egon.olsen
04.09.03, 13:25
To nie przypadek, że w Dniu Świętego Walentego zakochani chętnie wręczają
sobie czekoladę. Dzięki niej otrzymujemy dawkę fenyloetyloaminy - substancji
odpowiadającej za dobre samopoczucie. Od dawna wiadomo, że załamanie po
rozstaniu z ukochaną osobą można złagodzić czekoladą, lecz wiele pytań
dotyczących miłości pozostawało dotąd bez odpowiedzi.
Czy miłość nie rozpoczyna się od spojrzenia, przypadkowego muśnięcia dłoni
lub szeptu podczas tańca? Nawet jeśli tak jest, pozostaje pytanie: "Dlaczego
akurat on?", "Dlaczego akurat ona?". Odpowiadają na nie naukowcy z
University of Chicago. Wyniki ich badań opublikowano w najnowszym wydaniu
czasopisma naukowego "Nature Genetics". Okazuje się, że u kobiet za wybór
partnera odpowiada niewielki zestaw genów, znany pod skrótem MHC. Panie wolą
mężczyzn o zestawie MHC znacznie różniącym się od ich własnego. Wyboru
dokonują za pomocą nosa. Podczas eksperymentu badane kobiety wąchały męską
bieliznę, bezbłędnie wybierając najbardziej pożądany zestaw genetyczny. A
zauroczenie? Namiętność? Nieważne drobiazgi. Liczą się geny wywęszone przez
partnerkę.
Historia chemii miłości rozpoczęła się w poniedziałek 25 października 1972
r. Tego dnia 24-letnia Candance Pert, doktoranka z Johns Hopkins University
Medical School w Baltimore (USA), odkryła na powierzchni komórek nerwowych w
mózgu szczurów tzw. receptory opiatowe. Są one niczym strażnicy, którzy
regulują napływ opiatów (narkotyków takich jak morfina, heroina lub kodeina)
do wnętrza komórek nerwowych. Mało prawdopodobne - myślała Pert - by
przyroda wyposażyła szczury w narządy nie mające zastosowania. A skoro tak,
to ich organizm musi produkować narkotyki. Jeśli takie receptory mają
szczury - dedukowała dalej - to może występują one także na powierzchni
naszych komórek? Oznaczałoby to, że również mózg człowieka wytwarza swoje
narkotyki. Stąd już tylko krok do rewolucyjnego stwierdzenia: emocje
człowieka mają swoje chemiczne odpowiedniki.
Dwa zdarzenia zaważyły na tym, że młoda badaczka zajęła się poszukiwaniem
receptorów opiatowych. Kilka miesięcy przed rozpoczęciem studiów
doktoranckich wyszła za mąż i zakosztowała rozkoszy podróży poślubnej. Nieco
później, tuż przed rozpoczęciem semestru, spadła z konia. Po wypadku miała
silne bóle kręgosłupa. W szpitalu regularnie wstrzykiwano jej morfinę. Gdy
zażyła lek, mijał nie tylko ból. Odczuwała także absolutne uspokojenie,
rodzaj euforii i stany ekstazy graniczącej z seksualnym spełnieniem. Zaczęła
się zastanawiać, jakie reakcje zachodzą w mózgu pod wpływem opiatów oraz
jakie to wywołuje emocje. 13 miesięcy później zlokalizowała receptor
opiatowy w komórkach nerwowych w szczurzym mózgu. Trzy lata po tym odkryciu
naukowcy z University of Aberdeen w Szkocji, John Hughes i Hans Kosterlitz,
opisali pierwszy opiat wytwarzany w ludzkim organizmie - endorfinę. Odtąd
znali już receptor, cząsteczkę, która do niego pasuje, oraz związane z nimi
doznania. Chemia emocji stała się faktem.
Candance Pert przystąpiła do kolejnego badania. Do mózgów chomików przed
kopulacją wstrzykiwała łatwy do wykrycia radioaktywny opiat. Potem w różnych
fazach kopulacji zdejmowała samca z samicy lub wyciągała samicę spod samca i
mierzyła poziom napromieniowanych endorfin w mózgu. Okazało się, że po
orgazmie wzrastał on o 200 proc.
Tak było u chomików, ale Pert chciała wiedzieć, czy tak samo jest u ludzi.
Lecz jak tu namówić kogoś na pobieranie krwi w różnych fazach aktu
miłosnego? Nakłoniła więc do eksperymentu męża oraz zaprzyjaźnione pary,
głównie naukowców z amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego
w Bethseda. Przygotowała wszystkim paski przypominające gumę do żucia, które
zwiększały wydzielanie śliny. Uczestnicy eksperymentu, uprawiając seks, żuli
je i w odpowiednich "momentach" wypluwali do probówek. Okazało się, że
chomiki nie były wyjątkiem. Poziom endorfin w ślinie ludzi także się
podwoił.
Zawartość substancji chemicznych w naszym organizmie waha się nie tylko pod
wpływem radosnych emocji. Dowiódł tego prof. Michel Liebowitz z New York
State University. Badał nieszczęśliwie zakochanych, osoby w stanie depresji
lub próbujące popełnić samobójstwo. Wszyscy chorzy z miłości lub ci, którzy
z tego powodu odebrali sobie życie (uczony miał dobre kontakty z policją
nowojorską i mógł badać mózgi samobójców), mieli obniżony poziom substancji
o nazwie fenyloetyloamina (PEA). Liebowitz dowiódł jednoznacznie, że miłość
może (chemicznie) zabijać.
To właśnie fenyloetyloamina jest tym związkiem chemicznym, który
neurobiolodzy najczęściej kojarzą ze stanami emocjonalnymi określanymi jako
miłość lub zakochanie. Od dawna było wiadomo, że PEA należy do grupy
amfetamin (narkotyków) i że jej podwyższone stężenie w mózgu objawia się
stanami podobnymi do tych, jakie odczuwają narkomani: euforią, bezsennością,
uczuciem nieuzasadnionej radości, pewnością siebie, zaburzeniami łaknienia
czy depresją na przemian z ożywieniem i brakiem koncentracji. Krótko mówiąc,
zakochani są w stanie nieustannego amfetaminowego rauszu. Towarzyszy mu
bezkrytyczne oczarowanie kochaną osobą. Reakcją na podniesienie poziomu PEA
w mózgu jest zwiększone wydzielanie noradrenaliny - hormonu zwanego też
substancją miłości. Nie znamy dokładnie jej działania, ale wiemy, że jej
wysoki poziom w mózgu uwalnia wydzielanie innego związku - dopaminy.
Dopamina, nazywana "cząsteczką szczęścia", odpowiada za chemiczne procesy w
mózgu kontrolujące ruch i zdolność odczuwania przyjemności. Razem dopamina i
PEA wywołują doznania, które ludzie odczuwają jako miłość. Poza tym dopamina
w reakcji na zdarzenia lub zachowania wywołujące przyjemność, np. seks,
pobudza obszar mózgu zwany "ścieżką nagrody". Zależności między PEA i
dopaminą sprawiają, że przebywanie z kochaną osobą wywołuje takie same
uczucia, jakie towarzyszą odbieraniu nagród i wyróżnień.
Dopamina pobudza też produkcję innej ważnej substancji - oksytocyny. Hormon
ten produkowany jest głównie w mózgu, ale także w jajnikach i w jądrach.
Magia oksytocyny polega na tym, że działa ona w momentach niezwykle
istotnych dla człowieka. Wywołuje skurcze macicy wypychające w trakcie
porodu dziecko na świat. Przy orgazmie kobiety nasila uczucie rozkoszy.
Odpowiada także za laktację w trakcie karmienia niemowlęcia. Wysoki poziom
tego hormonu pobudza również uczucia macierzyńskie u matek nowo narodzonych
dzieci. Szczurzyce, którym do mózgu wstrzykiwano substancję hamującą
działanie oksytocyny, porzucały młode zaraz po urodzeniu.
U mężczyzn z kolei niewielka ilość oksytocyny we krwi jest konieczna, by
doszło do erekcji. Jednak zbyt duże jej stężenie może uniemożliwić wzwód. Z
kolei od szybkości obniżania się poziomu oksytocyny zależy czas, jaki musi
upłynąć od jednego stosunku do ponownego wystąpienia objawów podniecenia
seksualnego. Jeśli jeden mężczyzna "może znowu" za 15 minut, a inny za 15
godzin, to mimo że ten pierwszy jest prawdopodobnie ulubieńcem kobiet, obaj
są całkowicie normalni, a jedynie oksytocyna działa u nich inaczej.
Najmniej zbadaną pod względem mechanizmów reakcji cząsteczką emocji jest
noradrenalina. Działa podobnie do adrenaliny - podwyższa ciśnienie i poziom
glukozy we krwi, a u zakochanych powoduje uczucie podniecenia, zmniejsza
apetyt i przyczynia się do skurczów naczyń krwionośnych. Skurcze zatrzymują
krew w członku lub w łechtaczce, co powoduje ich lepsze ukrwienie i
uwrażliwienie na dotyk. Ponadto noradrenalina podnosi ciśnienie krwi i
przyśpiesza bicie serca. To właśnie ona odpowiada za znane i wstydliwe dla
zakochanych czerwienienie się na widok ukochanej osoby.
Ale najważniejsza i tak jest fenyloetyloamina (PEA). Jak zgodnie twierdzą
naukowcy, nasz organizm z czasem uodparnia się na jej działanie. Tolerancja
na PEA pojawia się między 18. miesiącem a 4. rokiem trwania związku.
Statystyczni