Dodaj do ulubionych

"Rzeź na Kresach" - dodatek do "Rzeczpospolitej"

11.07.08, 12:38
Dodatek do dzisiejszego numeru "Rzeczpospolitej".

Dużo tekstów i zdjęć - "mocna" w swej wymowie rzecz:

rp.pl/temat/160815.html?page=1
Obserwuj wątek
    • krouk Re: "Rzeź na Kresach" - dodatek do "Rzeczpospolit 11.07.08, 12:45
      „Rzeź na Kresach”

      „Rzeczpospolita” oraz Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
      upamiętniły 65. rocznicę zbrodni popełnionych na Polakach na Wołyniu
      i w Małopolsce Wschodniej wspólną publikacją, dołączoną dziś do
      naszej gazety. W niej m.in.:

      Andrzej Przewoźnik „Tragiczne ślady historii”
      Ewa Siemaszko „Od walk do ludobójstwa” i „Zbrodnie przy ołtarzu”
      Maciej Dancewicz „Zagłada Puźnik”
      Relacje ocalałych
      Miejsca pochówku ofiar zbrodni

      „Nie należy winić Ukraińców jako narodu za tę zbrodnię. Wielu z
      nich, narażając życie, pomagało polskim sąsiadom. Inni mordowali.
      Nie można jednak wraz z ofiarami zbrodni pochować prawdy w zbiorowej
      mogile. To nie da nic ani nam, ani Ukraińcom. Na tym nie zbuduje się
      rzeczywistej przyjaźni, tak obu stronom potrzebnej”.

      Maciej Rosalak

      rp.pl/artykul/161085.html
    • liberum_veto Nacjonaliści winni „ludobójstwa straszliwego" 12.07.08, 11:22
      Cenna inicjatywa. W przeciwieństwie do polskojęzycznej Gazety
      Wyborczej (ani słowa o rzezi wołyńskiej w wydaniu z 11 lipca!!!)
      Rzeczpospolita stanęła na wysokości zadania. I całe szczęście, że
      tzw. michnikowszczyzna straciła "monopol" na prezentowanie takich
      wydarzeń z historii Polski, bo robi to zwykle w wypaczony sposób,
      obrażliwy i szkodliwy dla narodu polskiego. Z wkładki Rzepy polecam
      szczególnie artykuł Ewy Siemaszko "Od walk do ludobójstwa":
      rp.pl/artykul/161001.html
      Nacjonaliści ukraińscy winni „ludobójstwa straszliwego”
      Organizacja mordów, ich przebieg, zasięg terytorialny i rozmiary,
      propagowana przy tym ideologia nawołująca do wyniszczenia Polaków
      jako grupy narodowościowej – niezbicie świadczą, że była to
      zamierzona i zorganizowana akcja fizycznej eksterminacji ludności
      polskiej – w świetle konwencji w sprawie zapobiegania i karania
      zbrodni ludobójstwa z 1948 r. kwalifikowana jako ludobójstwo.
      Podsumowując ludobójstwo wołyńsko-galicyjskie dokonane przez OUN-
      UPA, konieczne jest wypunktowanie dwu jego najważniejszych
      atrybutów: pierwszy – powszechność okrucieństwa, którym sprawcy
      ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce z OUN-UPA poddawali swe
      polskie ofiary niezależnie od wieku i płci, a więc nawet dzieci, co
      uprawnia do specjalnego określenia tej zbrodni jako genocidium
      atrox, czyli ludobójstwo straszliwe, dzikie, okrutne (termin
      niedawno wprowadzony w nauce polskiej przez prof. R. Szawłowskiego);
      drugi – usuwanie cywilizacji, do której należały ofiary i którą
      wcześniej wprowadzały tam przez kilka wieków.
      Omówione wyżej ludobójstwo ukraińskie uderzająco przypomina ogólnie
      znane ludobójstwo tureckie na Ormianach w czasie I wojny światowej.
      Analogia dotyczy również zaprzeczania przez współczesną Turcję, tak
      samo jak czyni to strona ukraińska, faktowi zaistnienia genocidium
      atrox – tam na Ormianach, tutaj na Polakach.
      Istotny w tej sprawie jest ponadto fakt, że jakkolwiek OUN i UPA
      miały w programie walkę o niezależne państwo ukraińskie, miało to
      być państwo jednolite narodowościowo. Z faszystowskiej ideologii
      tych organizacji wynikały też ludobójcze metody walki nie do
      przyjęcia w cywilizowanym świecie, w wyniku czego, gdyby OUN i UPA
      doprowadziły u schyłku II wojny światowej do niepodległości Ukrainy,
      byłoby to państwo terroru i zbrodni.
      (Ewa Siemaszko)
    • liberum_veto Przewoźnik: Tragiczne ślady historii 15.07.08, 07:05
      wkładkę Rzeczpospolitej wydano we współpracy z Radą Ochrony Pamięci
      Walk i Męczeństwa, którą kieruje Andrzej Przewoźnik
      rp.pl/artykul/161003.html
      Niewątpliwie największymi zbiorami dysponuje dziś Stowarzyszenie
      Upamiętnienia Ofiar Ukraińskich Nacjonalistów z siedzibą we
      Wrocławiu. Jako organizacja społeczna cieszyło się ono większym
      zaufaniem niż instytucje państwa. To Śląsk obok Pomorza był terenem,
      na którym rozpoczęli nowe życie wyrzuceni z ojcowizny „repatrianci”
      ze Wschodu. Wrocławskie stowarzyszenie od 1992 r. zaczęło wydawać
      kwartalnik „Na rubieży” publikujący relacje świadków rzezi na
      Wołyniu i Podolu, a także podjęło próbę ich systematyzacji i
      opracowania. Rezultatem tych działań są m.in. opublikowane w
      ostatnich latach trzy obszerne pozycje książkowe poświęcone ofiarom
      zbrodni dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach w
      dawnych województwach wschodnich II RP: tarnopolskim, lwowskim i
      stanisławowskim. Przyczyniły się one do upowszechnienia wiedzy o tym
      mało znanym rozdziale ludobójstwa. Społeczeństwo polskie – przy
      maksymalnie ograniczonej prezentacji tego rozdziału dramatycznej
      historii Polski w polskich mediach – z trudem obecnie przyjmuje do
      świadomości, że oprócz tragedii Wołynia była także tragedia Podola i
      Lwowskiego.
      Jeśli chodzi o Wołyń, ogromny materiał zebrali i opublikowali (w
      2000 r.) w dwutomowym dziele „Ludobójstwo dokonane przez
      nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia w 1939 –
      1945” Władysław i Ewa Siemaszko.
      (Andrzej Przewoźnik)
    • liberum_veto Konaj Lachu! 20.07.08, 07:42
      Relacja Bronisławy Murawskiej-Żygadło
      (...) Była niedziela, czerwiec 1943 r. w dzień Zielonych Świąt za
      dnia grupa uzbrojonych Ukraińców z UPA otoczyła ze wszystkich stron
      naszą małą kolonię.
      Byliśmy wtedy wszyscy w domu: ojciec Antoni, bracia Marian – lat 16,
      Adam – lat 9, siostra Basia – lat 2 i ja – 15-letnia dziewczyna.
      Mama Antonina w tym czasie poszła do mieszkającego obok brata mego
      ojca Aleksandra Murawskiego.
      Mordercy spod znaku UPA spotkali ojca na podwórzu, wprowadzili go do
      kuchni i kazali mu położyć się na podłodze. Pamiętam wybladłą twarz
      ojca. Szepnął cicho do nas: „kładziemy się, dzieci, oni teraz będą
      rabować”. W tej sekundzie usłyszałam wystrzał karabinowy. Trzymałam
      w ręku siostrzyczkę Basię. Poderwałam się nagle i wyskoczyłam przez
      okno. Basia wypadła mi z rąk. Padły za mną strzały. Biegłam jak
      szalona w kierunku pola. Wpadłam w gęstwinę wysokiego łanu żyta, to
      mnie ocaliło.
      Za mną skoczył do okna brat Marian. Trafiły go jednak dwie kule
      morderców: jedna w plecy obok łopatki, druga roztrzaskała mu dolną
      lewą żuchwę. Upadł do tyłu z powrotem do wnętrza mieszkania i zawisł
      na biegunowej kołysce stojącej pod oknem. Marian zapamiętał tylko
      dwa słowa ukraińskiego mordercy, który w tym momencie podszedł do
      kołyski i chwyciwszy go za włosy zwisającej w dół głowy,
      warknął „konaj, Lachu”.
      rp.pl/artykul/160981.html
    • liberum_veto Lucyna Kulińska: Koszmar dzieci 22.07.08, 07:03
      Ofiarami i świadkami ludobójczej akcji, która dotknęła ludność
      polską Wołynia i Małopolski Wschodniej były również dzieci. Z
      zachowanych tysięcy relacji wyłania się straszliwy obraz.
      Prezentowane tutaj stanowią tylko wierzchołek góry lodowej, która
      skrywa niewyobrażalne, nieznane dramaty. Dzieci były nie tylko
      ofiarami – bywały też bohaterami – jak niespełna 15-letnia
      Michalinka, która w czasie napadu na dom rodzinny kierowała obroną i
      ratowała przerażonych rodziców, krewnych i rodzeństwo. Dotąd
      zbierała wrzucane do środka granaty i wyrzucała na zewnątrz, aż
      jeden z nich eksplodował odrywając jej ramię i kalecząc twarz.
      Dzieci przeżywały potworny wstrząs, patrząc na okrutną śmierć
      rodziców i rodzeństwa. Potem, częstokroć ranne, ruszały na tułaczkę.
      Niektóre cudem uratowane kilkuletnie maluchy docierały do większych
      miejscowości. Dzieci były często trwale okaleczone i zeszpecone,
      traciły mowę na skutek urazu psychicznego, dostawały trwałego
      rozstroju nerwowego; zostawały więc na całe życie kalekami
      fizycznymi i psychicznymi. Wiele dzieci umierało przedwcześnie, po
      2 – 3 latach, na skutek szoku, choroby sierocej, gwałtownego spadku
      odporności organizmu, na gruźlicę – pomimo wysiłków ich nowych
      opiekunów.
      Sieroty umieszczano najczęściej w ochronkach i sierocińcach,
      najpierw na terenach wschodnich, a potem w Polsce centralnej (np. w
      Pieskowej Skale pod Krakowem). Część trafiła do rodzin, niekiedy
      także ukraińskich. Ich dzieje bywały różne. Czasem wykorzystywano je
      i poniżano. Najlepszy był los tych, które przygarnęła dalsza, ale
      własna rodzina.
      Po wojnie osierocone dzieci nie doczekały się należytej opieki ze
      strony państwa. Zmagając się ze swą tragiczną przeszłością, często i
      kalectwem, zdane były często na siebie. Z reguły nie uzyskiwały
      odpowiedniego wykształcenia, musiały zmagać się z niedostatkiem i
      niską pozycją społeczną. Nikt nie pomyślał o pomocy, rentach ani
      innych formach zadośćuczynienia. Zbyt łatwo zapomniano o nich i o
      ich cierpieniu. Przynajmniej w tej jednej rocznicowej chwili
      zapłaczmy nad niezawinionym nieszczęściem dzieci Kresów, chociaż raz
      przeżyjmy wraz z nimi żałobę.
      rp.pl/artykul/160983.html
    • liberum_veto Do dziś słyszę ich jęki 26.07.08, 08:01
      W mojej rodzinie było nas siedem osób: rodzice, siostra i czterech
      braci. Mieszkaliśmy na osiedlu Grabowce we wsi Piłatkowce. Tego
      tragicznego zimowego wieczoru niebo było pełne gwiazd, a ziemię
      pokrywała gruba warstwa śniegu.
      Relacja Michała Wojszczyna
      rp.pl/artykul/160815,160975_Do_dzis_slysze_ich_jeki.html
      Tymczasem obok, w moim mieszkaniu, rozgrywał się dramat mojej
      rodziny. Słyszałem rozpaczliwe głosy i jęki torturowanego ojca,
      którego oprawcy wyprowadzili potem na podwórze i tam zamordowali. Po
      ich odejściu, nad ranem odnalazłem na podwórzu zwłoki mego ojca.
      Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte
      gardło. Swoją matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku
      uderzeń młotkiem lub czymś podobnym w głowę, a na gardle ranę kłutą
      bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w
      głowę, tak że morderca pozostawił w niej siekierę. Najmłodszy z
      braci Edzio – lat 2, leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i
      wbitym nożem w piersi. Obok leżał, również cały we krwi, 16-letni
      brat Bronek. To jego głos, błagający o litość, słyszałem najdłużej.
      Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa,
      nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej.
      Do dziś, gdy wspomnę sobie ten tragiczny zimowy wieczór, wydaje mi
      się, że słyszę jęki matki, ojca i brata Bronka. Wtedy robi mi się na
      przemian gorąco i zimno.
      Wówczas, ukryty w szczelinach budynku, pragnąłem za wszelką cenę
      przeżyć. Siedziałem tam jak sparaliżowany, bezsilny świadek wobec
      okrutnej śmierci moich najbliższych. Widziałem, jak bandyci wynosili
      różne przedmioty i ładowali na podstawione sanie. Z obory wywlekli
      trzy duże świnie, które zastrzelili na podwórzu i wrzucili na sanie.
      Następnie wyprowadzili konie i bydło z obory i skoro zaczęło świtać,
      podpalili budynki, opuszczając naszą zagrodę. Mój brat Franek
      ocalał, ukryty w lesie. (...)
    • liberum_veto Zamordowali mojego Jasia 27.07.08, 07:04
      (...) W marcu 1943 roku żyło nas sześcioro: Jula, Zosia, ja
      (Helena), Julian, Marysia i Jasio, z tym że Jula była na robotach
      przymusowych w Niemczech.
      Relacja Heleny Bieleckiej
      rp.pl/artykul/160815,160978_Zamordowali_mojego_Jasia.html
      Leżał śliczny w białej koszulce, tylko dziwnie główkę miał odrzuconą
      w bok. Nachyliłam się i zobaczyłam przerąbaną szyję, głowa wisiała
      na skórze. Tylko krzyknęłam: „Mój Jasio nie żyje” i położyłam rękę
      na jego udzie. Jeszcze poczułam żywe, pulsujące ciało. Chwyciłam się
      za głowę i wypadłam z pokoju, szukając Zosi. Uczepiłam się jej,
      nieprzytomna na widok pokotem leżących trupów. Marysia Żukowska
      córeczkę miała pod sobą. Obie zarąbane, cały pokój we krwi.
      Czternastoletni Julek leżał obok bez części czaszki, z rozlanym
      mózgiem. Zosia odwracała ciała, sprawdzając, czy ktoś jeszcze żyje.
      Żyła staruszka Sewrukowa z przerąbaną szczęką. Przeniosłyśmy ją do
      sypialni mamy. Zosia i Jasia położyła przy trupach. A ja
      nieprzytomna, wciąż uczepiona Zosi, szeptałam „Uciekajmy”. Wtedy
      mama mówi: „Chowajcie się, jadą jakieś wozy drogą”. Ja wsunęłam się
      pod łóżko mamy, pod którym była krew Marysi. Zosia schowała się w
      szafie w dużym pokoju. Weszli. Bałam się oddychać. Noga bandyty była
      tuż przy mojej twarzy. Chwilę postał i wyszedł. Po chwili mama
      mówi: „Helka, idź, gaś”. Cicho szepczę: „Może jeszcze są”. W tym
      momencie wpada Zosia i mówi cicho:
      „Cały dach w płomieniach, musimy mamę i staruszkę wyprowadzić
      (wynieść) z domu w zboże, za stodołę”. Zosia się uwija, wynosi, co
      może, i ściele posłanie w życie. Ja, trzęsąc się, tylko
      szepczę: „Uciekajmy”. Wyprowadzamy mamę z domu płonącego. Zosia
      mówi: „Prowadź, ja skoczę, jeszcze coś wyniosę z domu”. Już dniało.
      Spojrzałam na mamę i zobaczyłam odrąbane ramię i wiszące ciało.
      Blada wyszeptała: „Idź, coś jeszcze uratuj, ja sama pójdę”. Kiedy
      wróciłam, mama leżała w tym samym miejscu, gdzie ją zostawiłam.
      Zosia wypadła z domu z garnkiem zsiadłego mleka i łyżką. Dowlokłyśmy
      mamę do żyta za stodołą i już było widno, kiedy przez łąki
      uciekałyśmy do Kostopola, gdzie była babcia i cała reszta rodziny.
      W nocy był przymrozek. My bose, w kretonowych koszulinach,
      przerażone do nieprzytomności. Na trawie był szron i nogi tak mi
      zmarzły, że z bólu pomyślałam: „Czemu mnie nie zabili”. Wtedy
      zobaczyłyśmy, że ktoś nas goni. Z lasu wypadli bandyci i do rzeki
      nas dogonili. Zosia wciągnęła mnie do wody i za rękę przeciągnęła
      mnie na drugi brzeg. Jej woda sięgała do ramion, a mnie oczy
      zalewała, przeraźliwie zimna. Obejrzałyśmy się, bandytów nie było.
      Oni tylko nocami mordowali, a w dzień udawali przyjaciół i niby żal.
      Wracając z wyprawy, palili te domostwa, gdzie były trupy. Spieszyli
      się, gdyż już świtało. Kiedy nasz dom palili, nawet nie zauważyli,
      że dzieci nie było, tylko mama i staruszka leżały w sypialni. To nas
      uratowało. Na wpół żywe z przerażenia, drżące z zimna, bose, w
      kretonowych koszulinach, oszronionymi łąkami, omijając wsie
      ukraińskie, o godzinie szóstej rano dotarłyśmy do Kostopola.
    • liberum_veto Zagłada Puźnik - 12/13 lutego 1945 06.08.08, 16:10
      Ukryta pod białą płachtą 16-letnia Józefa Szafrańska widziała, jak
      do głębokiego rowu, w którym schroniło się kilkadziesiąt kobiet z
      dziećmi, wchodzą uzbrojeni bandyci: „Jeden z nich
      krzyknął: »strelaj«. Drugi odpowiedział po ukraińsku: »Koły ne maju
      pul«. Ten pierwszy wrzasnął : »to rubaj«. I zaczęło się. Widziałam,
      jak postacie ubrane w białe okrycia zeszły do rowu. Nastąpił
      straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali
      litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na
      brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać, to do niego strzelał”.
      W „rowie Borkowskich”, miejscu największej rzezi, Józefa Szafrańska
      wraz matką wśród okaleczonych zwłok odnalazły swych bliskich: „Nasz
      ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną
      głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie
      ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła o wodę. Nad ranem
      jednak zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał syn cioci
      Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z pięcioletnią
      córeczką Marią i trzyletnim synkiem Bronisławem zostali zakłuci
      bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko
      troje. (…wink Widziałam Magdalenę Koliszczak ciężko ranną w głowę,
      konała, ale pytała z nadzieją, czy jej dziecko żyje? Niestety, jej
      syn Jaś nie żył”.
      rp.pl/artykul/160815,160979_Zaglada_Puznik.html
      Tej nocy upowcy zamordowali ponad 100 osób. Według danych sowieckich
      napastnicy pod dowództwem Petro Chamczuka „Bystrego” spalili we wsi
      172 domy mieszkalne i w bestialski sposób zamordowali 82 osoby
      cywilne. Liczba ta nie obejmuje osób, których ciał nie odnaleziono.
      Nazwę wsi wymazano z atlasów. Można ją jeszcze czasem napotkać w
      antykwariacie, na samym skraju starej mapy, jak w wierszu Zbigniewa
      Herberta…
    • sadova 6 sierpnia 1944 rocznica mordu w Baligrodzie 06.08.08, 19:46
      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=ip&dat=20080328&id=ip13.txt
      • mat120 Re: 6 sierpnia 1944 rocznica mordu w Baligrodzie 06.08.08, 20:19
        Zbrodnia w Baligrodzie to nie jakieś tam porachunki czy odwet za
        coś, tylko fragment tej samej akcji, którą barbarzyńcy z UPA
        przeprowadzili w 1943 r. na Wołyniu i w rok później kontynuowali w
        Młp. Wsch. Tylko sile polskiego podziemia; "Wołyniakom", Bisom" i
        innym bohaterom można zawdzięczac, że depolonizacyjne mordy nie
        przybrały w granicach dzisiejszej Polski takich rozmiarów jak za
        Bugiem, choc były równie okrutne.
    • liberum_veto Zbrodnie przed ołtarzem 08.08.08, 16:40
      Zbrodnie przed ołtarzem
      Ewa Siemaszko
      11 lipca 1943 r. (niedziela) jest dniem wyjątkowym nie tylko z
      powodu objęcia ludobójstwem dużego obszaru, ale także dlatego, że
      szał nienawiści do tego stopnia zniszczył umysły i dusze, że OUN-UPA
      dokonały napadów na Polaków zgromadzonych na mszach św. w kilku
      kościołach.
      rp.pl/artykul/160815,160977_Zbrodnie_przed_oltarzem.html
      Dobrze zaplanowane napady na kościoły wypełnione wiernymi
      zgromadzonymi na nabożeństwach, jak wynika z ich przebiegu
      przeprowadzane według dyrektyw wydanych na wyższych szczeblach
      organizacyjnych OUN-UPA, wynikały z dążenia do usprawnienia
      ludobójczej akcji, do szybszego i z mniejszym wysiłkiem wymordowania
      jak największej liczby Polaków.
      • mat120 Re: Zbrodnie przed ołtarzem 08.08.08, 20:25
        11 lipca 1943r. banderowskie ścierwa wybrały nieprzypadkowo na dzień
        mordowania Lachów. Zgromadzeni w kościołach, niczego nie
        spodziewjący się wierni, mieli nikłe szanse na przeżycie i stanowili
        idealny cel dla "bogobojnych" ukraińskich barbarzyńców.

        Historia potomków Kaina niczego nie nauczyła. Pół biedy jak chodzi
        o "wiejskiego głupka", gorzej gdy w grę wchodzi jego prezydent
        apelujący do ofiar:
        "Dlatego apeluję do Polaków, aby potraktowali z wyrozumiałością
        także i zasługi Romana Szuchewycza."

        Ależ tak hospodyn Juszczenko, mordujcie nas dalej, my zrozumiemy
        wasze zsługisad



    • liberum_veto Męczennik Wołynia 09.08.08, 10:35
      Męczennik Wołynia
      Konrad Puzyński 10-07-2008
      Jesienią 1943 roku, w jednym z miasteczek spowitego dymem płonących
      polskich wsi Wołynia, bohaterstwo przyjęło postać skromnego i
      oddanego pracy duszpasterskiej zakonnika z Hiszpanii, o. Jana
      Borrella z zakonu pijarów
      rp.pl/artykul/160815,160972_Meczennik_Wolynia_.html
      Po wkroczeniu wojsk niemieckich pierwszy zginął o. Aleksander Zając,
      który za pomoc ukrywającym się w Lubieszowie Żydom został 5 sierpnia
      1942 roku rozstrzelany. Od tej chwili o. Borrell, wówczas ponad 75-
      letni, był w Lubieszowie jedynym kapłanem. W okresie wielkanocnym
      1943 roku o. Borrell poprosił ks. Józefa Szostaka z Małych Hołób o
      pomoc w przeprowadzeniu rekolekcji. 5 kwietnia 1943 roku trzej
      policjanci ukraińscy zamordowali ks. Szostaka oraz towarzyszącego mu
      br. Piotra Mojsiejonka.
      W roku 1943 płonęły polskie wsie. Zwożone na cmentarz lubieszowski
      ciała pomordowanych w okrutny sposób Polaków chowano we wspólnych
      mogiłach. Nękana czystkami etnicznymi polska społeczność
      potrzebująca, bardziej niż kiedykolwiek, opieki duchowej zwróciła
      się w stronę wiekowego, katalońskiego kapłana. O. Borrell pomimo
      śmiertelnego niebezpieczeństwa oraz zaawansowanego wieku pozostał w
      swej parafii. 24 października 1943 roku po raz kolejny wyruszył na
      mogiły, aby pożegnać ofiary ukraińskich zbrodni. Wokół miejsca
      pochówku rozlokowano ładunki wybuchowe. Ojciec Jan wszedł na minę,
      której eksplozja zraniła obie nogi. Po czterech dniach cierpienia
      zmarł.
      Na jego pogrzeb przyjechał ksiądz z odległej wsi Czerwiszcze,
      leżącej w sąsiedniej diecezji pińskiej. O. Janowi w ostatniej drodze
      towarzyszyło jedynie dziesięć osób, gdyż, jak podają świadkowie,
      obawiano się ataku ukraińskiego na kondukt pogrzebowy. Wracający z
      ceremonii do Czerwiszcz ksiądz oraz pijar brat Dominik zostali
      napadnięci przez ukraińskich nacjonalistów i w okrutny sposób
      zamordowani. Zamordowano również wiozącego ich furmana. Parafia
      opustoszała.
      W połowie października 1943 roku stacjonujący w miasteczku sowiecki
      oddział partyzancki Stanisława Szelesta musiał wycofać się pod
      naporem kilkunastotysięcznych sił niemieckich i oddziałów
      ukraińskich nacjonalistów. Dokonali oni 9 listopada 1943 roku napadu
      na Lubieszów i pobliską Rejmontówkę, mordując 300 mieszkańców tych
      miejscowości. W Lubieszowie spędzono 200 osób do domu bliźniaka,
      który następnie obłożono słomą i podpalono. Do wyskakujących przez
      okna strzelano. Zamknięci w ogniowej pułapce ludzie spłonęli żywcem.
      Warto dodać, iż ci nieliczni Polacy, którzy ocaleli z rzezi, życie
      zawdzięczali mieszkającym w Lubieszowie Ukraińcom, którzy ukryli ich
      przed mordercami.
    • liberum_veto Eskalacja mordu 11.08.08, 18:08
      Fragment sprawozdania sytuacyjnego z ziem wschodnich za luty 1944
      Departamentu Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj
      rp.pl/artykul/160815,160971_Eskalacja_mordu.html
      Od połowy grudnia 1943 r. przez cały styczeń i luty ilość morderstw
      na Polakach dokonywanych rękami ukraińskimi w Małopolsce Wschodniej
      wzrosła w olbrzymi sposób. Takiego nasilenia morderstw, jakie jest
      obecnie, nie było jeszcze w Małopolsce Wschodniej w ciągu całej
      wojny. Nasilenie zbrodniczej akcji do ostatnich dni nie tylko nie
      maleje, ale nieustannie wzrasta.
      Przede wszystkim należy stwierdzić, że nie ulega już żadnej
      wątpliwości, że akcja mordowania Polaków prowadzona jest w sposób
      zorganizowany i planowy.
      Akcja ukraińska przeciwko Polakom idzie w 4 kierunkach:
      1. Celem pierwszym jest wymordowanie wybitniejszych Polaków, bez
      względu na to, do jakiej warstwy należą – czy do inteligencji, czy
      do robotników, mieszczan, czy chłopów. Chodzi wyraźnie o
      zlikwidowanie ludzi bardziej wpływowych, zdolnych do oddziaływania
      na otoczenie i organizowanie samoobrony.
      2. Celem drugim jest wymordowanie księży polskich, których uważa się
      za naturalnych przywódców polskości. Ilość naszych ofiar na tych
      posterunkach wzrasta w zastraszający sposób.
      3. Celem trzecim jest zlikwidowanie polskiej służby leśnej, tj.
      inżynierów leśników, gajowych itp. Jest to planowe oczyszczanie
      lasów, aby umożliwić swobodę ruchu organizującym się tam bandom
      ukraińskim.
      W tych trzech kierunkach świadomie i planowo prowadzona była akcja,
      począwszy od lata 1943 r., i nie ustała do tej chwili. Ofiary nasze
      są bardzo poważne ilościowo, bo pociągnęły za sobą około 1000 osób,
      ale bez porównania bardziej dotkliwe jakościowo, ponieważ tracimy
      najwartościowsze jednostki, jednostki, które z natury rzeczy
      stanowią szkielet każdej naszej organizacji.
      4. O ile aż do połowy grudnia 1943 r. na terenie Małopolski
      Wschodniej mieliśmy do czynienia niemal wyłącznie z tymi pierwszymi
      trzema kierunkami ukraińskiej akcji eksterminacyjnej, o tyle od
      połowy grudnia przystąpili Ukraińcy do urzeczywistnienia celu
      czwartego – tępienia biologicznego całej ludności polskiej, bez
      względu na to, czy jest aktywna, czy bierna, z jednego tylko tytułu –
      że są Polakami. W Małopolsce Wschodniej, przynajmniej na niektórych
      jej połaciach, rozpoczęła się akcja, w niczym nieodbiegająca od
      wzorów wołyńskich. (…wink
      (Archiwum Akt Nowych, sygn. 202/III-121, k. 104)
    • liberum_veto "Rzeź na Kresach" - dodatek do Rzeczpospolitej 11.08.09, 10:43
      Warto przypomnieć. Wszystkie artykuły z rocznicowego dodatku Rzepy
      dostępne są na stronie internetowej w dziale "Rzeź na Kresach"
      http://www.rp.pl/temat/160815.html?page=2

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka