grzywaczek88
19.07.08, 16:09
Trochę czytałam o instruktorach, którzy zachowują się jakby nie umieli mówić. Miałam nadzieję, że mój będzie w miarę wygadany, bo na pierwszy rzut oka wydawał się sympatycznym harleyowcem. Ale jedne z pierwszych słów jakie padły z jego ust brzmiały „A gwiazdeczka to na wykłady nie chodziła, hę?”. Dobrze, że się przefarbowałam, bo jeszcze miałby mnie za głupią blondynkę, szowinista jeden. Pierwszą lekcję miałam razem z jakimś chłopakiem, który też zaczynał kurs. Ale on wcześniej jeździł już na kładzie i jakichś motorynkach, a ja – ciemnota totalna pod każdym względem. Tyle, że kat. B mam od 2 lat, ale po kursie jeździłam trochę przez pół roku, a potem nic. Kompletnie NIC. W każdym razie, wsiałam pierwszy raz na motor i pierwsze co – zaliczyłam glebę. Pomyślałam, że to na dobry początek. Szowinista się trochę przestraszył, bo zeszłam z tej biednej zmasakrowanej 250tki , ale nie wiedziałam co dalej zrobić z leżącym i wciąż odpalonym motorem. Szowinista wydarł się na mnie, że powinnam była go wyłączyć, bo koło mogło mi wciągnąć nogę. Moje pytanie brzmi – skąd ja to mogłam wiedzieć? Nie jestem Einsteinem. Oczywiście chłopak, który zaczął kurs razem ze mną jeździł na placu 2h, a szowinista zostawił mnie na 3h. Jakby chciał pokazać mi jaki ze mnie lewus. Ale nie poddałam się. Któregoś dnia powiedział mi, że nie źle mi idzie i następnym razem może pojedziemy na miasto. Ale kiedy przyszedł ten ‘następny raz’, zapytał mnie ile wyjeździłam godzin. Okazało się, że on zabiera ludzi na miasto dopiero po 10h wyjeżdżonych na placu, a ja byłam dopiero 7h. Skrzywił się trochę, ale o dziwo wziął na miasto. Po powrocie powiedział, że bardzo dobrze mi szło i że nie było widać, że jadę pierwszy raz. Ale nie dał kompletnie żadnych wskazówek. Na placu też nie wiedziałam co mam robić i co ćwiczyć… Gdybym wcześniej sama nie zaczęła robić ósemek, to pewnie dalej bym ich nie umiała robić, a on nie kazałby mi zacząć ich ćwiczyć. Zapytałam go czy ma dla mnie jakieś rady jak je jeździć, żeby było dobrze. Powiedział tylko tyle, żebym uważała, żeby nie przejechać linii i dobrze jest jechać je na jedynce. Ale qrcze to, to ja sama wykliniłam już dawno temu. Widziałam, że inni instruktorzy coś tłumaczyli kursantom jak robić ósemki. Czytałam też coś na forum, że podobno podjazd pod górę sprawia jakieś problemy. Dlaczego? Jak to się robi? Jeszcze nie próbowałam, bo nie wiedziałam, że coś takiego jest na egzaminie i że to może sprawiać jakikolwiek problem podczas późniejszej jazdy. Myślałam, że na placu to jest normalne, że mam sobie sama jeździć, ale byłam prawie pewna, że po powrocie z miasta dostanę jakieś uwagi, a tu NIC. Jestem załamana i mimo, że czuję się już pewnie w siodle, to obawiam się, że nie zdam za pierwszym razem, a nie mam tyle kasy, żeby pozwolić sobie na oblanie… Nie dostałam żadnych uwag, ani wskazówek. Dwa razy na mieście przypomniał mi o kierunkowskazie i to by było na tyle. Mogłabym pomyśleć, że jestem geniuszem i już tak świetnie jeżdżę, ale wiem że aż tak dobrze nie jest(: Czy to oznacza, że mam się uczyć na własnych błędach? W takim razie, póki co, nie źle mi idzie. Na razie wiem co zrobić jak zaliczę glebę. Nie wiem tylko jak jej uniknąć… Chyba powinnam zmienić instruktora, ale boję się komuś narazić. Z drugiej strony, w końcu zapłaciłam za to, żeby mnie czegoś nauczyli… POMOCY!