Byliśmy na spotkaniu z położną! Ja wewnętrznie przekonana do porodu
domowego, mąż 'pogodzony'.
Była trochę przestraszona, że to moja I ciąża i tak naprawdę to nie
mam pojęcia, czym jest poród. Zdaję sobie sprawę, że to dość
niezwykłe doświadczenie, do którego nie da się teoretycznie
przygotować, niezależnie od ilości przeczytanych książek, artykułów
i historii porodowych. Niemniej jednak, kobiety rodzą od tysiącleci
i sobie radzą, i ja wierzę, że i ja sobie poradzę, a moje ciało wie,
jak urodzić. Jeszcze dzisiaj rozmawiałam ze znajomą, która będzie
rodzić w Holandii - tam 95% pierwszych porodów odbywa się w domu.
Położna poinformowała nas także, że mimo idealnego przebiegu zdrowej
ciąży, nie zawsze da się przewidzieć, czy poród będzie odbywał się
bezproblemowo. I o ile z większością komplikacji w trakcie porodu da
się spokojnie dojechać do szpitala, tak w przypadku krwotoku lub
spadku tętna płodu liczy się każda minuta.
Rozumiem, że musiała się zabezpieczyć, żebyśmy nie podejmowali
pochopnej decyzji, naświetlić potencjalne zagrożenia. Ale mój
przejęty ciążą i skłonny do czarnowidztwa mąż wtedy już kompletnie
wjechał na swoją fobię 'nigdy bym sobie nie wybaczył, że nie
zapewniłem Wam bezpiecznych warunków' i takie słowa z ust personelu
medycznego tylko ugruntowały w nim poczucie zagrożenia
okołoporodowego.
Obejrzeliśmy więc porodówkę, która mnie zaskoczyła. Spodziewałam się
najgorszego, a znalazłam kameralny oddział oplakatowany zaleceniami
RpL. Podobno nie golą, nie lewatywują, nie przypinają do KTG. W sali
porodowej są piłki, worki sako, krzesełko porodowe, odtwarzacz
muzyki. Można chodzić, rodzić w pozycji wertykalnej, iść pod
prysznic, a nawet jeść (co dla mnie jest akurat bardzo ważne).
Obiecała, że nie podają żadnych środków bez konsultacji z położnicą,
nie przyspieszają, chronią krocze. W razie zabiegu, w miarę
możliwości jak najszybciej podają maluszka do piersi.
Mimo to, na ścianach są kafle, nie ma sali do porodów rodzinnych -
porodówka ma 2 łożka przedzielone parawanem, jest jasno i nie ma tam
naszych domowych bakterii

To nie moja własna norka
Przydługi i smutny ten post, ale nie wiem, jaką podjąć decyzję.
Oczywiście, mogłabym 'zmusić' męża, odmówić kategorycznie pójścia do
szpitala - w końcu to ja rodzę, a nie on. Ale widzę, jak bardzo
przejęty jest naszą pierwszą ciążą i jak strasznie się o mnie boi,
jak bardzo przerasta i przeraża go poród. Jesteśmy bardzo blisko i
odbieramy nawzajem swoje emocje - nie jestem pewna, czy taki
nieprzekonany, spanikowany mąż sprzyja porodowi domowemu...
Z drugiej strony, mam bardzo silne poczucie odpowiedzialności za
siebie i nie potrzebuję asekuracji, że w szpitalu będzie
bezpieczniej. Odkąd znalazłam to forum 3 miesiące temu, codziennie
wizualizuję mój piękny poród w domu i tak trudno mi z niego
rezygnować... Jeśli już czegoś się boję, to siebie w szpitalu - jak
zareaguję, czy nie spanikuję, adrenalina nie spowolni mi akcji, czy
nie skończy się medykalizacją.
Może nie powinnam jednak histeryzować, tylko urodzić w szpitalu w
cywilizowanych przecież warunkach.
Co sądzicie o moich dylematach z dystansu osób niezaangażowanych?