Poradźcie proszę. Młody idzie od września do szkoły, gdzie będzie mieć dużo angielskiego (w sumie 7 godzin tygodniowo, w tym dwie godziny przedmiotów po angielsku). Całe przedszkole miał angielski, niby sporo godzin, ale poza ogólnym osłuchaniem i kilkoma piosenkami, efektów porażających zdecydowanie nie widać. Po rozmowie z wychowawczynią wiem, że angielski go, delikatnie mówiąc, nie kręci i z zajęć przedszkolnych skorzystał mniej niż jego koledzy, co ja też widzę.
I tu mam zagwozdkę. Bo niby szkoła nie zakłada, że dzieci coś na starcie będą umieć. Z drugiej strony skoro dotychczas nie łapał, to pewnie dalej łatwo też mu nie będzie. I być może zdążył już uznać, że angielski to nudny, trudny i beznadziejny jest (wprost tego nie mówi, ale między wierszami trochę tak).
Zastanawiam się, czy nie wykorzystać jakoś wakacji na pokazanie mu, że angielski jest fajny i danie mu bazy na start w szkole (w innych wątkach pisałam, że egzemplarz niezbyt pewny siebie choć ogólnie bardzo bystry). To co mi przychodzi do głowy, to jakiś fajny program komputerowy do nauki/zabawy (jakaś atrakcyjna gra, w której trzeba wykazać się opanowaniem materiału, żeby przejść do następnego etapu? jakieś łamigłówki?). Będziemy całe wakacje razem, więc spokojnie ten kwadrans dziennie można by poświęcać.
Albo jakiś kurs wakacyjny w fajnej szkole - np. mamy bardzo blisko domu Helen Doron i tam będzie kurs na ostatnie 2 tygodnie wakacji - codziennie 45 min.
A może w ogóle odpuścić tylko trzymać rękę na pulsie już w szkole? W końcu to dopiero siedmiolatek
Jakie są Wasze doświadczenia, co byście zrobili? Generalnie wątek zbliżony do sąsiedniego "matematycznego" więc spodziewam się dużego spektrum opinii