zorza70
23.04.08, 06:02
Ma byc krotko, bo wiem ze nie chcecie czytac poematow. Wiec bedzie krotko.
Prosze o reflekcje, a wiem ze moge na Was liczyc. My story...
Wyszlam zamaz mlodo, mialy byc studia, dyplomy itd.. a byl maz i po dwoch
latach dziecko. Pozniej emigracja. Syf. Mlodaosc uciekla na ciaglej gonitwie.
Teraz juz nawet nie chce pamietac za czym. Ale Wy wiecie- pieniazki, dobre
samochody itd. Po 15 latch pustka, maz zmeczony i unhappy, zona, czyli ja,
coraz bardziej samotna i odrzucana. W miedzyczasie ostatkiem sily i energi-
walka o bycie we dwoje. Agonia..
Wymyslil jednak madry internet i od slowa do slowa, z dnia na dzien, rodzi sie
milosc. Maz szaleje i wszystko z tym zwiazane. Przeprasza, prosi- ale nas juz
nie ma! Separacja. Koniec domu, rodziny, wspolnego zycia. Ale moja nowa milosc
jest, trwa.
Po kilku miesiacach, powrot do meza- dla dzieci oczywiscie. No moze troszeczke
dla wlasnego ja. Nowe plany, zalozenia, mial byc uczuciowy zwiazek, a wyszedl
uklad calkiem businessowy. I znowu klapa. Maz sie nie zmienil, wrecz
przeciwnie, jeszcze bardziej scham....koszmar!! Ale moja milosc czeka, z
daleka, bo tysiace kilometrow, ale jest. Co robic? Gnusniec z panem mezem dla
dobra dzieci, ktore juz prawie dorosle same tego nie chca, czy zdac sie na los
i rzucic wplaw?