Dodaj do ulubionych

....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale na co?

13.06.09, 14:29
i czy aby napewno rodzac? bo ja tak chodze od paru tygodni i sie zastanawiam.
znam tylko jedna opowiesc o siostrze mojego dziadka, ktora umarla. ale nie
wiem czy w rodzac czy w pologu.
bo mi jakos bardziej pasuje, ze to czesciej umieraly dzieci i to pewnie te
ktore maja teraz wady serca i podobne a kobiety to raczej w pologu. i tak mi
jakos sie uklada, ze to tak samo jak ze szczepieniami - z braku higieny.
co myslicie? duzo macie takich umarlych przodkin? u mnie jak szukam ani jedno
dziecko, no i ta ciotka.
natomiast teraz z najblizszego otoczenia znam 2 dzieci wykonczonych szpitalnie.
Obserwuj wątek
    • kaakaa Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 16:09
      Co do umieralności kobiet przy porodzie w czasach "przedcesarkowych", to
      obstawiam, przede wszystkim, niewspółmierność porodową. Dawno temu
      krzywica była dość powszechnym problemem (szczególnie w tych warstwach
      społecznych, które były niedożywione). A krzywica prowadziła do deformacji
      miednicy. A urodzić przy zdeformowanej miednicy nie zawsze się da. Przy
      niewielkich deformacjach mogło się udać. Czasem bywało i tak, że jeśli żywe
      dziecko w całości nie mogło się zmieścić, to umierało w czasie porodu a potem
      rodziło się martwe - martwy płód był bardziej podatny na dostosowanie się do
      kształtu miednicy. Ale przy poważnych deformacjach nawet martwe dziecko nie
      mogło się urodzić, więc efekt musiał być dla matki tragiczny. Może
      rzucawka się też zdarzała - to może prowadzić do śmierci matki przy
      porodzie. Mogły też umierać rodzące z wadami serca - przy wadach serca z
      klasy 4 wg NYHA (spoczynkowa niewydolność serca przed ciążą) nawet dzisiaj
      umieralność szacuje się na 20-40%. Dawniej również cukrzyca wiązała się z
      dużą umieralnością okołoporodową (10-20%). Z tego, co wiem, zdarzały się też
      krwotoki w III okresie porodu - z różnych przyczyn. Dużym ryzykiem obciążone
      były porody bliźniąt, to taka sytuacja wiąże się ze zwiększoną szansą
      poprzecznego położenia jednego z dzieci, a także przedwczesnego oddzielenia się
      łożyska drugiego z bliźniąt.
      Co do umieralności w połogu, to moim głównym typem jest gorączka
      połogowa
      . A to już głównie z nieprzestrzegania higieny się bierze. W czasach
      "przedantyseptycznych" największe żniwo zbierała w szpitalach klinicznych, gdzie
      lekarz szedł do porodu niejednokrotnie prosto z sali sekcyjnej, gdzie kroił
      zwłoki...
      Umieralność rodzących, nawet jeśli nie była tak wysoka, jak to się nam próbuje
      przedstawiać, to na pewno była znacznie większa niż obecnie. Z dostępnych mi
      danych wynika, że obecnie w Polsce (w skali całego kraju) przypadki śmierci
      okołoporodowej kobiet to ok 5-6 na rok. Czyli bezpieczniej jest rodzić, niż
      jeździć samochodem...

      Przyczyn śmierci dzieci było niestety znacznie więcej niż tylko wady wrodzone,
      czy wcześniactwo. Ot, choćby, wspomniane wcześniej, okołoporodowe obumarcia
      wewnątrzmaciczne związane z niemożnością urodzenia wskutek niewspółmierności lub
      przeszkody porodowej, czy infejcje - np. tężec noworodkowy związany z
      zainfekowaniem kikuta pępowiny przez laseczki tężca. Starsze dzieciaczki też
      marły znacznie częściej niż dzisiaj - często z powodu biegunki lub innej
      banalnej infekcji.
      W mojej rodzinie nie znam przypadku śmierci kobiety przy porodzie. Mimo, że
      babcia i prababcia urodziły w domu bliźnięta. Ale już zgony małych dzieci
      zdarzały się - mojej babci z trzynaściorga dzieci troje zmarło w niemowlęctwie.
      Z drugiej strony rodziny prababcia miała czworo (w tym bliźniaki) a do dorosłego
      życia dojrzało tylko dwoje (w tym jedno z bliźniąt).
      Współcześnie nie mam w rodzinie żadnych dzieci wykończonych szpitalnie, więc w
      przypadku mojej rodziny bilans wychodzi na niekorzyść "dawnych czasów". Ale może
      to wynika z faktu, że współcześnie w mojej (szeroko rozumianej, czyli wraz z
      kuzynostwem) rodzinie jest tylko siedmioro dzieci, w tym czworo moich urodzonych
      w domu wink
      • monicus Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 16:25
        kaakaa jak zawsze pelnym zdaniem odpowiada smile no czyli wg twojej wiedzy
        smiertelnosc wiazala sie raczej z warunkami w jakich ludzie zyli -
        niedozywienie, brak higieny, niedogrzane mieszkania tez pewnie byly przyczyna
        smierci dzieci (stad chyba ta wizja smierci po bankach jak sie wstanie z lozka i
        je przeziebi)
        • kaakaa Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 17:26
          Monicus, ale myślę sobie, że gdyby dzisiejsze kobiety miały rodzić w tamtych
          warunkach, to by dopiero była tragiczna statystyka umieralności okołoporodowej.
          Zauważ, że w naszych czasach prawie wszystkie dzieci dorastają do wieku
          reprodukcyjnego i prawie wszystkie kobiety (jeśli zaszły w ciążę) mogą urodzić
          dziecko. Kiedyś osoby niezdolne do rozrodu były naturalnie (choć to brzmi
          brutalnie) eliminowane. Dziś trafiają się kobiety, u których w rodzinie od dwóch
          pokoleń żadne dziecko nie przyszło na świat drogami natury. Czy one byłyby w
          stanie same urodzić?
          • monicus Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 17:44
            prawda. np ja powinnam umrzec jako noworodek smile i uwazam ze tak powinno byc.
            chociaz moze gdybym sie urodzila w domu i nie wpadla w szpony lekarzy to bylabym
            w dziecinstwie okazem zdrowia...
          • hab_ek Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 22:39
            Nie, nie byłyby w stanie. Ale, co jest istotne - część tych kobiet w ogóle nie
            byłaby w ciąży. I, to z pewnością brutalnie zabrzmi, naturalna selekcja
            eliminowała najsłabsze osobniki.
    • kropkaa Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 19:55

      > ...czasem można krwawić do jamy macicy, a krew wydostanie się na
      zewnątrz dopiero kiedy będzie jej bardzo dużo. (K. Oleś)

      kropkaa 08.04.09, 00:10 Odpowiedz
      Po prawie 30 latach zrozumiałam więc jak to się stało, że zmarła
      siostra mojej cioci. Tak to właśnie przedstawiano w rodzinie - że za
      późno położna ją skontrolowała; ona z niczego sobie nie zdawała
      sprawy, a gdy się zorientowano, że krwawi (czyli jak teraz wiem, po
      prostu krew zaczęła się już wylewać na zewnątrz), to było za późno.
      Było to po drugim porodzie... W rodzinie panowało ogromne
      rozgoryczenie, że śmierć ta była skutkiem zwykłego niedbalstwa i
      niechlujstwa - po prostu nie chciało się nikomu sprawdzić położnicy.
      Dwulatek i noworodek zostali bez mamy, a ojciec nagle stał się
      jedynym rodzicem dwojga małych dzieciaczków.

      To w szpitalu i chyba jedyna histora, kiedy poród kończył się
      śmiercią, jaką znam.
      Dzieci umierały, ale raczej w dziecięctwie niż w czasie porodu.
      • soldie Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 13.06.09, 22:44
        W mojej rodzinie raczej też więcej zgonów dzieci w wyniku jakiś tam choróbsk. A
        o porodzie to co wiem to prababcia , która urodziła jedyne swoje dziecko w domu
        i strasznie popękała , nie chciała z tego powodu więcej dzieci , w późniejszym
        czasie wypadała jej macica. Tą opowieścią uraczyła mnie mama na moje
        przekonywania o dobrodziejstwach porodu w domu smile
        • monicus Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 14.06.09, 15:57
          e, macica wypadala cioci mojego meza, ktora nigdy nei miala dzieci. bylo dane mi
          widziec te macice... sad
    • annairam Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 14.06.09, 21:09
      W mojej rodzinie znany jest tylko jeden przypadek śmierci przy porodzie, zgodna
      z odpowiedzią Kaaki. Moja pra pra babcia rodziła swoje drugie dziecko w domu na
      wsi w asyście wyłącznie swojego męża (pewnie z braku wyjścia). Zaraz po
      urodzeniu syna dostała krwotoku i straciła przytomność. Co było przyczyną nie
      wiadomo. Dziecko całkowicie zdrowe. Historia dawna, z przełomu wieków.
      Pewnie w dzisiejszych czasach tak by się to nie skończyło gdziekolwiek by rodziła.

      • abiela Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 14.06.09, 21:40
        Prowadzę badania genealogiczne i przeglądałam setki wpisów w księgach
        metrykalnych. Śmiertelność dzieci była wysoka - najczęściej gdy jakaś chorba
        zaczęła panować, np. odra to umierały dzieci dom za domem, rodzeństwo jedno po
        drugim. Bardzo dużo dzieci rodziło się martwych, widać to, bo takie wpisy
        sporządzane były inaczej. Na śmierć matki trafiałam rzadziej, najczęściej kilka
        ndi po porodzie, pamiętam przypadek, gdy wpierw zmarło dziecko, potem kilka dni
        póżniej matka.
        Widziałam bardzo dużo wpisów bliżniąt, dwa razy trafiłam na trojaczki - raz
        związane ze śmiercią części dzieci, ale raz najwyraźniej dzieci były żywe, bo i
        wpis chrztu był.
    • deigratia Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 15.06.09, 14:47
      A co z niepełnym urodzeniem łożyska? To też chyba był jakiś procent.
      Babcia koleżanki opowiadała mi jak jej matka straciła 4 dzieci
      (rodząc w szpitalu?) i ją piątą uparła się rodzić w domu. Nie
      odkleiło jej się wtedy łożysko. Położna odkleiła je ręcznie "na
      żywca". Podobno baaardzo bolesna sprawa, brr. Kobieta przeżyła.

      Moja babcia pierwsze dziecko urodziła w drodze do szpitala? izby
      porodowej? W 17st. mrozie. Dziecię zmarło sad Mogła rodzić w domu przy
      pomocy miejscowej akuszerki, ale nie chciała...
      Szpitalnych umęczonych dzieci, na szczęście żywych, znam tylko jedno.
      Przez zignorowanego streptoccocusa o mały włos się nie przekręciło.
      Jego mama jednak nigdy tego nie przyzna, bo rodziła w najlepszym
      szpitalu ze znajomą lekarką. O!
    • ikka135 Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 01.01.14, 22:08
      Odświeżam nieco przykurzony wątek. Prześledziłam historie położnicze w mojej rodzinie. Moja praprababcia zmarła przy porodzie. Nie wiem konkretnie co było przyczyną, ale prawdopodobnie jakis krwotok. Pomoc lekarska przyszła zbyt późno, a młoda akuszerka nie umiała sobie poradzić. Było to 120 lat temu. Moja prababcia urodziła 5 dzieci. Wszystkie w domu, sn. Dzieci duże średni 4,5 kg. Druga prababcia urodziła 6 dzieci. Wszystkie w domu, sn. Ostatnie w wieku 40 lat. Niestety zmarło w czasie wojny na błonicę. Moja babcia urodziła 10 dzieci. Wszystkie siłami natury. Pierwszy poród trwała dwa dni. Miała być przewieziona do szpitala, ale nie zgodziła się. Dziecko zdrowe. Następne to już formalność. Do dwóch położna nie zdążyła. Sześcioro w domu, czworo w szpitalu, bo nowy szpital pobudowali, a położne tam się zatrudniły. Ostanie dziecko w wieku 43 lat. Nie miała żadnych dolegliwości związanych z tyloma porodami. Jeden poród w domu pośladkowy. Położna przyjęła. Dziwne mnie z tego tytułu pocięli. Dodam, że wszystkie karmiła piersią przynajmniej dwa lata. Wszystkie dzieci ukończyły szkoły średnie. Jej siostra urodziła 11 dzieci. Bliźniaki w wieku 41 lat. Ro później jeszcze syna. I tu ciekawostka ciotka leczyła się „na bezpłodność”. Między pierwszym a drugim było 6 lat różnicy. Babcia się śmiała, że pięćdziesiąt lat temu mieli lepsze wyniki. Na czym poległo leczenie tego już nam nie ujawniła. Siostra nr 2 czworo dzieci urodzonych tradycyjnie, jak to określała moja babcia. Brat był ojcem 8 dzieci. Bratowa mojej babci urodziła ostatnie dziecko w wieku 45 lat. Ostatnie już w szpitalu, ale ze swoją położną. Wszystkie zdrowe. Wszystkie ukończyły politechnikę. Ona obecnie zajmuje się czwórką maluchów. Energii to jej zazdroszczę. Brat nr 2 jest ojcem 4 synów. Mam 27 kuzynów ze strony matki. Tylko 1 urodził się cc. Wszyscy zdrowi. Choc ja urodziłam się w zamartwicy z 4 pkt. Poród kleszczowy. Ze strony ojca mam 12 kuzynów, wszyscy sn. Mojego ojca babcia urodziła w wieku 41 lat. Oczywiście w domu. Pokolenie mojej matki było już inne. Nie pamiętam, aby jakaś ciotka karmiła dłużej niż 3 ms. Najwidoczniej były bardziej nowoczesne niż ich matka. Na 17 porodów moich kuzynek ze strony matki było 8 cięć. Ze strony ojca na 12 porodów 7 cięć. Powody cięć: ułożenie pośladkowe, stan po cięciach, chore kręgosłupy, złe KTG, dwa na życzenie. Chciałam rodzić sn, ale nikt się nie zgodził, głupia poddałam się. Dzieci jakieś bardziej chore: alergie, astmy, cukrzyca, częste infekcje. Kiedyś zapytałam babci czy dopadła ją depresja poporodowa, a ona zapytała co to jest. Czy na przestrzeni zaledwie pokolenia, dwóch nasze organizmy a tak się zmieniły? Wszystkie moje babki, prababki ciężko pracowały na roli, choć były wykształcone, miały swoje zainteresowania. Poród był częścią fizjologii. Znamienne, że wszystkie dały radę wychować, wykształcić. Z tego co wiem, żadnej porody nie zmarnowały zdrowia. Zawsze radosne, uśmiechnięte, ciepłe. Zawsze cieszyły się z narodzin kolejnych wnuków. W dniu mojego ślubu moja babcia życzyła mi, abym urodziła tyle dzieci, co ona. To jedyne życzenia, które zapamiętałam. Gdyby to tylko zależało ode mnie, to chciałabym, aby się spełniły. Wnioski proszę wyciągnąć samemu.
      • kropkaa Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 02.01.14, 01:40
        smile cudownie się czyta smile
      • hab_ek Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 02.01.14, 10:34
        Wg mnie to spokój... i swój "mały" świat.
        Mam wrażenie, że moja Babcia, czy nawet Mama nigdy nie były tak zestresowane i zasypane nawałem obowiązków jak ja obecnie. Człowiek nadążając za wszystkim chce być na bieżąco i interesując się tym co jest "gdzieś" traci to co "tutaj, najbliżej".
        I poważnie czasami myślę, że te wszystkie nasze technologiczne "udoskonalenia" raczej nam życie bardziej utrudniają...
        • ikka135 Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 02.01.14, 12:32
          Pewnie masz rację. Porównywanie typu teraz to kobiety mają ciężej, a kiedyś miały mniej obowiązków jest trochę bez sensu. Kiedyś kobiety miały mniej stresów, życie brały takie jakie jest. Nie były bombardowane masą informacji. Nie starały się być perfekcyjne w praniu, sprzątaniu, gotowaniu czy w łóżku. Moja babcia powiadała, że rodzić i umierać powinno się w domu. Tam życie się zaczyna i kończy, wśród swoich bliskich, zapachów, w swojej pościeli. Kto nie akceptuje porodu z całą jego fizjologią, nie przyjmuje tez umierania i śmierci. Medycyna chce poprawić poród nadać mu jakieś ramy czasowe, wszystko zapisać w liczbach. Ciągle pytamy ile to jeszcze potrwa, czy będzie bolało itd. Walczymy z bólem, z czasem. Nie akceptujemy tego procesu, nie chcemy go przyjąć takim, jakim jest. Rodząca kobieta często ulega namowom różnych osób, umierający człowiek często też. Nie wspieramy rodzący, nie jesteśmy z nimi. Przy umierających też jesteśmy obok. Zresztą w tych ważnych momentach jesteśmy tak naprawdę sami, ze swoim bólem, lękami, ale też ze swoją nadzieją. Nikt nie może w te procesy ingerować, decydować za nas. Poród i śmierć to wydarzenia medyczne w e współczesnym technicznym świecie.Obdarte z tajemniczości, ciszy , spokoju.
          • kaakaa ikka135 - 21.01.14, 14:05
            Chętnie założę fanklub Twojej babci smile
            • ikka135 Re: ikka135 - 23.01.14, 19:51
              Moja babcia nie żyje już ponad 7 lat. Pewnie by się ucieszyła. Dzisiaj żałuję, ze nie zdążyłam z nią poruszyć tematów ciążowo-porodowych nieco dokładniej. Nie krępowała się rozmawiać na "te tematy". Pamiętam jeszcze jak kiedyś przy stole wypaliła, że "najlepszy seks jest po 50-tce". No cóż wszystko przede mną. Kiedyś zapytana przez nastoletniego wnuka o czym jeszcze marzy odpaliła, że "marzy się dobry seks". Była wdową od nastu lat. Córkom łyżki powypadały z rąk z wrażenia, ciotko wykrzyknęła: mamo! Paląc znicz na jej grobie przypomniałam sobie jeszcze jedno. Babcia mówiła, że położna, która asystowała przy narodzinach, po załatwieniu swoich spraw wraz z rodząca odmawiała różaniec, śpiewała pieśni. Babcia mówiła, że modlitwa ją wyciszała, wprowadzała w swego rodzaju rytm, dawała ukojenie.
      • deigratia Re: ....kiedys kobiety umieraly rodzac... - ale n 27.01.14, 12:18
        Wspaniała historia rodziny z nietypowej perspektywy smile Żeby wszystkich tak dokładnie przepytać, musicie też być ze sobą dość blisko. Zazdroszczę. Ja np. tracę kontakt z jedynymi dwoma kuzynami ze strony mojej mamy, choć mieszkamy w jednym mieście. Samo życie w XXI wieku.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka