W piątek nasze dziecię obchodziło (już) drugie urodziny. Poza
standardowym "kiedy to zleciało" zastanawiałam się, co nam dał poród
domowy. Oczywiście w miarę upływu czasu o samym porodzie coraz
rzadziej myślę, ale od czasu do czasu do tematu sobie wracamy.
Na rozwój dziecka jako taki (padło tu kiedyś takie pytanie) wpływu
nie potrafię ocenić, bo to chyba zagadnienie bardziej złożone, ale
niewątpliwie jako noworodek i młodsze niemowlę to był sam spokój.
Bez płaczu, nerwów, problemów ze spaniem, kolkami etc. upływał nam
czas. Zadowolona, z pękatym brzuszkiem - wszystko nie zdołało się
ulać

, pogodna, wtedy myśleliśmy, że najśliczniejsza na świecie -
czas i dokumentacja w postaci zdjęć lekko zmienił naszą opinię

-
bezproblemowo przeszły nam pierwsze miesiące, które czasem sielanką
nie są.
Teraz mi się wydaje, że cudowną konsekwencją porodu domowego jest
fakt bycia od razu w domu. Dziecko się rodzi, jest cisza, spokój,
rodzice, pierś, za jakiś czas odespanie trudów. Nikt nie przerzuca
ze stołu na stół, nie przechodzi z rąk do rąk, od lampy do lampy.
Matka jest u siebie w łóżku, oszczędzone są jej atrakcje typu
pobudka o 4, bo położna kąpie dziecko, noworodek nie jest budzony z
powodu obchodu czy n-tego sprawdzania wagi w ciągu drugiego dnia.
Przyznam, że dla mnie to był szok, gdy koleżanka wyszła ze szpitala
po 10 dniach i zaczynali z dzieckiem uczyć się siebie... Po prawie
dwóch tygodniach to ja nie pamiętałam, że kiedyś w domu nie było
tego małego człowieczka

Jeszcze jedną konsekwencją porodu domowego, wg mnie, jest brak
ślepej wiary w to, co powie pan/pani doktor. Dla mnie lekarz, to
lekarz, człowiek, jak człowiek, zawód, jak zawód. Czasem racje ma i
coś mądrego powie, ale czasem, to mi się gęby otwierać nie chce, by
dyskutować. Bynajmniej żadnym autorytetem nie jest dla mnie
pediatra, nie słucham głupot w kwestii karmienia, pneumokoków czy
innych witaminek. Poradziłam sobie sama, urodziłam ja, dalej szukamy
i analizujemy, czy porady mają sens. Jeśli uważamy, że nie, to nie;
to, że ktoś coś powiedział, czy napisał, nas nie obchodzi. Jest to z
jednej strony dobre, ale z drugiej myślę sobie, że te koleżanki,
które rodziły z pomocą lekarzy, wierzą w ich "moc" i świętość,
słuchają, robią, nie pytają i mają po prostu łatwiej i prościej w
życiu...
Takie oto reminiscencje mnie naszły, gdy nasza dwulatka świętowała
urodzinki.