Zaczyna sie kolejny tydzien. Najpierw wstaje ja, robie sobie sniadanie. Jakies
3 kwadranse pozniej wstaja moje panie. Karolinka, wstawaj. Z niejakim
ociaganiem, ale bez wiekszych trudnosci moje dziecko wyskakuje z lozka,
wyciaga sie i idzie przemyc buzie. Przechodzimy do kolejnego punktu dnia:
ubieranie. I tu zaczynaja sie schody. Tego nie zaloze, chce tamto. Ale
Karolinko, na dworze jest zimno, krotki rekaw sie nie nadaje. Nie jest wcale
zimno. No to wyjrzyj prosze przez okno. Zamknij, zimno! No widzisz. Ale ja
chce. Kiedy zimno... Placz, wrzask. A, rob co chcesz, ubieraj sie sama.
Caly ranek do dupy. Powinienem sie przyzwyczaic, bo od jakiegos czasu jest tak
codziennie. Placz, tepy opor.
Prosze o swiatle rady. Nie w rodzaju "niech sama sobie przygotuje rzeczy na
jutro", bo to juz przerabialismy. Kopanie w rzeczach zajmie pol godziny, szafa
wyglada jak po nalocie Amerykanow, a nazajutrz z niewinna minka dziecko powie,
ze wcale tego nie wybieralo... I zrobi pieklo.
Przy udzielaniu rad prosze wziac pod uwage, ze pewne czynnosci musza byc
wykonane w z gory okreslonym czasie.
Szczegolnie czekam na rady "bezstresowcow". Jak "stresowo" ubrac dziecko, to
ja sam wiem.