W I klasie syna jest chłopiec bardzo agresywny.
Dopóki rozrabiał na lekcjach wychowawczyni jakoś reagowała. Chłopiec lądował u pedagoga.
Chłopiec sprytny, zachowanie na lekcjach bardzo poprawił, za to "dokazuje" na przerwach. Normalne dla niego kontakty z rówieśnikami to: kopanie, bicie, popychanie, ciągnięcie za uszy, wyzwiska, epitety.
Dzieci to zgłaszały wychowawczyni ale jakoś się rozchodziło po kościach. W pewnym momencie, chłopcy atakowani zaczęli się bronić odpychając agresora, bijąc. Niektórzy dzięki temu zapewnili sobie nietykalność - zapewne go bolało jak oddali

Rodzice chłopca zrobili dziwny ruch. Otóż naskarżyli do dyrekcji szkoły, że dzieci biją ich syna.
Nie wiem kto, ale ktoś sprzedał dzieciom info, że pani dyrektor wzywa ich "na przesłuchanie", bo się doigrali! Mój syn, mimo iż go nigdy nie uderzył też został wezwany na dywanik. Wierzcie, mi że po tym spotkaniu był smutny i nie jadł trzy dni! Nieźle się wystraszył
Efekt działań dyrekcji był taki, że ten chłopiec dostał skierowanie do poradni. Podobno jeździ na terapię.
No i od tego momentu jest problem, bo wszelkie uwagi kierowane nt. zachowania tego chłopca są kwitowane przez wychowawcę: to niemożliwe, przecież on chodzi na terapię!
No dobrze, że chodzi. Niech mu na zdrowie pójdzie.
Zakładam, że wychowawczyni dostała jakieś wytyczne z poradni. No a dzieci? Jak im pomóc?
Ostatnio syn przyszedł z uwagą, że źle się zachowywał na przerwie.
Okazało się, że P. dołączył się do zabawy trzech chłopców. Po chwili zaczął bić jednego z nich. Potem drugiego popchnął, ten w obronie go odepchnął. Potem to samo z moim synem. Ten też go odepchnął.
Uwagę dostali wszyscy. P. szczęśliwy, skwitował, że dzieci dostaną w domu manto. On z tego co syn mówi, gubi ciągle zeszyt z uwagami, wyrywa kartki, lub przynosi uwagę nie podpisaną przez rodziców, twierdząc, że czytali.
Idę dzisiaj na spotkanie z wychowawczą, bo męczy mnie to, że muszę jeździć po syna do szkoły, bo ten boi się wracać po zajęciach dodatkowych. Na zajęcia chodzi też P. Inni koledzy nie. P. wyrzuca mu rzeczy z plecaka i rozwala po całej szkole, tak żeby młody nie zdążył na autobus. Jak się okazało, że ma czekać godzinę na świetlicy w towarzystwie P. na dodatkowy angielski (który kocha wręcz!) to był skłonny zrezygnować z tych zajęć

Informowałam o tym wychowawczynię. Bagatelizuje sprawę.
Co robić?