znam swoje reakcje i wiem do czego jestem zdolny, kiedy kocham. Nic nie sprawia mi takiej radości jak drobne przysługi Jej świadczone, często dobrowolnie, a zawsze bezinteresowne. Gdy Jej nie ma, to mam błędny wzrok, jestem bez Niej zagubiony. Jeśli nie mogę z Nią porozmawiać choć przez chwilę dziennie, to tak jakbym nie zjadł głównego posiłku albo wyszedł na pustynię bez butelki wody. Kiedy zasypiam - widzę Ją, kiedy się budzę - też. Rozmawiam z Nią przed snem, choć to tylko monolog.

To uczucie jest trucizną nie dlatego, że komuś chcę zaszkodzić, ale dlatego, że przez chęć nieszkodzenia innym, zatruwam sam siebie. Nie umiem budować pałacu na piasku - analogicznie - własnego szczęścia na nieszczęściu innych. Poza tym moje serce jest autentycznie uradowane, gdy widzę Ją szczęśliwą i uśmiechniętą, a taka jest odkąd wyszła za mąż. Chcę zachować się przyzwoicie i tłumię w sobie ten trawiący mnie jad, choć on mnie rozprasza, przeszkadza coraz mocniej. To klasyczny motyw rozdarcia - gdy Twoje szczęście wiąże się z bólem innych i na odwrót. Doszedłem do tego momentu, że nie potrzebuję Jej w wymiarze erotycznym ale wyłącznie emocjonalnym. Czuję podświadomie - bo to wdarło mi się w głowę - że jestem Jej bezgranicznie oddany. Jestem skorelowany z Jej emocjami i na nich buduję swój rytm życia.

Nie móc kochać kogoś, kogo się uwielbia i kto determinuje Twoje życie - to gorsze niż nie kochać wcale.

Powiedzieć Jej to otwartym tekstem, czy nie ?
Obserwuj wątek
    • nikita1001 Re: Miłość jak trucizna 02.01.08, 20:43
      Powinieneś powiedzieć to tej osobie...co czujesz do niej. Napewno w
      jakimś tam stopniu ulży Ci w tym względzie, że przynajmniej ta
      kochana przez Ciebie istota wie o Twojej miłości do niej. Nie wiesz
      czy zauważyła Cię w swym życiu, nie mówiąc o uczuciach sam będziesz
      się z tym zmagał w pewnym bezsensie kochania bez żadnych szans. A
      jeśli powiesz jej o tym, dowiesz się czy ta miłość pomimo, że jest
      związana już z innym ma jakąś szanse.
      • nikita1001 Re: Miłość jak trucizna 02.01.08, 20:49
        Muszę dodać, że mam podobną sytuację. Tylko my wiemy o naszych
        wzajemnych uczuciach do siebie...Tak jest lżej przeżywać coś
        razem...choć bez bliskości takiej, jaką chcielibyśmy mieć.....
        • last.free.man Re: Miłość jak trucizna 03.01.08, 00:16
          Być może ja mam do tego zbyt poważny stosunek. Może lepiej byłoby to obwieścić
          bez zbędnego patosu i wielkich oczekiwań. Myślę, że masz rację - mam na myśli
          wyrzuty sumienia gryzące umysł. Prawdopodobnie wyjawienie całej prawdy w aurze
          spokoju a nie histerii dałoby mi ukojenie i w pewnym sensie odblokowałoby mnie.
          • fantka Re: Miłość jak trucizna 03.01.08, 11:34
            Witaj Last.free.man na forum.

            Widzę w Tobie hodowcę...
            wytrwale i dużym pietyzmem
            hodujesz w sobie!
            to Twoje uczucie do dziewczyny.
            Otrząśnij się,
            przestań pielęgnować coś co Ciebie zatruwa.
    • sund-ance Re: Miłość jak trucizna 04.01.08, 23:53
      witaj last.free.man - przyznam szczerze, iż zaintrygował mnie Twój post, gdyż
      tak naprawdę jest (w pewnym stopniu) małym "deja vu" z mojego życia.... chociaż
      "deja vu", to chyba zbyt dużo powiedziane, bo może wyimaginowałam sobie całą
      sytuację...

      dość powiedzieć, iż:
      1/ po pierwsze współczuję takiego położenia (chociaż wiem, że nie tego
      oczekujesz) - przykro, że tak się "uwikłałeś"...ale wydaje mi się, że poniekąd
      Cię rozumiem - rozumiem, bo z obserwacji ludzi o podobnym do Twojego pokroju
      wnioskuję, iż najpierw boją się okazać uczucie, a potem niestety jest już zbyt
      późno.. i bardzo tego żałują... chociaż ''ZBYT PóźNO'' ;) - może tak naprawdę
      nigdy nie jest? :)
      2/ po drugie wydaje mi się, że ja z kolei przekroczyłam tę 'magiczną granicę'
      wyznania komuś co do Niego czuję... (być może nie wprost, ale czynami,
      zachowaniem, gestami... właśnie swoim altruizmem... - który na pewno został
      dostrzeżony, ale chyba "was taken for granted") :( i zastanawiam się czy
      istnieje w miłości zasada "złotego środka" - tzn. czy można znaleźć rozwiązanie
      szczęśliwe dla każdej sytuacji na tyle, by coś zeń zyskać, a jeśli nie zyskać,
      to chociaż się nie sparzyć.. i powiem Ci szczerze, że teraz już nie znam jasnej
      odpowiedzi...

      Ty miotasz się ze swoim uczuciem, kryjąc je w sobie.. ja z kolei musiałam się
      nim z kimś podzielić, bo czułam się równie źle...
      jakie wnioski płyną z mojego "rozczarowania"? -> powiedzieć jest źle, bo uczucie
      me nie znalazło 'odwzajemnienia', a nie-powiedzieć, też niedobrze, bo jednak z
      tym się męczysz... (tak więc wniosków konkretnych nie wysnułam) :(

      Dodam jeszcze, iż ja z kolei pozwoliłam swojemu sercu/duszy (jak zwał, tak zwał)
      zakochać się w mężczyźnie, który na początku zauroczył mnie swoim intelektem,
      ambicjami, osiągnięciami, sposobem bycia, humorem... spotykaliśmy się tylko na
      gruncie zawodowym [patrz: czy nasza sytuacja nie wygląda podobnie?] - wysyłał mi
      miłe mejle, słodkie smsy... nazywał mnie pieszczotliwie... po prostu był dla
      mnie ostoją w rzeczywistości, która nie do końca stała się dla mnie przyjazną (z
      różnych względów)... początkowo uczucie było czysto platoniczne.. śmiem
      twierdzić, iż było tylko mrzonką, fantazją.. może jedynie zauroczeniem...ale na
      tyle silnym, iż chyba (a nawet na pewno) z czasem przerodziło się w miłość...

      Problem w tym, iż człowiek, którego kocham od jakiegoś czasu zupełnie stracił
      zainteresowanie moją osobą...jest odległy... nie pisze już spontanicznych smsów,
      mejle wysyła tylko 'zawodowe'... po prostu coś się zepsuło.. a ja zachodzę w
      głowę - w czym rzecz... nie mogę mieć żadnych roszczeń, bo w sumie na jakiej
      niby podstawie.... jednak takie odtrącenie boli... boli tym mocniej, iż kiedyś
      otworzyłam się przed nim, dając do zrozumienia, że czuję do Niego coś więcej,
      niż tylko przyjaźń... wydaje mi się, iż potraktował mnie ciut z góry.. bo
      zasłonił się ciężką sytuacją, w jakiej się obecnie znajduje, nie chcąc wprost
      odpowiedzieć co na temat mojego wyznania myśli.. nie dał do zrozumienia czy mam
      u niego szansę.. czy nie ... nie śmiem go prosić o deklarację... bo, skoro jest
      ''w dołku'', to nie chcę Go bardziej przygnębiać.. z drugiej jednak strony ja
      popadam w podobną do Jego depresji...

      w ten sposób tkwimy w błędnym kole... jedno rani drugie - a wydaje mi się, że ON
      z kolei może raniony jest przez kogo innego... --> może właśnie przeżywa to, co
      TY? /stąd napisałam na początku o tym "deja vu"/

      jeśli tak jest...to powiedz mi - czemu życie jest takie, jakim jest? (to
      filozoficzne pytanie retoryczne chyba, bo nikt na nie niestety nie zna
      odpowiedzi....) - czemu spotykamy na drodze ludzi, którzy mają za sobą nić
      nieudanych związków, odrzucenia.. tak, jak Ty - sam piszesz, że "masochistą
      emocjonalnym" jesteś..że bałeś się zaangażować, bo byłeś kiedyś mocno
      zraniony... :(?? :(
      • last.free.man Re: Miłość jak trucizna 05.01.08, 15:08
        Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus. Podobno. Tym wstępem pragnę zaakcentować jedną ważną rzecz, która jest składową tego mojego masochizmu. Tą rzeczą jest brak inicjatywy w uczuciach - tak jak napisałaś. Z drugiej strony brak tej inicjatywy na zewnątrz współistnieje z ogromną inicjatywą wewnątrz. Cały strumień uczuć kieruję do środka, przepuszczając na świat jak przez sito tylko nieszkodliwe z pozoru sygnały i czyny.

        Muszę tu pewną rzecz wyjaśnić. Jestem absolutnie przekonany o tym, że Ona w swoim małżeństwie jest szczęśliwa, zresztą to domena młodych małżeństw, które prócz żaru uczucia mają w sobie jeszcze tę wielką namiętność. Widziałem jak dojrzewa ten związek, nie oponowałem temu dlatego, że ona czuła się z nim bardzo dobrze, mieli wspólne pasje, łączyła ich chemia i to nieuchwytne "coś", które łączy ludzi zakochanych i będących ze sobą nie tylko ze względu na pragmatykę dwudziestoparolatka, który uważa, że "wypada" mu się z kimś związać na stałe. Przyznam, że zawsze byłem na to wyczulony i takie niuanse są dla mnie dość mocno widoczne.

        Nieco różni się nasza sytuacja - Twój mężczyzna zaczął traktować Cię chłodno, "moja" kobieta nie przestała traktować mnie ciepło. Tłumaczę ów chłód dwojako: albo to ślepota, albo obrona, choć mam wrażenie, że jednak to drugie. Nie wiem, czy ktoś go rani, czy jest z kimś na stałe, ale wydaje mi się, że jest prawie tak samo zachowawczy w okazywaniu na zewnątrz co czuje jak ja. Piszę "prawie", dlatego, że ja w ogóle jestem taki trochę "misio" i nie umiałbym w stosunku do ukochanej osoby - nawet gdybym był do tego zmuszony - zachować czysto profesjonalnego podejścia. Widać niektóre egzemplarze facetów mają ten symptom jeszcze bardziej kliniczny, a panika, gdy rychło w czas zorientują się co tracą przeobraża się w syndrom skorupy, czyli: "popatrz kochana jaki ja przez Ciebie jestem biedny i samotny" :).

        Co do mojego masochizmu emocjonalnego i zranienia oraz jadu palącego me trzewia i inne części ciała, to chyba nie jest jeszcze aż tak źle. Przyznaję, że po ostatnim rozstaniu z moją niedoszłą kochanicą, chodziłem przez kilkanaście ładnych miesięcy struty niebotycznie. Prawdziwe jednak jest założenie, że druga miłość potrafi zabliźnić szybko rany po poprzedniej, tylko problem w tym, że ona mi zabliźnia jedną, a tworzy drugą. I taka sytuacja wytworzyła się u mnie. Od drobnej licealnej miłostki, przez pierwsze poważne studenckie uczucie, doszedłem do dojrzałego przywiązania mężczyzny przed trzydziestką, który złakniony kobiecego ciepła, zaczyna panikować. Może u mnie już ten etap wystąpił ?

        Jestem romantyczny, nie tak jak kiedyś, ale przywiązuję się niezwykle mocno do podmiotu uczucia. Kiedyś wyrażałem to słowami, dziś bardziej niewerbalnie, widać to w moich oczach, choć przyznaję, że pozwalam sobie czasem na całkowicie jednoznaczne deklaracje zaangażowania. Z pozoru niewinne, ale jednak wiele sugerujące. Nie wiem czy jestem całkiem bezinteresowny, choć gdy kilka dni temu dowiedziałem się o tym, że zostanie mamą, bynajmniej nie odstraszyło mnie to ani na krok. Powiem więcej, czuję w kościach, że byłbym w stanie udźwignąć rolę Jej opiekuna i już teraz wiem, że i tak będę w stosunku do Niej niezwykle troskliwy. Wcale też nie mówiłem sobie w duchu: "żałuję, że to nie moje dziecko", bo byłoby tyleż nieprawdziwe co i nieuzasadnione. Nie tylko dlatego, że dla mnie nie ma większego znaczenia, czy dziecko, którego matka jest moją ukochaną jest krwią z mojej krwi, ale też dlatego, że jestem prawie zdeterminowany by Jej uczucie do męża pielęgnować. Dlatego nie zdecyduję się na coś, co zrobiłby każdy normalny facet na moim miejscu - wykorzystać pierwszą chwilę słabości, czy kryzysu. Przenigdy. Jeśli jest im pisane być z sobą, to - z trudem, bo trudem - ale zadowolę się rolą przyjaciela i "wujka" dla ich dziecka. Jak mówiłem wcześniej, jestem wyczulony na to, czy ktoś w swoim związku się męczy - tutaj tego absolutnie nie ma i nie sądzę, by miało rychło być.

        Pytasz, czemu tak jest, że są ludzie odrzuceni. Myślę, że to kwestia wewnętrznej wrażliwości na swoje wady i zalety. Ludzie tacy jak ja są nade wszystko przewrażliwieni na punkcie swoich wad i kompleksów - boją się, że mogliby kogoś zranić. Chcieliby być partnerem idealnym, bez skazy, a wiedzą, że jest to z gruntu nieosiągalne. Ludzie prący do przodu są z tym pogodzeni i zakochując się nie zwracają na to uwagi. Są bardziej egocentryczni niż my, ale ten egocentryzm mieści się w granicach zdrowego rozsądku. To pewnie dlatego ja, czy Ty - kochamy i cierpimy, że nikt o tym nie wie, a oni kochają i nie cierpią, gdy im ktoś w tym przeszkadza.

        Mam w sobie sporo empatii dla ludzi, takiej troszkę naiwnej czasami, ale uważam, że lepiej dwa razy się sparzyć a trzecim razem zyskać przyjaciela niż trzy razy się nie sparzyć i tego przyjaciela stracić. Nawet jeśli ma mnie trawić ów "jad", to przecież nikt nie obiecywał, że życie będzie słodkie i bezstresowe :)

        Pozdrawiam serdecznie
        • wietrzna-panna Ja na Twoim miejscu... 05.01.08, 16:27
          ja na Twoim miejscu poszukałabym po prostu innej kobiety..
          Tobie też należy się szczęście przeżywane w małżeństwie!!!
          musisz "oduzależnić" się od Niej i zacząć żyć swoim życiem na nowo..
          prosta, choć trudna do zrealizowania ta recpta, ale tylko taka
          gwarantuje osiągnięcie prawdziwego, realnego szczęścia..
          chyba nie chcesz się tak zatruwać do końca swoich dni! Bóg ich
          połączył, Ciebie ma w planie połączyć z inną damą...
          zawierz swoją osobę, swoją przyszłość Panu Bogu
          pozdrawiam serdecznie
          • fantka Re: Ja na Twoim miejscu... 18.01.08, 10:58
            Witaj Wietrzna-panno na forum.
            Fajnie że też tu jesteś :-)
        • sund-ance Re: Miłość jak trucizna 05.01.08, 18:28
          last.free.man - już samo to stwierdzenie, że "mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus" nie napawa zbytnim optymizmem w kategoriach "wzajemnego zrozumienia/kompatybilności"... Najgorsze jest to, że mimo, iż każdy z nas wie/zdaje sobie z tego sprawę, nie umiemy przystosować się do realnych wymogów tego świata...często nie potrafimy zrozumieć drugiej strony... ale to chyba tylko dlatego, że po pierwsze: słabo się staramy, a po drugie: dlatego, że każdy z nas (przynajmniej większość - chociaż nie chciałabym generalizować) nie dostaje sygnałów ''zwrotnych''...rzadko o tym rozmawiamy, a jak poznać co dzieje się w umyśle/sercu tej drugiej osoby, skoro brak jest komunikacji? nie każdy jest w stanie ocenić jedynie po zachowaniu, gestach "co tak naprawdę w trawie piszczy"...

          jak mam zrozumieć mężczyzn... jak Wy macie zrozumieć kobiety, jak właśnie w ramach empatii i emocjonalnego przywiązania stawiamy na serce, a nie na umysł... i choć emocje są ważne, to mi potrzeba jeszcze odrobiny zrozumienia... miotam się, bo nie wiem nawet na jakiej zasadzie nas odbieracie... książki nie wyjaśnią wszystkiego, a moje związki (nikłe i często nieudane) jakoś nie doprowadziły mnie do wysnucia wiążących wniosków.... :( z tego, co zauważyłam nie każdy z Was poddaje się at once euforii uczucia... dla Was erotyczna sfera związku, to często podstawa "bycia ze sobą"... podczas gdy u kobiety jest zupełnie inaczej - my chyba potrzebujemy najpierw ciepła, czuć się kochanymi, potrzebujemy uczucia, którego dopełnieniem jest erotyka.... ponadto jesteście (znów wybacz, że generalizuję, ale naprawdę... piszę z autopsji) mniej chyba ''skomplikowani'' - i doprawdy - nie zrozum mnie źle... (odważnie piszę, ale liczę na to, że się nie obrazisz tylko zrozumiesz) - nawet w ramach codziennej komunikacji wysyłacie jasne/zwięzłe/proste komunikaty... jesteście konkretni, podczas gdy kobiety upatrują w tym oschłości, braku przywiązania, oddania etc. - czy każdy tak ma? czy to jest norma? jak nie odpiszecie na smsa, albo nie spełnicie prośby dla nas to podstawa do upatrywania w tym tragedii... albo przynajmniej rozpoczęcia długiego i żmudnego procesu ''dochodzenia'' w czym rzecz....

          nie spotkałam jeszcze takiego mężczyzny, który kochałby tak, jak ja... czyli kochałby tak, jak Ty. i zastanawiam się czy tak właśnie musi być.. czy może po prostu zazwyczaj w złą stronę patrzę.. i nie dostrzegam tego, co powinnam, zafiksowując się na osoby, które mają zupełnie inny stosunek do świata... zupełnie inne potrzeby, pogląd na życie, miłość, związek.... powiedziałabym, że z każdą próbą, jaką podejmuję - ranię siebie... ale może tak, jak powiedziałeś lepiej próbować...dać się sparzyć.. i przynajmniej mieć tę świadomość, że jednak do czegoś dążymy... że chcemy "się starać".. szukać...próbować... najgorsza jest jednak perspektywa poszukiwania źródła sił na kolejną "emocjonalną podróż"... to wcale nie jest łatwe... i faktycznie nikt nie mówił, że ma być "słodko i bezstresowo'', ale podobno w naturze jest równowaga... a gdzie tu jakiś 'counter-balance' do tego, co przeżywamy?

          nie chcę wyjść na pesymistkę.. choć niedaleka jestem od tego... ale życie to jednak pasmo wielu wyrzeczeń, niespodziewanych zwrotów akcji...
          wzruszające jest (i to nie puste słowa), że mimo, iż zaszła w ciążę i tak ją kochasz i będziesz z nią... piękne jest takie uczucie... mimo wszystko...
          bardzo szlachetne... z jednej strony wielka szkoda, że Ona o nim nie wie.... z drugiej jednak - rozumiem Twą zachowawczość... jeśli faktycznie jest szczęśliwa, ciężko budować własne szczęście na rozbijaniu Jej sielanki (zwłaszcza, że przecież Ją kochasz) - przepraszam, że to powiem (choć na pewno nie to chciałbyś usłyszeć - wybacz), ale szkoda, że nie ''chwyciłeś byka za rogi" zanim związała się emocjonalnie, legalnie ze swoim obecnym mężem... mówi się, iż trzeba kuć żelazo, póki gorące... i coś w tym jest... ale znów z drugiej strony - spójrz na mnie... nic z tego. każdy z nas jest inny.. każdym związkiem, sercem rządzą inne prawa...

          mam jednak do Ciebie osobiste pytanie... które zarazem jest poniekąd "moją prywatą"... wdzięczna będę, jeśli odpowiesz szczerze.. i jeśli w ogóle odpowiesz...jeśli zdecydujesz to przemilczeć, uszanuję to... Powiedz mi, proszę, gdyby okazało się, iż faktycznie Ona będzie zawsze w związku szczęśliwa, urodzi dziecko, wychowa je... Ty będziesz ją kochał zawsze..... i nigdy nie zdecydujesz się na wyjawienie Jej prawdy... to czy kiedykolwiek spojrzysz jeszcze na inną kobietę? czy będziesz w stanie jeszcze kogokolwiek pokochać? z kimkolwiek założyć Rodzinę? pytam, bo podejrzewam, iż człowiek, którego kocham przeżywa to, co przeżywasz Ty... nie komunikuje jednak swych uczuć..wszystko tłamsi w sobie.... ja Go pocieszam..... ale zastanawiam się, czy jeszcze bardziej nie przysparzam Mu bólu... albo czy czasem się nie narzucam... bo jeśli tak, to wolałabym usłyszeć to teraz... może jak ostatecznie zerwę tę znajomość będzie mi łatwiej?.... wiem, że muszę spytać o to Jego, ale może Twoja wypowiedź posłuży ''jako swoiste preludium''.... powiedz... gdybym ja była sobą ;) - a Ty byłbyś facetem, którego kocham (z takimi problemami, jakie masz - znajdującego się w identycznej sytuacji) to czy pozwoliłbyś mi karmić się nadzieją, czy raczej sugerował zapomnieć? oddalić się... stać się bardziej obojętną... aż do zerwania kontaktu zupełnie?

          naiwne to pytanie... wiem. jednak łudzę się, że w swej szczerości odpowiesz mi tak, jak facet.... prosto i dobitnie.
          potrzebuję tego. myślisz, iż nie znając mnie - mógłbyś wyświadczyć mi tę przysługę?

          pozdrawiam równie serdecznie :)

          • last.free.man Re: Miłość jak trucizna 06.01.08, 23:03
            Tak, będę mógł spojrzeć na inną kobietę i pewnie nawet będę do tego zmuszony - prędzej, czy później. Jestem neurotykiem, ale nie masochistą doskonałym i tak jak poprzednim razem wyleczyłem się z głębokich ran obecnym uczuciem, tak z obecnego wyleczy mnie przyszłe, pewnie jeszcze większe. O ile nie trafię źle po raz kolejny, to ten łańcuszek kiedyś się przerwie, a mnie będzie oszczędzone szaleństwo. Ale też żałuję, że nie chwyciłem byka za rogi. Tylko nie wiem, czy efekt tego chwytu nie byłby równie żałosny jak teraz.

            Co do Twojego obiektu beznadziejnej miłości, to chyba sprawa jest trochę inna. Z tego co zrozumiałem oboje jesteście wolni i wasze deklaracje mają ciut inną wymowę. Ponadto jesteś już z nim po słowie, a zatem jego obecne zachowanie w stosunku do Ciebie jest chyba jego konsekwencją. Mam wrażenie, że albo się w sposób nieudolny broni (boi się zrobić krok naprzód), albo nie umie Ci powiedzieć wprost i grzecznie, że nic z tego nie będzie. Z drugiej strony, gdybym to ja otrzymał taki sygnał i bym go nie tylko zrozumiał, ale i podzielał, to bym takiej kobiety nie odtrącił.
            • sund-ance Re: Miłość jak trucizna 06.01.08, 23:23
              Last.free.man - z jednej strony trochę mnie uspokoiłeś... z drugiej jednak
              grzecznie i dobitnie powiedziałeś mi to, czego się spodziewałam... hmmm... jest
              ok :) - bardzo Ci dziękuję!!!

              nie będę już więcej roztrząsać tutaj mojej sytuacji. nie wyjaśniłam wszystkiego.
              nie wszystko jednak na forum publicznym można załatwiać, nawet, gdy jest się
              'anonimowym użytkownikiem'. nic nie jest w życiu czarno-białe. tak, jak
              napisałeś a propos Kobiety, którą Kochasz... miłość to uczucie szlachetne... i
              takim niech zostanie. miłość by była taka nie zawsze musi (i nie zawsze jest)
              odwzajemniona. ja do Mężczyzny, którego kocham... nie czuję żalu. przykro mi
              tylko, że nie mogę się dzielić z Nim każdą radością i tęsknotą... ale tak, jak
              napisałeś to kiedyś minie. Mi i tak zostaną piękne wspomnienia, bo złych rzeczy
              się nie pamięta. zresztą już zapomniałam.

              tomorrow is another day. dobrze, że są tacy ludzie, jak Ty. i że "przypadki
              chodzą po ludziach". cieszę się, że trafiłam na to forum i przypadkowo
              przeczytałam Twojego posta... przykro mi, iż nie potrafię Ci pomóc... ale wiem,
              że dasz radę!! sądząc po tonie Twych wypowiedzi jesteś człowiekiem racjonalnie
              myślącym :) jutro też zaświeci słońce :) dla Ciebie :) - dla mnie powoli już
              zaczyna świecić.

              dziękuję.

              Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo dużo szczęścia!


              • 37.gora.01.02 Re: Miłość jak trucizna 07.01.08, 19:25
                Jestem tu pierwszy raz i przeczytalem wszystko z duzym zaciekawieniem
                Dziwi mnie tylko,ze panienka do ktorej glowny bohater wzdycha i sie
                meczy nic sama nie dostrzegla.moze Ty jestes tajny adorator.Milosc
                trzeba brac twrdo bo inaczej wyleje Ci sie przez palce.Ale trzeba
                byc wyposazonym w umiejetnosc lokowania uczuc.Bylem 40 lat zonaty.
                Zona zmarla i zostalem sam.Przez dwa lata meczylem sie sam.I co.
                Spotkalem Pania,ktora byla skrzwdzona osoba i 20 lat sama.Ciezko bylo
                ale ja mam i jestem szczesliwy.Mezczyzna samotny zwiednie.
                • fantka Re: Miłość jak trucizna 18.01.08, 11:01
                  37.gora.01.02 witaj na forum.
                  Jesteś szczęśliwy, to najważniejsze.
                  Nie tylko samotny mężczyzna więdnie...
                  ...samotna kobieta także...
    • jakpet Re: Miłość jak trucizna 21.02.08, 14:56
      Miałem do wczoraj bardzo podobny problem. Wczoraj powiedziałem te
      dwa słowa. Pewnie i tak nic z tego nie będzie, ale przynajmniej Ona
      wie.
      • fantka Re: Miłość jak trucizna 22.02.08, 20:36
        .. żeby jeszcze rozumiała..
        • jakpet Re: Miłość jak trucizna 23.02.08, 17:42
          Wiesz Fantko, chyba zrozumiała. To były dwa bardzo ciężkie dni. Jednak Ona nie
          odpuściła. Nie pozwoliła mi uciec. Nie znaczy to że jest pięknie jak w
          amerykańskich filmach. Oboje jesteśmy w związkach (ja formalnie dużo bardziej).
          Oboje w nich nieszczęśliwi. Nie usłyszałem "ja Ciebie też" ale nie usłyszałem
          też "nie". Zobaczymy. Nadzieja umiera ostatnia
    • akraw.7 Re: Miłość jak trucizna 26.02.08, 00:53
      Witaj last.free.man
      Historia mi znana, tylko z tej drugiej strony. Ja jestem NIĄ. Przez
      chwlę myślałam, że się znamy, ale nie, bo ON mi TO powiedział.
      Okoliczności podobne, praca, długie rozmowy, smsy o
      zyciu.........Nie chcę się rozpisywać, bo to nie mój wątek, ale był
      przy mnie gdy byłm szczęśliwą mężatką, gdy się rozwodziłam, gdy
      kogoś poznałam, gdy dowiedziałam się że będę mamą :)
      Powiedział mi To po półtora roku znajomości i wiesz co? Ciesze się,
      że tak się stało. Cieszę się, że był ze mną szczery. I cieszę się,
      ze mogę mu pomóc choc trochę nieść ten ciężar. Nie jestem zła czy
      zawiedziona. Nie zakochał sie z własnej woli. Stało się. Przez
      pierwsze dni było nam cięzko. Ja za wszelką cenę starałam się, żeby
      On nie poczuł, że coś się zmieniło. Ale udalo się. Mam w nim
      przyjaciela i Anioła Stróża.
      Mam nadzieję, że i Ty i On odnajdziecie wreszcie szczęśliwą miłość.

      PS. nawet podobnie się wypowiadacie, no i te nikomu nie potrzebne
      kompleksy.Pamietaj, że pięknem mężczyzny jest jego inteligencja, a
      Tobie zapewne jej nie brakuje.
      Trzymaj się.

      nadwrażliwa realistka

      • fantka Re: Miłość jak trucizna 02.03.08, 09:39
        Witaj Akraw.7 na forum.
        Mieć przyjaciela i do tego jeszcze
        Anioła Stróża, to wspaniałe...
        Napisz czy Ty i On także
        odnajdziecie wreszcie szczęśliwą miłość?
      • allohaa Re: Miłość jak trucizna 07.03.08, 19:31
        Do akraw.7

        Hmmm, obudziłaś we mnie wstyd, bo ja tez jestem NIĄ, ale nie
        zachowałam się tak wspaniałomyślnie jak Ty...
        Być może dlatego, że człowieka, który się we mnie zakochał, prawie
        nie znam i tak naprawdę nie wiedziałam jak się mam wobec niego
        zachować...z jednej strony coś mnie do niego ciągło i odwzajemniłam
        to uczucie, a z drugiej chciałam o nim zapomnieć, wyśmiewając się z
        niego, gdyż zwyczajnie się przestraszyłam tego co poczułam-nie
        jestem wolna...
        Dlaczego życie musi się tak komplikować?
        • crouch27 Re: Miłość jak trucizna 05.05.08, 16:02
          niesamowite jak latwo potraficie sie zakochac znowu i znowu niektorzy zakochuja
          sie tylko raz i juz nigdy wiecej, jesli bylo to nieodwzajemnione uczucie to
          mozna tylko czekac az przejdzie tylko ze moze nie przejsc po 9 latach nic sie
          nie zmienilo

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka