jogo2
29.03.08, 17:30
Witam,
Sama wychowuję synka (6 lat) i noszę się z zamiarem zmiany miejsca
zamieszkania. Synek jest oczywiście gorącym przeciwnikiem tego pomysłu (dodam,
nie chodzi o kolegów z piaskownicy ani z przedszkola), a ja, jak pomyślę, że
sama będę miała chandrę (bo dorośli to też ludzie) wśród nierozpakowanych
pudeł i ogólnie z przemęczenia i jeszcze będę musiała ratować Bóg wie jak
wyrażające się tąpnięcia nastroju Młodego, to odechciewa mi się wszystkiego.
Z wielu względów (m.in. postępujące zasmrodzenie spalinami) obecne miejsce
zamieszkania uważam za nieprzyszłościowe, chociaż do wielu rzeczy jestem
przywiązana (sympatyczny właściciel sklepiku osiedlowego, sąsiad, miejsca,
które lubię) tak samo jak Młody, i nie będę przecież decyzji o przeprowadzce
konsultować z 6 latkiem. Z drugiej strony w nowym miejscu wiele czasu upłynie,
zanim znajdziemy sobie znajomych, a Młody znajdzie kolegów, a przez ten czas
pewnie przyszłoby mi walczyć z rozmaitymi "irracjonalnymi" zachowaniami typu:
nie pójdę do przedszkola (już zerówki), nie zrobię tego i tamtego.
Rozważam albo przeniesienie się do miasteczka oddalonego o 30 min podróży PKP
od centrum W-wy (a do stacji PKP jest bliżej na piechotę niż teraz mamy do
przystanku tramwajowego i autobusowego), gdzie poza tym nikogo nie znam, więc
wydawałoby się jaka to różnica pomiędzy tym, a inną dzielnicą W-wy nie
stanowiącą jej śródmieścia, albo przeuroczą perspektywą zakupienia lokum w
bloku z wielkiej płyty albo może ramy H na Ursynowie. Syn już teraz mówi, że
nie chce się wyprowadzać z W-wy, bo tu jest dużo tramwajów i autobusów (a ma
kompletnego bzika na punkcie tych pojazdów: dostrzega różnice w wyglądzie
drzwi, lusterek, baardzo często o tym mówi, pyta się mnie ile kosztuje
tramwaj, bo on będzie miał własny, jak dorośnie). Z jednej strony dla mnie
branie pod uwagę takich argumentów jest nieco niepoważne, z drugiej strony w
miejscu, gdzie się chcę przeprowadzić nikogo nie znam, niewiele jestem w
stanie się o nim dowiedzieć, bo tamtejsze lokalne forum jest tak aktywne jak
ślimak w upalny dzień, wielkomiejski styl życia postrzegam jako spędzania
bezsensownie dużej ilości czasu w środkach komunikacji w celu załatwienia
czegokolwiek: zakupów, odebrania przesyłki z poczty, pojścia z dzieckiem do
lekarza, i w związku z tym wdychania (przez dziecko głównie, jak ja byłam
dzieckiem, powietrze było nie takie brudne) powietrza przekraczającego
kilkakrotnie różne normy. A jak się komuś nie podoba park o powierzchni
hektara otoczony z 4 stron ruchliwymi ulicami, to musi na alternatywę
przeznaczyć cały dzień, co zwykle poza weekendem jest niemożliwe.
Najgorsze w tym wszystkim jest to że zwalczanie wszelkich złych nastrojów
typu: "ja nie chcę tu mieszkać" spadnie na mnie i tylko i wyłącznie na mnie, a
plusy i minusy różnych miejsc dostrzega się dopiero, jak upłynie kilka lat. I
co można powiedzieć w takiej sytuacji 6-latkowi, co by go pocieszyło?