Nie pamietam, czy pisalam o tym w zeszlym roku. A wiec...
Zeszlej jesieni jakiejs zimnej, ciemnej nocy obudzilo nas szuranie
malych stopek nad naszymi glowami. Jakos przemeczylismy sie tej
nocy, ale nastepnej do szurania dolaczylo drapnie. Kilka dni pozniej
turlanie czegos, odglos jakby po plycie gipsowej nasz sublokator
turlal male kamyczki, orzeszki, czy ki czort - z jednego kata
stryszku po przekatnej do drugiego... Swierdzilismy, ze to
wiewiorka. Sporo ich w okolicy, rozmnazaja sie jak dzikie, sa
uwazane za szkodniki (srebrne, nie rude!). Kilka nocy sie
przemeczylismy, ale odglosy stawaly sie co raz bardziej intensywne,
a wory pod naszymi oczami coraz wieksze. Nie mowiac juz o kotach,
ktore glupialy co nocy i lazily nam po glowach, aby dostac sie jak
najblizej sufitu. Postanowilismy pozbyc sie upierdliwego goscia.
Na stryszek wejsc nie mozemy, bo on jest doslownie na 40cm wysoki.
Mamy otwarcie do niego w lazience i tam postanowilismy zaczac
akcje.
Luby od znajomego farmera dostal takie niebieskie granulki, ktore
nasz sublokator mial zjesc i z pragnienia pobiec gdzies po wode i
wyzionac ducha. Wysypal wiec solidna porcje do pojemnika, a ten
wystawil najglebiej reka gdzie siegnal z tego lufciku na strych.
Czekalismy.
Tej nocy halasy nie ustaly, ale uznalismy, ze widocznie go jeszcze
nie suszy. Rano z ciekawosci sprawdzilismy pojemnik - byl pusty! "Tu
Cie mamy!" - oboje niemal krzyknelismy, choc w sercu skrywalam jakis
zal, ze w ten sposob musimy sie pozbywac tego zyjatka. Halasy przez
nastepne dni nie ustaly. Swierdzilismy wiec, ze wiewior, czy inny
stwor mogl zachomikowac niebieska substancje. Zdecydowalismy sie na
bardziej radykalna akcje...
W ruch poszla pulapka. Nie taka na myszki, ale juz konkretniejsza,
ktora nasz landlord uzywa na polach. Wnyki w zasadzie. Polecono nam
zostawic w nich nieco jedzenia, najlepiej chleba i czekac.
Halasom nie bylo konca. My z niewyspania i rozdraznienia zaczelismy
na siebie warczec. Ja jeszcze jakos przespalabym kolejne noce ze
zmeczenia, ale luby co noc zrywal sie z lozka stukal w sufit i
zlorzeczyl. Tym samym ja nie spalam. Ten maly stworek doprowadzil
nas do skraju wyczerpania. Uznalismy, ze on sie na gorze swietnie
urzadzil, dostal zapas jedzenia w pulapce, ktorej nawet nie naruszyl
i nie ma zamiaru nas opuscic. Nawet sie balam, ze luby straci palce
usuwajac nietknieta pupalke ze stryszku...
Balismy sie wpuszczac Buke (starsza i cwaniacka), bo nie mamy
pojecia, czy na stryszku cos jest, co moze jej zrobic krzywde. Przed
nami mieszkal tam gamekeeper i balismy sie, ze mogl zostawic jakies
ostre i niebezpieczne rzeczy, a dokladnie obadac zawartosci stryszku
nie damy rade.
W koncu wyczerpani przesypialismy w miare spokojnie cala noc, a
czasem nawet odlosy ustawaly na 2-3 noce, aby potem przy spadku
temperatury powrocic... Tak minela zima. Wiosna przyniosla blogi
spokoj - sublokator sie wyniosl!
Wczorajszej nocy koszmar powrocil. Ten sam schemat - tupanie,
szuranie malych nozek, turlanie czegos, drapanie. Rozwazamy co raz
bardziej wpuszczenie tam Buki. Luby wstal rano z mega worami pod
oczami... A ja wlasnie pije kawe, aby jakos wytrwac do konca
dniowki...
Cdn.