Sorry, że tak bezpośrednio, ale mnie roznosi. Właśnie moja siostra urodziła.
Planowała domowy, wyszło w szpitalu (komplikacje po drodze). I w związku z tym
mam pytanie - jak ja rodziłam w domu to przy jakiś 3cm położna mi powiedziała,
że główka jest nieprawidłowo wstawiona więc musimy popracować nad tym (albo do
szpitala) - poleżeć na prawym boku, pomasowała mnie, kazała pokręcić biodrami,
itp. I przy 7 czy 8cm okazało się, że już jest dobrze.
U mojej siostry było doskonale (wg badającej położnej) na etapie 7cm "tylko
dojdzie Pani do 10cm i rodzimy bez problemu". I skończyło się na ponad
godzinnym nieefektywnym parciu, cięciu, kleszczach, łyżeczkowaniu, szyciu,
obfitym krwotoku i... informacji "uratowaliśmy Panią i dziecko... to tylko
główka była źle wstawiona". No i jest wdzięczna. Że żyje i że mały jest zdrowy.
A ja jestem wściekła. Wydaje mi się, że najpierw położna, która ją badała, a
potem lekarz który się pojawił spaprali sprawę. Czy ona powinna była przeć jak
główka była źle wstawiona, czy dobrze myślę, że powinni byli to wyłapać zanim
zaczęła? Proszę o opinie mądrzejsze ode mnie. Mnie się w każdym razie wydaje,
że zdrową, młodą kobietę zmasakrowali przez własne niedbalstwo.
Przepraszam za szarpany, nieskładny styl, ale jestem taka nabuzowana, że aż
nie mogę...