krouk 11.07.08, 12:38 Dodatek do dzisiejszego numeru "Rzeczpospolitej". Dużo tekstów i zdjęć - "mocna" w swej wymowie rzecz: rp.pl/temat/160815.html?page=1 Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
krouk Re: "Rzeź na Kresach" - dodatek do "Rzeczpospolit 11.07.08, 12:45 „Rzeź na Kresach” „Rzeczpospolita” oraz Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa upamiętniły 65. rocznicę zbrodni popełnionych na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej wspólną publikacją, dołączoną dziś do naszej gazety. W niej m.in.: Andrzej Przewoźnik „Tragiczne ślady historii” Ewa Siemaszko „Od walk do ludobójstwa” i „Zbrodnie przy ołtarzu” Maciej Dancewicz „Zagłada Puźnik” Relacje ocalałych Miejsca pochówku ofiar zbrodni „Nie należy winić Ukraińców jako narodu za tę zbrodnię. Wielu z nich, narażając życie, pomagało polskim sąsiadom. Inni mordowali. Nie można jednak wraz z ofiarami zbrodni pochować prawdy w zbiorowej mogile. To nie da nic ani nam, ani Ukraińcom. Na tym nie zbuduje się rzeczywistej przyjaźni, tak obu stronom potrzebnej”. Maciej Rosalak rp.pl/artykul/161085.html Odpowiedz Link
liberum_veto Nacjonaliści winni „ludobójstwa straszliwego" 12.07.08, 11:22 Cenna inicjatywa. W przeciwieństwie do polskojęzycznej Gazety Wyborczej (ani słowa o rzezi wołyńskiej w wydaniu z 11 lipca!!!) Rzeczpospolita stanęła na wysokości zadania. I całe szczęście, że tzw. michnikowszczyzna straciła "monopol" na prezentowanie takich wydarzeń z historii Polski, bo robi to zwykle w wypaczony sposób, obrażliwy i szkodliwy dla narodu polskiego. Z wkładki Rzepy polecam szczególnie artykuł Ewy Siemaszko "Od walk do ludobójstwa": rp.pl/artykul/161001.html Nacjonaliści ukraińscy winni „ludobójstwa straszliwego” Organizacja mordów, ich przebieg, zasięg terytorialny i rozmiary, propagowana przy tym ideologia nawołująca do wyniszczenia Polaków jako grupy narodowościowej – niezbicie świadczą, że była to zamierzona i zorganizowana akcja fizycznej eksterminacji ludności polskiej – w świetle konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 1948 r. kwalifikowana jako ludobójstwo. Podsumowując ludobójstwo wołyńsko-galicyjskie dokonane przez OUN- UPA, konieczne jest wypunktowanie dwu jego najważniejszych atrybutów: pierwszy – powszechność okrucieństwa, którym sprawcy ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce z OUN-UPA poddawali swe polskie ofiary niezależnie od wieku i płci, a więc nawet dzieci, co uprawnia do specjalnego określenia tej zbrodni jako genocidium atrox, czyli ludobójstwo straszliwe, dzikie, okrutne (termin niedawno wprowadzony w nauce polskiej przez prof. R. Szawłowskiego); drugi – usuwanie cywilizacji, do której należały ofiary i którą wcześniej wprowadzały tam przez kilka wieków. Omówione wyżej ludobójstwo ukraińskie uderzająco przypomina ogólnie znane ludobójstwo tureckie na Ormianach w czasie I wojny światowej. Analogia dotyczy również zaprzeczania przez współczesną Turcję, tak samo jak czyni to strona ukraińska, faktowi zaistnienia genocidium atrox – tam na Ormianach, tutaj na Polakach. Istotny w tej sprawie jest ponadto fakt, że jakkolwiek OUN i UPA miały w programie walkę o niezależne państwo ukraińskie, miało to być państwo jednolite narodowościowo. Z faszystowskiej ideologii tych organizacji wynikały też ludobójcze metody walki nie do przyjęcia w cywilizowanym świecie, w wyniku czego, gdyby OUN i UPA doprowadziły u schyłku II wojny światowej do niepodległości Ukrainy, byłoby to państwo terroru i zbrodni. (Ewa Siemaszko) Odpowiedz Link
liberum_veto Przewoźnik: Tragiczne ślady historii 15.07.08, 07:05 wkładkę Rzeczpospolitej wydano we współpracy z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, którą kieruje Andrzej Przewoźnik rp.pl/artykul/161003.html Niewątpliwie największymi zbiorami dysponuje dziś Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Ukraińskich Nacjonalistów z siedzibą we Wrocławiu. Jako organizacja społeczna cieszyło się ono większym zaufaniem niż instytucje państwa. To Śląsk obok Pomorza był terenem, na którym rozpoczęli nowe życie wyrzuceni z ojcowizny „repatrianci” ze Wschodu. Wrocławskie stowarzyszenie od 1992 r. zaczęło wydawać kwartalnik „Na rubieży” publikujący relacje świadków rzezi na Wołyniu i Podolu, a także podjęło próbę ich systematyzacji i opracowania. Rezultatem tych działań są m.in. opublikowane w ostatnich latach trzy obszerne pozycje książkowe poświęcone ofiarom zbrodni dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach w dawnych województwach wschodnich II RP: tarnopolskim, lwowskim i stanisławowskim. Przyczyniły się one do upowszechnienia wiedzy o tym mało znanym rozdziale ludobójstwa. Społeczeństwo polskie – przy maksymalnie ograniczonej prezentacji tego rozdziału dramatycznej historii Polski w polskich mediach – z trudem obecnie przyjmuje do świadomości, że oprócz tragedii Wołynia była także tragedia Podola i Lwowskiego. Jeśli chodzi o Wołyń, ogromny materiał zebrali i opublikowali (w 2000 r.) w dwutomowym dziele „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia w 1939 – 1945” Władysław i Ewa Siemaszko. (Andrzej Przewoźnik) Odpowiedz Link
liberum_veto Konaj Lachu! 20.07.08, 07:42 Relacja Bronisławy Murawskiej-Żygadło (...) Była niedziela, czerwiec 1943 r. w dzień Zielonych Świąt za dnia grupa uzbrojonych Ukraińców z UPA otoczyła ze wszystkich stron naszą małą kolonię. Byliśmy wtedy wszyscy w domu: ojciec Antoni, bracia Marian – lat 16, Adam – lat 9, siostra Basia – lat 2 i ja – 15-letnia dziewczyna. Mama Antonina w tym czasie poszła do mieszkającego obok brata mego ojca Aleksandra Murawskiego. Mordercy spod znaku UPA spotkali ojca na podwórzu, wprowadzili go do kuchni i kazali mu położyć się na podłodze. Pamiętam wybladłą twarz ojca. Szepnął cicho do nas: „kładziemy się, dzieci, oni teraz będą rabować”. W tej sekundzie usłyszałam wystrzał karabinowy. Trzymałam w ręku siostrzyczkę Basię. Poderwałam się nagle i wyskoczyłam przez okno. Basia wypadła mi z rąk. Padły za mną strzały. Biegłam jak szalona w kierunku pola. Wpadłam w gęstwinę wysokiego łanu żyta, to mnie ocaliło. Za mną skoczył do okna brat Marian. Trafiły go jednak dwie kule morderców: jedna w plecy obok łopatki, druga roztrzaskała mu dolną lewą żuchwę. Upadł do tyłu z powrotem do wnętrza mieszkania i zawisł na biegunowej kołysce stojącej pod oknem. Marian zapamiętał tylko dwa słowa ukraińskiego mordercy, który w tym momencie podszedł do kołyski i chwyciwszy go za włosy zwisającej w dół głowy, warknął „konaj, Lachu”. rp.pl/artykul/160981.html Odpowiedz Link
liberum_veto Lucyna Kulińska: Koszmar dzieci 22.07.08, 07:03 Ofiarami i świadkami ludobójczej akcji, która dotknęła ludność polską Wołynia i Małopolski Wschodniej były również dzieci. Z zachowanych tysięcy relacji wyłania się straszliwy obraz. Prezentowane tutaj stanowią tylko wierzchołek góry lodowej, która skrywa niewyobrażalne, nieznane dramaty. Dzieci były nie tylko ofiarami – bywały też bohaterami – jak niespełna 15-letnia Michalinka, która w czasie napadu na dom rodzinny kierowała obroną i ratowała przerażonych rodziców, krewnych i rodzeństwo. Dotąd zbierała wrzucane do środka granaty i wyrzucała na zewnątrz, aż jeden z nich eksplodował odrywając jej ramię i kalecząc twarz. Dzieci przeżywały potworny wstrząs, patrząc na okrutną śmierć rodziców i rodzeństwa. Potem, częstokroć ranne, ruszały na tułaczkę. Niektóre cudem uratowane kilkuletnie maluchy docierały do większych miejscowości. Dzieci były często trwale okaleczone i zeszpecone, traciły mowę na skutek urazu psychicznego, dostawały trwałego rozstroju nerwowego; zostawały więc na całe życie kalekami fizycznymi i psychicznymi. Wiele dzieci umierało przedwcześnie, po 2 – 3 latach, na skutek szoku, choroby sierocej, gwałtownego spadku odporności organizmu, na gruźlicę – pomimo wysiłków ich nowych opiekunów. Sieroty umieszczano najczęściej w ochronkach i sierocińcach, najpierw na terenach wschodnich, a potem w Polsce centralnej (np. w Pieskowej Skale pod Krakowem). Część trafiła do rodzin, niekiedy także ukraińskich. Ich dzieje bywały różne. Czasem wykorzystywano je i poniżano. Najlepszy był los tych, które przygarnęła dalsza, ale własna rodzina. Po wojnie osierocone dzieci nie doczekały się należytej opieki ze strony państwa. Zmagając się ze swą tragiczną przeszłością, często i kalectwem, zdane były często na siebie. Z reguły nie uzyskiwały odpowiedniego wykształcenia, musiały zmagać się z niedostatkiem i niską pozycją społeczną. Nikt nie pomyślał o pomocy, rentach ani innych formach zadośćuczynienia. Zbyt łatwo zapomniano o nich i o ich cierpieniu. Przynajmniej w tej jednej rocznicowej chwili zapłaczmy nad niezawinionym nieszczęściem dzieci Kresów, chociaż raz przeżyjmy wraz z nimi żałobę. rp.pl/artykul/160983.html Odpowiedz Link
liberum_veto Do dziś słyszę ich jęki 26.07.08, 08:01 W mojej rodzinie było nas siedem osób: rodzice, siostra i czterech braci. Mieszkaliśmy na osiedlu Grabowce we wsi Piłatkowce. Tego tragicznego zimowego wieczoru niebo było pełne gwiazd, a ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Relacja Michała Wojszczyna rp.pl/artykul/160815,160975_Do_dzis_slysze_ich_jeki.html Tymczasem obok, w moim mieszkaniu, rozgrywał się dramat mojej rodziny. Słyszałem rozpaczliwe głosy i jęki torturowanego ojca, którego oprawcy wyprowadzili potem na podwórze i tam zamordowali. Po ich odejściu, nad ranem odnalazłem na podwórzu zwłoki mego ojca. Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte gardło. Swoją matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku uderzeń młotkiem lub czymś podobnym w głowę, a na gardle ranę kłutą bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w głowę, tak że morderca pozostawił w niej siekierę. Najmłodszy z braci Edzio – lat 2, leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i wbitym nożem w piersi. Obok leżał, również cały we krwi, 16-letni brat Bronek. To jego głos, błagający o litość, słyszałem najdłużej. Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa, nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej. Do dziś, gdy wspomnę sobie ten tragiczny zimowy wieczór, wydaje mi się, że słyszę jęki matki, ojca i brata Bronka. Wtedy robi mi się na przemian gorąco i zimno. Wówczas, ukryty w szczelinach budynku, pragnąłem za wszelką cenę przeżyć. Siedziałem tam jak sparaliżowany, bezsilny świadek wobec okrutnej śmierci moich najbliższych. Widziałem, jak bandyci wynosili różne przedmioty i ładowali na podstawione sanie. Z obory wywlekli trzy duże świnie, które zastrzelili na podwórzu i wrzucili na sanie. Następnie wyprowadzili konie i bydło z obory i skoro zaczęło świtać, podpalili budynki, opuszczając naszą zagrodę. Mój brat Franek ocalał, ukryty w lesie. (...) Odpowiedz Link
liberum_veto Zamordowali mojego Jasia 27.07.08, 07:04 (...) W marcu 1943 roku żyło nas sześcioro: Jula, Zosia, ja (Helena), Julian, Marysia i Jasio, z tym że Jula była na robotach przymusowych w Niemczech. Relacja Heleny Bieleckiej rp.pl/artykul/160815,160978_Zamordowali_mojego_Jasia.html Leżał śliczny w białej koszulce, tylko dziwnie główkę miał odrzuconą w bok. Nachyliłam się i zobaczyłam przerąbaną szyję, głowa wisiała na skórze. Tylko krzyknęłam: „Mój Jasio nie żyje” i położyłam rękę na jego udzie. Jeszcze poczułam żywe, pulsujące ciało. Chwyciłam się za głowę i wypadłam z pokoju, szukając Zosi. Uczepiłam się jej, nieprzytomna na widok pokotem leżących trupów. Marysia Żukowska córeczkę miała pod sobą. Obie zarąbane, cały pokój we krwi. Czternastoletni Julek leżał obok bez części czaszki, z rozlanym mózgiem. Zosia odwracała ciała, sprawdzając, czy ktoś jeszcze żyje. Żyła staruszka Sewrukowa z przerąbaną szczęką. Przeniosłyśmy ją do sypialni mamy. Zosia i Jasia położyła przy trupach. A ja nieprzytomna, wciąż uczepiona Zosi, szeptałam „Uciekajmy”. Wtedy mama mówi: „Chowajcie się, jadą jakieś wozy drogą”. Ja wsunęłam się pod łóżko mamy, pod którym była krew Marysi. Zosia schowała się w szafie w dużym pokoju. Weszli. Bałam się oddychać. Noga bandyty była tuż przy mojej twarzy. Chwilę postał i wyszedł. Po chwili mama mówi: „Helka, idź, gaś”. Cicho szepczę: „Może jeszcze są”. W tym momencie wpada Zosia i mówi cicho: „Cały dach w płomieniach, musimy mamę i staruszkę wyprowadzić (wynieść) z domu w zboże, za stodołę”. Zosia się uwija, wynosi, co może, i ściele posłanie w życie. Ja, trzęsąc się, tylko szepczę: „Uciekajmy”. Wyprowadzamy mamę z domu płonącego. Zosia mówi: „Prowadź, ja skoczę, jeszcze coś wyniosę z domu”. Już dniało. Spojrzałam na mamę i zobaczyłam odrąbane ramię i wiszące ciało. Blada wyszeptała: „Idź, coś jeszcze uratuj, ja sama pójdę”. Kiedy wróciłam, mama leżała w tym samym miejscu, gdzie ją zostawiłam. Zosia wypadła z domu z garnkiem zsiadłego mleka i łyżką. Dowlokłyśmy mamę do żyta za stodołą i już było widno, kiedy przez łąki uciekałyśmy do Kostopola, gdzie była babcia i cała reszta rodziny. W nocy był przymrozek. My bose, w kretonowych koszulinach, przerażone do nieprzytomności. Na trawie był szron i nogi tak mi zmarzły, że z bólu pomyślałam: „Czemu mnie nie zabili”. Wtedy zobaczyłyśmy, że ktoś nas goni. Z lasu wypadli bandyci i do rzeki nas dogonili. Zosia wciągnęła mnie do wody i za rękę przeciągnęła mnie na drugi brzeg. Jej woda sięgała do ramion, a mnie oczy zalewała, przeraźliwie zimna. Obejrzałyśmy się, bandytów nie było. Oni tylko nocami mordowali, a w dzień udawali przyjaciół i niby żal. Wracając z wyprawy, palili te domostwa, gdzie były trupy. Spieszyli się, gdyż już świtało. Kiedy nasz dom palili, nawet nie zauważyli, że dzieci nie było, tylko mama i staruszka leżały w sypialni. To nas uratowało. Na wpół żywe z przerażenia, drżące z zimna, bose, w kretonowych koszulinach, oszronionymi łąkami, omijając wsie ukraińskie, o godzinie szóstej rano dotarłyśmy do Kostopola. Odpowiedz Link
liberum_veto Zagłada Puźnik - 12/13 lutego 1945 06.08.08, 16:10 Ukryta pod białą płachtą 16-letnia Józefa Szafrańska widziała, jak do głębokiego rowu, w którym schroniło się kilkadziesiąt kobiet z dziećmi, wchodzą uzbrojeni bandyci: „Jeden z nich krzyknął: »strelaj«. Drugi odpowiedział po ukraińsku: »Koły ne maju pul«. Ten pierwszy wrzasnął : »to rubaj«. I zaczęło się. Widziałam, jak postacie ubrane w białe okrycia zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać, to do niego strzelał”. W „rowie Borkowskich”, miejscu największej rzezi, Józefa Szafrańska wraz matką wśród okaleczonych zwłok odnalazły swych bliskich: „Nasz ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła o wodę. Nad ranem jednak zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał syn cioci Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z pięcioletnią córeczką Marią i trzyletnim synkiem Bronisławem zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko troje. (… Widziałam Magdalenę Koliszczak ciężko ranną w głowę, konała, ale pytała z nadzieją, czy jej dziecko żyje? Niestety, jej syn Jaś nie żył”. rp.pl/artykul/160815,160979_Zaglada_Puznik.html Tej nocy upowcy zamordowali ponad 100 osób. Według danych sowieckich napastnicy pod dowództwem Petro Chamczuka „Bystrego” spalili we wsi 172 domy mieszkalne i w bestialski sposób zamordowali 82 osoby cywilne. Liczba ta nie obejmuje osób, których ciał nie odnaleziono. Nazwę wsi wymazano z atlasów. Można ją jeszcze czasem napotkać w antykwariacie, na samym skraju starej mapy, jak w wierszu Zbigniewa Herberta… Odpowiedz Link
sadova 6 sierpnia 1944 rocznica mordu w Baligrodzie 06.08.08, 19:46 www.naszdziennik.pl/index.php?typ=ip&dat=20080328&id=ip13.txt Odpowiedz Link
mat120 Re: 6 sierpnia 1944 rocznica mordu w Baligrodzie 06.08.08, 20:19 Zbrodnia w Baligrodzie to nie jakieś tam porachunki czy odwet za coś, tylko fragment tej samej akcji, którą barbarzyńcy z UPA przeprowadzili w 1943 r. na Wołyniu i w rok później kontynuowali w Młp. Wsch. Tylko sile polskiego podziemia; "Wołyniakom", Bisom" i innym bohaterom można zawdzięczac, że depolonizacyjne mordy nie przybrały w granicach dzisiejszej Polski takich rozmiarów jak za Bugiem, choc były równie okrutne. Odpowiedz Link
liberum_veto Zbrodnie przed ołtarzem 08.08.08, 16:40 Zbrodnie przed ołtarzem Ewa Siemaszko 11 lipca 1943 r. (niedziela) jest dniem wyjątkowym nie tylko z powodu objęcia ludobójstwem dużego obszaru, ale także dlatego, że szał nienawiści do tego stopnia zniszczył umysły i dusze, że OUN-UPA dokonały napadów na Polaków zgromadzonych na mszach św. w kilku kościołach. rp.pl/artykul/160815,160977_Zbrodnie_przed_oltarzem.html Dobrze zaplanowane napady na kościoły wypełnione wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwach, jak wynika z ich przebiegu przeprowadzane według dyrektyw wydanych na wyższych szczeblach organizacyjnych OUN-UPA, wynikały z dążenia do usprawnienia ludobójczej akcji, do szybszego i z mniejszym wysiłkiem wymordowania jak największej liczby Polaków. Odpowiedz Link
mat120 Re: Zbrodnie przed ołtarzem 08.08.08, 20:25 11 lipca 1943r. banderowskie ścierwa wybrały nieprzypadkowo na dzień mordowania Lachów. Zgromadzeni w kościołach, niczego nie spodziewjący się wierni, mieli nikłe szanse na przeżycie i stanowili idealny cel dla "bogobojnych" ukraińskich barbarzyńców. Historia potomków Kaina niczego nie nauczyła. Pół biedy jak chodzi o "wiejskiego głupka", gorzej gdy w grę wchodzi jego prezydent apelujący do ofiar: "Dlatego apeluję do Polaków, aby potraktowali z wyrozumiałością także i zasługi Romana Szuchewycza." Ależ tak hospodyn Juszczenko, mordujcie nas dalej, my zrozumiemy wasze zsługi Odpowiedz Link
liberum_veto Męczennik Wołynia 09.08.08, 10:35 Męczennik Wołynia Konrad Puzyński 10-07-2008 Jesienią 1943 roku, w jednym z miasteczek spowitego dymem płonących polskich wsi Wołynia, bohaterstwo przyjęło postać skromnego i oddanego pracy duszpasterskiej zakonnika z Hiszpanii, o. Jana Borrella z zakonu pijarów rp.pl/artykul/160815,160972_Meczennik_Wolynia_.html Po wkroczeniu wojsk niemieckich pierwszy zginął o. Aleksander Zając, który za pomoc ukrywającym się w Lubieszowie Żydom został 5 sierpnia 1942 roku rozstrzelany. Od tej chwili o. Borrell, wówczas ponad 75- letni, był w Lubieszowie jedynym kapłanem. W okresie wielkanocnym 1943 roku o. Borrell poprosił ks. Józefa Szostaka z Małych Hołób o pomoc w przeprowadzeniu rekolekcji. 5 kwietnia 1943 roku trzej policjanci ukraińscy zamordowali ks. Szostaka oraz towarzyszącego mu br. Piotra Mojsiejonka. W roku 1943 płonęły polskie wsie. Zwożone na cmentarz lubieszowski ciała pomordowanych w okrutny sposób Polaków chowano we wspólnych mogiłach. Nękana czystkami etnicznymi polska społeczność potrzebująca, bardziej niż kiedykolwiek, opieki duchowej zwróciła się w stronę wiekowego, katalońskiego kapłana. O. Borrell pomimo śmiertelnego niebezpieczeństwa oraz zaawansowanego wieku pozostał w swej parafii. 24 października 1943 roku po raz kolejny wyruszył na mogiły, aby pożegnać ofiary ukraińskich zbrodni. Wokół miejsca pochówku rozlokowano ładunki wybuchowe. Ojciec Jan wszedł na minę, której eksplozja zraniła obie nogi. Po czterech dniach cierpienia zmarł. Na jego pogrzeb przyjechał ksiądz z odległej wsi Czerwiszcze, leżącej w sąsiedniej diecezji pińskiej. O. Janowi w ostatniej drodze towarzyszyło jedynie dziesięć osób, gdyż, jak podają świadkowie, obawiano się ataku ukraińskiego na kondukt pogrzebowy. Wracający z ceremonii do Czerwiszcz ksiądz oraz pijar brat Dominik zostali napadnięci przez ukraińskich nacjonalistów i w okrutny sposób zamordowani. Zamordowano również wiozącego ich furmana. Parafia opustoszała. W połowie października 1943 roku stacjonujący w miasteczku sowiecki oddział partyzancki Stanisława Szelesta musiał wycofać się pod naporem kilkunastotysięcznych sił niemieckich i oddziałów ukraińskich nacjonalistów. Dokonali oni 9 listopada 1943 roku napadu na Lubieszów i pobliską Rejmontówkę, mordując 300 mieszkańców tych miejscowości. W Lubieszowie spędzono 200 osób do domu bliźniaka, który następnie obłożono słomą i podpalono. Do wyskakujących przez okna strzelano. Zamknięci w ogniowej pułapce ludzie spłonęli żywcem. Warto dodać, iż ci nieliczni Polacy, którzy ocaleli z rzezi, życie zawdzięczali mieszkającym w Lubieszowie Ukraińcom, którzy ukryli ich przed mordercami. Odpowiedz Link
liberum_veto Eskalacja mordu 11.08.08, 18:08 Fragment sprawozdania sytuacyjnego z ziem wschodnich za luty 1944 Departamentu Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj rp.pl/artykul/160815,160971_Eskalacja_mordu.html Od połowy grudnia 1943 r. przez cały styczeń i luty ilość morderstw na Polakach dokonywanych rękami ukraińskimi w Małopolsce Wschodniej wzrosła w olbrzymi sposób. Takiego nasilenia morderstw, jakie jest obecnie, nie było jeszcze w Małopolsce Wschodniej w ciągu całej wojny. Nasilenie zbrodniczej akcji do ostatnich dni nie tylko nie maleje, ale nieustannie wzrasta. Przede wszystkim należy stwierdzić, że nie ulega już żadnej wątpliwości, że akcja mordowania Polaków prowadzona jest w sposób zorganizowany i planowy. Akcja ukraińska przeciwko Polakom idzie w 4 kierunkach: 1. Celem pierwszym jest wymordowanie wybitniejszych Polaków, bez względu na to, do jakiej warstwy należą – czy do inteligencji, czy do robotników, mieszczan, czy chłopów. Chodzi wyraźnie o zlikwidowanie ludzi bardziej wpływowych, zdolnych do oddziaływania na otoczenie i organizowanie samoobrony. 2. Celem drugim jest wymordowanie księży polskich, których uważa się za naturalnych przywódców polskości. Ilość naszych ofiar na tych posterunkach wzrasta w zastraszający sposób. 3. Celem trzecim jest zlikwidowanie polskiej służby leśnej, tj. inżynierów leśników, gajowych itp. Jest to planowe oczyszczanie lasów, aby umożliwić swobodę ruchu organizującym się tam bandom ukraińskim. W tych trzech kierunkach świadomie i planowo prowadzona była akcja, począwszy od lata 1943 r., i nie ustała do tej chwili. Ofiary nasze są bardzo poważne ilościowo, bo pociągnęły za sobą około 1000 osób, ale bez porównania bardziej dotkliwe jakościowo, ponieważ tracimy najwartościowsze jednostki, jednostki, które z natury rzeczy stanowią szkielet każdej naszej organizacji. 4. O ile aż do połowy grudnia 1943 r. na terenie Małopolski Wschodniej mieliśmy do czynienia niemal wyłącznie z tymi pierwszymi trzema kierunkami ukraińskiej akcji eksterminacyjnej, o tyle od połowy grudnia przystąpili Ukraińcy do urzeczywistnienia celu czwartego – tępienia biologicznego całej ludności polskiej, bez względu na to, czy jest aktywna, czy bierna, z jednego tylko tytułu – że są Polakami. W Małopolsce Wschodniej, przynajmniej na niektórych jej połaciach, rozpoczęła się akcja, w niczym nieodbiegająca od wzorów wołyńskich. (… (Archiwum Akt Nowych, sygn. 202/III-121, k. 104) Odpowiedz Link
liberum_veto "Rzeź na Kresach" - dodatek do Rzeczpospolitej 11.08.09, 10:43 Warto przypomnieć. Wszystkie artykuły z rocznicowego dodatku Rzepy dostępne są na stronie internetowej w dziale "Rzeź na Kresach" http://www.rp.pl/temat/160815.html?page=2 Odpowiedz Link