Rodzina mojej sympatii miała owczarka niemieckiego, 10 letniego. Jakieś dwa miesiące temu dostałem sms-a o tym, że jest z nim źle, miał nowotwór. Wtedy miałem dziwne przeczucie, że odejdzie, że jego życie zbliża się do końca. Jednak nie mogłem tego przyjąć do siebie. Pies był dziecinny i miły, a ludzie czasem się go bali

bo taki wielki. 2 miesiące walczyli o jego zdrowie, miał 2 operacje w celu usuwania płynów jakie zbierały się w jego brzuchu. Niestety miał przeżuty. Kilka dni temu zdecydowano go uśpić. 3 operacja byłaby dla niego zabójcza. Postanowiono zmniejszyć mu cierpienia...
I zastanawiam się... cała rodzina jak nigdy chciała by żył, był niemal członkiem rodziny, każdy się modlił o niego, i tak to nic nie dało. Śmierć może być aż tak uparta?